- 13 -

Dzień faktycznie był długi, jak to pod tymi szerokościami geograficznymi bywa, ale żeby był pełen wszystkiego co najgorsze w danej sytuacji, komando ze Stumilowego Lasu powiedzieć nie mogło. To znaczy, jeszcze nie mogło, bo było dopiero wczesne popołudnie, więc nie wiadomo było, jak się sytuacja rozwinie. I pomimo że było dopiero wczesne popołudnie, wszyscy doskonale wiedzieli, że dzień będzie długi, bo tak pod tymi szerokościami geograficznymi bywa.

– Hm, dobra – rzekł autorytatywnie sierżant Kubuś, drapiąc się za uchem w zamyśleniu niejakim. Dzięki wieloletniej praktyce, nie przeszkadzał mu w tym solidnie zasadzony na głowie hełm. Ot, jeszcze jedna z tych rzeczy, których można się nauczyć w wojsku.

– No, całkiem niezła – przytaknął Królik. – A o czym konkretnie mowa?

– A o tym, że skoro już jesteśmy w Vũng Tàu, to powinniśmy złapać jakiś transport na Cù Lao Thu.

– Hm, w sumie to niegłupia koncepcja. Proponuję zapytać miejscowych.

Jak powiedział tak też uczynił – Królik podszedł do skacowanego Pierwszego Jednak-Nie-Zombie i zagadnął wesoło, szczerząc się od słucha do słucha:

– No i jak tam łepetynka tego uroczego dnia, panie miejscowy Wietnamczyk?

– Napierdala – odparł zagadnięty krótko i treściwie.

– Zajebiście, zajebiście. Bo wicie panowla, transportu nam trza. Na Cù Lao Thu.

– E? Że gdzie? - Pierwszy sprawiał wrażenie, jakby nie do końca pojmował istotę pytania Królika. Co zresztą mogło faktycznie mieć miejsce, gdyż nie od dziś wiadomo, że rosyjska wódka dość skutecznie niweluje wszelkie pokłady wiedzy geograficznej. Szczęściem sierżant Kubuś był na miejscu, by odświeżyć Wietnamczykowi pamięć w krótkich żołnierskich słowach.

– Cù Lao Thu, dziesięć stopni i pięćdziesiąt pięć minut długości geograficznej północnej, sto osiem stopni i dziewięćdziesiąt pięć minut szerokości geograficznej wschodniej, około stu osiemdziesięciu ośmiu i siedemdziesięciu dziewięciu setnych wiorsty na wschód od Vũng Tàu – wyjaśnił prosto.

– Aaa, mówicie o Ðảo Phú Quí! – Pierwszy rozpromienił się. – Trzeba było tak od razu, a nie kombinować.

– A czemu Ðảo Phú Quí, a nie Cù Lao Thu? – zapytał rezolutnie Prosiaczek.

– A bo się ludziom Cù Lao Thu myliło z Cù Lao Dung, więc zmienili nazwę na Ðảo Phú Quí. A że niektórym wciąż się myliło w drugą stronę, to Cù Lao Dung przechrzczono na Ba-Xuyen. Nie mylić z Ba Xian, bo to po chińsku i kompletnie co innego znaczy.

– Aha, no przecież. U nas w Brooklynie mamy podobnie – Brooklyn jest Brooklyn, a jak ktoś pomyli z Bronksem, to ma przejebane. Zadziwiające podobieństwo kulturowe.

– Dobra Prosiak, dość pieprzenia w bambus bo ci drzazgi powłażą – sierżantowi Kubusiowi spieszno było przestawić rozmowę na bardziej interesujące go tory. Czego Kubuś nie wiedział, to że w większej części kraju dominuje kolej wąskotorowa. – Jak z tym transportem na Cù Lao Thu?

– Ðảo Phú Quí.

– Morda, Prosiak.

– No, w sumie to niby mamy jakąś krypę, – Pierwszy Jednak-Nie-Zombie przeszedł do sedna – ale tak się składa niefajnie, że bak jest kompletnie suchy.

– Wszystko wypływaliście? – spróbował zgadnąć Tygrys.

– Wypiliśmy.

– Aha. No tak.

– A pójdzie może na sake? – Królik błysnął zmysłem praktycznym, który doskonale mu służył kiedy tylko przychodziło do alkoholu albo trotylu.

– A w sumie to chętnie, ty stawiasz?

– Nie nie, o silnik pytam.

– A, szkoda – Pierwszy trochę się stropił. – W sumie to tak raczej niezbyt. Wiecie, my tu tak zacofani jesteśmy, że w szachy gramy bez planszy, bo plansze dla nas za skomplikowane są, a silniki mamy tutaj takie, że zacierają się na czymś, co nie ma ołowiu.

– W jaki sposób gracie bez szachownicy? – wtrącił nieśmiało Prosiaczek.

– Rzucamy w siebie pionami, wygrywa ten kto po skończonej partii jest jeszcze w stanie ustać o własnych siłach.

– Prosiak, czarnuchu jebany, zawrzyj tę swoją wpierdalającą banany mordę! – sierżant Kubuś miał czasem ochotę czarnuchowi nastukać, ale nie chciał wyjść na rasistę. – Skąd zatem możemy wziąć odpowiednią benzynę?

Pierwszy podrapał się zamaszyście w czubek głowy – w sumie bez większej potrzeby, ale to fajnie wyglądało.

– Myślę że w Long Hai będą mieli, czasem od nich pożyczamy jak nas mocno suszy. Łódź też tam jakąś będą mieli, możecie się od razu u nich zaokrętować.

– Te, a nie możemy po prostu kul trochę utrzeć i do sake dosypać? – Królik jak zwykle miał jakieś praktyczne rozwiązanie na podorędziu. – Oktanów sporo będzie, a i ołowiu niemało.

– Niestety, nie takie to proste – Pierwszy pokręcił głową. – Wasze kule są z za czystego ołowiu zrobione, równie dobrze moglibyście wody z Mekongu zaczerpnąć i mieć nadzieję że na tym ruszy.

– Ale przecież Mekong to ściek jest.

– No właśnie.

Królik tylko pokręcił lekko głową i przewrócił oczami.

– Dobra, nie ma co czasu mitrężyć. Kurs na Long Hai! – zaordynował sierżant Kubuś.

– TAK JEST! – odkrzyknęło gromko komando ze Stumilowego Lasu, po czym plasnęło dupami na ziemię i wiosłując karabinami, nie wiadomo jakim sposobem, popłynęło po gruntowej drodze na wschód ku północy.

– Idioci – skwitował to pod nosem sierżant Kubuś, po czym nie mając lepszego pomysłu popłynął wpław za swoimi ludźmi, którzy zdążyli już się nieźle odeń odsadzić.