Następnym razem był już przygotowany na ewentualną wizytę nocnego nieproszonego gościa, jakim była nieznośna przyjaciółka Pottera.
Dlatego też jakże wielkie było jego zdziwienie przemieszane z ulgą, kiedy kilka nocy później zastał korytarz całkiem pusty. Wolnym krokiem podszedł do okna, rozkoszując się samotnością. Tym razem nie oparł się o długi, kamienny parapet, tylko usiadł na jednym z wysokich, obrośniętych zeschłym mchem schodów. Z przepastnej kieszeni wyciągnął małą paczuszkę z miękkiej tekturki, którego zawartość była mu ostatnio coraz bardziej droga – mugolskie papierosy. Wziął jeden z nich w szczupłe palce i przytknął do wąskich ust, by odpalić. Nie sięgnął jednak po różdżkę, a po najzwyklejsze, ludzkie zapałki. Mimo, że było to tak mugolskie, że już bardziej być nie mogło, to stanowiło iście odprężający rytuał, który pozwalał mu nabrać sił i spokoju.
„Ciekawe, jakby zareagował Czarny Pan, gdyby zobaczył ten jakże malowniczy obrazek – jeden z największych jego sług i zagorzałych wrogów niemagicznych ludzi, zaciągający się mugolskim śmieciem" – Severus uśmiechnął się ironicznie pod nosem, wyobrażając sobie tę scenę. Czarny Pan najprawdopodobniej przetarłby swoje czerwone, wężowe ślepia. A później ponownie. Ale potem byłby już tylko promień zielonego światła, jako nadanie ostatniego zaszczytu wiernemu słudze.
Ciemny korytarz rozświetlił wkrótce mały płomyk, tlący się z kurczącej się szybko kruchej, małej zapałki. Po chwili leżała już na posadzce, niepotrzebna, zużyta, pozostawiając za sobą nikłą, jasną smugę, której Severus już jednak nie mógł dojrzeć – wpatrywał się jak zahipnotyzowany w srebrzysty księżyc, pozwalając nikotynie wchłaniać się warstwa po warstwie, raz za razem, coraz głębiej, siedząc tak w samotności.
Uśmiechnął się do siebie w duchu, myśląc, że ten narkotyk został jego jedynym i wyłącznym przyjacielem, któremu pozwolił dotrzeć do swojego wnętrza tak daleko. Ten wewnętrzny uśmiech przeszedł szybko jednak w godny pożałowania, melancholijny wyraz. Westchnął cicho – jedynym i najbardziej żałosnym przyjacielem.
- Śpisz? Hermiono, hej, śpisz? – lekko spanikowany szept doszedł uszu Hermiony, która odwróciła się plecami do źródła tego nieprzyjemnego dźwięku, mrucząc coś niewyraźnie. Owe źródło jednak nie miało zamiaru tak szybko się poddać i po chwili usiadło na łóżku Hermiony, tarmosząc ją za plecy. – Hermiono?
- Lavender, co jest? – wymruczała nieprzytomnie Hermiona, wciąż mając przymknięte powieki i usiłując zasnąć.
- Hermiono, proszę, obudź się. Chyba zrobiłam coś… okropnego.
Te słowa nieco otrzeźwiły Hermionę, która podniosła się na rękach, by po chwili spojrzeć w przerażone oczy koleżanki z dormitorium.
- O-o co chodzi? – ziewnęła, myśląc mimowolnie o jak najszybszym powrocie pod ciepłą kołdrę.
- Byłam z Blaisem… - Rzeczywiście, dziewczyna nie była przebrana w piżamę, jak to o tej godzinie można by się spodziewać, miała na sobie natomiast jeansy i bluzkę z dosyć okazałym delkotem.
- No i…? – spytała Hermiona, niepewna co ona mogłaby mieć do tego. Jej mózg dalej pracował na najniższych obrotach i zajmował się sprowadzeniem Hermiony z powrotem do łóżka każdym możliwym sposobem.
- Poszliśmy jak zawsze tam za szklarnię, było bardzo fajnie, wiesz no, Blaise jest bardzo w porządku, w dodatku ten jego…
- Lavender! Do rzeczy – mruknęła nieprzyjemnie Hermiona, która naprawdę zaczynała żałować, że dała się obudzić koleżance.
- … No i po drodze ktoś był. Przestraszyłam się, że to może nauczyciel, że to Snape sprawdzający korytarze…
- Snape nie sprawdza już korytarzy – wymknęło się Hermionie, na co Lavender podniosła ze zdziwieniem brew.
- Co ty gadasz, Hermiono? Ale wracając do tamtego… – histeryczne nutki głosu Lavender powróciły. – Usłyszeliśmy jakiś hałas. Myśleliśmy, że ktoś zaraz nas nakryje, więc próbowałam się wcisnąć za kolumnę, ale Blaise…
- Co, co Blaise? – Czujność Hermiony zdawała się zadziałać otrzeźwiająco na cały organizm i wyperswadować mu drzemkę na siedząco.
- O-on wycelował w kogoś zaklęciem. Błysnęło na-a zielono i zrobiło się ci-i-cho – głos dziewczyny przeszedł w urywany szloch. – Och, Hermiono. A jak on go zabił?
Hermiona przez chwile wpatrywała się w koleżankę, czując, jak przez nią przelewa się cały kalejdoskop uczuć - od ogłupienia, przez niedowierzanie po strach. Strużka zimnego potu przebiegła po jej plecach. Blaise… kogoś zabił? Bo mógłby ich przyłapać na nocnej schadzce? Nie, to niemożliwe – pomyślała.
- Choć. Pokażesz mi, gdzie to się stało – powiedziała ściągniętym głosem do coraz bardziej rozhisteryzowanej koleżanki, która już rzewnie płakała, na co poruszyła się niespokojnie w swoim łóżku Parvati.
- Dziewczyny? Hermiona? Lavender? – powiedziała zaspanym głosem, odwracając się w ich stronę. – Coś się stało?
Hermiona poczuła lekką panikę – to nie mogło się wydać, a przynajmniej nie teraz. A Parvati była zbyt wielką plotkarką, żeby ją wtajemniczać. Popatrzyła na Lavender, która chyba nie potrafiła wydusić z siebie słowa i z głośnym westchnieniem zdała sobie sprawę, że to na jej barkach spoczął ciężar zneutralizowania siostry Patil.
- Nie, Parvati. To tylko… eee… problemy miłosne. Takie tam, wiesz – z trudem opanowała plączący się język. – To, co Lavender? Pójdziemy do łazienki, co? Nie możesz pójść spać w takim stanie…
Lavender chyba zrozumiała jej zamiary, bo bez słowa sprzeciwu ześlizgnęła się z łóżka i przeszła do drzwi. Hermiona poszła za nią, mrugając jeszcze przed wyjściem do Parvati, dając znać, że „wszystko jest w porządku".
A przecież nic nie było.
- To było gdzieś tu – Lavender pokazywała palcem w dół na ciemną posadzkę przed nimi, starając się opanować płacz i narastającą histerię. Hermiona mimowolnie zastanawiała się, jakim cudem udało im się przejść niezauważenie aż taki kawał drogi, nie napotykając żadnego z patrolujących nauczycieli – Lavender nie potrafiła w ciszy przejść chyba nawet jednego metra. Chociaż w głębi przeczuwała, że zna powód ich sukcesu. Widocznie pewien profesor był… gdzie indziej. Na tę myśl cień uśmiechu przebiegł przez jej usta. Dobrze, że panowała prawie całkowita ciemność – Lavender pomyślałaby, że Hermiona zwariowała.
Starała się jednak skupić na tym, dlaczego tu przyszła i od razu spoważniała. Prawdopodobnie obok niej leżał trup. Wzięła kilka głębszych wdechów i zapaliła różdżkę, szukając i jednocześnie unikając wzrokiem tego, czego obawiała się ujrzeć najbardziej.
Na początku nikogo nie zauważyła. Podłoga zdawała się być pusta. Jednakże Lavender znów zaczęła szlochać i to niepokojąco głośno, więc Hermiona podążyła za jej wzrokiem.
Poczuła, jak cała zamiera, a jej serce stanęło razem z nią.
Leżał tam.
Neville.
Nie słyszała nic. Ani głośnego szlochu Lavender, ani własnego oddechu (wątpliwe zresztą było, że w tym momencie oddychała), ani bicia serca. Widziała tylko odzianego w przepastne szkolne szaty chłopaka, tak dobrze jej znanego, leżącego wśród plątaniny własnych ubrań pośrodku podłogi. Nie było żadnej krwi. Żadnej rany.
Ale leżał całkiem nieruchomo.
Kiedy znieczulica minęła, podeszła do niego, klękając obok ostrożnie. Poczuła łzy napływające do oczu. Odgarnęła ciemne, półdługie włosy z jego łagodnej twarzy.
- Neville! Neville? S-s-łyszysz mnie? – spytała chwiejnym głosem. Musi wziąć się w garść. Musi wziąć się w garść!
- Lavender? – spytała nieco pewniej, spoglądając na popłakaną blondynkę. – Pamiętasz, jakiego zaklęcia użył Zabini? Słyszałaś, żeby mówił… - nie dokończyła. Wypowiedzenie na głos „avada kedavra" ziałoby bezlitosną ostatecznością.
- Nie – pokręciła głową blondynka. – Wymamrotał coś pod nosem, ale nie sł-słyszałam co to było. Ale było takie zielone, więc pomyślałam, że t-to… - Lavender również nie skończyła zdania. Bała się jeszcze bardziej, niż jej koleżanka.
Hermiona odwróciła się na powrót w stronę leżącego bez ruchu Neville'a i pochyliła się nad jego twarzą, chcąc wyczuć oddech. Nic.
Panika znów powracała. Jeśli to była jednak avada, na co wszystko wskazywało, to koniec. Jeśli coś innego – skoro nie oddychał, pozostało mu i tak niewiele czasu. A ona nie miała pojęcia, co to mogło być za zaklęcie.
- Rennervate! – skierowała na niego swoją różdżkę, ale nie było odzewu. Próbowała jeszcze innych, bardziej skomplikowanych zaklęć rozbudzających, ale nic to nie dało.
- Idź po Zabiniego. Już! Potrzebuję jego różdżki. Muszę się dowiedzieć, co mu zrobił. A potem po McGongall, po kogokolwiek – na końcu głos lekko się jej załamał.
Gdy Lavender pobiegła w stronę królestwa Ślizgonów, Hermiona prawie pacnęła się z plaskiem w czoło. – Lav! Hej, Lav! – Zapłakana dziewczyna zatrzymała się i odwróciła. – Idź po Snape'a. On… powinien wiedzieć, co zrobić.
Kiedy Lavender nie było, Hermiona, ogarnięta coraz większą rozpaczą, próbowała przywrócić mu akcje życiowe. Niestety na darmo.
Po kilku minutach pojawiła się jej blond koleżanka, niosąc różdżki w obu rękach. Hermiona spodziewała się, że ten dureń, Zabini, powinien zaraz się pojawić, ale nikogo za Lavender nie było. Jeszcze pilniej wypatrywała swojego profesora, ale nie potrafiła go nigdzie dojrzeć.
- Gdzie Zabini? Zwiał? – spytała z tłumioną wściekłością, wciąż klęcząc nad nieruchomym Nevillem.
- Mhmm-mh, powiedział, że nie będzie celowo wdeptywał w takie błoto. N-nie wydasz go, Hermiono, pr-rawda? Dał mi swoją różdżkę, masz…
- Nie wydam? Zastanawiam się, czy samej go nie potraktować avadą, albo gorzej! – warknęła doprowadzona do ostateczności dziewczyna, reflektując się jednak po chwili – Lavender wyglądała na skrajnie przerażoną. – Przepraszam, Lav. Musisz mi pomóc. Trzeba działać. A gdzie jest Snape? – spytała po chwili.
- Nie ma go w lochach, a przy-przynajmniej nie odpowiadał. Mogę pójść po McGonagall…
- Nie, ja to zrobię. – Hermiona miała dosyć jasne przeczucie, gdzie Mistrz Eliksirów jest i co robi, a raczej gdzie truje swoje płuca nikotyną. Westchnęła podenerwowana i postanowiła zadziałać najpierw sama. Kiedy odkryła ostatnie zaklęcia, które wyszły z różdżki Ślizgona, odetchnęła z ulgą, po czym zaraz napięła się ponownie – to nie była avada, ale inne, bardzo silne czarnomagiczne przekleństwo, które powodowało zatrzymanie pracy z czasem wszystkich narządów oprócz mózgu. A więc miały niewiele czasu.
- Accio Najpoważniejsze czarnomagiczne zaklęcia i ich przeciwzaklęcia! – Po niespełna minucie usłyszały świst lecącej księgi. Hermiona rzuciła się na nią i zaczęła wertować, wyraźnie szukając czegoś konkretnego. – Czytałam o tym tydzień temu, to było… - kolejna strona - …gdzieś… - i kolejna – …tu! – wykrzyknęła tryumfalnie, wskazując na pożółkłą stronnicę z czerniącym się złowrogo nagłówkiem.
Po chwili jednak jęknęła ze zgrozą – jeśli to była czarna magia, to nie da rady sama odczarować chłopaka. Potrzebny był jej Snape. Nie było jednak czasu wspinać się na siódme piętro i to w dodatku po drugiej stronie zamku. Odsunęła się od leżącego chłopaka, zmrużyła powieki w skupieniu i po chwili z jej różdżki wyłonił się patronus. Nie przyglądając mu się uważniej, w myślach rozkazała mu odnaleźć Snape'a i przyprowadzić.
Severus wypalał właśnie drugiego papierosa, snując dosyć ponure wizje na temat misji, o której usłyszał od śmierciożerców, kiedy w otoczeniu wyczuł coś dziwnego.
Wciąż odwrócony plecami do korytarza i schodów, potrafił powiedzieć, że jakieś trzydzieści stóp za nim, na godzinie mniej więcej piątej pojawiła się zmiana. Powietrze zdawało się zafalować i zadrgać, spokój został zaburzony. Pojawiła się materia wyglądająca mu na niewielką, niezwartą ale zgodną ze sobą. To mogło oznaczać tylko jedno: patronus.
Jako wszechwiedzący znawca w dziedzinie eliksirów znał zapachy jeszcze lepiej, niż kolory, co umożliwiło mu zdobycie tytułu Mistrza Eliksirów. Dlatego wdychając nową, nieznaną dotąd woń poznał, że prawdopodobnie ma do czynienia z patronusem bądź jego sybstytutem.
Mało osób o tym wiedziało, a jeszcze mniej potrafiło wyczuć, że patronusy posiadały zapach. Była to mieszanka naturalnego zapachu właściciela przemieszanego ze szlakiem zapachowym wyznaczonym przez uczucia, które akurat odczuwał adresat w chwili wysłania. Niewielu osobom na świecie udało się opanowanie tej sztuki tak dokładnego rozpoznawania i rozkładania woni, dlatego Severus był dumny, że jemu akurat tak. Był w dzieciństwie bardzo wrażliwy na sygnały płynące z zewnątrz, co było w tej kwestii niezaprzeczalnym atutem (które, zresztą, nieprzyjemnie się za tą delikatną cechę okrutnie zemściło).
Severus przymknął oczy. Nie potrafił się powstrzymać. Kiedy docierała do niego ta kusząca możliwość rozpracowania zapachu…
Hmm, coś zdecydowanie fioletowawego… tak, zapach kwitnącego wrzosu. Do tego nieco lawendy i świeżego powietrza po deszczu w kolorze bladej limonki, zmieszanego z delikatnie pomarańczowymi mandarynkami… Bardzo miła, mmhm, mieszanka… Wprawdzie nieznana, tak, ale bardzo przyjemna...
Do tego lekko rozedrgany szlak. Z nimi trzeba było być ostrożnym – silniejsze patronusy potrafiły przelać nieco emocji na odbiorcę, gdy były tymi uczuciami „przeładowane" . Bariera Severusa była solidna, ale mimo tego wyczuł wyraźny strach, lęk i troskę, która coś mu już przypominała…
Otworzył gwałtownie oczy. Poczuł się jak wybudzony z transu, który trwał zaledwie kilka sekund. Oświetlało go intensywne światło księżyca, ale myślami był już gdzie indziej - emocje towarzyszące patronusowi wręcz krzyczały: zagrożenie. A szpiegowi było to aż za dobrze znane słowo.
Kiedy usłyszał przerażony, ale całkiem miękki głos, odwrócił się w stronę zwierzęcia, zastanawiając się, kto jest adresatem.
Wprawdzie nie pamiętał, żeby Granger posiadała sarnę, ani żeby potrafiła wytworzyć patronusa-wysłannika, ale po głosie zyskał pewność, że to ona go wysłała.
Profesorze. Zdarzył się wypadek. Neville jest nieprzytomny, trafiła go czarna klątwa Zabiniego. Proszę… Niech pan nam pomoże.
Skończywszy przekazanie wiadomości, szczupła sarna rozkraczyła lekko nogi i popatrzyła na niego swoimi okrągłymi ślepiami. Wprawdzie cała była srebrna i miała postać majaczącą między gazem a plazmą, to mógł przysiąc, że jej oczy były brązowe. Czuł to. Popatrzyła na niego rozumnie i odwróciła się, chcąc go zaprowadzić do…
- Cholera – zaklął pod nosem, i przypominając sobie, o kogo chodziło, ruszył szybko za srebrną sarną. – Tylko nie Longbottom.
Przez następne kilka minut, godzin, a może to były nawet dni, Hermiona próbowała pomóć Nevillowi w każdy znany sobie sposób, ale żaden z nich nie pomagał. Ogarniała ją coraz większa panika, a swój własny puls czuła już całym ciałem - szczególnie głośno dudnił w uszach.
Może to właśnie dlatego nie usłyszała, że ktoś przyszedł. Poczuła jednak dotyk miękkiej tkaniny na policzku i po chwili jej oczy wychwyciły zarys bladej, zaciętej i surowej twarzy pochylającej się nad Nevillem. Domyśliła się, że to peleryna.
Snape!
Potem była tylko ulga. Ze Snapem byli uratowani.
Lekko się odsunęła, przyklękając po przeciwnej stronie chłopaka, niż zrobił to profesor. Ten jedynie badał różdżką wzdłuż całe jego ciało, wyraźnie bardzo skupiony.
Obserwowała jego poczynania w milczeniu, niczym tajemniczą mantrę. Blade palce trzymające czarną różdżkę, która przemieszczała się po różnych częściach ciała nieprzytomnego chłopaka, odcinały się na tle ciemności. Zastygła w skupieniu twarz profesora była równie biała, co jego szczupłe dłonie. Hermiona nie spuszczała ich z oczu ani na moment. W tym momencie te dłonie niosły życie.
Lavender albo zniknęła, albo zemdlała, bo słychać było tylko ich oddechy: Hermiony - szybki i lekko urywany, oraz Snape'a - równy i opanowany, jakby wcale nie umierał obok niego chłopak. Albo już umarł, w co Hermiona jednak uparcie nie chciała uwierzyć. I nie ze strachu przed samym faktem śmierci. Po prostu ufała temu człowiekowi, ufała Snape'owi, że wie, co robi. Gdyby to było na darmo, to na pewno by go nie próbował dalej ratować, prawda?
- Granger – jego cichy, acz stanowczy głos wyrwał ją z czarnych rozmyślań. – Granger, słyszysz mnie? – Nie patrzył na nią nawet, cały czas skoncentrowany na chłopaku.
- Tak. – Jej głos był o wiele bardziej zachrypnięty, niż jego, ale równie pewny. Zrobi wszystko, żeby ratować Neville'a.
- Umiesz robisz masaż serca?
Hermiona podniosła nieznacznie brew. Czy on ją właśnie pytał o mugolski sposób ratowania życia? Lekko skonfundowana, pokiwała głową, ale zdała sobie sprawę, że Snape przecież jej nie widzi.
- Umiem.
Lekkie skinięcie głowy.
- A więc jak powiem „już", masz zacząć standardowe trzydzieści uciśnięć. Zrozumiałaś? Na razie nie więcej.
- Tak. – Gdyby nie jej determinacja, niepewność pewnie zżarła by ją od środka. Od trzech lat nie ćwiczyła resuscytacji, ale teraz nie było czasu na wahanie.
Snape skierował lewą rękę nad głowę chłopaka, a różdżką najechał na serce. Odczekał tak nieruchomo kilkanaście sekund, po czym rzucił:
- Już!
Hermiona natychmiast położyła ręce na mostku Nevilla, rejestrując kątem oka, że Snape przeniósł się bardziej nad głowę chłopaka ciągle nie opuszczając jednak swoich dłoni.
Pięć. Dziesięć. Piętnaście. Dwadzieścia. Trzydzieści.
Cała dyszała. Wysiłek był ogromny. Snape przeniósł różdżkę znów na tułów chłopaka, co dało jej chwilę odpoczynku. Spodziewała się jednak, że zaraz będzie musiała powtórzyć działanie.
- Teraz!
Kolejna seria. Przy szóstym uściśnięciu usłyszała przeraźliwy odgłos łamiących się żeber. Zacisnęła zęby, ignorując straszne odgłosy i wyczerpana doszła do trzydziestu.
Ponownie zajmował się nim Snape.
Kiedy Hermiona, oddychając głęboko, a właściwie prawie rzężąc, przygotowywała się właśnie do kolejnej serii uciśnięć, ręka Snape'a zatrzymała ją w połowie drogi, chwytając jej obie złożone dłonie. Ku zdziwieniu Hermiony, był ciepły. Od razu jednak cofnął się z powrotem do poprzedniej pozycji.
- Wystarczy.
Wystarczy? To słowo tłukło się po głowie Hermiony jak kamień obijający się o jej czaszkę. Wystarczy. Wystarczy? Czy on chciał jej powiedzieć, że już… nie ma nadziei?
Spojrzała na profesora, który jednak dalej całą swoją uwagę poświęcał chłopakowi. Dziewczyna nie wytrzymała i zalała się łzami chowanej na siłę frustracji, nerwów, strachu a teraz jeszcze bólu.
Oparła głowę na Nevillu, zanosząc się dłąwiącym, suchym szlochem – na więcej nie miała siły. Snape wymamrotał coś niezrozumiałego, po czym syknął:
- Granger, zejdź z niego z łaski swojej, jeśli chcesz, żeby się obudził.
Co on powiedział? Żeby się obudził…?
I właśnie w tym momencie usłyszała ciężki kaszel dobywający się z ziemi.
- Neville? Neville?! Och, Neville! – Hermionie puściły wszystkie hamulce i rozpłakała się na dobre. – Och, Neville, nawet nie wiesz, jak się bałam!
Chłopak był blady jak kreda, wyraźnie osłabiony i miał problemy z mówieniem, ale zdawał się być przede wszystkim mocno zdezorientowany. Spróbował o coś chyba spytać, ale Snape go uciszył. Kiedy chłopak zdał sobie sprawę z jego obecności, malowniczo zbladł jeszcze bardziej, co wydawało się przecież niemożliwe.
Snape, mimo że przez kilkanaście minut bez przerwy zajmował się Nevillem, nie wydawał się być specjalnie zmęczony. Jego oddech był tylko nieco bardziej przyspieszony, niż normalnie. Po kilku kolejnych sekundach podniósł się zgrabnie z ziemi, na co Hermiona zdecydowanie nie miała jeszcze siły. Półleżała na podłodze, za co było by jej normalnie zapewne głupio, ale w takich okolicznościach mało co ją przejmowało.
W tym właśnie momencie na szeroki korytarz wpadła profesor McGonagall razem z Lavender. Na widok Nevilla zawołała przerażona i w minucie dopadła chłopaka, zadając mnóstwo pytań.
- Longbottom! Ach, Longbottom, jak to się stało? Kto ci to zrobił?
- Minerwo – rzucił Snape, unosząc oczy do góry, jakby błagając o cierpliwość. – On dopiero co się ocknął po prawie dwudziestominutowej nieprzytomności.
