Morze było ciemne jak wino.

Pod różowym niebem porównanie wydało się Doktorowi nawet trafne, bardziej, niż zwykle, w każdym razie. Naoglądał się tego morza sporo przez ostatnich kilka dni, i ciągle nie miał dosyć, ale wino było chyba ostatnią rzeczą, do jakiej by je porównał. Turkus, tak. Niebo nad głową, owszem. Ale wino?

- I co, kto miał rację? - odezwał się wesoły głos za jego plecami.

- Skrzynia stoi, gdzie stała, więc on też musi być w pobliżu. Elementarna logika, chłopcze.

Doktor z uśmiechem odwrócił się do nowo przybyłych.

- Myślałem, że będziecie spać do południa.

Młodszy z mężczyzn, imponująco brodaty, a zbudowany jak posąg Heraklesa, przewrócił oczami. Drugi zachichotał, zerkając na kolegę z ukosa.

- Arystokles się nie kładł – powiedział.

Arystokles z godnością strzepnął z chitonu jakiś pyłek i stanął u boku Doktora, opierając łokcie na szczycie kredowego muru.

- Chciałem cię spytać o szczegóły w związku z tymi superstrunami – wyjaśnił. Doktor zamrugał. Nie pamiętał, żeby coś takiego w nocy mówił.

Starszy, siwy Grek bez ceremonii umościł się w miedzy pomiędzy blankami.

- Mm, przyjemnie tutaj – zamruczał – O ile kogoś nie boli głowa, co?

- Jeśli za dużo wypiłem – warknął Arystokles, wyrywając Doktora z zamyślenia – to po to, żeby o tobie zapomnieć.

- A superstruny zapamiętałeś? - uśmiechnął się Władca Czasu.

- Każda zabawa, z której wychodzisz na własnych nogach, to dobra zabawa – orzekł starszy Grek, opierając łokieć na zębie muru.

- Nie masz wstydu? - syknął jego kolega, a on przymknął oczy jak kot, grzejący się w słońcu.

- A po co?

Arystokles pokręcił głową.

- Struny, Doktorze. Powiedziałeś, że tworzą Wszechświat-

- Wszechświat można traktować jako złożony ze strun – poprawił Doktor automatycznie – Yyy…

- Można go też traktować jako dzban z winem – mruknął drugi z Greków, a Arystokles fuknął, oburzony.

- Daj sobie spokój, chłopcze.

Doktor skwapliwie skorzystał z okazji do zmiany tematu.

- Wszyscy szukamy tej samej prawdy – powiedział – nie ma się o co kłócić.

- Kto się kłóci? Chyba ten tu błazen.

- O, ja – starszy Grek nawet nie otworzył oczu – jestem zgodny jak mało kto.

- Z każdym, od kogo da się wyciągnąć pieniądze – dogryzł mu Arystokles.

- Przestańcie.

- Mmm… uważaj, Doktorze, bo jeszcze od ciebie wydębi te struny.

Ale Arystokles tylko przewrócił oczami.

- Później o tym pomówimy – powiedział, przyglądając się koledze. - Z dala od profanów. A na razie idę się zdrzemnąć.

Obrócił się na pięcie i odszedł, a Doktor odetchnął i usiadł, opierając plecy o chłodny mur.

- Dziękuję.

- Nie ma za co. Dzieciak z niego, w gruncie rzeczy. Nie trzeba mu pokazywać nowych zabawek.

- Aż strach pomyśleć, dokąd zmierza cywilizacja, co? - zaśmiał się Doktor.

- Tam, dokąd zwykle – odparł jego rozmówca niewzruszenie.

Chłodny wiaterek potargał im włosy.

- Arystypie…

- Hmm?

- Jak myślisz, warto się męczyć?

- Nie. A w jakiej sprawie?

Doktor podciągnął kolana pod brodę.

- Mógłbym zostać tu z wami, pić wino i unikać dyskusji o strunach…

- Nie na długo – powiedział Arystyp trzeźwo. - Jeśli chcesz, zostań. Dionizjusz jakoś wytrzyma.

- Za parę lat władza się zmieni – mruknął Doktor, ale zanim zdał sobie sprawę, że to powiedział, Arystyp prychnął.

- Też mi tajemnica.

Doktor kiwnął głową. - Moment przeminie.

- No i?

- No i co?

- To moja kwestia. Wiesz, Doktorze, co stale powtarzam. Łagodny ruch.

- Tak, tak, wiem.

Arystyp zsunął się z muru i wyciągnął na kamiennej posadzce, podkładając ręce pod głowę.

- Kłopot z tobą – powiedział – polega na tym, że chcesz czegoś, co nie istnieje.

- Tak?

- Nie ty jeden, zresztą. Przyjemność to łagodny ruch. Ty próbujesz ją utrwalić, a jej istotą jest zmiana.

- Nie próbuję. Jestem wędrowcem, wiesz o tym.

- Więc wędruj.

- A co z dobrem ogólnym? - zapytał Doktor podstępnie, ale Arystyp tylko się roześmiał.

- Nasłuchałeś się Arystoklesa.

- Nie ja jeden.

Obłoki na horyzoncie bielały powoli, coraz bardziej przypominając owieczki. U stóp twierdzy budziło się miasto, kręcili się pierwsi przekupnie, gwardziści, rzemieślnicy, ale na szczyt wieży gwar nie docierał.

- Tak samo, jak on – powiedział Arystyp, podpierając się na łokciach – bierzesz wszystko zbyt poważnie.

- Wszystko jest poważne. I niepoważne.

- Królestwo jest w ręku dziecka, co?

Doktor zerknął na niego z ukosa – Sam też nie stawiasz przyjemności najwyżej.

- O? - filozof uniósł brwi – Doprawdy?

- Mhm. Sam mi mówiłeś, że trzeba umieć nad nią panować. Umieć ją odrzucić.

- Ale po temu trzeba mieć okazję, a chowając się w tej twojej skrzyni i unikając świata odrzucasz najwyżej zdrowy rozsądek.

- Nie unikam świata.

- Nie. Na dłuższą metę tego nie potrafisz.

- To znaczy świat ma nade mną władzę? - spytał Doktor, a Arystyp zastanowił się chwilkę. - Na to wychodzi.

Doktor przytaknął. Morze widoczne ze szczytu wieży było turkusowe. Na horyzoncie zamajaczyła purpurowa plamka żagla.