Kolejny tydzień upłynął Severusowi ciężko (za sprawą uczniów i Czarnego Pana), krwawo (za sprawą uczniów i Czarnego Pana), a co najgorsze, nieregularnie (za sprawą również i jednych i drugich). Tak więc nie miał chwili czasu, aby wyskoczyć w nocy w swoje ulubione miejsce, gdzie mógłby wszystko przemyśleć i oddać się swojemu nałogowi. Rozstrojony, chodził jeszcze bardziej wściekły niż zwykle, na czym ucierpieli uczniowie. Chciałby powiedzieć, że również Czarny Pan, ale niestety nie byłoby to prawdą – jak będzie chciał popełnić samobójstwo, to po prostu rzuci się z wieży astronomicznej, a nie wybierze na najbardziej wymyślne tortury.

Kiedy więc po ośmiu dniach znalazł wreszcie wolną noc dla siebie, o pierwszej trzydzieści opuścił lochy i z lubością wyruszył na spacer po zamku, którego uwieńczeniem było jak zwykle wyjrzenie za ulubione okno.

Zdążył zapomnieć już o niechcianym gościu, którego zastał w jego ustronnym miejscu tydzień wcześniej, dlatego prawie wryło go w ziemię, kiedy brązowa kupa splątanych włosów widniała kolejny raz w jego oknie. Zamarł z wąskim papierosem w dłoni, mrużąc groźnie oczy. Granger. Znowu.

Podobnie jak tydzień wcześniej, podszedł cicho do dziewczyny, która podpierała policzek na ręce i spoglądała w dół na Zakazany Las, a księżyc, który był tym razem w pełni, oświetlał jej drobne piegi.

- Widzę, Granger, że postanowiłaś przystąpić do autodestrukcji swojego własnego domu, pozbawiając go kolejnych trzydziestu punktów.

Dziewczyna nie podskoczyła tak, jak ostatnio, tylko odwróciła się w stronę swojego profesora. Snape stał oparty nonszalancko o kamienną framugę okna i patrzył na nią kpiąco, w ręce wciąż trzymając papierosa.

- Niezupełnie. Przyszłam popatrzeć.

- Popatrzeć, powiadasz… To będzie kosztowało ciebie i twój ukochany Griffindor, powiedzmy, hm, czterdzieści punktów…

- Jak to, czterdzieści?! Ostatnio było trzydzieści…

- Ale widać to było za mało, skoro znów tu jesteś – warknął, patrząc na nią jak na zarazę. – Jestem ciekawy – powiedział po chwili, uśmiechając się lubieżnym, złośliwym uśmieszkiem – jak to powiesz naszemu jakże, ekhm, drogiemu Potterowi? Chłopak tak się kaleczy, ofiara, na meczach, żeby jego przyjaciółeczka – ostatnie słowo wypowiedział jak eufemizm – wszystko przepuściła na nocne eskapady. Nie ładnie.

- Profesorze – spojrzała błagalnie, łamiąc sobie przy tym szczupłe palce drobnych dłoni – proszę tego nie robić.

- Dobrze wiesz, że to zrobię, Granger i to z największą przyjemnością.

- Czyli jednak miałam rację.

- Szczerze wątpię. Mianowicie? – podniósł sceptycznie brew, przytykając w tym samym momencie papierosa do ust i podpalając go zwykłą zapałką, by po chwili z cichym westchnieniem zaciągnąć się i wypuścić jasny dym w ciemną noc za okno. Ach, nikotyna i jej zbawcze działanie.

- Że cały czas pan o nas myśli, profesorze. O uczniach.

Snape prychnął, roztaczając tym samym dym w kierunku Hermiony.

- I proszę nie palić!

- Grangerrrr – warknął. – Czy ja cię prosiłem o osobiste porady? Wynoś się stąd, zanim wlepię ci kolejne punkty, a do tego szlaban. U mnie.

- Jeśli to sprawi, że przestanie pan palić i niszczyć sobie płuca, to mogę przyjść nawet na kilka szlabanów.

Snape zaczął leniwie wydmuchiwać alabastrowy dym , przyglądając się przy tym uważnie uczennicy. Nie kpiła sobie, miała jakąś stal w oczach, którą już nie raz widywał, gdy na czymś jej bardzo zależało.

- A co cię to obchodzi? – prychnął, po czym ponownie zaciągnął się, przymykając oczy, tym samym tracąc z nich na chwilę wpatrującą się w niego uporczywie siedemnastolatkę.

- Niszczy pan sobie zdrowie. – Otworzył oczy. Chyba sobie kpiła.

- Mówiłem już, Granger, żebyś stąd zjeżdżała. Nie jestem skrzatem domowym, żeby się mną opiekować. – Na samo wspomnienie jej stowarzyszenia, na usta wylał mu się złośliwy uśmiech. Dawno nie słyszał o czymś bardziej durnym. Reakcja Hermiony była zupełnie odwrotna: dziewczyna chwyciła się buńczucznie pod boki i starała przyszpilić się go wzrokiem.

- To niezdrowe – dziewczyna nie rezygnowała.

- A co cię tak obchodzi moje zdrowie – dmuchnął jej dymem prosto w twarz, na co zaczęła kasłać.

- No wie pan?! Nie… khkh… w twarz! To nie… khhh… w porządku!

- Wiem. Dlatego liczę, że wreszcie się wyniesiesz – syknął groźnie, chcąc wreszcie zostać sam.

- Pójdę, jak pan to wyrzuci – powiedziała, powstrzymując wreszcie napady kaszlu. Nadal jednak była cała czerwona – najwidoczniej miała alergię na dym. Skąd miał wiedzieć.

Jej propozycja wydała mu się tak absurdalna, że musiał powstrzymać szyderczy śmiech. Gówniara chciała mu dyktować warunki?

- Idź już Granger – powiedział, lekko rozbawiony.

- Jak pan to świństwo wyrzuci…

- Powiedziałem, zmiataj stąd! – warknął, tracąc już i tak nadszarganą tego dnia cierpliwość.

Dziewczyna prawie się zapowietrzyła, po czym odwróciła na pięcie i głośno tupiąc, zaczęła odchodzić od swojego profesora.

Kiedy już oddaliła się na odległość kilkunastu stóp, Snape nagle zapytał, zapomniawszy ugryźć się w język:

- Tak właściwie, to dlaczego tak się tym przejmujesz, Granger?

Dziewczyna zatrzymała się, by po chwili ponownie tej nocy na niego spojrzeć.

- Nikt nie zasługuje na cierpienie. Pan też nie. – Po czym odwróciła się i już jej nie było.

Snape, nieco wstrząśnięty i wytrącony z równowagi taką uwagą, chwilę stał ogłupiały, by po chwili zawołać tak samo, jak poprzednim razem:

- Czterdzieści punktów od Gryffindoru za włóczenie się w nocy po zamku. I do tego dziesięć za impertynencję, Granger!

Świt tego dnia przypominał szarą, brudną kaszkę mleczną. Promienie słońca ledwo wyziewały znad listopadowego, zwartego szeregu chmur, które najwyraźniej ani myślały wpuścić wielką kulę ciepła. Tego dnia chyba nic nie ma zamiaru mu się udać – pomyślał kwaśno w myślach, gasząc kolejnego papierosa o kamienną ścianę, by po chwili mruknąć „Evanesco" i skierować swoje niosące się echem kroki do lochów, nucąc przy tym smętną melodię.

Hermiona siedziała na jednym z czerwonych, powycieranych foteli w pokoju wspólnym Griffindoru, trzymając w ręce swoje wypracowanie z eliksirów.

Na siódmym roku pozostało ich niewielu na tym przedmiocie. Z Griffindoru tylko ona, Harry (który dostał się na nie dzięki Horacemu Slughornowi, czego profesor Snape nie potrafił wyraźnie przeboleć w żaden sposób) oraz Parvati Patil. Z Slytherinu byli Malfoy i Blaise, z Hufflepuffu Eric, a z Ravenclawu wyjątko nie było nikogo.

Przebywanie w tej sześcioosobowej grupie było dyskomfortowe dla większości z uczniów – Snape miał możliwość przyjrzeć się każdemu w jego pracy, co skrzętnie wykorzystywał. Objawiało się to najczęściej sterczeniem nad ofiarą ze złośliwym uśmieszkiem w oczekiwaniu na jej potknięcie, aż do skutku. I zazwyczaj nie musiał czekać długo – większości trzęsły się ręce, gdy na ich kociołek padał wysoki, ciemny cień ich profesora. W dodatku był dwa razy bardziej wymagający, trzy razy bardziej złośliwy (szczególnie w stosunku do Harry'ego) i dziesięć razy bardziej niemiły (w stosunku do absolutnie wszystkich).

Jednak był to poważny dyskomfort i katorżnicze męki dla wszystkich uczniów, prócz Hermiony (no i Dracona, który jednak mógł liczyć na całkowite fory). Snape ich jej oczywiście nie dawał – wręcz przeciwnie. Jako że prawie zawsze była najlepsza, cały czas podnosił poprzeczkę i zadawał jej dodatkową pracę, gdy kończyła wcześniej od pozostałych. Tak zazwyczaj zaczynały się ich zawody ambicjonalne – ona starała się coś zrobić jak najlepiej, on – podnosił poprzeczkę, żeby wreszcie poniosła porażkę, co tylko wzmacniało jej i tak w nadmiarze rozwinięty upór, a co jego wreszcie wprowadzało do stanu wewnętrznego szału. Wprawdzie na zewnątrz wydawał się być chłodnie opanowany jak zawsze, jednak jego oczy i coraz bardziej cięty język zdradzały targające nim negatywne uczucia.

W przypadku Hermiony chodziło jednak o coś jeszcze innego. Mimo, że jej przyjaciół na pewno poważnie zmartwiłby stan jej zdrowia psychicznego, gdyby znali jej myśli, to jednak ją coś… pociągało w nauczycielu. Był taki… snape'owy. Inteligentny, tajemniczy, hardy i nieustępliwy. Był trudny. A Hermiona lubiła niebanalne charaktery.

Dlatego z uśmiechem błąkającym się po ustach czytała adnotację zostawioną przez profesora na jej starannie napisanym wypracowaniu, w dwa dni po ich drugiej rozmowie na korytarzu przy siódmym piętrze.

Temat dotyczył eliksiru wybranego przez ucznia, gdzie należało opisać dokładnie działania poszczególnych składników. Mógł to być do wyboru eliksir szkodzący zdrowiu lub wpływający silnie na organizm ludzki. Hermiona w swojej ambicji nie potrafiła się zdecydować. Chciała przygotować oba, ale przeczuwała, że Snape nie zareaguje pozytywnie na taki przerost materiału.

Któregoś wieczoru w pokoju wspólnym, kiedy pisała owe wypracowanie, Ron zapytał, mocno skonsternowany:

- Hermiono, dlaczego po prostu nie opiszesz działania eliksiru wywołującego wysypkę? Mogę ci podrzucić coś od Freda i Georga…

- Daj spokój, Ron – rzucił Harry, który właśnie wszedł do pokoju przez przejście w portrecie. – To jest Hermiona. Jej nie przegadasz. Jeszcze trochę i zacznie opisywać swoje własne eliksiry.

- Jestem ciekawa, co takiego ty przygotowałeś, Harry – odparowała Hermiona.

- Ee… no, prawdę mówiąc, jeszcze nic – Harry podrapał się zakłopotany po głowie.

- No to gratuluję, Harry. Wypracowanie jest na jutro. Myślałam, że masz jakieś ambicję, a nie jak Ron…

- Co ja?! – odezwał się poruszony rudzielec.

- Jak to na jutro?! – do Harry'ego zdawał się właśnie dotrzeć sens słów Hermiony.

- A tak to. Snape zadał je dokładnie tydzień temu. Jakbyście nie spędzali każdej wolnej chwili grając w Quidditcha…

- Zaczął się sezon, Hermiono! Za niedługo gramy ze Ślizgonami, a…

- Zaczął się sezon, Hermiono! Za niedługo gramy ze Ślizgonami, a…

- Ronaldzie, jest wojna! Kiedy wreszcie to do was dotrze? – wzburzona Hermiona zatrzasnęła książki i wyszła gwałtownie z pokoju wspólnego, znikając za portretem Grubej Damy. „W bibliotece powinno być ciszej" – pomyślała, po czym udała się do królestwa pani Pince.

Co do wypracowania, udało się jej jednak połączyć oba tematy. Opisała działanie eliksiru upajającego zmysły, w którym wykorzystywało się nikotynę. Nie omieszkała pominąć dokładnego opisu negatywnych skutków na organizm ludzki.

Snape nie pozostawił tego bez komentarza, na złotawym pergaminie widniały dwie linijki zapisane jego wąskim, schludnym pismem u dołu kartki:

Czyżby znów przesadna troska, panno Granger? Radzę się zatroszczyć o siebie. Wypracowanie napisane nie na temat jest niestety wypracowaniem wartym O.

Powinna być wściekła – jej wielogodzinne wypracowanie właśnie zostało uznane za napisane nie na temat. Jednakże wpatrując się w pochyłe i eleganckie pismo nauczyciela, nie potrafiła myśleć o tym człowieku jako o smętnym, groźnym i pokurczonym nauczycielu, którego widziała jeszcze niedawno, tylko jak o mężczyźnie, którego ujrzała wtedy w nocy przy blasku księżyca: o wiele bardziej odprężonego, poza pracą, zamyślonego, lecz wcale nie mniej tajemniczego. I ten dym… Wprawdzie nie powinno być w tym nic dziwnego (a w dodatku było niezdrowe) – dym jak to dym, biały, ulotny, nikły, zwyczajny. Nie można go było nawet pochwycić jako coś trwałego. Ale jednak było w tym coś takiego… ponętnego? Snape trzymający w ustach wąskiego papierosa i wydychający z nozdrzy i owych ust alabastrowy dym – ten obraz niepokojąco jej się podobał…

Potrząsnęła głową. Te rozmyślania na temat Snape'a robiły się coraz dziwniejsze.

Wstała z wygodnego fotela przy kominku i udała się do dormitorium, by po chwili położyć się spać. Harry i Ron z pewnością szaleli jeszcze nad boiskiem, ciesząc się ostatnimi w miarę ciepłymi wieczorami. „Dzieci" – pomyślała, kładąc się spać. Szybko zmorzył ją sen.