Część 4


When we move

We camouflage ourselves

We stand in the shadows waiting

We live for this and nothing more

We are what you created


Dookoła niego była ciemność, jednak z jakiegoś powodu się jej nie bał. Szedł przez nią spokojnie, wiedząc, że nic złego nie może mu się stać, a na końcu wędrówki czeka na niego wspaniała nagroda. Nie wiedział, czym ona była, jednak był pewien, że nigdy jej nie zapomni. Nagle zdał sobie sprawę, że nie był już sam, a ciemność zmieniła się w drewniane więzienie, z którego nie było wyjścia. Ze ścian zaczęły wyłaniać się pająki. Wielkie bestie, przy których dzieci Aragoga wyglądały jak niewinne, udomowione maleństwa. Sparaliżował go strach. Dlaczego to się działo? Przecież miał być tu bezpieczny! Miał zostać wynagrodzony…

— To twoja nagroda.

Wrzasnął, gdy pająki rzuciły się na niego, wbijając mu kły w skórę, rozrywając ciało. Ból był straszny — nigdy nie czuł takiego. Merlinie, niech to się skończy, niech to się skończy. Czym sobie zasłużył na taką torturę? Na taką śmierć? Był dobry, był dobry. Nie chciał umierać. Niech ten ból już się skończy…

— Proszę… proszę…

A zielone oczy śmiały się z niego.

Ron zerwał się z łóżka z krzykiem. Był mokry od potu i łez, a ciemność skrzydła szpitalnego wcale nie pomagała w uspokojeniu kołatającego serca. Odkąd wrócił z Zakazanego Lasu wciąż prześladowały go te same koszmary i nawet eliksir bezsennego snu wydawał się nie działać. Po chwili usłyszał kroki i przy jego łóżku zapaliło się kilka świec. Z przerażeniem popatrzył w stronę, z której ktoś nadchodził. Ujrzał w mdłym kręgu światła pielęgniarkę i wziął drżący oddech, próbując się uspokoić.

— Znów koszmary, kochanie?

W innych okolicznościach, gdyby ktoś zwrócił się do niego jak do dziecka, zdecydowanie by się obraził i głośno zaoponował. W końcu nie był już dzieckiem, a młodym mężczyzną. Jednak teraz był zbyt roztrzęsiony, by zwracać na to uwagę. Pomfrey wyjęła z kieszeni fartucha fiolkę eliksiru uspokajającego i nakłoniła go do wypicia ohydnej substancji. Prawie od razu poczuł się lepiej i opadł zmęczony na poduszkę.

Każdej nocy chłopak budził ją kilka razy swoimi krzykami i coraz poważniej rozważała poproszenie o pomoc kogoś z psychiatrycznego oddziału Św. Munga. Wątpiła, czy będzie w stanie powrócić do nauki, gdy był do tego stopnia dręczony koszmarami. Będzie musiała porozmawiać z Molly o zabraniu go na jakiś czas do domu, gdzie powinien czuć się bezpiecznie z dala od Zakazanego Lasu. Westchnęła, widząc, że zasnął dzięki połączonej mocy eliksiru uspokajającego i nasennego. Może jej też się uda złapać jeszcze parę godzin snu.

oOo

Harry siedział w gabinecie Voldemorta, czekając na przybycie mężczyzny. Severus znów go tu przyprowadził, jednak szybko uciekł do pracowni, wymawiając się obowiązkami. Uważał, że mistrz eliksirów najzwyczajniej w świcie znudził się czekaniem na Mrocznego Pana, zwłaszcza że nie on był gościem numer jeden. Skrzat powiadomił ich, że Tom udał się załatwić kilka spraw w ministerstwie i Harry przyjął to z lekkim niedowierzaniem. Nie wiedział, że Voldemort był tak blisko zdobycia władzy, że mógł bez problemu przechadzać się korytarzami ministerstwa strzeżonymi przez aurorów oraz pracujących tam członków Zakonu Feniksa. Musiał mieć cholernie dobre przebranie.

W końcu, po prawie godzinie czekania, drzwi gabinetu otworzyły się i do środka wkroczył Mroczny Pan.

Potter poczuł, jak pali go amulet, próbując ochronić przed ponownym utworzeniem się między nimi absolutnej więzi. Od ostatniego spotkania i… zabawy z Ronem tęsknota nie dokuczała mu aż tak bardzo, jednak teraz obudziła się z nową siłą. Ledwo się powstrzymał przed zerwaniem naszyjnika i odrzuceniem go, a najlepiej zniszczeniem, by nie mógł go izolować od bycia kompletnym.

— Oddychaj.

Popatrzył w czerwone tęczówki przyszłego męża, który wydawał się być zupełnie nieporuszony ich bliskością. Wyglądało na to, że więź działa w ten sposób tylko na niego. Albo Voldemort był lepszym aktorem niż myślał do tej pory.

Dobrze, panuj nad tym.

Harry zamrugał, gdy po chwili zdał sobie sprawę, że ostatnie słowa zostały wypowiedziane w jego umyśle, a nie na głos. Poczuł, jakby coś przemieściło się w jego głowie i tęsknota ucichła. Rozpoznał obecność Toma i zmarszczył brwi. Czy mężczyzna celowo wszedł do jego umysłu, czy może amulety nie były w stanie powstrzymać kształtowania się tego pomostu, gdy byli tak blisko siebie? Miał już zapytać, co czarnoksiężnik o tym myśli, gdy ten odpowiedział, siadając obok niego na kanapie.

— Nie zrobiłem tego celowo. Obawiam się, że nawet z pomocą amuletów nie jesteśmy w stanie zachować całkowitej prywatności naszych myśli.

Harry przytaknął, skupiając się na swoich barierach umysłu. Może i jego oklumencja nie była wysokich lotów, jednak mogła mu pomóc, jeżeli będzie ją utrzymywał w najwyższej gotowości, jakby był atakowany. Gdy tylko wzmocnił bariery, obecność Voldemorta stała się słabsza, ale za to tęsknota znów ożyła, wyraźnie niezadowolona z takiego obrotu sprawy. Po kilku chwilach walki poddał się, decydując na mniejsze zło. Wolał mieć Toma w głowie niż tę przeklętą tęsknotę, tak intensywną, że nie pozwalała mu logicznie myśleć. Sięgnął do kieszeni szaty i wyjął z niej poprawioną z pomocą Severusa umowę małżeńską. Voldemort przywołał z szuflady biurka swoją wersję i wymienili się. Już po pierwszych kilku akapitach Harry nie mógł się powstrzymać przed zerknięciem na siedzącego obok mężczyznę. To, jak bardzo treść umowy Toma była podobna do jego, wywołało u niego ciarki. Mroczny Pan też szybko zauważył tę prawidłowość, bo po chwili jedynie przejrzał pozostałe strony, nie czytając ich dokładnie. Harry powrócił do pergaminów zapisanych wąskim pismem Voldemorta, zdeterminowany wyłapać wszystkie różnice. Co było dość trudne, biorąc pod uwagę, że nawet podobnie sformułowali swoje myśli. Gdy skończył czytać, Mroczny Pan patrzył na niego wyczekująco.

— Wydaje mi się, że nie będziemy mieli problemów z dojściem do porozumienia — odezwał się w końcu. Umowy były praktycznie identyczne i przez chwilę zastanawiał się, czy przypadkiem Voldemort nie przedstawił swojej wersji Severusowi, gdy mistrz eliksirów gościł u niego. To było całkiem prawdopodobne i znacznie ułatwiło im zadanie. Pokazało również Harry'emu, jak bardzo Snape popiera jego ostatnie decyzje w sprawach wojny.

— Tak. Dobrze więc, że załatwiłem nam dzisiaj odpowiedniego urzędnika i świadków. — Voldemort uśmiechnął się i wezwał jednego z domowych skrzatów. — Przyprowadź Severusa i naszych gości.

Skrzat ukłonił się i zniknął bez słowa. Tom po chwili namysłu stuknął różdżką w umowę napisaną przez Harry'ego, by pismo zmieniło się w ładnie wykaligrafowane, po czym zniszczył swoją wersję. Harry przyglądał się temu wszystkiemu, czując, że właśnie skończył mu się czas na coś bardzo ważnego i wiedząc, że za chwilę zrobi decydujący krok, który całkowicie zmieni jego życie i przyszłość czarodziejskiej Brytanii. Prawie słyszał zegar odmierzający ostatnie sekundy i będąc ze sobą całkowicie szczerym, to nie mógł się doczekać.

Kilka minut później do gabinetu wkroczyli Severus, Lucjusz i Narcyza Malfoy oraz, ku jego zaskoczeniu, sam Minister Magii, Korneliusz Knot. Ten ostatni wyglądał jakby miał zaraz zemdleć ze strachu.

— Harry, wierzę, że znasz naszych gości? — Voldemort stanął przy biurku i gestem wskazał, by chłopak podszedł do niego. Malfoyowie nie wydawali się być specjalnie zaskoczeni jego obecnością, jednak Knot wybałuszył oczy.

— H… Harry Potter? — Popatrzył od jednego do drugiego i na chwilę zapomniał o swoim strachu, gdy zorientował się, że pomiędzy dotychczasowymi wrogami nie było żadnych negatywnych emocji. Minister cały czas miętolił swój melonik, który nie stracił kształtu tylko dzięki specjalnym zaklęciom ochronnym.

— Miło pana widzieć, ministrze — przywitał go Harry. Zerknął też na Malfoyów, ale zdecydował, że skoro się do niego nie odezwali, to on też tego nie zrobi.

— Udało się nam namówić Korneliusza, by poświęcił swój cenny czas i nadzorował podpisanie przez nas umowy. — Uśmiech Voldemorta był tak drapieżny, że Knot pisnął, trzęsąc się niczym osika. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie będzie torturowany przez Mrocznego Pana. — Zacznijmy więc.

oOo

Albus krążył niespokojnie po swoim gabinecie niczym zwierzę zamknięte w klatce. Miał wrażenie, że właśnie działo się coś bardzo ważnego, co zdecyduje o losach całego świata, jednak było to całkowicie poza jego kontrolą. Jeszcze nigdy nie czuł się tak bezsilny i na dodatek nie miał zielonego pojęcia dlaczego. Wiedział, że parę godzin wcześniej Harry i Severus znów opuścili Hogwart, jednak był pewien, że mistrz eliksirów nie pozwoli, by jego podopiecznemu stała się krzywda. Jego chłopcy zbliżyli się do siebie tak bardzo, że gdyby nie wiedział o prawie obsesyjnej miłości Severusa do Lily, zacząłby się w ich nocnych spotkaniach doszukiwać czegoś więcej niż tylko przyjaźni. Panna Granger poinformowała go o rozmowie, jaką przeprowadziła z Harrym w bibliotece i o jego poszukiwaniach związanych z niezamieszkałymi wyspami. Czyżby planował schronić się na którejś z nich z Severusem i dlatego znikali? Nagle w kominku pojawiła się głowa Moody'ego.

— Albusie, Knot zniknął.

Dumbledore podszedł szybko do kominka, skupiając całą uwagę na emerytowanym aurorze. Czy to właśnie dlatego był dziś tak niespokojny?

— Co się stało? Został porwany?

— Nie wiemy. Po spotkaniu z Shackleboltem miał udać się prosto do domu, ale kilka minut temu jego żona zafiukała z pytaniem, czy wciąż jest w biurze. Nikt nie wie, gdzie się podział. Po prostu wyparował. — Moody wyglądał na sfrustrowanego. — Ani śladu po świstoklikach, czy użyciu Fiuu. Nic.

Albus pogładził się po długiej brodzie, myśląc nad tym, co powinni teraz zrobić. Zniknięcie ministra wywoła panikę wśród czarodziei, ale też otworzy drzwi znacznie lepszym kandydatom na to stanowisko. Oczywiście zawsze istniało ryzyko, że wybrany zostanie kandydat popierający Toma, jednak jako głowa Wizengamotu zapobiegnie temu bez większych problemów. Z drugiej strony to zniknięcie mogło być wynikiem nieporozumienia i Korneliusz pojawi się za kilka godzin, twierdząc, że był u kogoś na późnej herbacie. Jednak mimo wszystko musieli podjąć jakieś kroki.

— Na razie poczekamy. Pozwolimy aurorom zająć się tym po cichu, ale będziemy trzymać rękę na pulsie, w razie gdyby pojawiły się jakieś nowe informacje. — Alastor przytaknął i jego głowa zniknęła z zielonych płomieni. Zaledwie kilka minut później przybyła do Dumbledore'a wiadomość od jednego z członków Wizengamotu o potrzebie zwołania natychmiastowego zebrania. Albus westchnął, patrząc na późną godzinę, i potarł zmęczone oczy. Przez ten ciągły niepokój nie zmruży oka, więc przynajmniej zrobi coś pożytecznego. Może przy okazji uda mu się przeforsować kilka potrzebnych mu ustaw.

oOo

Minister Korneliusz Knot po przeczytaniu umowy zgromadzonym, odłożył ją drżącymi dłońmi na biurko. Spocił się tak bardzo, że zostawił na pergaminie kilka wilgotnych śladów po palcach, co Harry zauważył z lekką odrazą.

— S… skoro obie strony z… zapoznały się z t… treścią umowy i… i… zgadzają się to… to proszę o złożenie p… podpisów. — Wszystko przebiegłoby znacznie sprawniej, gdyby Knot nie jąkał się ze strachu. Harry ledwo się powstrzymywał przed przeklęciem tego nieudacznika, ku rozbawieniu Voldemorta. Nie zrobił tego tylko dlatego, że nie chciał dać mężczyźnie satysfakcji. Jeżeli Mroczny Pan mógł wytrzymać taką niekompetencję, to on tym bardziej. Minister podał Voldemortowi pięknie zdobione pióro i ten podpisał zamaszyście każdą ze stron, zarówno prawdziwym jak i przybranym imieniem. Następnie Harry wziął pióro i, czując ukłucie w dłoni, złożył na umowie krwiste podpisy. Świadkowie podpisali oddzielny dokument, a na końcu minister przybił na tym wszystkim swoją pieczęć. Harry poczuł uderzenie magii, gdy kontrakt stał się wiążący. — G… gotowe.

— Wspaniale. Przejdźmy teraz do tej ciekawszej części.

Harry przełknął. Umowa umową, jednak jeszcze nie byli prawdziwym małżeństwem. Z tego, co udało mu się dowiedzieć, czarodzieje mieli własny obrządek zaślubin. Zawierał błogosławieństwa, magiczne inkantacje, wymianę krwi, wypicie eliksiru i - oczywiście - noc poślubną, która sama w sobie była rytuałem. Przynajmniej tak robili szanujący tradycję czystokrwiści. Większość przyjęła bardziej modernistyczną wersję wyglądającą jak mugolski ślub marzeń z eliksirem na końcu i szaloną nocą pełną seksu. Nie musiał się długo zastanawiać, którą z wersji wybrał Voldemort. Nie miał też nic przeciwko. Był w końcu czarodziejem, a nie mugolem .

Severus wlał eliksir do wyczarowanego przez Toma kielicha i postawił go na biurku obok umowy. Następnie wszyscy zajęli odpowiednie miejsca. Inkantacje i błogosławieństwa były po łacinie i chociaż Harry przez ostatni rok znacznie poprawił jej znajomość, to wciąż nie do końca ją rozumiał. Na końcu Knot podał im bogato zdobiony sztylet i wymienili krew przez nacięcie na prawych przedramionach. Gdy zgromadzeni zamilkli, Harry sięgnął po kielich i wypił połowę jego zawartości. Voldemort wypił resztę i rany na ich przedramionach zabliźniły się, tworząc złoty wzór.

— Lucjuszu, Narcyzo, odprowadźcie ministra.

— Tak, panie. — Malfoy ukłonił się, jego żona dygnęła z gracją i opuścili gabinet razem z popiskującym Knotem.

Zmodyfikują mu pamięć. Będzie przekonany, że udzielił dziś ślubu bliskim znajomym Malfoyów.

Harry przytaknął. Teraz żałował, że nie poczęstował Knota klątwą, skoro ten i tak by tego nie pamiętał. Następnym razem nie przegapi takiej okazji.

— Severusie, pomóż Harry'emu się przygotować. Skrzaty naszykowały dla ciebie ten sam pokój co zwykle — dodał, podnosząc kilka zwojów pergaminów i siadając za biurkiem.

Snape przytaknął i razem z Potterem wyszedł z gabinetu. Chłopak wyglądał na lekko poirytowanego, ale też zmęczonego i podejrzewał, że zaśnie, zanim Mroczny Pan przyjdzie do ich wspólnej sypialni. Czuł się dość dziwnie w roli matki panny młodej, jednak w tych okolicznościach… Zaprowadził Harry'ego do komnat Voldemorta i przygotował mu aromatyczną kąpiel. Gdy tylko chłopak zniknął w łazience, zabrał się za rysowanie runicznego kręgu wokół łóżka. Pół godziny później Potter wciąż jeszcze nie pojawił się w sypialni, więc zapukał do drzwi.

— Zasnąłeś tam?

— Prawie — przyznał Harry i po chwili wyszedł, ziewając. — Nie chciałem ci przeszkadzać. — Ostrożnie przeszedł nad malowidłem i wśliznął się do wygodnego łóżka. Był na nogach od świtu, a teraz dochodziła pierwsza w nocy. Jego mózg był zmęczony i zdecydowanie odmawiał myślenia. Chciał tylko przyłożyć głowę do poduszki i zasnąć.

Severus uśmiechnął się lekko, widząc jak jego podopieczny odpływa.

— Dobranoc, Harry. Pamiętaj, że o świcie wracamy do Hogwartu.

— Myhmm.

Snape opuścił komnaty Voldemorta. W drodze do swojej sypialni zaszedł do jego gabinetu, by poinformować, że runy są gotowe i udaje się na spoczynek. Mroczny Pan skinął mu głową znad raportów i listów. Sojusz z Potterem był bardzo ważny, jednak wojna wciąż trwała i nie mógł pozwolić sobie na spoczęcie na laurach. Niedostarczenie rozkazów na czas mogło przyczynić się do zaprzepaszczenia wielomiesięcznych starań i planów, dzięki którym już za kilka dni Lucjusz zostanie Drugim Ministrem. Przez ostatnie dwadzieścia lat to stanowisko było puste, ponieważ żaden z ministrów nie chciał się dzielić władzą. Jednak Knot był teraz ich marionetką i zrobi wszystko, aby zachować życie i tytuł.

Pół godziny później przekazał korespondencję do wysłania i ruszył do swoich, czy może raczej ich, komnat. Harry oczywiście spał, ale rytuał nocy poślubnej mogli równie dobrze odprawić rano, gdy się wyśpią. Wziął szybki prysznic i położył się obok męża. Korzystając z jednej z technik oklumencji, pozbył się krążących mu po głowie myśli i zasnął. W końcu zwycięstwo naprawdę znalazło się na wyciągnięcie ręki.

oOo

Przed wielkim podium w atrium ministerstwa zgromadził się tłum czarodziejów i czarownic. Z prawej strony podium zgromadził się cały Wizengamot, a po lewej siedziały głowy najważniejszych departamentów. Pierwsze rzędy na widowni zajmowali reporterzy i fotografowie. Resztę stanowili pracownicy ministerstwa, a także zwykli czarodzieje, którzy skorzystali z otwartego zaproszenia umieszczonego w Proroku Codziennym. Dziś było wielkie wydarzenie w magicznej Brytanii. Po raz pierwszy od dwudziestu lat Minister Magii miał powołać Drugiego Ministra. Zostanie on zaprzysiężony przed Wizengamotem i czarodziejskim społeczeństwem. Wszyscy byli podekscytowani i pełni nadziei, że w końcu coś zmieni się na lepsze. Że dzięki pomocy dodatkowego ministra wojna zostanie zakończona i nie będą musieli dłużej żyć w strachu. Wśród tłumu krążyły spekulacje, kto zostanie Drugim Ministrem. Jedni obstawiali dowódcę aurorów, Shacklebolta, inni Bones. Niektórzy przebąkiwali o Dumbledorze, bo tylko ktoś naprawdę potężny i mądry mógł zająć tak ważne stanowisko. Sam Albus był bardzo zaniepokojony takim obrotem spraw, zwłaszcza że Korneliusz odmawiał podania nazwiska osoby, którą wybrał. To mógł być każdy i dyrektor obawiał się, że Knot w swojej naiwności mógł powołać śmierciożercę lub cichego poplecznika Mrocznego Pana. Po krótkiej ciszy Voldemort znów zaatakował, tym razem mugolskie miasteczko na północ od Londynu. Mieszkało tam kilka mieszanych małżeństw, niestety Zakonowi i aurorom nie udało się wszystkich uratować. Prawdę mówiąc Dumbledore był zaskoczony, że aż tylu czarodziei pojawiło się na dzisiejszym wystąpieniu. Biorąc pod uwagę w jakim strachu żyli, spodziewał się raczej, że zostaną w domu, gdzie czuli się bezpieczniej.

W końcu minister wszedł na podium i rozmowy przycichły. Wszyscy patrzyli na niego z wyczekiwaniem.

— Witam wszystkich, którzy zdecydowali się wziąć udział w tej jakże doniosłej chwili — zagrzmiał magicznie wzmocniony głos Korneliusza. Mężczyzna wyglądał i mówił bardzo pewnie, ale uważne oko było w stanie dostrzec strużkę potu na czole oraz drgające od czasu do czasu dłonie, jakby chciały chwycić nieobecny melonik i zacząć go miętolić. Jego żona siedziała w pierwszym rzędzie i patrzyła na niego z dumą. Musiała zabrać mu kapelusz przed wystąpieniem, bo trzymała go na kolanach razem z torebką. — Ostatnie wydarzenia zmusiły mnie do uczciwego przeanalizowania sytuacji i chociaż ciężko mi jest to przyznać nie tylko przed sobą, ale także ludźmi, którzy mnie wybrali i mi zaufali — głęboki oddech — nie jestem w stanie sam wyprowadzić nas na prostą. Dlatego też, dla naszego wspólnego dobra, postanowiłem, iż najwyższy czas powołać Drugiego Ministra, który będzie w stanie dzielić ze mną brzemię władzy. Wybrałem człowieka silnego i zaufanego. Wiem, że ma na celu dobro czarodziejskiej Brytanii i jego umiejętności przywódcze poprowadzą nas ku lepszemu jutru. — Odchrząknął i zawiesił głos, budując w słuchaczach napięcie. W takich chwilach można było zrozumieć, dlaczego pomimo sporych wad charakteru został wybrany na ministra. Potrafił być całkiem niezłym aktorem. — Powołuję na Drugiego Ministra Lorda Lucjusza Malfoya.

oOo

- Powołał Malfoya ?

- I Wizengamot niczego nie zrobił! Przecież to śmierciożerca…

- Ale został ułaskawiony.

- Oczywiście, że tak. W końcu ma pieniądze.

- A widzieliście Draco?

Gdy rozmowy wokół niego zeszły na syna Lucjusza, wzrok Harry'ego mimowolnie powędrował do stołu Ślizgonów. Blondyn patrzył na wszystkich z góry tak, jakby to on sam, a nie jego ojciec, został Drugim Ministrem. Gdyby zadarł nos ociupinkę wyżej, można by było zajrzeć mu do środka z miejsca, w którym siedział Potter. Raczej nie uśmiechał mu się taki widok przy posiłku. Reakcje uczniów na artykuł w Proroku były dość przewidywalne, tak samo jak poruszenie wśród niektórych nauczycieli. Dużo osób zerkało na niego, oczekując jakiejś reakcji. W końcu jego negatywne nastawienie do Malfoyów nie było żadną tajemnicą. Nawet jakiś czas temu otwarcie twierdził, że Lucjusz jest Śmierciożercą, a jego syn trenuje, by pójść w ślady ojca. Teraz jednak Harry siedział cicho i tylko obserwował. Gdy wyniosłe spojrzenie Draco napotkało jego i blondyn uśmiechnął się do niego ze złośliwą satysfakcją, chłopak prychnął i kręcąc głową powrócił do jedzenia. Ślizgon był tylko idiotą, pionkiem, który myślał, że może podskoczyć królowej, gdy znajduje się po drugiej stronie planszy. Harry zarumienił się lekko na myśl o byciu „królową". Noc poślubna, czy raczej poślubny poranek wciąż uparcie nie chciał opuścić jego myśli przez większość czasu, przez co młodzieniec stał się ofiarą permanentnych rumieńców, problemów z koncentracją i, oczywiście, plotek.

Kto by przypuszczał, że pierwszy raz może być tak… absorbującym doświadczeniem nawet parę dni po fakcie?

Harry uśmiechnął się lekko pod nosem i ze smakiem dokończył jajecznicę. Nawet dokuczająca mu od roku tęsknota uspokoiła się po zawarciu małżeństwa. Tak jakby coś w nim w końcu się zaspokoiło tym, że z Voldemortem będą już na zawsze razem. Mógł mieć tylko nadzieję, że się nie obudzi, gdy jego kontakty z małżonkiem będą dość ograniczone w najbliższym czasie.

Dumbledore'a nie było dziś na śniadaniu, co było całkowicie zrozumiałe. Z nowym Drugim Ministrem Wizengamot będzie miał teraz tak dużo pracy, że dyrektor będzie rzadkim gościem w Hogwarcie, powierzając rządzenie nim McGonagall. Czarownica czujnie obserwowała uczniów, często zatrzymując wzrok na Ślizgonach jakby bała się, że członkowie domu Slytherina zrobią coś podczas nieobecności potężnego Albusa. Być może paru z nich planowało wykorzystać obecną sytuację do wzmocnienia swojej pozycji, ale ich plany raczej nie miały niczego wspólnego z Voldemortem.

Jednak gdy już Lucjusz przeforsuje podstawowe ustawy i Harry zacznie brać aktywniejszy udział w przejmowaniu władzy… wtedy zacznie się prawdziwa zabawa.

oOo

Czy nowe ustawy Drugiego Ministra uderzą w mugolaków?

Przez ostatni tydzień Lord Lucjusz Malfoy, nowo powołany na Drugiego Ministra, miał pełne ręce roboty spędzając długie godziny z Wizengamotem i forsując nowe ustawy i regulacje dotyczące nie tylko walki z Sami – Wiecie – Kim, ale również postępowań prawnych związanych z mugolakami i czarodziejami będącymi w codziennych kontaktach z mugolami. Nowe ustawy znacznie zaostrzyły dotychczasowe przepisy Statutu Tajemnicy i ich przeciwnicy twierdzą, że naruszyły wolności osobiste tych grup. Czy tak się stało? Drugi Minister przedstawia bardzo ważne argumenty przemawiające za koniecznością wprowadzenia zaostrzonych przepisów.

- Wszyscy wiemy, że ataki Sami – Wiecie – Kogo i jego Śmierciożerców są skierowane głównie przeciwko mugolakom i innym czarodziejom i czarownicom, którzy są w związkach z mugolami. Mamy nadzieję, że znaczne zaostrzenie przepisów pokaże temu ugrupowaniu, że Ministerstwo chce naprawić sprawy tak, by zapewnić naszemu społeczeństwu jak największe bezpieczeństwo. Sami – Wiecie – Kto chce całkowitego odseparowania naszych światów i biorąc krok w tę stronę mamy nadzieję, że zechce zaniechać ataków terrorystycznych i zamiast tego załatwimy wszystko pokojowo. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że całkowita separacja nie jest możliwa ze względu na to, że nasz przemysł spożywczy jest praktycznie uzależniony od mugolskiego. Jednak jestem pewien, że podejmując odpowiednie i zdecydowane kroki będziemy w stanie rozwiązać wszystkie problemy. Nie chcemy przecież, by powtórzył się kryzys, który miał miejsce w czasie wojny z Grindelwaldem, która pokryła się z mugolską Drugą Wojną Światową.

Dotarły jednak do nas plotki związane z ustawami dotyczącymi magicznych dzieci wychowywanych w mugolskim świecie. Mają być natychmiast zabierane z sierocińców do czarodziejskiego domu dziecka, którego budowa na jednej z posiadłości Malfoyów właśnie się kończy. To nasuwa pytanie, od jak dawna Drugi Minister to planował i wiedział, że będzie miał możliwość realizacji swoich zamiarów? Wszyscy oczywiście się zgadzamy z tym, że zapewnienie domu magicznym sierotom jest wspaniałe z jego strony, ale co z przepisami o kontrolach mugolskich rodzin i zabieraniu im dzieci, jeżeli pracownik ministerstwa stwierdzi, że jest to konieczne? Krążą również pogłoski o planach utworzenia magicznej szkoły podstawowej przeznaczonej dla mugolaków.

- Magiczne dzieci często nie mają miłego życia w domu ze względu na swoją odmienność. Mugole nie są wspaniali i nieskazitelni, jak to lubią przedstawiać zakochani w nich naiwni czarodzieje. Są pełni wad i bardzo często nietolerancyjni. Często dochodzi u nich do przemocy w rodzinie i dzieci są jej ofiarami. Skoro możemy je przed tym uratować, to powinniśmy to zrobić, nie uważa pani?

A co na to opozycja? Uważają, że zakaz mieszkania w mugolskim świecie jest barbarzyństwem, tak samo jak zabieranie dzieci rodzicom. Są pewni, że prawo to będzie nadużywane i dzieci będą odbierane nawet, gdy przemocy w domu nie ma. Zwracają również uwagę na wysokie ceny magicznego gruntu i brak nowych mieszkań w naszym świecie. Straszą wizją bezdomności i bezrobocia. Minister Knot i Drugi Minister Malfoy wyśmiewają te lęki.

- Część funduszy, która do tej pory była przeznaczana na gale ministerstwa i Wizengamotu została wykorzystana do budowy nowego osiedla i utworzenia nowych magicznych stref budowlanych. Domy i osiedla zostaną oddane pod koniec miesiąca, a ich budowa dała miejsce pracy wielu młodym czarodziejom i czarownicom na dorobku. Te zarzuty są niedorzeczne.

Pomimo zapewnień o pragnieniu pokojowego rozwiązania konfliktu z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, biuro Aurorów przeprowadza zwiększoną rekrutację. Skąd na to wszystko pieniądze? Wiemy już, że zostały ucięte środki „rozrywkowe" ministerstwa, jednak to za mało, aby pokryć tak duże koszty. Odpowiedź Ministra Knota bardzo nas zaskoczyła.

- Wprowadziliśmy nowy podatek, obowiązujący najbogatsze rody. Nazywamy to żartobliwie obowiązkowym datkiem charytatywnym. Muszę przyznać, że byłem dość zaskoczony, gdy jego propozycja spotkała się praktycznie z brakiem oporów ze strony staro magicznych rodów.

Jak widać nowe ustawy, chociaż dość kontrowersyjne, są jak najbardziej korzystne dla mugolaków oraz biedniejszych czystokrwistych. A jakie plany nasi Ministrowie mają na przyszłość? Drugi Minister zdradził, że przygotowywane są plany utworzenia ukrytej czarodziejskiej miejscowości na jednej z niezamieszkałych wysp. To właśnie tam ma się mieścić magiczna szkoła podstawowa, a nawet szpital, który odciąży Św. Mungo i da nowe miejsca pracy młodym Uzdrowicielom, których nie stać na otwarcie prywatnej praktyki.

Harry złożył gazetę i położył ją na stole obok swojego talerza. Wielka Sala wypełniona była podekscytowanymi rozmowami i ledwo powstrzymał się przed uśmiechnięciem. Wszystko szło zgodnie z planem i już jutro miało się odbyć jego pierwsze publiczne wystąpienie u boku obu Ministrów. Musiał pokazać swoje poparcie zanim Lucjusz zacznie wprowadzać jeszcze bardziej kontrowersyjne ustawy. Tylko czekał aż reporterzy zauważą, że od momentu powołania Malfoya nie odbył się ani jeden atak Śmierciożerców. Ludzie nawet nie zorientują się kiedy Voldemort przejmie całkowitą władzę poprzez Lucjusza. Dumbledore nie mógł tak za bardzo protestować przeciwko dotychczasowym uchwałom jeżeli nie chciał zostać posądzony o próby powstrzymywania postępu i pozytywnych reform naprawiających czarodziejski świat. A gdy spróbuje sprawiać trudności, gdy Malfoy zdobędzie poparcie samego Chłopca, Który Przeżył… Harry aż chciał, by staruszek to zrobił.

- Harry, a ty co o tym myślisz? Zabieranie dzieci rodzicom… to przecież okropne. – Hermiona znów siedziała obok niego, próbując zachowywać się tak, jakby wciąż byli przyjaciółmi. Po tym jak Ron został zabrany z Hogwartu wydawała się być trochę zagubiona, jednak po tym jak znów pogrążyła się w książkach zdała się odzyskać trochę rezonu. – Nie zrozum mnie źle. Chronienie przed przemocą jest jak najbardziej wspaniałe, ale jestem pewna, że można to zrobić w inny sposób. Jakieś zaklęcia, które nie pozwolą uderzyć dziecka czy coś. W końcu mimo wszystko to jest rodzina.

- Ja tylko żałuję, że dopiero teraz znalazł się ktoś, kto zdecydował się zająć tym problemem. – Harry udał, że nie zauważył miny Hermiony oraz kilku siedzących obok osób. – W końcu ktoś zaczął zmieniać ten świat na lepsze.

- Popierasz Malfoya ? – Granger prawie wysyczała do niego z niedowierzaniem. – On jest Śmierciożercą, Harry. To oczywiste, że wykorzysta jakoś te wszystkie nowe prawa, by pomóc w planach Sam – Wiesz – Kogo. Zanim się obejrzymy mugolaki będą zniewolone jak skrzaty domowe!

- Nie bądź śmieszna, Hermiono. – Potter wstał od stołu. – Jak na razie ustawy Malfoya są korzystne dla czarodziejskiego świata i musisz być naprawdę ślepa i uprzedzona jeżeli tego nie widzisz. – Nachylił się lekko do rozeźlonej dziewczyny. – Wiesz, że przez takie zacofane podejście rodzą się Mroczni Lordowie.

Opuścił Wielką Salę, zanim Hermiona zdążyła wyrazić swoje oburzenie. W Sali Wejściowej usłyszał za sobą kroki.

- Kto by się spodziewał, że święty Potter pewnego dnia uzna wyższość Malfoya. – Głos Draco dziwnie potoczył się po pustej sali. Harry popatrzył na Ślizgona, który praktycznie niczego sobą nie reprezentował ani do niczego jeszcze w życiu nie doszedł. Chłopak nie miał dla niego żadnej wartości, tak samo jak dla Voldemorta, pomijając bycie synem i dziedzicem Lucjusza. Blondyn musiał zauważyć jego spojrzenie, ponieważ obruszył się i skrzywił twarz w grymasie. Harry westchnął.

- Malfoy, wyjaśnijmy coś sobie. Twój ojciec jest inteligentnym i wpływowym czarodziejem, który do czegoś doszedł. Ty zaś jesteś tylko śmieciem ubranym w drogie ciuszki kupione za jego pieniądze i nie osiągnąłeś niczego, czym mógłbyś się chwalić. Byłbym wdzięczny, gdybyś przestał zawracać mi głowę i zajął się swoim własnym życiem. – Draco wyciągnął różdżkę i prawie się opluł, gdy wykrzyknął „Jak śmiesz!". Harry jedynie popatrzył na niego znudzony i odwrócił się, by udać do wieży Gryffondoru. Z chęcią nauczyłby blondyna szacunku, jednak nie był pewien czy Severus i Tom byliby tym zachwyceni. Chociaż z drugiej strony może nawet byliby wdzięczni, gdyby udało mu się wyleczyć młodego Malfoya z idiotyzmu. Może nawet Lucjusz by mu podziękował…

- Gdzie myślisz, że idziesz, Potter? Jeszcze z tobą nie skończyłem! – Draco posłał za Gryfonem klątwę, jednak ten po tylu miesiącach treningu z Severusem uniknął jej bez większego problemu. Zerknął na blondyna przez ramię, posyłając w jego stronę diaboliczny uśmieszek.

- Mam wystąpienie do przygotowania, ale nie martw się, obiecuję ci, że pobawię się z tobą przy najbliższej okazji, Draco .

oOo

Następnego dnia rano Severus zabrał go prosto do gabinetu Lucjusza w Ministerstwie Magii. Voldemort już tam był, siedząc wygodnie na kanapie, podczas gdy Malfoy podpisywał się pod kolejnymi propozycjami uchwał. Konferencja prasowa miała odbyć się za niecałą godzinę, więc mieli wystarczająco dużo czasu aby się do niej przygotować i powiadomić Pottera o wszelkich możliwych zmianach, które z jakiegoś powodu mogły nastąpić od ich ostatniego spotkania. Lucjusz wstał i skłonił się lekko, gdy tylko Harry wszedł do jego gabinetu.

- Witaj, lordzie Potterze. – Malfoy patrzył na niego, wyraźnie próbując ocenić. Harry skinął w jego stronę głową i podszedł do Voldemorta, usilnie starając się nie zarumienić. Obecność mężczyzny w jego głowie stała się znacznie wyraźniejsza, chociaż amulet nie palił w przeciwieństwie do ostatniego razu. Czerwone oczy Toma zaiskrzyły rozbawieniem, gdy usłyszał myśli chłopaka związane z ich „poślubnym porankiem".

- Dzień dobry. – Kątem oka Harry zobaczył, że Malfoy znów usiadł i zajął się swoimi pergaminami. Gryfon zajął miejsce przy swoim mężu, a Severus znalazł sobie najciemniejsze miejsce pod ścianą, by móc wszystko uważnie obserwować i nie rzucać się w oczy.

- Dzień dobry, Harry. – Voldemort lekko musnął palcami dłoń Pottera, tak by nikt tego nie zauważył. Chłopak wiedział, że przegrał walkę z rumieńcem. Tak nieznaczny kontakt, a wywołał w jego ciele ciarki dość przyjemnego rodzaju. I wspomnienia. Merlinie, prawie zatonął we wspomnieniu tych dłoni przesuwających się po jego ciele.

Nic nie stoi na przeszkodzie powtórzenia tego po wystąpieniu.

Potter otrząsnął się ze swoich myśli, gdy lekko rozbawiony, ale też nęcący głos Voldemorta zabrzmiał w jego głowie. Przeklęte hormony utrudniające mu myślenie i robiące z niego jakiegoś durnia. Odchrząknął.

- Przeczytałem propozycje przyszłych ustaw, które mi przekazałeś poprzez Severusa – powiedział, starając się patrzeć na męża z oziębłością godną Malfoyów. Szkoda, że nie potrafił równie szybko ochłodzić również swoich myśli, do których mężczyzna miał praktycznie nieograniczony dostęp. – Powinienem wiedzieć coś jeszcze zanim dziennikarze mnie zmolestują?

- Gdzie się podział twój optymizm? Ale tak, pojawiło się coś. – Tom sięgnął po kilka pergaminów leżących na stoliku obok jego strony kanapy. – Na ostatniej sesji Wizengamotu przeszła ustawa Dumbledore'a odnośnie równouprawnienia przez co będziemy niestety musieli nieco szybciej wprowadzić parę segregujących przepisów.

Harry wziął od niego pergaminy i zaczął czytać co tym razem wymyślił dyrektor. Staruszek wyraźnie starał się chronić mugolaków przed tym, co się obawiał, że wkrótce nastąpi. Trzy ustawy Voldemorta natomiast zabezpieczały luki, które później Dumbledore mógłby wykorzystać w swoich dalszych przepisach oraz stanowiły o formalnym utworzeniu nowej magicznej wioski. Cały pergamin poświęcony był wstępnym pracom, które będą musiały zostać wykonane przed rozpoczęciem budowy: całemu wachlarzowi zaklęć ochronnych i kamuflujących oraz podpięcia pod sieć magicznego transportu i komunikacji. Od groma pracy, zwłaszcza dla mistrzów zaklęć i projektantów. Harry zapoznał się z tym wszystkim sumiennie, zapamiętując tak wiele najważniejszych punktów jak potrafił i zastanawiając się w których miejscach swojego wystąpienia mógł te punkty wykorzystać.

Nagle kula na biurku Lucjusza zabłysła i wydobył się z niej miły, kobiecy głos.

- Panie Malfoy, Rahid Frak przysłał projekt nowego osiedla Luisa.

- Zajmę się nim po dzisiejszej konferencji prasowej. Teraz mi nie przeszkadzaj, Eleno.

- Dobrze, panie Malfoy.

Kula zgasła i Voldemort zapukał palcami o poręcz kanapy.

- Chcę, żeby Harry zobaczył te plany – powiedział i Lucjusz od razu po nie poszedł, nie chcąc wzywać do siebie sekretarki, gdy Voldemort i Potter byli w jego gabinecie. Z jakiegoś powodu plotki o gościach roznosiły się po Ministerstwie z prędkością światła, nie ważne ilu użyło się zaklęć powstrzymujących czarownicę przed gadaniem. Nie mógł też ciągle modyfikować jej wspomnień. Stracił już z tego powodu jedną sekretarkę, a należał do osób, które uczą się na błędach. Od tamtej pory stosował tego typu zaklęcia tylko w ostateczności. Może powinni w końcu na to stanowisko przyjąć kogoś z drugiego kręgu Śmierciożerców? Przypomniał sobie słodką Janette, tak różną od formalnej Eleny. Wielka szkoda, że musiała zniknąć, przyznał w myślach Malfoy, robiła wyśmienitą herbatę.

Wystąpienie jak zwykle ostatnio miało odbyć się w atrium Ministerstwa. Znów ustawiono krzesła i podwyższenie, chociaż tym razem nie było aż tak bogato przystrojone jak w dniu zaprzysiężenia Drugiego Ministra. Dziennikarze i fotoreporterzy rozmawiali podekscytowani. Lucjusz i Korneliusz zajmowali honorowe miejsca, a tuż za nimi było kilka innych, chociaż już nie tak ważnych urzędników. Harry stał z boku, na razie ukryty przed spojrzeniami zgromadzonych dzięki cieniu za kolumną. Chociaż musiał przyznać, że Severus znacznie lepiej się z nim zlewał. Najpierw głos zabrał Knot, otwierając całą tę konferencję. Dalszy udział Ministra był znikomy, większość zgromadzonych zupełnie zapomniała o jego obecności, gdy Lucjusz zaczął swoją przemowę i odpowiadanie na pytania. W końcu nadszedł czas na Harry'ego.

- Wszyscy wiemy, że jak do tej pory lord Harry Potter trzymał się z dala od politycznej sceny. Jednak teraz, wobec wprowadzanych zmian, zdecydował się zabrać głos i zgodził się wziąć dziś udział w naszej konferencji.

Słowa Malfoya poruszyły zgromadzonych. Część zaczęła rozglądać się z ciekawością, zastanawiając się skąd sławny Chłopiec, Który Przeżył nagle wyskoczy, część zaczęła obrzucać Drugiego Ministra kolejnymi pytaniami. Fotoreporterzy przygotowywali swoje aparaty do całej serii zdjęć. Harry postarał się przybrać jak najbardziej przyjemny wyraz twarzy i wyszedł z cienia. Przez nagły wybuch fleszy o mało nie potknął się na schodkach.

- Lordzie Potter.

- Drugi Ministrze Malfoy.

Skinęli sobie formalnie głowami, na razie nie pokazując uściskami dłoni czy innymi poufałościami swojego stanowiska. Harry oparł się o mównicę i uśmiechnął lekko do gapiących się na niego czarownic i czarodziejów.

- Dzień dobry państwu. Jak zapewne wszyscy wiecie, nazywam się Harry Potter. Jak już Drugi Minister Malfoy powiedział, uważam, że przyszła pora na to, abym zajął i przedstawił swoje stanowisko odnoście zmian, jakie od jego powołania zaczęły następować w naszym społeczeństwie. – Wziął głębszy oddech, z rozbawieniem zauważając, że zgromadzeni ludzie nachylili się w jego stronę, jakby nie chcieli uronić ani jednego słowa, które wypływało z jego ust. Ktoś mógłby przypuszczać, że był jakimś wspaniałym mówcą jak Lucjusz lub Voldemort, a nie nastolatkiem, który miał ochotę zobaczyć jak wyglądałaby Skeeter z tym swoim samopiszącym piórem wsadzonym w tylną część ciała. Razem z tą przeklętą różową torebką. – Nie jestem pewien jak powszechną wiedzą jest to, co stało się ze mną po śmierci moich rodziców, a obawiam się, że bez tego część osób może nie zrozumieć mojego stanowiska. Dyrektor Dumbledore zdecydował, że najlepiej będzie oddać mnie mugolskiej siostrze mamy. Zostawił mnie więc na progu jej domu. Zarówno ona, jak i jej mąż oraz później syn, nienawidzili magii, a przez to również mnie. Nie miałem więc zbyt szczęśliwego dzieciństwa. – Poruszenie wśród zgromadzonych i kilka krzyków niedowierzania wymieszanego z oburzeniem. – Gdyby obecnie wprowadzane przepisy istniały już wtedy, nigdy by do tego nie doszło. Już po pierwszych dniach u wujostwa zostałbym im odebrany i spędził znacznie szczęśliwsze dzieciństwo w magicznym domu dziecka lub adoptowany przez jakąś miłą magiczną rodzinę. Dlatego w pełni popieram wszystko, co robi Drugi Minister Malfoy. Uważam, że dziecko powinno zostać zabrane rodzicom, jeżeli w domu dochodzi do przemocy, nie ważne czy jest fizyczna, czy psychiczna. Powinno też się to robić, jeżeli dochodzi do zaniedbania. Ponieważ byłem wychowany w mugolskim świecie, nie wiedziałem niczego o magicznym do czasu aż Hagrid przyniósł mój list do Hogwartu. Nie wiedziałem nawet, że jestem czarodziejem. Dlatego utworzenie magicznej szkoły podstawowej dla mugolaków i wychowanych w mugolskim świecie jest według mnie genialnym pomysłem, który jak najszybciej powinien wejść w życie. – Przerwa. Dziennikarze nabrali powietrza w płuca, by zacząć wykrzykiwać pytania, jednak znów przemówił zanim to się im udało. - Dziś rano widziałem plany nowego magicznego osiedla i muszę przyznać, że jestem nim zachwycony. Nie tylko będzie to nowe, tanie miejsce do zamieszkania, ale również miejsca pracy w osiedlowych sklepikach. Widziałem nawet, że kilku właścicieli z Pokątnej już zaklepało tam sobie miejsca, widząc okazję na nowy rynek zbytu. W końcu jeżeli zamieszkają tam czarodzieje i czarownice, którzy do tej pory mieszkali w mugolskim świecie i przez to robili tam większość swoich zakupów, teraz złoto zarabiane u nas nie rozpłynie się wśród mugoli tylko powróci do naszego obiegu. Wierzę również, że taka reforma naszego świata jest najlepszym rozwiązaniem konfliktu z Lordem Voldemortem. Nie było żadnego ataku od początku wprowadzania zmian i sądzę, że to musi być jakimś znakiem, nie uważacie?

Zgromadzeni zaczęli przytakiwać między sobą.

- Teraz, gdy już przedstawiłem wam swoje zdanie, jestem pewien, że macie pytania, które rozjaśnią wiele kwestii, które mogłem w moim pierwszym wystąpieniu przeoczyć. Ponieważ żadne z nas nie chce się nabawić migreny, a jednoczesne krzyczenie może spowodować nieporozumienia, proponuję wprowadzić pewien porządek. Każdy, kto chce zadać pytanie, proszę by podniósł dłoń i zabrał głos, gdy zostanie o to poproszony. Obiecuję państwu, że każdy będzie miał szansę zadać kilka pytań. Mamy dużo czasu.

Kolejny łagodny uśmiech i dłonie wystrzeliły do góry. Harry z wielką starannością unikał wywołania Skeeter tak długo, jak to było możliwe i by jego starania nie zostały przez nikogo zauważone. Wywoływanie niezadowolenia i frustracji na jej twarzy było najzabawniejszą częścią całej konferencji.

- Wspaniale ci poszło – przyznał Voldemort, gdy zostali sam na sam w gabinecie Lucjusza. Malfoy zniknął mówiąc coś o Bones, a Severus, jak zwykle, rozpłynął się w mroku i zapewne czekał nieopodal drzwi gabinetu aż małżonkowie skończą swoje małe tete - a - tete. – Wszyscy praktycznie jedli ci z ręki.

- Wydajesz się być tym zaskoczony. Czyżbyś zapomniał, że jestem cholernym Chłopcem, Który Przeżył? Ich Wybawcą ? – Harry nie potrafił pozbyć się sarkazmu ze swojego głosu. Jeszcze nie tak dawno praktycznie cała prasa czarodziejskiej Wielkiej Brytanii wyśmiewała go albo pisała o nim niestworzone historie miłosne. Gdy w końcu poczuli zagrożenie na swojej własnej skórze, nagle znów stał się ich Gwiazdą Nadziei. Wzdrygnął się na to przezwisko, którym ostatnio obdarzyła go Czarownica, o czym oczywiście musiało go poinformować parę osób.

Tom uśmiechnął się do niego z diabolicznym błyskiem w czerwonych tęczówkach i zanim zdołał się obejrzeć już był w ramionach mężczyzny. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy i Harry czuł jak stres publicznego wystąpienia opuszcza go. Za to policzki z każdą chwilą zdawały się robić coraz bardziej gorące.

- Mógłbym cię wziąć tutaj, na biurku Lucjusza… – Wyszeptał mu w głowie głos Voldemorta i Potter poczuł jak zabiło mu mocniej serce. Nie z powodu jakichś górnolotnych uczuć. Nigdy nie czuł do czarnoksiężnika niczego więcej niż tęsknota i zwyczajne fizyczne pożądanie. Jednak ekscytacja na myśl o seksie na biurku zniknęła, gdy dotarło do niego do kogo dokładnie to biurko należało. I chociaż bardzo, bardzo chciał znów poczuć to wszystko, czego doświadczył w czasie „poślubnego poranku", to jednak sama myśl o tym, że Malfoy siedział przy tym meblu wywołała w nim ciarki bardzo nieprzyjemnego rodzaju. Skrzywił się. Może i lubił poznęcać się nad kimś od czasu do czasu, ale na pewno nie był masochistą. Voldemort musnął wargami jego usta i odsunął się lekko, wyraźnie rozbawiony jego reakcją. – Jesteś pewien? To może być okazja jedyna w życiu.

Harry prychnął.

- Daj spokój. Jeżeli kiedyś najdzie mnie na coś takiego ochota, jestem pewien, że bez problemu uda ci się na jakiś czas wygonić Malfoya z jego własnego gabinetu.

- Też prawda. I myślę, że udzielenie niewielkiej lekcji młodemu Malfoyowi wyjdzie mu tylko na zdrowie – dodał. Harry po raz kolejny przeklął w myślach ich połączenie. Dlaczego nie mógł ot tak po prostu czytać w myślach Voldemorta? Nawet jak się bardzo starał, to słyszał jedynie ciche mruczenie i niezrozumiałe szepty. To było okropnie frustrujące.

oOo

Jakaś malutka Puchonka podbiegła do Harry'ego po obiedzie i trochę nieśmiało poinformowała o tym, że profesor Dumbledore chciał go widzieć w swoim gabinecie i, że obecne hasło to Nadziane Żelki. Dziewczynka odbiegła zanim zdążył jej podziękować za dostarczenie wiadomości. Spodziewał się wezwania na dywanik po dzisiejszym wystąpieniu i prawdę mówiąc był zaskoczony, że staruszek poczekał z tym do końca obiadu. Ciekawiło go, czy przy rozmowie będą obecni jacyś członkowie Zakonu. Może Hermiona i McGonagall? Chociaż z drugiej strony dyrektor mógłby chcieć załatwić to prywatnie, tak, by w razie czego nie było świadków zastosowania Legilimencji lub przemyconego veritaserum. Jednak, czy gdyby świadkami byli zaufani członkowie Zakonu, to zrobiłoby to jakąś różnicę?

Wziął oddech i oczyścił umysł z tych wszystkich niepotrzebnych myśli. Podjął takie, a nie inne decyzje i był gotów zmierzyć się z ich konsekwencjami. Poza tym Dumbledore wciąż wierzył, że nie było siły na niebie i ziemi, która sprawiłaby, że jego Złoty Chłopiec stanąłby po stronie Voldemorta. Nie ważne jak bardzo się zmienił.

- Nadziane Żelki.

Chimera odskoczyła, ukazując przejście i ruchome schody. Może będą mogli zainstalować takie również w jego szkole dla mugolaków?

oOo

-Ach, Harry. Usiądź proszę.

Dumbledore jak zwykle siedział za swoim biurkiem otoczony pergaminami. Niektóre z nich wyglądały na dość stare i podniszczone, więc Harry wywnioskował z tego, że najwyraźniej staruszek był w środku poszukiwania jakichś informacji. Niestety nie był w stanie zrozumieć niczego, co było napisane na tych, których zawartość był w stanie dostrzec.

- Widzę, że jest pan bardzo zajęty, dyrektorze – powiedział, zastanawiając się, czy Dumbledore uzna swoje poszukiwania za wystarczająco mało istotne, by się nimi chociaż trochę podzielić. Staruszek westchnął, wyraźnie zmęczony.

- Myślę, że w tych czasach wszyscy jesteśmy. – Splótł pomarszczone dłonie na zapisanych pergaminach i z jakąś dziwną intensywnością zaczął się wpatrywać w siedzącego przed nim młodszego czarodzieja. – Muszę przyznać, że twoje wystąpienie w ministerstwie było niezwykle udane.

- Dziękuję. – Harry skinął głową. – Bardzo mi zależało na tym, by dobrze wypaść.

- Tak… - Dumbledore zamyślił się na chwilę, jakby odtwarzając w głowie odległe wspomnienie. Po tym znów popatrzył na młodego mężczyznę, tym razem nieco ostrzej. – Rozumiem jakie masz ku temu podstawy, Harry, jednak nie wydaje mi się, by udzielenie poparcia Lucjuszowi było dobrym pomysłem. Wiesz przecież o tym, że Malfoyowie popierają Toma i przez to wszystko, co robią, jest zawsze z myślą o korzyści dla niego.

- Dyrektorze, magiczne społeczeństwo potrzebuje zmian, a skoro nikt poza Malfoyem nawet nie próbuje niczego zrobić, by je wprowadzić, w tej chwili nie widzę nikogo innego komu mógłbym pomóc swoją idiotyczną sławą. – Wzruszył ramionami. – Proszę się nie krępować i poprosić o wsparcie, jeżeli również pan będzie potrzebował mnie do przepchnięcia jakiejś dobrej ustawy.

Dumbledore wyprostował się w swoim krześle i Harry był pewien, że gdyby nie długie lata opanowania, staruszek widocznie by się zjeżył. Jeszcze nigdy chłopak nie był aż tak bezpośredni w krytykowaniu politycznych osiągnięć dyrektora, który przecież cały czas próbował wprowadzić nowe ustawy, jednak Malfoy i jego poplecznicy stali mu na drodze. Gdy Dumbledore popatrzył na niego oceniająco, Harry zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie posunął się trochę za daleko. W końcu nie chcieli, by dyrektor dowiedział się o tym, kogo tak naprawdę popierał. Chociaż z drugiej strony staruszek mógł tak zareagować na samą myśl o tym, że miałby poprosić o polityczne wsparcie jakiegoś gówniarza, nie ważne kim by dzieciak nie był.

- Wolałbym, żebyś zajął się nauką i zbliżającymi egzaminami, a nie zabawą w politykę, Harry. Wciąż jeszcze jesteś uczniem i nie powinieneś zawracać sobie głowy takimi sprawami – powiedział i chłopak nie mógł powstrzymać się przed prychnięciem. – Widzisz w tym coś zabawnego?

- I to jak, dyrektorze. – Harry pokręcił głową i uśmiechnął się z niespotykaną u niego normalnie dozą złośliwości. Przynajmniej Dumbledore nie widział jej już od wielu miesięcy i myślał, że Severusowi udało się zapanować nad tą częścią chłopaka. Chyba jednak będzie musiał podjąć nieco bardziej zdecydowane kroki aby przywrócić Złotego Chłopca do porządku. – Jeszcze nie tak dawno sam nalegałeś, bym stał się członkiem twojego Zakonu, a teraz twierdzisz, że powinienem skupić się na szkole i trzymać od całej reszty z daleka? Profesorze, dlaczego im dłużej rozmawiamy, tym większe mam wrażenie, że uważa mnie pan za idiotę?

- Harry, nigdy nie twierdziłem, że jesteś głupi. – Dumbledore miał czelność wyglądać na urażonego. – Jesteś bardzo bystrym młodym człowiekiem, który ma przed sobą całe życie na zbieranie doświadczenia…

Harry mu przerwał. Miał naprawdę już serdecznie dość tej rozmowy i postanowił ją jak najszybciej zakończyć. Wstał i popatrzył na staruszka twardo.

- Jestem Lordem i głową rodu Potterów. Branie czynnego udziału w życiu politycznym i ekonomicznym czarodziejskiej Wielkiej Brytanii należy do moich obowiązków i mam zamiar wywiązywać się z nich nie ważne czy się to panu podoba czy nie. – Przy ostatnich słowach uniósł głos, więc wziął głęboki oddech, by się uspokoić. – Mam lekcje do odrobienia, listy do wysłania i wystąpienia do przygotowania. Już nawet nie wspomnę o całej tej robocie z finansami. Jeżeli to już wszystko, to żegnam.

oOo

Przez kolejne dni Harry był zbyt zajęty papierkową robotą, by przejmować się panoszącym się po całym zamku Malfoyem oraz dziwnym napięciem u niektórych profesorów i uczniów. Chciał wziąć udział w oficjalnym otwarciu budowy miasteczka, które w przyszłości miało należeć do mugolaków, a przez to znajdować się pod jego bezpośrednią jurysdykcją, więc starał się, by wszystko zostało na czas dopięte na ostatni guzik. Po jego wystąpieniu Severus nie był już tak często wykorzystywany do przekazywania informacji i przez nawał pracy nie miał zbyt często okazji do spotkania z mężczyzną. Jednak obiecywał sobie, że po otwarciu znów zacznie mu pomagać w warzeniu eliksirów. Cienie pod oczami Snape'a stawały się z każdym dniem coraz większe.

- Potter, na słówko.

Harry narzucił torbę na ramię i podszedł do biurka Severusa, podczas gdy reszta uczniów szybko opuszczała klasę. Malfoy zamarudził przez chwilę, patrząc na ich dwójkę z podejrzliwością, ale w końcu, po znaczącym spojrzeniu profesora, również poszedł, zamykając za sobą drzwi. Severus rzucił kilka zaklęć zapewniających prywatność, po czym zwrócił się do czekającego młodzieńca.

- Mam dla ciebie wstępne projekty szkoły. Sugeruję, żebyś zaczął pracować nad regulaminami oraz jej strukturą. – Severus wyjął z szaty dwie koperty, o których Harry wiedział, że były wypełnione zmniejszonymi plikami pergaminów. – W drugiej kopercie są ustawy, nad którymi Wizengamot będzie pracował w przyszłym tygodniu. Lucjusz chce, żebyś skorzystał ze swojego miejsca w Izbie Lordów i wziął czynny udział w obradach. Oczywiście Mroczny Pan to popiera.

Harry nie mógł się powstrzymać przed jęknięciem. Jeszcze więcej papierkowej roboty. Właśnie dlatego do tej pory omijał politykę szerokim łukiem i zamierzał do tego powrócić po tym jak już przejmą władzę. Tak, nie będzie mógł już być takim ignorantem jak wcześniej, jednak postanowił, że zajmie się swoją społecznością dla mugolaków, a całą resztę powierzy tym, którzy lubili bawić się w te klocki.

- Nie jęcz. Sam rok temu narzekałeś, że nikt ciebie nie chce słuchać, więc teraz korzystaj i utwierdzaj swoją pozycję, gdy w końcu dopuścili cię do głosu. – Pomimo dość ostrych słów w oczach Severusa widać było sadystyczny rodzaj rozbawienia.

- Wiem o tym, ale godzenie tego wszystkiego z obowiązkami w szkole jest straszne. – Harry przysunął krzesło do biurka profesora i usiadł na nim niedbale. – Dumbledore nie zawraca za bardzo głowy? – zapytał, patrząc znacząco na cienie pod jego oczami. Severus pokręcił głową.

- Nie bardziej niż zwykle. Jednak po ostatniej rozmowie z tobą stał się znacznie bardziej podejrzliwy i boję się, że zrobi coś drastycznego, jeżeli sprawisz, że poczuje się zbyt zagrożony.

Harry zmarszczył brwi i wziął koperty z biurka. Otworzył tę z uchwałami i po powiększeniu zawartości, zaczął je przeglądać.

- Nie chcesz, bym brał udział w posiedzeniu nad tymi ustawami? – Parę z nich rzeczywiście mogło wywołać u Dumbledore'a bardzo złą reakcję. Ostatnio Harry miał szczęście, ponieważ mimo wszystko dyrektor wciąż w niego wierzył i przepisy były naprawdę niewinne. Jednak teraz sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Specjalnie niska stawka czynszowa dla mieszkańców nowego miasta na wyspie, którymi mogli zostać jedynie mugolaki. Normy o pierwszeństwie zatrudniania mugolaków w tymże mieście. Chociaż na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być cudowną okazją dla mugolaków, po przeczytaniu szczegółów wyraźnie było widać powiązania z wcześniejszymi ustawami i pogłębienie segregacji. Dumbledore musiałby być ślepy i głupi, by to przegapić i by pomyśleć, że Harry nie jest świadomy tego, co te ustawy za sobą niosą.

- Nie chcę, byś się niepotrzebnie narażał. – Severus nachylił się, opierając przedramiona na blacie biurka i splatając dłonie. Patrzył na swojego podopiecznego bardzo poważnie i z tak wielkim naciskiem, jakby miał nadzieję, że już sam ciężar spojrzenia wystarczy do wbicia przesłania do jego głowy. Harry przytaknął, rozumiejąc jego niepokój.

- Nie będę się wychylał, ale przy takich ustawach mogę nie mieć wyboru. Do przepchnięcia niektórych z nich przez mur frakcji popierającej Dumbledore'a moje głośne wygłoszenie opinii może być nieuniknione. – Schował z powrotem zmniejszone pergaminy do koperty i włożył ją do kieszeni. – Oczywiście będę próbował robić to tak, by nie wzburzać podejrzeń, ale nie mam ani wystarczającego talentu ani praktyki, by naprawdę się udało. Już nic nie mówiąc o tym całym stresie…

- Jestem pewien, że znajdziesz dla niego jakieś ujście. – Severus na chwilę uśmiechnął się złośliwie i Harry pomyślał o młodym Malfoyu, który praktycznie prosił o jego uwagę. Jednak po chwili znów obaj spoważnieli. – Po prostu uważaj na siebie. Wiem, że nie jesteś bezbronny i jestem tu, by w razie czego pomóc, ale naprawdę nie chcemy zmierzyć się zbyt szybko ze zdesperowanym Dumbledore'm.

- Rozumiem. – Rozległ się dźwięk dzwonu sygnalizującego, że zaraz zaczną się następne zajęcia. Harry wstał i poprawił torbę na ramieniu. – Udasz się ze mną do Ministerstwa?

Severus przytaknął.

- Oczywiście. Wciąż masz tylko szesnaście lat i nie wolno ci opuszczać terenu szkoły bez opiekuna.

oOo

W Ministerstwie istniała specjalna sala obrad przeznaczona na posiedzenia Wizengamotu. Można było odpowiednio dopasować w niej ilość miejsc w zależności od tego, czy w obradach brały udział obydwie Izby, czy tylko Lordów lub Obywateli. Severus dość długo tłumaczył mu złożoność tego systemu i Harry ledwo rozumiał dlaczego czasami spotykały się obie Izby, a czasami tylko Lordowie z przedstawicielami Obywateli, jednak ze względu na to, że przez większość czasu nie miało to dla niego znaczenia, postanowił się tym zbytnio nie przejmować i zająć samymi ustawami. Takimi sprawami technicznymi niech lepiej zajmą się ci, którzy kochają politykę, np. Malfoy.

Po raz pierwszy brał udział w obradach i przez chwilę gapił się na miejsce z wyrzeźbionym herbem Potterów, które przez prawie siedemnaście lat tylko zbierało kurz, dosłownie. Westchnął poirytowany i machnięciem różdżki wyczyścił drewniane krzesło, po czym usiadł na nim odkrywając, że nie tylko wyglądało na niewygodne, ale również takie było. Rozejrzał się po sali wypełnionej bogato ubranymi Lordami i Paniami, chociaż mężczyzn było znacznie więcej. Lucjusz, który zajmował miejsce praktycznie z drugiej strony sali, w swoim gabinecie poinformował go, że w obradach weźmie udział Izba Lordów z reprezentantami Izby Obywateli. Tłumaczył dlaczego, ale Harry był zbyt zajęty czytaniem dodatkowych dwóch ustaw, które mu pokazał w ostatniej chwili, by zwracać na niego jakąś uwagę.

Harry patrzył na niemalże zupełnie obce twarze. Rozpoznawał tych, którzy często pojawiali się w gazetach lub mieli bardzo podobne do siebie dzieci w Hogwarcie, jednak w tej chwili jedynymi znanymi mu osobami byli Lucjusz i Knot. Dumbledore'a i części jego frakcji wciąż nie było. Podejrzewał, że mieli jakieś spotkanie na temat taktyki w dzisiejszych obradach i głosowaniu. Na razie atmosfera była dość rozluźniona. Część Lordów i reprezentantów przeglądała pergaminy z propozycjami ustaw, inni udzielali się towarzysko, a paru nawet siedziało i wpatrywało się znudzonym wzrokiem w pięknie zdobiony sufit.

Kilka minut później grupka weszła przez otwarte rzeźbione drzwi, by zająć swoje miejsca, a chwilę po nich do sali wkroczył sam Naczelny Mag Wizengamotu, Albus Persiwal Wulfryk Brian Dumbledore. Oczy staruszka prawie od razu powędrowały do tradycyjnego miejsca Potterów, jednak nie wydawał się być zbyt zaskoczony tym, że było zajęte przez Harry'ego. Dumbledore usiadł na krześle na podwyższeniu i machnięciem różdżki zamknął drzwi, ich trzaśnięciem przywołując wszystkich do porządku.

- Otwieram obrady Izby Lordów z reprezentantami Izby Obywateli. Harmonogram obrad jest następujący…

Harry odhaczał sobie wszystkie punkty, które przeczytał Dumbledore, na liście od Lucjusza. Po tym miało odbyć się czytanie ustawy, dyskusja na jej temat, a po niej głosowanie. I taka procedura obowiązywała każdą z ustaw, które zostały zgłoszone, a których od grupy Lucjusza było dwanaście, a od Dumbledore'a czternaście. Harry miał tylko nadzieję, że wszystko odbędzie się w miarę sprawnie i skończą to wszystko jeszcze dzisiaj. Była dopiero dziewiąta rano, więc mieli przed sobą cały dzień.


Bardzo dziękuję wszystkim za komentarze. Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu. Niewielki fragment został usunięty ze względu na regulamin ffneta odnośnie treści dla dorosłych. ;)