- 12 -

Vũng Tàu było co najmniej dziwne.

Gdy komando dotarło wreszcie do miasta, nad Wietnamem zapadł już zmierzch i światło Księżyca zalało widnokrąg. Co ciekawe, nad miastem zapadła cokolwiek gęsta mgła. Chłopaki mogłyby się założyć, że w oddali słyszały wycie syren. Dziwne.

– Dobra, kompania! Oczy dookoła głowy, czujni, zwarci i gotowi! – zaordynował sierżant Kubuś. – Obczajmy tę mieścinkę.

– Nie zaszkodziły jakiś bar obczaić – wtrącił Królik. – Sake się powoli kończy.

Oddziałek ruszył powoli przed siebie, rozglądając się niepewnie i kurczowo trzymając się spoconymi dłońmi za giwery. Nawet chojrakowi Tygrysowi zaczęła się udzielać ponura atmosfera miasta.

– Kurde, Kubuś, nie podoba mi się to – wyraził swoją opinię Prosiaczek. – Coś mi tu śmierdzi.

– To nie ja – odparował Tygrys, obwąchując się pod pachami.

Wnet z niejakiej oddali rozległo się dziwne, przeciągłe zawodzenie. Ze zbyt bliskiej oddali, jak na gust komanda ze Stumilowego Lasu.

– O kurwa! – zawołał Królik. – Coś tu lezie!

– Gnnnaaaah... – odpowiedział mu jęk. Niepokojąco bliski jęk.

– Aaaaa! – krzyknął falsetem Tygrys, gdy coś zaszeleściło nieopodal. Wszyscy spojrzeli nań dziwnie.

Tygrys zamrugał, spoglądając po minach kolegów. Zaraz też się zreflektował.

– Aaaaa chuuuuuj waaaaam w duuuuupęęęęę! – zawołał gromko, ostentacyjnie przeładowując broń. – Wyłaźta z tej mgły, co byśmy was mogli napakować ołowiem!

– Wypowiedziałeś w złą godzinę – mruknął Kubuś, wskazując lufą wyłaniające się z mgły mroczne postacie.

Nowoprzybyli przedstawiali sobą widok cokolwiek niepokojący. Widmowe sylwetki poruszały się sztywno, powłócząc nogami, z rękami wyciągniętymi przed siebie. Jęczały, zawodziły i były mocno blade.

– Ja pierdolę! – krzyknął Królik. – Jebani nieumarli!

– Wiedziałem że coś mi tu śmierdzi – mruknął Prosiak. – To całe wzgórze było podejrzanie ciche.

– Aaaaarrrgh...! – wtrącił najbliższy nieumarły.

– Aaaaa! – odparł Tygrys.

– Aaaaa... – odbił piłeczkę zombie. – Aaaaa... aaaaale mnie baniak nachrzaniaaaaa... Ćśśśś... – powiedział i położył palec na ustach.

Komando zamrugało i popatrzyło po sobie zdumione.

– To wy nie jesteście nieumarłymi? – spytał sierżant Kubuś.

– Nie... Jesteśmy tylko zalani w trupa...

– Tęga imprezka była... – dodał drugi. – Importowana wódka, wiecie, rosyjska...

– Rosyjska wódka! – ucieszył się Królik. – Przyjaciele!

– Ćśśśś...

Ekipa skacowanych Vũngtàuczyków poprowadziła komando do najbliższego baru, celem opicia spotkania i przełamania barier kulturowych. Bardzo to wszystkim odpowiadało, rzecz jasna.

– No więc powiedzcie, – zaczął Kubuś po pierwszych paru kolejkach i tyluż toastach – czy u was zawsze tak sztywno na ulicach?

– Nie, tylko czasem – odparł Pierwszy Jednak-Nie-Zombie. – W sumie tylko po tęgich imprezach.

– A jak często macie tęgie imprezy? – indagował dalej sierżant.

– Cały czas – rzucił Pierwszy i wychylił szklaneczkę.

– Podobno znacie Jezusa – wtrącił Prosiak.

– Taaa... – mruknął Drugi Jednak-Nie-Zombie. – Ograł nas wszystkich w karty. Właśnie dlatego pijemy.

– Przykro mi.

– Nam też.

Czas płynął szybko a wódka jeszcze szybciej, jak to zwykle w takich przypadkach bywa. W końcu wstało słońce, które zastało wszystkich totalnie skacowanych.

– O ja pierdolę – mruknął Królik. – Czuję się jak jakiś jebany zombi.

– Witaj w klubie – odmruczał niewyraźnie Pierwszy. – U nas tak cały czas.

– Zajekurwabiście – skwitował to Królik. Reszta zespołu musiała się z nim zgodzić.

Dzień zapowiadał się długi i pełen wszystkiego co co najgorsze w danej sytuacji.