- 10 -

Pierwszą rzeczą, jaką zauważył Kubuś po przebudzeniu, było wygasłe ognisko. Drugą rzeczą, jaką zauważył, był piękny dzionek, jaki nastał wokół nich. Trzecią rzeczą, jaką zauważył, był sporych rozmiarów czarny monolit, stojący na skraju polanki. Mniej więcej metr na cztery na dziewięć.

– A co to, kurwa? – zdumiał się sierżant, na ten widok niezwykły. Wnet też wstał, rozciągnął zaspane mięśnie, po czym w mało subtelny sposób zbudził resztę kompanii.

– Wstawać, ludzie! Wstawać! Ojczyzna was wzywa!

– Pieprzę ojczyznę...! – burknął Królik wyrwany gwałtownie ze snu. Niemniej oparł się na łokciu, przetarł oczy i ziewnął rozdzierająco. A potem zauważył monolit.

– A co to, kurwa? – spytał retorycznie.

– Zadałem sobie to samo pytanie – odparł sierżant. – Za chuj pojęcia nie mam co to może być. Ale za to mam taką dziwną ochotę wziąć jakąś kość i rzucić nią wysoko w niebo. Dziwne.

– Moim zdaniem spałeś za blisko ogniska i się dymu nawdychałeś – Królik był już na nogach i właśnie odbywał szybką poranną gimnastykę.

Kubuś tylko wzruszył ramionami, po czym łyknął z piersiówki. W tym czasie reszta oddziału, ziewając jak niedotlenione koty, zwlokła się z barłogów i zasadniczo się ochędożyła i przygotowała do kolejnego chwalebnego dnia służby ojczyźnie.

– Dobra, oddział gotowy? – spytał gromko, kiedy wszyscy już w oczywisty sposób byli gotowi. – No to ruszamy w dalszą drogę. Marsz!

– Eeeeej, Kubuś, a co ze śniadankiem? – zdumiał się Tygrys. – Na głodnego mamy wiosłować?

– Zjemy na brzegu, w sumie już niedaleko. A ruch wam zaostrzy apetyt. No już, nie plumkać, tylko wykonać!

Grupka z pewną taką niechęcią, ale zastosowała się do polecenia zwierzchnika. Wkrótce też HAWS „Kangurzyca" raźno przecinała fale pola ryżowego.

W dwie godziny później załoganci dotknęli suchą stopą stałego lądu. Rzeczą której się nie spodziewali, natomiast, był fakt że „Kangurzyca", ledwo wysiadła z niej ostatnia osoba, niespodziewanie sama z siebie zawróciła i ruszyła w drogę powrotną.

– Te Wietnamce to jednak łebskie bywają – skwitował to Prosiaczek.

Wojacy zatrzymali się na popas parędziesiąt metrów dalej. Poszło im to szybko i sprawnie, jednakże zauważyli, że czegoś im tu jednak brakuje.

– Czegoś mi tu jednak brakuje – stwierdził Tygrys.

– Soli? – podsunął opcję Prosiaczek, przeżuwając jedną ze swoich racji żywnościowych, cokolwiek pozbawionych smaku.

– Nie, czegoś innego... Hmmm... sam nie wiem...

Cały oddziałek popadł w zadumę, zastanawiając się czego też im brakuje, czego im nie brakowało jeszcze wczoraj. W końcu po jakimś niepełnym kwadransie Królik zerwał się na równe skoki i wykrzyknął, uradowany:

– Maríi brakuje!

– A ty wiesz, że faktycznie? – poparł go Prosiak. – Ciekawe gdzie się zapodziała.

– W sumie chuj tam z nią, i tak jej nie lubiłem za bardzo – przedstawił swój punkt widzenia sierżant. – Ja tam mówię: pierdolić ją z góry na dół i od tylca, idziemy dalej bez niej.

– Od tylca jest całkiem fajnie – zauważył rezolutnie Królik. Nikt jednak nie zwrócił na niego większej uwagi, bo co też kogo obchodzą preferencje jednego nadgorliwego królika, który potrafi z nudów wywalić pół miasta w kosmos. Chyba tylko głupiego.

– Dobra, grupa, wymarsz! – zaordynował Kubuś. – Kierunek: południowy wschód! Pieśń!

Oddziałek ruszył dziarsko, raźnym krokiem, zaś z wojowniczych gardeł dobyła się ochoczo wesoła piosenka traktująca o dziewczynie, polnym kwieciu, stogu siana i worku kartofli:

Uns Vaterland nicht einsam ist, wie glaublich hab' ich Hure! Mit meinem Freund kann ich verreit, und schwarzen Bocken ficken! Ja, das ist eine Geheimnis, wie ihre Auge scheinen – weil man kann nur für Augenblick mit seinem Tochter fliegen!

Tak sobie przyśpiewując oddział ze Stumilowego Lasu wyszedł w końcu z porastających obszar przy brzegu jeziora zarośli i trafił na nieco bardziej otwarty teren. Rzeczą, która jako pierwsza rzuciła im się w oczy, był typowo amerykański wojskowy jeep, stojący na czymś, co pijany ślepiec mógłby uznać za parodię drogi. Znaczy się, na obszarze zdeptanej trawy, tak z grubsza.

Drugą rzeczą, jaką zauważyli, był kierowca rzeczonego jeepa, typek cokolwiek dziwaczny. Ubrany był w wyświechtany mocno mundur, miał dzikie spojrzenie, którym toczył dookoła, trochę piany na ustach (ale tylko odrobinę, ot, dla lepszego efektu), ciężkie glany, w których musiało mu być cholernie gorąco, raczej dłuższe niż krótsze włosy i zmierzwioną brodę. I do tego wyglądał jakoś tak dziwnie znajomo.

– Wierni! – zakrzyknął kierowca, kiedy tylko dostrzegł rześko wyglądających wojaków, wynurzających się z chaszczy.

– Eee? – zripostował misternie Królik. – Ty nam teraz uwłaczasz?

– Morda, jak do mnie mówisz! Przyszliście do mnie, a więc jesteście wiernymi! Ładujcie się na pakę!

Komandosi popatrzyli po sobie niepewnie, po czym wzruszyli ramionami i załadowali się na jeepa. Kierowca obrzucił ich namiętnym spojrzeniem po czym spytał:

– No, i jakie to uczucie, tak w sumie? Pewnie fajne, nie?

– Może i tak, ale kim ty kurwa jesteś? – Kubuś był tym zagadnieniem nieco zafrapowany.

– No nie pierdol mi tu, misiek, w piśmieś nieuczon?

– E?

Kierowca pokręcił głową z niesmakiem.

– To ja tu kurwa siedzę na tym wypizdowie, dupsko sobie gniotę o ten niedojebany fotel, a ten nie wie o co biega? Dyć wszystkie okoliczne ciemniaki jak jeden mąż powtarzają, że Jezus przyjedzie jeepem i zabierze ich do raju, a przynajmniej byle dalej stąd. No to jestem, a teraz i wy też jesteście. O to chodziło, nie?

Żołnierze popatrzyli po sobie jeszcze bardziej niepewnie niż poprzednio, po czym dyskretnie popukali się w skronie.

– Nieważne w sumie, ziomuś. Jedziesz może w stronę Vũng Tàu? – zagaił luźno saper.

– Taa, a bo co?

– Weź nas podrzuć, co? To by nas urządzało.

Jezus podrapał się zamaszyście po brodzie, po czym wzruszył ramionami.

– A chuj, mogę was podrzucić. Już i tak mnie zaczynało wkurwiać to tkwienie na tym jebanym zadupiu.

– Kul – mruknął na to nieskomplikowanie Prosiak, kiedy Jezus zapuszczał motor. Silnik jeepa zakaszlał, trochę się pokrztusił, po czym zaskoczył i zaryczał by apokaliptyczna bestia na jedynce. A w następnej chwili wóz ruszył z kopyta (rozszczepionego) i pomknął przed siebie, obierając kurs na południowy wschód.