TARDIS lubi MLP. I uważa, że pasują do Elaine. Kto by pomyślał ;)

Echo było najgorsze.

Na blaszanej podłodze każdy jej krok dźwięczał nieznośnie głośno, a dźwięk odbijał się od ścian, białych i gładkich jak masa perłowa. Elaine miała poczucie, że jest pierwszą od wieków osobą, która stąpa tymi korytarzami, a jednocześnie okropnie się bała, że hałas ściągnie jej na głowę czeladź z mnóstwem pytań. Z drugiej strony, może wtedy poczułaby się pewniej. Nie było tu ani pyłka kurzu, a kiedy zaglądała w boczne, ciemne odgałęzienia, natychmiast zalewało je dziwne światło, ostre jak w słoneczne popołudnie, blade i zimne jak blask księżyca.

Usiłowała stawiać stopy jak najciszej. Co chwilę przystawała, czekała, aż echo przebrzmi, a potem, obejmując się ramionami, ruszała dalej, sama nie do końca wiedząc, czego jej brak.

Nagle poczuła obcy, słodkawy zapach i uświadomiła sobie, że dotychczas korytarze nie pachniały niczym zupełnie. Jak we śnie.

Zapach miał w sobie korzenne ciepło, ale w niczym nie przypominał żadnej znanej Elaine polewki. Był słodki, ale nie miodowy, bogaty, troszeczkę jak prażone laskowe orzechy, ale delikatniejszy. Przywodził jej na myśl dotyk jedwabiu.

Stanęła u drzwi, gładkich i nijakich drzwi z jednej białej płyty, jak wszystkie tutaj. Tylko kontur wyróżniał je ze ściany. Kontur i dochodzący zza nich aromat.

Elaine wyciągnęła rękę, a drzwi odsunęły się na bok.

Komnatka za nimi była nieduża, ściany miała zawieszone i zastawione drewnianymi szafkami różnej wysokości. Część z nich łączył zastawiony barwnymi różnościami blat. Pośrodku, na kwadratowym stole, nieprzykrytym żadnym obrusem, stał dzbanuszek z pokrywką i wygiętą łabędzio szyją, a przy stole siedział gospodarz tego domu, w zamyśleniu obserwując, jak z fajansowego kubka, który trzymał w rękach, unosi się pasemko pary.

Gdyby nie migocące w parze drobinki światła, Elaine przysięgłaby, że ogląda obraz.

- Czekolady?

Otrząsnęła się i podeszła, w drodze sięgając po krzesło.

- Co to? - zapytała.

- Gorąca czekolada. Masz ochotę?

Zawahała się przez moment. Jadła już w Hy Brasil, czy gdzie też trafili, z jednej miski z Doktorem, więc na ostrożność było już chyba za późno. Skinęła głową, a Doktor wstał, żeby jej podać drugi kubek z szafki. Naczynie zdobił malunek przedstawiający żółtego pegaza o długiej do ziemi różowej grzywie.

Doktor nalał do niego z dzbanka pachnący, brązowy napój. Był gorący, grzał palce przez kubek. Elaine wzięła głęboki oddech, a potem upiła łyk.

Smakował… pomyślała o aksamicie, orzechach, o korzennych łakociach, które jadało się w Święta Bożego Narodzenia. Czekolada nie była aż tak słodka i cukrowa, ale wydawała się bardzo gładka na języku.

- Mmm…

Doktor uśmiechnął się do niej, a Elaine, nawet o tym nie myśląc, odwzajemniła uśmiech. Przez chwilę pili czekoladę w przyjacielskim milczeniu.

- Strasznie tu cicho – nie wytrzymała wreszcie.

Doktor uniósł brwi, robiąc tak komiczną minę, że nie zdołała powstrzymać chichotu.

- Miałaś za mało wrażeń przez ostatnich parę dni?

- Nie, nie, przeciwnie. Dziwię się tylko, że dotąd nie spotkałam nikogo z twoich domowników. Żadnych służących.

- Nie mam służących.

Elaine najpierw się roześmiała, ale Doktor spojrzał jej poważnie w oczy.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

- To kto zapala światła? I sprząta, i gotuje? I skoro to statek, kto nim steruje?

Doktor westchnął, trochę jak ktoś opowiadający o swoim niesfornym dziecku. Z rezygnacją, ale i z czułością.

- Sama sobą kieruje. Ostatnio nie pozwala mi nawet myśleć, że mam coś do powiedzenia.

- Ona?

- TARDIS.

- Twój statek ma własną inteligencję? - Właściwie, czemu nie? Elaine nie miała pojęcia, jak duże mogą być planety, nie przypuszczała też, żeby mogły zejść z nieba i błąkać się swobodnie, jak doktorowa TARDIS, ale to by wiele wyjaśniało.

Może wszystkie planety to takie statki? Może żeglują nimi inni, podobni do Doktora? Księżycowi ludzie?

Doktor przytaknął.

- Jejku. Rozmawiasz z nią?

- Czasami.

Elaine zajrzała mu w szafirowe oczy, a on dodał – Ale TARDIS nie potrafi mówić, tak jak my to rozumiemy.

- Mhm. Teraz wiem, czemu mnie zabrałeś.

- To było niechcący – żachnął się Doktor.

- Twoja jedyna domowniczka nie mówi. Chybabym oszalała, gdybym miała tak żyć, jak pustelnik.

- Spotykam mnóstwo ludzi.

- Ale mieszkasz sam – upiła czekolady.

- Przysięgam – Doktor odstawił kubek na stół i bardzo poważnie spojrzał Elaine w oczy – że odwiozę cię do domu.

- Możesz z nami zostać, jeśli chcesz – zaproponowała bez namysłu. Żal do Doktora, który niemal już jej przeszedł po tych kilku dniach, rozwiał się zupełnie.

- Dziękuję.

Elaine dotknęła jego ręki.

- Nie musisz być bezdomny.

- Podtrzymuję to, co powiedziałem. Masz moje słowo, że wrócisz do domu.

Czuła, że podróżnik mówi szczerze, ale ukryła uśmiech za kubkiem czekolady.