Rozdział 2
And I know there's so much more ahead
I can barely believe that I'm here
And I won't surrender quietly
Step up and watch me go
To była pierwsza aportacja w życiu Harry'ego i stwierdził, że nienawidzi jej równie mocno co podróżowania za pomocą świstoklików i sieci Fiuu. Nie rozumiał, dlaczego czarodzieje wymyślali dziwaczne sposoby przemieszczania się, od których człowiekowi robiło się niedobrze lub doznawał obrażeń. Mugolskie środki lokomocji może i były bardziej czasochłonne, ale o wiele bardziej komfortowe. Czarodzieje powinni poważnie popracować nad aspektem transportu.
Gdy już w końcu mdłości przeszły mu na tyle, by mógł podnieść się z kolan i rozejrzeć, odkrył, że znajdowali się u bram wspaniałej posiadłości. Prawdę mówiąc nie tego się spodziewał. Gdy myślał o Kwaterze Głównej Voldemorta, przed oczami stawał mu obraz mrocznej, gotyckiej siedziby na bagnach, szkielety w wiszących klatkach, a w ogródku zamiast kwiatów ciała nabite na pale. Tymczasem za ozdobnie kutą bramą rozpościerały się piękne ogrody z fontannami i rzeźbami. Zdecydowanie magiczne ogrody. Tylko w ten sposób Harry potrafił wyjaśnić jednoczesne kwitnięcie tak różnych gatunków kwiatów, drzew i krzewów pod koniec jesieni.
Gdy już Severus upewnił się, że chłopak stoi pewnie na nogach, podszedł do bramy i położył na niej swoją dłoń. Zamek kliknął głośno i wrota stanęły otworem. Gdy przechodzili przez nie, nogi Harry'ego prawie się ugięły pod naporem zaklęć ochronnych. Nawet wolał nie myśleć, co by się stało z kimś, kto spróbowałby wtargnąć na teren posiadłości. Szczątki takiego nieszczęśnika byłyby pewnie rozsiane po całej Wielkiej Brytanii.
I to uczucie. To niesamowite wrażenie obecności. Tęsknota, którą Harry ciągle czuł gdzieś na krawędzi świadomości, spowiła go nagle niczym kokon. Wiedział, że gdy tylko znajdzie się bliżej źródła tej obecności, wszystko stanie się takie jak powinno być. Musiał dotrzeć do źródła, musiał stać się źródłem, musiał zniszczyć wszystko, co stanie mu na drodze do źródła!
Ostry ból w ramieniu sprawił, że Harry znów stał się świadom swojego otoczenia. Kiedy zdążyli pokonać ponad połowę drogi? Zmarszczył brwi i popatrzył na Severusa, który mierzył go uważnym spojrzeniem, analizując jego każdy ruch i celując w niego różdżką.
Och…
— Doszedłeś już do siebie? — W głosie mężczyzny było wyraźnie słychać niepokój. Harry przytaknął, wciąż próbując ogarnąć umysłem to, co się przed chwilą wydarzyło. Snape opuścił różdżkę. — Dobrze. Chodźmy.
Ponownie w pełni zmysłów Harry zaczął się rozglądać, starając skupić na czymś poza naglącym go uczuciem tęsknoty i obecności, która zdawała się go przywoływać do siebie. Ogród był piękny i przepełniony czarami, jednak Potter zauważył, że pod płaszczem spokoju niemalże niezauważalnie magia szumiała swoje ostrzeżenie i zdecydowanie nie była przyjaźnie nastawiona do gości. Nawet gdyby komuś udało się przedrzeć przez bramę, ogród poradziłby sobie z nim bez problemu. Harry nie wiedział, jakby miało to wyglądać, ale był tego pewien. Może jakieś zabójcze pnącza lub ożywające posągi? Ukryte lęgowiska węży? Wszystko było możliwe. W porównaniu z tą posiadłością Kwatera Główna Zakonu Feniksa to był śmiech na sali. I to nie tylko z wyglądu.
Drzwi siedziby również były otwierane dotykiem, a dokładniej Mrocznym Znakiem. Harry zastanawiał się przez chwilę, czy jego blizna była wystarczająco przesiąknięta magią Voldemorta, aby zaklęcia ochronne przepuściły go, gdyby to on poprosił dotykiem o dostęp. Może później zapyta. Jakoś nie miał ochoty przekonać się o tym metodą prób i błędów. Gdy tylko grube, drewniane drzwi zamknęły się za nimi, spowiła ich przytłaczająca cisza. Obecność zdawała się go pieścić i chłopak zmrużył oczy z przyjemności. Merlinie, chciał się znaleźć u jej źródła jak najszybciej, a najlepiej teraz.
— Weź się w garść. — Ostry głos Severusa przywrócił go do rzeczywistości i Harry odchrząknął, rumieniąc się lekko.
— Zawsze jest tu tak cicho?
— Gdy nie ma spotkań śmierciożerców, tak. — Snape szybko poprowadził go korytarzem w lewo. — Jednak cisza nie oznacza, że któryś z nich nie kręci się gdzieś w pobliżu.
Harry przytaknął i pozwolił się prowadzić przez labirynt korytarzy. Obecność tętniła wokół niego, rezonując w nim podekscytowaniem i niecierpliwością. Przyciągała go do siebie i kilka razy musiał zdusić jęk, gdy Severus wybierał okrężną, mniej uczęszczaną drogę do jej źródła. Nie rozumiał, jak mężczyzna mógł nie czuć jej obecności, przywoływania. A może czuł, jednak jako mistrz samokontroli panował nad swoimi reakcjami? A może ona była tylko dla niego? Tylko dla Harry'ego? Tak, zdecydowanie podobała mu się ta druga koncepcja. Chciał... potrzebował, by ta obecność była tylko jego, na własność. Jego, jego, JEGO!
— Potter! — Ostry szept i ból. Tym razem dojście do siebie zajęło nastolatkowi znacznie więcej czasu. Zmusił się do skupienia na otaczającej go rzeczywistości, szukając czegoś, czegokolwiek, by skoncentrować się na tym i wykorzystać do uziemienia, jak uczył go tego mistrz eliksirów.
Z zewnątrz budynek nie wydawał się być aż tak wielki co od wewnątrz. Wciąż nie przypominał w wyglądzie posępnej siedziby Mrocznego Pana, nie przytłaczał też przepychem i nagromadzeniem niepotrzebnych ozdób. W porównaniu z ogrodami wnętrze wydawało się być niemalże puste.
— Co by się stało, gdyby nagle te wszystkie zaklęcia utrzymujące magiczną przestrzeń przestały działać? — zapytał. Czy ludzie akurat będący w środku przeżyliby to? Nie miał zbyt dużej wiedzy na temat czarodziejskiej architektury. Prawdę powiedziawszy nie wiedział o niej praktycznie nic oprócz zaklęć wzmacniających i ochronnych oraz tych zmieniających kolor. Jednak jego przeczucie, które przez ten rok nauczył się rozpoznawać jako echo wiedzy Voldemorta, mówiło mu, że byłby to rozkosznie krwawy widok. Na myśl o czarnoksiężniku jego myśli znów zaczęły kierować się w stronę obecności, więc skupił się na twarzy mistrza eliksirów, starając się zdusić w sobie tęsknotę.
— Nie chciałbyś się wtedy znaleźć w takim budynku, Potter — Severus wycedził przez zęby. Wyraźnie nie chciał rozmawiać, więc Harry zamilkł, wyobrażając sobie różne scenariusze związane ze zniszczeniem tych zaklęć. Krzyki, krew, zmiażdżone wnętrzności… Obecność. Przyspieszył kroku i gdyby nie silny uchwyt dłoni Snape'a na jego ramieniu, na pewno zacząłby biec. Kilka minut później dotarli do niewyróżniających się niczym ciemnych, drewnianych drzwi i mężczyzna zapukał w nie, drugą ręką przytrzymując przy sobie ledwo świadomego Pottera. Po chwili drzwi stanęły otworem i wkroczyli do przestronnego gabinetu. Wzrok chłopaka został od razu przyciągnięty do postaci siedzącej za biurkiem. Ograniczające go ramię zniknęło i natychmiast ruszył w jej stronę. W końcu tu był, tak blisko źródła obecności. Był u źródła. Ulga, jaką poczuł, gdy nagle tęsknota go opuściła, została całkowicie stłumiona przez nowe uczucie — pragnienie. Musiał dotknąć źródła, musiał je posiąść… Był niczym w gorączce, jego oczy były wielkie i błyszczące, widzące coś, czego nikt inny nie mógł zobaczyć. Sekundy zaczęły rozciągać się w wieczność.
…oje, moje, moje, moje, moje, moje… JA!
— Panie. — Severus pochylił się w zwyczajowym ukłonie, jednak szybko się wyprostował, gdy poczuł w powietrzu zawirowanie magii. Popatrzył na stojącego obok niego Pottera i szybko rzucił na siebie zaklęcie, dzięki któremu był w stanie widzieć, co się dzieje. Widok, jaki ukazał się jego oczom, był niesamowity. Promienie i świetlne fale magii otaczającego go świata nagle stały się widoczne, tworząc wspaniały spektakl. Magiczne rdzenie Pottera i Voldemorta nie zachowywały się normalnie. Tętniły, wysyłając z siebie pulsy magii, które rozchodziły się w powietrzu niczym świetliste fale dźwiękowe. Zdawały się badać siebie nawzajem, szukać czegoś, aż w końcu ich częstotliwości pulsowania stały się takie same. Snape zamrugał, nie dowierzając własnym oczom i zdjął zaklęcie.
Harry i Mroczny Pan stali naprzeciwko siebie tak bardzo podobni, a jednocześnie tak różni. Jakimś cudem Voldemort odzyskał bardziej ludzki wygląd, jednak jedyną cechą fizyczną, która ich łączyła były czarne włosy. Niski, kościsty młodzieniec z szopą na głowie i połamanymi okularami, które przypominały bardziej denka od butelek niż sprzęt okulistyczny, wyglądał niemalże karykaturalnie przy wysokim i dobrze zbudowanym, zadbanym mężczyźnie. Za to sposób, w jaki się poruszali, trzymali prosto głowy... to samo ułożenie rąk, pleców, te same wyrazy twarzy, ta sama magia. Severus przełknął, próbując zdusić dyskomfort. Patrzyli na siebie jak zahipnotyzowani, jednak był pewien, że tak naprawdę się nie widzieli. Byli za bardzo zagłębieni w swoich umysłach, by mogli zwrócić uwagę na cokolwiek dookoła nich. Po kilkunastu minutach ciszy, w trakcie których Snape znów zaczął obserwować niesamowity pokaz dawany przez ich magię i zjednoczony magiczny rdzeń, w końcu zamrugali i poruszyli się. W tym samym czasie i w ten sam sposób. Popatrzyli na niego, przechylając nieco głowę na prawą stronę.
= I co odkryłeś, Severusie? = zapytały jednocześnie dwa równie monotonne głosy. Mistrz eliksirów potrzebował chwili, aby się z tego otrząsnąć. To było jeszcze bardziej niepokojące, niż tego typu pokazy organizowane czasami przez bliźniaków Weasley. = Profesorze? = Odrobina niepokoju w głosach. To pytanie musiał skierować do niego Harry.
— Wasze rdzenie stały się jednym, a z waszego zachowania wnioskuję, że to samo stało się też z umysłami. Umieszczę wspomnienie moich obserwacji w myślodsiewni, abyście sami mogli się przekonać, jak to wszystko wygląda. — Na obu twarzach pojawiły się podobnie zmarszczone brwi i obaj w tej samej chwili i w identyczny sposób ruszyli po myślodsiewnię. Po kilku krokach zatrzymali się i popatrzyli na siebie z jeszcze większym marsem na twarzy.
= To dość kłopotliwe. = Skrzyżowali dłonie na piersi i przechylili głowę, oceniając się nawzajem. = Wydaje się, że będzie lepiej, jeżeli w pierwszej kolejności uporamy się z tym. = Gestykulowali dłońmi, pokazując na siebie. Severus przytaknął.
— Spróbujmy najpierw tego. — Snape wyjął z kieszeni niewielki nożyk. Podszedł do Harry'ego, po czym naciął lekko jego prawą dłoń. Syknięcie wydobyło się z obu ust i również ciało Voldemorta uniosło swoją prawą dłoń, patrząc na nią.
= Obaj czujemy ból i krwawimy. = Snape podszedł do Voldemorta. Rzeczywiście, na jego ręce znajdowało się niewielkie zranienie o tym samym kształcie i w tym samym miejscu co u Pottera. Severus je wyleczył i popatrzył na chłopaka. = Obie się wyleczyły. Może spróbujmy się teraz rozdzielić? To zaczyna się robić naprawdę krępujące.
— Powiedzieliście „obaj". — Profesor bawił się w palcach różdżką, myśląc na głos. — To znaczy, że jesteście świadomi swojej odrębności?
= Ciężko to określić. Część się zlała, ale część jest wciąż oddzielna. Może sam zobaczysz? = Podeszli do Severusa dokładnie w ten sam sposób. = Przy okazji może wpadniesz na pomysł rozdzielenia nas.
— Tak, panie. — Snape pochylił się lekko, by znaleźć się bliżej poziomu oczu Harry'ego i wszedł do jego umysłu. Nawet z pozwoleniem Voldemorta nie był na tyle głupi, aby patrzeć na połączenie ich umysłów od strony Mrocznego Pana. Bariera, którą napotkał, była nienormalnie silna jak na Pottera. Owszem, dzięki wykorzystaniu umysłu Severusa jako matrycy, chłopakowi w końcu udało się opanować Oklumencję, jednak na poziomie bardzo podstawowym. Mistrz eliksirów długo gryzł się z faktem, że najwyraźniej chłopak ma wrodzony antytalent do sztuki ochrony umysłu. Teraz jednak bariery były z najwyższej półki, takie, jakich spodziewałby się właśnie po Voldemorcie. Po chwili otworzyła się w nich furtka i został wciągnięty w umysł, którego prawie nie poznał. Po krótkim rekonesansie profesor zaczął szukać sposobu na rozdzielenie połączonych czarodziejów.
oOo
Otaczało go ciepło. Było mu tak dobrze i czuł się tak bezpieczny jak jeszcze nigdy w swoim życiu. Kołysał się na ciepłej bryzie otulony puchem. Długie palce gładziły delikatnie jego włosy, a ta mroczniejsza cząstka niego po raz pierwszy od miesięcy wydawała się być całkowicie nieobecna. Z daleka docierał do niego pomruk głosów. Ktoś rozmawiał? Ale to nie było ważne, nie wtedy, gdy znajdował się w tych objęciach niebytu i palce przeczesywały jego włosy, dłoń gładziła policzek.
— Otwórz oczy…
Oczy? Jakie oczy?
— Harry…
Kim jest Harry? To imię wydawało się znajome. Czuł, że powinien je rozpoznać i z kimś powiązać, kimś bardzo ważnym. Jednak ta myśl wywołała niepokój i jak najszybciej ją odrzucił. Było mu dobrze i nie chciał czuć niczego poza tym.
— Uparty…
Dłonie objęły jego twarz i wtulił się w ich ciepło, ich delikatną pieszczotę. Były szczupłe i o długich palcach; przez myśl mu przemknęło, że musiały być większe niż jego. Czy to tak czuło się dziecko, gdy któreś z rodziców obejmowało dłońmi jego twarzyczkę? Dlaczego miałby się nad tym zastanawiać? To uczucie znał każdy, kto był kiedyś dzieckiem. Czy to znaczyło, że on nigdy nie był dzieckiem?
— Spójrz na mnie…
Nie, nie chciał patrzyć. Czuł, że jeżeli otworzy oczy, to uczucie tego błogostanu zniknie; dłonie opuszczą go, a on ponownie zostanie opanowany przez tęsknotę. Znów będzie musiał walczyć z samym sobą, by nikt nie zauważył jak bardzo stał się nienormalny. Nie chciał tego. Jedyne czego pragnął, to czuć tę bezgraniczną akceptację i przynależność, którą czuł teraz.
Dłonie szarpnęły i pociągnęły go — nie wiedział, w którym kierunku, ale coś podpowiadało mu, że na zewnątrz. Nagle uczucie puchu i ciepła zniknęło, tak samo jak dłonie, i znalazł się w jakimś pomieszczeniu, patrząc w czerwone tęczówki mężczyzny stojącego przed nim. Poczuł, jak jego wargi poruszają się idealnie zgrane z ustami mężczyzny.
= I co odkryłeś, Severusie?
Severus…?
Znał to imię i widział stojącego przed sobą, odzianego w czerń mistrza eliksirów. Pomiędzy nim a Severusem stał… to był on, ale jak mógł tam stać i widzieć siebie, gdy patrzył na Voldemorta?
= Profesorze? = Pytanie wyrwało się jednocześnie z jego ust i Mrocznego Pana. Pełne zagubienia i niepokoju. Jednak gdy Severus zaczął mówić, powoli zaczynał rozumieć. Wciąż czuł się lekko zdezorientowany tym, że patrzył na Voledmorta, widząc zarazem siebie samego i mistrza eliksirów. W porównaniu z przystojnym i majestatycznym Mrocznym Panem, jego chłopięce ciało wyglądało naprawdę mizernie. Uniósł brwi, brwi Voldemorta zrobiły to samo, a następnie jego ciało zaczęło się poruszać bez jego woli i razem z czarnoksiężnikiem ruszyli w tę samą stronę. Stanął, zatrzymując Toma i Mroczny Pan zmarszczył brwi. Oczywiście jego twarz uczyniła to samo.
= To dość kłopotliwe. = No co ty nie powiesz? Harry prychnął w myślach i skrzyżował ręce na piersi, podczas gdy Voldemort przechylił głowę, przyglądając się mu. = Wydaje się, że będzie lepiej, jeżeli w pierwszej kolejności uporamy się z tym. = Mroczny Pan machnął dłonią między nimi i dłoń Gryfona zrobiła to samo. To naprawdę zaczynało się robić irytujące. Oczami Voldemorta zobaczył, jak Severus przytaknął i zaproponował, by najpierw czegoś spróbowali. Dał naciąć sobie dłoń i syknął, gdy ból okazał się znacznie większy niż się spodziewał. Nie tylko czuł ból w swojej dłoni, ale też w Voldemorta; jakby echo własnego bólu docierające do niego z umysłu Mrocznego Pana… Kojarzyło mu się to trochę z patrzeniem w lustro, które odbija się w innym lustrze, jak to często bywa w przedziałach pociągów. Jego usta znowu się poruszały. = Obaj czujemy ból i krwawimy.
Prawdę mówiąc to, że Severus uleczył ranę Harry'ego, lecząc zarazem Voldemorta, nie było jakimś szczególnym zaskoczeniem. Akurat tę chwilę jego nastoletni umysł postanowił wykorzystać do pokazania jak bardzo jest zdominowany hormonami, ponieważ w jego głowie pojawiły się bardzo niedorzeczne myśli o tym, czy Tom również dostałby erekcji, gdyby Harry zrobił się twardy. I jak genialny musiałby być w takim stanie orgazm. W końcu czułby nie tylko swoją przyjemność, ale też przyjemność Voldemorta i swoją odbitą przez niego… seks musiałby być naprawdę powalający.
= Obie się wyleczyły. Może spróbujemy się teraz rozdzielić? To zaczyna się robić naprawdę krępujące.
I w tej chwili Harry z przerażeniem zdał sobie sprawę, że Voldemort słyszał wszystkie jego myśli, chociaż on niczego od niego nie odbierał.
— Powiedzieliście „obaj". — Severus zwrócił uwagę. Najwyraźniej myślał, że słowa wypowiadane jednocześnie przez ciała Harry'ego i Voldemorta wychodzą jednocześnie z obu umysłów. — To znaczy, że jesteście świadomi swojej odrębności?
Mroczny Pan odpowiedział, chociaż słowa wypłynęły oczywiście z obu ust. Dlaczego czarnoksiężnik był tak wyraźnie dominujący w ich połączeniu? Wydawało się, że powinni być na równi, z tymi samymi możliwościami. A jednak Harry nie słyszał jego myśli i miał dziwne przeczucie, że gdyby Voldemort tego chciał, mógłby z łatwością przejąć całkowitą kontrolę nad jego ciałem. Severus pochylił się, by móc popatrzeć mu prosto w oczy i przez chwilę chłopak czuł coś na kształt delikatnego pukania w mentalne bariery. Nawet nie wiedział, że w tej chwili takie posiadał… Voldemort odsłonił odrobinę jego umysł i mistrz eliksirów wśliznął się do środka.
oOo
Voldemort był bardzo niezadowolony z wniosków, do których doszedł profesor, niestety sam nie miał lepszego pomysłu na przywrócenie ich do względnej normy. Okazało się, że połączenie jest napędzane przez ich magię i jedynym sposobem na zerwanie go było pozbycie się jej. Innymi słowy Mroczny Pan i Harry musieli na chwilę stać się charłakami. I to na wystarczająco długą chwilę, by Severus mógł zabrać Pottera z siedziby Voldemorta, ponieważ połączenie nawiąże się, gdy tylko magia do nich wróci. Potrzebowali więc około piętnastu, dwudziestu minut i Tom miał bardzo duże opory. Jednak musiał to zrobić i Severus udał się do pracowni, by uwarzyć odpowiedni eliksir.
Połączeni ze sobą czarodzieje mieli przed sobą około dwie godziny czekania. Zajęcie miejsc na kanapie okazało się być nie lada wyczynem; biorąc pod uwagę to, że poruszali się symetrycznie i żaden z nich nie chciał się przewrócić, gdy drugi usiądzie. Kiedy im się to udało, przez kilka minut siedzieli cicho, patrząc na półki z książkami.
= Zmieniłeś się od ostatniego czasu, gdy się widzieliśmy = Voldemort przemówił spokojnie, jakby lekko znudzony. Harry popatrzył na niego, widząc jednocześnie siebie i powrócił do wpatrywania się w biblioteczkę.
= I kto to mówi.
= Nie jesteś już takim Złotym Chłopcem jakby chciał tego Dumbledore = kontynuował Mroczny Pan. Po chwili wygiął usta w uśmiechu. = Twoje niektóre przemyślenia są dość… krwiste.
Harry skrzywił się. To, że stał się znacznie bardziej agresywny, wcale nie znaczyło, że był takim samym potworem jak Voldemort lub wielu z jego popleczników. W przeciwieństwie do nich potrafił panować nad swoimi zapędami do brutalnego rozwiązywania problemów. Przynajmniej do czasu aż ktoś naprawdę go nie rozzłościł. Jak Vernon… Ale nikt nigdy nie twierdził, że ten pieprzony mugol należał do inteligentnych. Poza tym w tej chwili ta mroczna cząstka siedziała wyjątkowo cicho i czuł się prawie tak samo jak przed walką w Ministerstwie. Pomijając to, że był połączony z Voldemortem znacznie poważniej niż wtedy.
= Przestałeś się zgadzać z Dumbledore'em w wielu kwestiach = zauważył Mroczny Pan i Harry niechętnie przytaknął. Przez ten rok Severus nauczył go najważniejszych tradycji czarodziejskiego świata i opowiedział dlaczego wielu z normalnych czystokrwistych również przyłączyło się do Voldemorta, gdy ten był jeszcze… bardziej opanowany. Doświadczenia Pottera z Dursleyami i pozostałymi mieszkańcami Privet Drive oraz uczniami i nauczycielami Hogwartu sprawiły, że zgadzał się z kilkoma poglądami Mrocznego Pana, którym Dumbledore był przeciwny. Przede wszystkim żadne czarodziejskie dziecko nie powinno być wychowywane w mugolskim świecie. Nawet najbardziej kochający niemagiczni rodzice nie zapewnią mu tego samego co magiczni. Poza tym takie dziecko stanowiło zagrożenie nie tylko dla siebie, ale też otoczenia, ponieważ nie miało żadnej kontroli nad swoją magią, a ludzie Ministerstwa zjawiali się dopiero po fakcie. Magiczni rodzice mogli bronić się przed, dajmy na to, latającymi sztućcami; niemagiczni mogli się tylko modlić. Harry wolał nie myśleć o tym, jak czarodziejskie dzieci były traktowane przez lekarzy, jeżeli ich rodzice zdecydowali się zasięgnąć porady specjalistów.
Uważał, że bardzo wiele problemów magicznego społeczeństwa zostałoby rozwiązanych, gdyby mugolaki były zabierane biologicznym rodzicom zaraz po urodzeniu i adoptowane przez czarodziejskie rodziny.
Voldemort z zainteresowaniem przysłuchiwał się jego myślom.
= Zdajesz sobie sprawę, że magia mugolaków różni się od magii czystokrwistych? Jest nieukształtowana i… dzika, dlatego destabilizuje naszą magię; powoduje, że dzieci z mieszanych związków rodzą się zazwyczaj słabsze magicznie.
Tak, wiedział o tym. Severus wyjaśnił mu, że mieli naprawdę wielkie szczęście, że ich magia nie ucierpiała z powodu pochodzenia ich rodziców. On, Snape i Voldemort mieli mieszaną krew i należeli do tych nielicznych przypadków, w których jakimś cudem doszło do wzmocnienia magii. Neville i wielu Puchonów nie mieli takiego szczęścia. Chłopak naprawdę nie znał dobrego rozwiązania tego problemu. Oczywistym wydawało się, że mugolaki powinny być jakoś znaczone czy coś, żeby nikt się nie pomylił i przypadkiem z nimi związał. Ale Severus powiedział mu, że dzieci dwójki mugolaków miały stabilniejszą magię i już po trzech pokoleniach odpowiedniego „krzyżowania" ich magia była równie stabilna jak każdego czystokrwistego. Może było to trochę zbyt przedmiotowe traktowanie, jednak taka była prawda.
Cóż, z tego co chłopak zauważył, najwięcej przyszłych małżonków poznawało się właśnie w szkole. Więc gdyby oddzielić mugolaków od czystokrwistych na czas edukacji…
= Już łatwiej jest wybić ich wszystkich, Potter. = Voldemort prychnął i Harry poczuł, jak rośnie w nim gniew. = I nie ma sensu się tak unosić. Wiem, że twoja matka była szlamą i była bardzo zdolna, jednak nawet jeżeli utworzy się dla nich oddzielną szkołę, to wciąż będą mogły… oczarować jakiegoś czystokrwistego czarodzieja.
= Nie, jeżeli uczyni się takie związki nielegalnymi i nałoży na obie strony odpowiednie kary! = wybuchnął Harry.
= Prowadzę tę wojnę od ponad pięćdziesięciu lat, Potter. Możesz mi uwierzyć na słowo, że przemyślałem dokładnie wszystkie opcje i najlepszą będzie całkowite pozbycie się mugolaków z naszego świata. = Voldemort przez chwilę przysłuchiwał się jego rozeźlonym myślom. Po czym kontynuował: = Skoro uważasz, że byłoby to takie proste, dlaczego się tym nie zajmiesz? = zaproponował i popatrzył prosto na niego, zmuszając chłopaka do spojrzenia w czerwone tęczówki. = Połączmy siły, Potter. Wygrajmy tę wojnę i wtedy będziesz mógł spróbować wprowadzić swój plan w życie…
Harry zastanowił się nad tym. Czarodziejski świat potrzebował zmian i Voldemort miał środki, aby je wprowadzić, podczas gdy Dumbledore był zadowolony z tego jak się sprawy miały. Tak, wciąż uważał, że — pomijając zakaz „krzyżowania się" ze sobą — mugolaki, czystokrwiści i ci o mieszanej krwi powinni mieć te same prawa w społeczeństwie. Uważał również, że to umiejętności i intelekt powinny stanowić podstawę do ich statusu społecznego, a nie czystość krwi. Wystarczy popatrzeć na przykład Rona, który był czystokrwistym idiotą, oraz genialnej mugolaczki Hermiony. Ron, nawet jeżeli obleje połowę swoich egzaminów, będzie miał łatwiejszy start z pracą w magicznym społeczeństwie niż Hermiona, która zapewne otrzyma same Wybitne i wyróżnienie. Wiedział również, że wiele osób nie posiadających rodzinnej fortuny zdecyduje się zamieszkać w mugolskim świecie, ponieważ życie tam było tańsze. To również mu się nie podobało.
= Tak, czarodziejski świat powinien być całkowicie odseparowany od mugolskiego = zgodził się z nim Voldemort. = Jeżeli wybijemy wszystkie szlamy, mugolska kultura przestanie korcić niektórych czarodziei, a ponieważ zupełnie nie będą wiedzieli, jak sobie radzić w mugolskim świecie, nie będą się decydowali na zamieszkanie w nim.
Harry rozważył to pokrętne rozumowanie. Według niego znacznie łatwiej byłoby wybudować nowe czarodziejskie miasteczka, takie jak Hogsmeade. To zapewniłoby nie tylko nowe i tanie lokum, ale również dodatkową barierę przed mugolskim światem. Jeżeli czarodzieje mieliby wszystko co potrzebne pod ręką w swoim magicznym miasteczku, to nie potrzebowaliby zagłębiać się w mugolskie. Ponadto byłoby ich znacznie więcej, ponieważ jeżeli miałby prowadzić szkołę dla mugolaków, to przyjmowałby do niej wszystkich, a nie tylko tych o średniej lub silnej magii. Prawda była taka, że gdyby Hogwart przyjmował czystokrwistych i mieszanych według tych samych kryteriów co mugolaków, to mieliby o około jedną trzecią mniej uczniów. Mugolaki tak słabe jak Neville nie były przyjmowane do magicznego świata i ich „gen" magii przepadał.
Voldemort prychnął znów, słysząc jego myśli. Oczywiście, że dla czarnoksiężnika, którego hasłem przewodnim było „Nie ma dobra i zła, jest tylko potęga i ci, którzy są zbyt słabi, by z niej korzystać", tego typu idee były śmieszne. Jednak jeśli Harry przyłączy się do niego, to czarnoksiężnik nie będzie miał zbyt dużo do powiedzenia w sprawie mugolaków; oni będą pod jego jurysdykcją.
= Proszę bardzo, Potter. = Mroczny Pan był wyraźnie tym rozbawiony. = Ale jeżeli twoje plany nie wypalą, wybiję ich wszystkich. I nie będziesz miał nic do gadania.
Chłopak był tym trochę zaskoczony. Voldemort naprawdę się zmienił od tamtej bitwy w Ministerstwie. Nie był już tak sztywny w swoich poglądach i wyraźnie był gotów pójść na ustępstwa w kluczowych kwestiach tylko po to, by zapewnić sobie jego poparcie. Nawet nie miał pewności czy po zwycięstwie Harry nie zdradzi…
= Och, nie martw się, Potter. Jeżeli do mnie dołączysz, to będę miał gwarancję twojej lojalności. = Pochylił się lekko do przodu, przez co ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie. = I biorąc pod uwagę twoje wcześniejsze myśli, nie będziesz miał nic przeciwko… Harry.
