Na początku myślała, że idą do sali eliksirów – wyraźnie kierowali się w stronę lochów. Podążając cały czas krok w krok za profesorem, Hermiona weszła w ciemny, kamienny tunel oświetlony jedynie świeczkami unoszącymi się pod sufitem. Zrobiło się zimniej, albo to jej senność dawała się we znaki w coraz większym stopniu. Ziewnęła i otuliła się ciasno piżamą. Profesor szedł cały czas przed siebie, nawet się na nią nie oglądając. Nie zatrzymali się jednak przez klasą eliksirów, a przeszli dalej w głąb korytarza. Hermiona domyśliła się, że idą do jego gabinetu. I miała rację – po kilkunastu krokach Snape zatrzymał się przed niewielkimi drzwiami i machnął różdżką, na co zamek szczęknął. Otworzył drzwi, po czym wreszcie na nią spojrzał. Z wnętrza pomieszczenia padało jako-takie światło, więc widziała jego twarz w stanie zupełnego opanowania i niemal… znudzenia. Przepuścił ją jednak w drzwiach, czego się nie spodziewała. Przez myśl przemknęło jej „ma jednak jakieś maniery", ale zaraz ulotniło się tak szybko jak pojawiło, bo mogła wreszcie zobaczyć pomieszczenie. Nigdy wcześniej w nim nie była – nie chodziła na szlabany, więc nie miała jeszcze okazji zobaczyć snape'owego królestwa.
Snape zamknął drzwi i wyprzedził ją, by po chwili siąść po jednej stronie dużego, dębowego biurka na podwyższeniu. Hermiona nadal zajęta była przyglądaniem się obszernemu gabinetowi – oprócz biurka miał naprawdę spory kominek, dwa ciemnozielone fotele ustawione przy niewielkim stoliku, a obok biurka po obu jego stronach ustawione były regały z księgami, fiolkami i pergaminami zapewne zapisanymi przez uczniów i przeznaczonymi do sprawdzenia.
Pomieszczenie mogłoby uchodzić nawet za urokliwe – nikłe oświetlenie zdecydowanie działało na jego korzyść, jednakże efekt psuły wielkie, szklane słoje zapełniające większość powierzchni kamiennych ścian, z których zwisały nachylone ku podłodze. Właśnie przyglądała się zawartości jednemu z nich, kiedy dobiegł ją lekko kpiący głos:
- Długo jeszcze?
Hermiona spojrzała na profesora. Siedział na potężnym krześle obleczonym materiałem w kolorach Slytherinu, ręce miał złożone, minę kwaśną i wyraźnie oczekiwał, aż ona również usiądzie, żeby zadać jej kilka pytań.
- Chyba, że wolisz stać i odpowiadać. Mnie jest wszystko jedno – dodał chłodno.
W pośpiechu zajęła miejsce naprzeciwko niego, lekko speszona swoim ociąganiem się. Jej krzesło było o wiele niższe niż Snape'a, więc sporo nad nią górował. Spodziewała się, że był to zamierzony efekt – zapewne przesiadujący tu ( raczej nie z przyjemności) uczniowie mieli poczuć się jeszcze gorzej i przypomnieć sobie swoje miejsce oraz kto był górą. W jej przypadku górą był z pewnością Snape. Spoglądał teraz na nią przeszywającym wzrokiem, a Hermiona przygotowywałą się na pierwsze z pytań, które musiało w końcu paść. Nie czuła się tak swobodnie, jak wtedy gdy rozmawiała z nim przy ich oknie (tak w myślach zaczęła je już nazywać). Teraz zdecydowanie był jej nauczycielem o niespecjalnie przyjemnym usposobieniu oraz opiekunem ucznia, który popełnił przestępstwo, co powodowało, że nie mógł ani trochę się rozluźnić.
- A więc, panno Granger – zaczął spokojnie. – Co się tam wydarzyło? Mam na myśli zdarzenia sprzed mojego przyjścia – uściślił, krzywiąc się nieco ironicznie. Hermiona poczuła się jak niedorozwinięte dziecko.
- Przecież wiem, o co pan pyta! – obruszyła się, co spotkało się z jego miażdżącym spojrzeniem. Zdecydowanie nie był w nastroju na tolerowanie jej małe odejścia od reguł, na które mogła sobie pozwolić ostatnio w jego towarzystwie. Wescthnęła i zaczęła mu wszystko opowiadać. O tym, jak Lavender ją obudziła w nocy, jak podejrzewała że Zabini mógł kogoś trafić – na jego wspomnienie Snape prawie niezauważalnie się poruszył, - jak odkryła, że to czarna klątwa i wysłała mu patronusa. Nie zaciekawiła go jednak ta część z Zabinim ani jak ratowała Nevilla. Spytał za to o coś zupełnie innego.
- Skąd wiedziałaś, że to czarna magia? – Złożył ręce na blacie jak do modlitwy i oparł na nich podbródek, zmniejszając odległość między nimi do kilkudziesięciu centymetrów.
- Ja, eee, czytałam ostatnio w jakiejś książce o tym zaklęciu…
- W jakiej, jeśli mogę spytać? – na jego twarzy wreszcie pojawiło się zainteresowanie, które niebezpiecznie zachaczało o złośliwy tryumf.
- Hmm, nie pamiętam tytułu… - skłamała Hermiona, wiedząc, że nie powinna posiadać takiej książki.
- Czy to aby nie ta? – Snape, niby to od niechcenia położył przed nią egzemplarz, który przywołała niecałą godzinę temu. No tak, musiała ją tam zostawić! Okładka nie pozostawiała wątpliwości – roztargana i przypalona w tych samych miejscach, co jej własna. To była jej książka. Tylko jak mu to powiedzieć, że znalazła to na Grimmaud Place? Nie chciała obciążać Syriusza, nawet jeśli już nie żył. To by było nie w porządku. Snape na pewno nie omieszkałby dopisać tego do swojej długiej listy pod tytułem: „powody, dla których mogę oczerniać Blacka". Więc pozostało przyznanie się i udawanie głupiej. Czując, jak profesor obserwuje każdy jej gest, ruch mimiczny i spojrzenie, westchnęła i powiedziała:
- Ta.
- Hm, to ciekawe, Granger. Amnezja w tak młodym wieku? – zaczął gładzić się długim palcem po brodzie, udając zamyślenie. – A jeszcze ciekawsze, że ta książka jest zakazana. Tylko pytanie, skąd siedemnastolatka wzięła taką książkę? – spojrzał na nią, przypierając tym samym do muru. Wiedziała, co zaraz zrobi.
I faktycznie, w momencie poczuła wkrótce lekkie ukłucia na swojej barierze umysłowej, ale po chwili zniknęły. Zdziwiła się, a na twarzy Snape'a malowało się podobne uczucie przemieszane z ledwo zauważalną irytacją, jednak zaraz zniknęły, jakby profesor zreflektował się, że zdjął na chwilę maskę.
- Wrócimy jeszcze do tego tematu, Granger – ostrzegł i odchrząknął, by zadać następne pytanie. – Nie powiedziałaś mi, skąd wzięła się tam panna Brown.
- A dlaczego pan sam jej o to nie zapyta? – Doprawdy, to było bez sensu. To Lavender widziała, jak Zabini trafił Nevilla, więc dlaczego pyta o to ją?
- Bo obawiam się, że nie usłyszałbym od niej ani jednego składnego zdania – skrzywił się złośliwie. To Hermionę lekko zdenerwowało. Wprawdzie Lavender była, jaka była – lekko trzpiotkowata i raczej mało skupiona na czymkolwiek oprócz chłopaków, ale nie musiał jej obśmiewać, po tym, co przeszła dziś w nocy. To ją przekonało do powiedzenia tego, co naprawdę myślała.
- To niech pan spyta swojego Ślizgona, który za to wszystko odpowiada! Jest wystarczająco elokwentnym partnerem rozmowy, czyż nie? – zadrwiła, mrużąc w kpinie oczy.
- Radzę się nie zapominać, panno Granger – ostrzegł groźnie, jednak Hermiona wiedziała, że uderzyła w czuły punkt. Obwiniał Lavender o bycie idiotką, a jego święty Ślizgon jedynie rzucił na kogoś czarnomagiczną klątwę. Pikuś w porównianiu, jasne.
- Jakie masz dowody na to, że on to zrobił, Granger? – spytał, podnosząc kąciki ust w drwinie.
- Sprawdziłam. Jego różdżkę. – Na jej wspomnienie włożyła rękę do kieszeni i po chwili wyciągnęła ją i położyłą przed Snapem. Nie mógł zaprzeczyć, ta różdżka ewidentnie należała do jego podopiecznego. - Zresztą, Lavender była wtedy z nim i widziała…
- A skąd Brown miała by się znaleźć w towarzystwie Blaise'a? – spytał chłodno Snape.
- Bo byli wtedy razem? – odpowiedziała pytaniem Hermiona, obserwując jak Snape krzywi się ze wstętem.
- Będę musiał z nim porozmawiać – powiedział, co Hermiona przyjęła z ulgą, myślać, że Ślizgon dostanie to na co zasługuje. Ale chyba to zauważył, bo dodał – o wybieraniu partnerek.
Hermiona fuknęła z oburzenia.
- Pan się wcale nie przejmuje tym, że Neville prawie zginął?
Tym razem to Snape się zdenerwował, i to całkiem wyraźnie. Napiął się cały i syknął, sztyletując ją spojrzeniem:
- Masz chyba jednak poważne problemy z pamięcią, Granger. Już zapomniałaś, że to ja go odratowałem? – Przez chwilę mierzyli się na spojrzenia, ale Hermiona zaraz spasowała. Miał rację.
- Idź już, prawie świta. – Dał jej jasno do zrozumienia, że ma go zostawić w spokoju. „I dobrze, zasypiam prawie na stojąco" – pomyślała, po czym owinęła się szczelniej niebieskim szlafrokiem od piżamy, który miała na sobie przez cały ten czas. Snape jakby zdawał się dopiero teraz zwrócić na to uwagę, bo uśmiechnął się lekko pod nosem. Myśląc, że to drwina, Hermiona wymaszerowała ostentacyjnie z pokoju. Kiedy już miała zniknąć w drzwiach, po lakonicznym „dobranoc, profesorze", a Snape wydawał się ją całkowicie zignorować, usłyszała ponownie tej nocy jego głos.
- Dobra robota, Granger.
Hermiona odwróciła się powoli, myśląc że to żart i kpina. Ale gdy odszukała jego wzrok, patrzył jak najbardziej poważnie. Pierwszy raz ją pochwalił. I to nie zawile, a dosłownie.
- D-dziękuję – zacięła się nieco, ciągle w szoku po usłyszanych słowach. Nie wiedziała, co zrobić - nie była przyzwyczajona do takiego zachowania z jego strony.
- Ale lepiej poćwiczyć pamięć, bo dawno nie byłaś tak beznadziejna – dodał, wykrzywiając usta tym razem czysto złośliwie. Nie byłby sobą, gdyby tak tego nie zakończył. – Ale radzę pamiętać o jednym – wyraźnie spoważniał – nikt nie może się dowiedzieć.
Westchnęła, pokiwała głową i wyszła, zostawiając go siedzącego wciąż przy swoim biurku.
Severus jednak nie miał zamiaru siedzieć w tym gabinecie ani minuty dłużej – może jeszcze zdąży oglądnąć świt…
Z tą myślą szedł szybkim krokiem na siódme piętro i od razu poczuł zalewającą go gorycz rozczarowania, gdy znalazł się na miejscu - niebo straciło już prawie wszystkie barwy ze swojej świetności, którą zyskiwało razem ze wschodem słońca.
Jednakże nie potrafił się zmusić, żeby żałować opuszczenia tego wyjątkowo pięknego widoku. I nie miało to raczej nic wspólnego z przywracaniem życia Longbottomowi.
Te myśli towarzyszyły mu, gdy spoglądnął w czyste i przejrzyste jasnoniebieskie niebo. Tak, błękitny zdecydowanie jest przyjemnym kolorem. I nie takim zimnym – z orzechowymi oczami komponował się nawet… wesoło?
Severus wyjął z kieszeni i zapalił kolejnego papierosa, obserwując olbrzymi błękit nad sobą i zastanawiając się, czy przypadkiem nie zaczyna pozwalać na zbyt wiele tej Granger. W końcu kto pozwolił jej na panoszenie się w jego umyśle poza czasem szkolnym? Na pewno nie on. Westchnął i po chwili zgasił papierosa tak samo, jak wszystkie pozostałe i oddalił się od tego miejsca przepełnionego niebieską barwą, która nie pozwalała mu wyrzucić upartej Gryfonki z głowy.
