Gdyby Hermiona nie była doszczętnie wykończona i wyczerpana wszystkimi zajściami poprzedniej nocy, z pewnością analizowałaby i rozmyślała nad paroma rzeczami, które nie dawały jej spokoju.
Pierwsza: jakim cudem jej się upiekło? Za posiadanie takiej książki, na czym przyłapał ją przecież sam Snape, można było wylecieć ze szkoły. Wprawdzie Hermiona szczerze wątpiła, żeby Dumbledore się na to zdobył w okolicznościach wojny, pozbawiając Harry'ego jego najlepszej przyjaciółki, ale na pewno kara by jej nie ominęła.
No i to prowadzi do sprawy drugiej, która jest nieodłącznie powiązana z poprzednią: Dlaczego Snape ją w jakimś sensie krył? I dlaczego nie udało mu się przeniknąć do jej umysłu? Bo nie udało mu się – to na pewno. Poczuła, jak naparł na jej barierę, ale nic innego się nie wydarzyło. Były trzy rozwiązania. Pierwsze – jej oklumencja była na tyle silna, że odpechnęła nią Snape'a – mało prawdopodobne, w końcu był jednym z najlepszych. Drugie – zdolności Snape'a z jakiegoś powodu zmalały – gdyby mogła, to parsknęła by śmiechem (co jest nieco trudne przez sen) – jeśli poprzednie było mało prawdopodobne, to było wręcz awykonalne. Tak więc pozostawała trzecia opcja: nie starał się przeniknąć do jej umysłu, albo mu na tym prawie zupełnie nie zależało.
Odwróciła się na drugi bok, nieświadomie poddając analizie nieco przyjemniejsze rzeczy…
Blade, długopalce dłonie trzymające czarną różdżkę, dające życie… Pełna skupienia, poważna twarz... Lekko zaciśnięte wąskie wargi, jako jedyna oznaka spięcia…
Po chwili znowu widziała w swoim umyśle wizję, która zdawała się zakorzenić całkiem głęboko bez wyraźnej chęci odplewienia się z powrotem – wąskie usta, szczupłe dłonie, przytknięty papieros, przymknięte oczy, wydmuchiwany dym… W tym wszystkim było coś pociągającego, tak niepokojąco pociągającego, że Hermiona poruszyła się nieco i mruknęła przeciągle, co niewątpliwie było objawem doznawania przyjemności. A gdyby tak wyjąć go z tych wąskich ust, odpalić (niemożliwe, Hermiona Granger paląca papierosa?! Ale cóż, wyobraźnia śniącego najwyraźniej nie zna granic), żeby poczuć w sobie ten zapach i aromat, którym lekko przesiąkł. A potem zbliżyć się trochę bardziej i zastąpić kawałek skręconego papierka swoimi…
- Hermiona! Hermionaa, śpisz? Jest już prawie dwunasta! Hermiona, hej! – kolejny raz do uszu Hermiony dotarł wysoki, nieco piskliwy głos Lavender. – Harry i Ron o ciebie pytają. Nie było cię na śniadaniu. To chyba coś ważnego…
Hermiona miała ochotę przekląć swoją koleżankę tak, żeby ta wreszcie na zawsze umilkła. Wprawdzie nie pamiętała, co jej się śniło, ale musiało być przyjemne. A nikt chyba nie lubił, jak taki sen się kończy.
Dotknęła swoich policzków – cieplejsze niż normalnie. Co to było? Pamiętała tylko jakiś dym…
Z westchnieniem zwlokła się z łóżka i po chwili już ubrana, starała się przygładzić swoje włosy, które sterczały wyjątkowo… okazale po przejściach ubiegłej nocy.
Po chwili była już w pokoju wspólnym, gdzie siedziało kilka osób, w tym Ron i Harry. Zajmowali najlepsze i najbardziej uprzywilejowane miejsca przy samym kominku.
Kiedy ją zauważyli, uśmiechnęła się do nich lekko. Gdy jednak zauważyła, co trzymają na małym stoliku obok siebie, wyszczerzyła się w pełni.
- Kanapki! Skąd wiedzieliście, że będę głodna? – powiedziała, chwytając jedną w tym samym czasie i pakując od razu do buzi. Była strasznie głodna – w końcu miała noc pełną wrażeń.
- Hmm, pomyślmy – udał zamyślenie Ron, przykładając palec do ust. – Nie było cię na śniadaniu?
- Było ich więcej… - zaczął Harry. – Ale Ron chyba był jeszcze głodny po sześciu tostach i jajecznicy…
Ron rzucił poduszką w swojego przyjaciela, a ten nie pozostał mu dłużny. Hermiona, pałaszując posiłek, obserwowała bitwę na poduszki, jakby znów byli w pierwszej klasie…
Kiedy jednak wreszcie spoważnieli (jeśli można nazwać tak dwóch siedemnastolatków, od których zależą losy świata, i którzy usmiechają się jak idioci do sera), zakomunikowali prawdziwy powód ich rozmowy Hermionie:
- Herm, słuchaj, musimy pogadać. Słyszeliśmy o Nevillu… Podobno byłaś tam i wiesz, co się stało… - zaczął Harry, patrząc na nią tymi swoimi zielonymi oczami, jakby to miało jakąś ją przekonać do zwierzeń.
- Dlaczego nie zapytacie jego? – podniosła sceptycznie brew.
- Neville jest jeszcze w skrzydle i nie chcieli nas wspuścić – rzekł Ron, lekko naburmuszony.
- No to będziecie musieli jeszcze poczekać.
Obydwoje wpatrywali się w osłupieniu najpierw w siebie, potem w Hermionę, następnie znów w siebie i tak w kółko.
- Co masz na myśli, Hermiono? – spytał cicho i tym razem już zupełnie poważnie Harry.
- No wiecie… - Hermiona zagryzła wargę. Naprawdę chciała im powiedzieć, ale coś ją hamowało… -Ja obiecałam, że nie powiem…
- Obiecałaś? A komu? – rzucił dociekliwie Ron, patrząc na nią podejrzanie, jakby coś zrobiła, albo co najmniej sama uszkodziła Neville'a.
- No… po prostu obiecałam. Przepraszam, chłopcy… - patrzyła z bólem na ich wściekłe i zranione zarazem twarze. Tak, naprawdę chciała im powiedzieć. Ale wtedy przypominały jej się słowa pewnego nadętego, tajemniczego i przyciągającego profesora, które kilka godzin do niej skierował: nikt nie może się dowiedzieć. I mimo, że chodziło o jej najlepszych i najbardziej oddanych przyjaciół, to nie chciała… zawieść - chyba o to chodziło – swojego profesora. Po prostu… chciała, żeby jej zaufał. Miała tylko nadzieję, że chłopaki jej wybaczą.
Czując się coraz mniej komfortowo pod ostrzałem ich oskarżycielskich spojrzeń, podniosła się z fotela, stawiając pusty już talerz z powrotem na stoliku. Popatrzyła na nich z największą szczerością, na jaką było ją stać:
- Przepraszam, Harry. Ron, naprawdę nie mogę wam powiedzieć. Ale jeśli…
- Spoko, zrozumieliśmy, Hermiono. – Ron patrzył na nią, czując się wyraźnie zdradzony. Nie miała pojęcia, że aż tak wezmą to do siebie. Już miała odchodzić, kiedy to oni zgodnie wstali, i ignorując ją już całkowicie, wyszli z pokoju wspólnego.
Hermiona z ciężkim westchnieniem opadła z powrotem na poduszki. Dzień zapowiadał się niewiele lepiej od poprzedniej nocy.
Severus potarł skronie, starając się odgonić natrętne myśli. Zbyt dużo chaosu, zdecydowanie zbyt dużo.
Po rozmowie z Zabinim stwierdził, że to nie może być ślizgon. No bo który ślizgon, cholera jasna, daje się przyłapać in flagrante? Westchnął ciężko, popijając łyk gorzkiej, czarnej herbaty, starając się skupić na eseju niejakiego Marcusa Marvela. Nawiasem mówiąc, dawno nie czytał tak skretyniałego wypracowania.
Bez większego namysłu nakreślił czarnym piórem duże „T" u góry kartki przy nazwisku, by po chwili przystąpić do sprawdzania następnego. Miranda Fossil: Zastosowanie kamienia bursztynu letniego w eliksirach nasennych. Elkiskry te… Bla bla bla… bursztyn letni posiada większe natężenie alergentów nasieniowych… Pyłkowych, idiotko, pyłkowych!
Odrzucił kolejne marne wypracowanie na blat swojego biurka w gabinecie i ponownie potarł skronie, przymykając oczy. Zdecydowanie nie potrafił się skupić, opanować i uspokoić. Chociaż on przecież przez całe życie jest spokojny, cholera jasna!
Nie nie nie, tak tego nie rozwiążemy. Wstał i sięgnął do małego kredensu obok półek, z którego wyjął burgundowy eliksir. Połknął jego zawartość i odsunął od siebie ból głowy. Poczuł jako taką ulgę, ale wciąż był zdenerwowany. A odprężyć potrafiło go tak naprawdę tylko jedno…
Podszedł do wcześniej wspomnianego kredensu i wyciągnął farby. Nie chciał ich przywoływać, żeby się nie pomieszały. Następnie w jego ręce pojawiła się sporych rozmiarów sztaluga, którą postawił na ziemi. Machnął różdżką i na sztaludze pojawiło się czyste płótno. Zamoczył cienki pędzel z włosia jednorożca w specjalnym płynie, następnie zanurzył go w szarawej farbie, po czym wziął głęboki oddech i dotknął nim bielonego materiału.
Od bardzo dawna nie malował. Nie miał ani czasu, ani ochoty, ani obiektu, który warty był namalowania. Wprawdzie miał już uchwyconych kilka świtów i zachodów słońca, ale co szkodziło zrobić to ponownie?
Jego ręka kreśliła płynnymi ruchami kolorowe drogi na płótnie, by po chwili znów zanurzyć pędzel w farbie i przenieść swoje imaginacje na płótno. Przymykał oczy, żeby przypomnieć sobie ten obraz. Orzechowe z delikatnym, subtelnym dodatkiem cynamonu oczy, podobnego koloru drobne piegi na promiennej cerze, poplątane gęste włosy na czubku lekko uśmiechniętej głowy… Tak, i ten koralowy uśmiech…
Otworzył gwałtownie oczy. Oj. Miał namalować zachód słońca. Zachód słońca, nie tą… parszywą Granger! Zaczarowała go, czy co? Ze złością rzucił pędzlem o ziemię, gdzie rozbryzgało się nieco złotawej farby.
Teraz był wyprowadzony z równowagi jeszcze bardziej. Zresztą, trudno się dziwić – zupełnie nieświadomie namalował swoją uczennicę! Nie rozumiał, naprawdę tego nie rozumiał…
Pierwszy raz to on był przed nią. Nachylał się w oknie nad Zakanym Lasem, oświetlany przez księżyc, wyraźnie zamyślony. Hermiona zatrzymała się kilka metrów za nim, chcąc go trochę poobserwować z dalsza. Przez kilka minut wpatrywał się jedynie przed siebie, od czasu do czasu gładząc brodę długim, bladym palcem. Hermiona bardzo chciała wiedzieć, co tak bardzo go frapuje, chociaż w głębi ducha przeczuwała, że lepiej jednak pozostać w nieświadomości. Zdawał się być teraz już uspokojony – na kolacji wyraźnie cały był spięty i zdenerwowany. Jak raz napotkała jego wzrok, to wzdrygnął się ze wstrętem. Dreszcz przebiegł jej po plecach na samo wspomnienie. Miała jednak do niego parę pytań, a jeśli chciała je zadać, musiała się odważyć podejść.
Wzięła kilka głębszych wdechów, jednakże zanim zdążyła się zbliżyć do niego chociaż na dwa metry, usłyszała jego chłodny głos:
- Coś długo się zbierałaś, Granger.
Wryło ją w miejscu. Jakim cudem…?!
- Skąd pan wiedział, że tu jestem? – spytała, przełykając głośno ślinę.
- Powiedzmy… intuicja – spojrzał na nią z pobłażaniem.
- Aha – zdołała jedynie powiedzieć, na co jego mina jeszcze bardziej się skwasiła.
- Po co znów tu przyszłaś? – spytał, odpalając w tym samym czasie papierosa. Czuła, że to tylko po to, żeby ją przepędzić. Ale ona tak szybko się nie da! W końcu była Gryfonka, więc byle dym jej nie wykurzy.
- Znowu pan pali – powiedziała ostro, starając się zignorować ten kuszący obraz, gdy jego wąskie usta zamknęły się na cienkim papierosie, by po chwili wydmuchać srebrzący się dym. Mmm…
Snape otaksował ją nieco sceptycznie, jakby wątpił w jej zdrowie psychiczne. No tak. Prawi mu gorzkie morały, by po chwili popatrzyć się na niego rozmarzonym wzrokiem. Potrząsnęła energicznie głową, żeby wyrzucić tamtą wizję z głowy.
- Ponawiam pytanie: czego tu szukasz? Zgubiłaś coś? Pomóc ci znaleźć? – spytał z naciskiem, dając kolejny raz do zrozumienia, że nie jest tu osoba mile widzianą. To również jej nie zbyło.
- Jaa…
- Cóż za elokwentna odpowiedź, Granger. Nagrodziłbym ją z przyjemnością kilkoma punktami, gdyby nie to, że, och, muszę odjąć kolejne czterdzieści… albo nie, tym razem niech będzie pięćdziesiąt…
Hermiona starała się nie wyobrażać sobie odgłosu przesypujących się kamieni w klepsydrze Griffindoru. Naprawdę się starała, ale dobrze wiedziała, że jej dom został już prawie z niczym.
- Chciałam zadać panu kilka pytań, jeśli…
- Granger, nie wiedziałem, że teraz to ty zadajesz mi pytania – zadrwił. – Coś ci się chyba pomyliło. Droga do dormitorium jest TAM – wskazał palcem schody. – Jeśli twoja amnezja nie objęła jeszcze drogi do własnego łóżka, to byłbym zobowiązany, gdybyś łaskawie zostawiła mnie wreszcie w spokoju i nie zamęczała swoim drażniącym towarzystwem! – warknął, mrużąc groźnie oczy. Coś w tych oczach mówiło jej jednak, że jest nie tyle zły, co… zażenowany?
- Ale to ważne pytania, profesorze. Chodzi o tamto… zaklęcie. Bo skoro jest… wojna ii… mogę się z tym spotkać na co dzień, to chciałabym się dowiedzieć, czy jest jakiś… białomnagiczny sposób, żeby kogoś uratować.
Snape zamyślił się na chwile, wpatrując się w nią uważnie, jakby ją oceniał. Po chwili spytał cicho.
- Czego się dowiedziałaś z tej książki? Bo domyślam się, że czytałaś.
- Znalazłam tylko opis i zapis fonetyczny zaklęcia. Ale antyzaklęcie było zapisane tak jakoś… dziwnie. Jakimiś symbolami. Zresztą, nie chciałam wchodzić w czarną magię, dlatego poszłam po pana…
- I dobrze zrobiłaś. Ale a propos – znów wpatrzył się w nią badawczo, a kąciki jego warg uniosły się kpiąco ku górze. – Jestem ciekawy, skąd taki patronus…
- Jaki patronus? – zapytała zdziwiona.
- Twój patronus, Granger, twój. A ściślej… niezdarna sarna…
- Sarna?! – Hermiona wybałuszyła oczy. Przecież miała wydrę! To było niemożliwe… - Nabiera mnie pan!
- Nie krzycz, z łaski swojej – syknął. – Akurat na to jest prosty sposób, żeby sprawdzić.
Hermiona próbowała z niego wyczytać, czy rzeczywiście ją okłamuje, czy mówi prawdę, ale po chwili jedynie westchnęła i prawie szepnęła:
- Expecto patronum!
Ku jej największemu zdziwieniu, Snape mówił prawdę. Starała się nie rozdziawiać ust, ale chyba średnio jej to wyszło. Naprawdę była w szoku.
- Ale ja… nie rozumiem… miałam wydrę…
- Ceniłem twoje zdolności intelektualne nieco wyżej, ale widocznie muszę to cofnąć. A nawet wcześniej niespecjalnie wysoko, dlatego zbliżyłaś się do dna, Granger – westchnął ciężko. – Zmiana patronusa oznacza twoją zmianę. Wewnętrzną. Tylko pytanie, co na ciebie tak wpłynęło…
Znów poczuła ucisk na swojej barierze umysłowej. Odepchnęła ją w kilka sekund i posłała mu pytające spojrzenie.
- Znowu pan to próbował zrobić. Dlaczego… nie wyszło? – spytała ostrożnie.
- Potrafię zachować czyjąś prywatność, panno Granger – syknął. – Odpychasz mnie, a ja nie mam ochoty teraz się w to bawić…
Hermiona patrzyła na niego przez chwilę sceptycznie, ale zaraz się opanowała i ponowiła próbę.
- Zmienia pan temat. A ja naprawdę chciałabym się dowiedzieć, żeby…
- Żeby co, Granger? Żeby zdobyć kolejnego wybitnego? – popatrzył na nią ironicznie. – Wojna to nie zabawa. Lepiej trzymaj się od tego z daleka i idź wkuć coś innego dla spokoju ducha.
Hermiona rozdziawiła lekko usta w szoku, jaki ją ogarnął. Ludzie robili jej różne przytyki z powodu zamiłowania do książek i nauki, ale jakoś się tym nie przejmowała. Jednakże z jego ust… Poczuła się głęboko dotknięta. I jakby… coś do niej dotarło. Ale przecież… przecież ona się zmieniła! To wszystko, te lata z Harrym… ona już taka nie była! Wprawdzie wciąż kochała książki i wiedzę, ale teraz wyłącznie taką, która mogłaby się im przydać w pokonaniu Voldemorta.
Profesor chyba przeczuł falę zbliżających się nieuchronnie łez, bo westchnął z politowaniem:
- Idź już, Graner.
Jednakże jak bardzo się mylił. To nie były łzy smutku bądź załamania samotnej dziewczynki. To były łzy złości.
- Nie. Ma. Pan. Prawa – powiedziała przez zaciśnięte zęby.
- Do czego, jeśli mogę spytać? – przybliżył się do niej, przeszywając ją groźnie głębokim spojrzeniem i wyrzucając wypalony papieros daleko za siebie.
- Traktować mnie tak! Ja chcę… pomóc. Chcę się na coś przydać…
- Najbardziej przydasz się żywa, Granger. Chociaż sam nie wiem do czego. Więc bądź taka dobra i daj sobie z tym spokój – westchnął ciężko, po czym przeniósł wzrok na noc za oknem.
Hermiona chciała się dalej wściekać, a przynajmniej to by było do niej podobne. Jednakże w jego słowach zabrzmiała nuta… troski? Ale, Merlinie, od kiedy Snape tak troszczy się o uczniów? Dlatego uspokoiła się i postanowiła po prostu następnego dnia udać się do biblioteki, chociaż jego zachowanie wydawało się jej przynajmniej dziwne. Już-już miała odejść od swojego nauczyciela, kiedy ten ponownie tej nocy odwrócił się w jej stronę.
- A o Pottera się nie martw. Jeśli grożą mu zaklęcia, a zapewniam cię, że tak jest, to nie takie. A avady kedavry nie uda ci się wyleczyć, dlatego odpuść.
Hermionę zdziwiły kolejny raz jego słowa, które zdawały się mieć drugie dno. Patrzyła na niego badawczo przez jakiś czas, po czym blado się uśmiechnęła, czując jak cała jej złość przechodzi. Nie potrafiła się gniewać na kogoś, kto w pewnym sensie… dawał jej irracjonalne poczucie bezpieczeństwa. Bo tak właśnie się w tym momencie poczuła. Irracjonalnie bezpieczna.
- Dobranoc, profesorze.
Kiedy Snape jej odpowiadał, patrzył ponownie za okno, wyraźnie zamyślony, a w ustach trzymał już kolejnego papierosa.
- Dobranoc, Granger.
Kiedy cichy tupot stóp Gryfonki ucichł, Snape zaciągnął się głęboko, by po chwili wydmuchać po raz kolejny, tak jak zawsze to robił, srebrzący się dym. Wdech i wydech. Ile razy w życiu to zrobił? Wdech i wydech. Setki tysięcy? Wdech. Miliony? Wydech. Miliardy? Niby taka prosta czynność. A ciekawe, ile mu jeszcze ich pozostało.
Ona miała ich o wiele mniej na koncie. Oddechów, rzecz jasna. Za to przed sobą… niezliczoną ilość. Była taka młoda, ledwo wyrośnięte dziewczę… A już tak zaangażowane i doświadczone wojną. Skrzywił się, kierując nienawistny wzrok w ciemność, którego odbiorcą miał być Czarny Pan. Tego nienawidził najbardziej - zabierania niewinności tak młodym. Tego, co spotkało jego samego, kiedy był w jej wieku. Ale ona dobrze zamierzała to wykorzystać. Jest tą dobrą. Dziewczyną o złotym sercu, która troszczy się w pierwszej kolejności o innych, a dopiero w ostatniej kolejności myśli o sobie. To Gryfońskie oddanie –prychnął. Odwaga. Dobro.
Za to właśnie ich nienawidził. Gryfonów. Że potrafili być tak dobrzy, wręcz doskonali, jak on nigdy nie mógł.
Jednakże… nie mógł na to pozwolić. Wyraźnie przeszkadzała mu perspektywa jej, poświęcającej się wojnie starszych, zidiociałych, zaklompleksionych psychopatów. Z której mogła nie wyjść żywa. A że zagrożenie nadchodzi, wiedział o tym doskonale. Czarny Pan wyraźnie dawał im to do zrozumienia…
Westchnął ciężko. Byłby idiotą, gdyby spodziewał się po Granger, żeby spasowała. To nie było do niej podobne. Zaciągnął się ponownie, starając się odgonić przykre wizje, które już za niedługo mogły stać się rzeczywistością.
Zresztą, co go to obchodziło. Jak ktoś nie wyjdzie z tej wojny żywy, to na pewno on. A potem może to wszystko okaże się jedynie kiepskim dowcipem kogoś z innego świata, może snem, a może niczym.
Kiedy wschód zaczął znaczyć na niebie jasnozłote szlaki, pomyślał, że nie mógłby oddać jej osobowości lepiej, niż złotą barwą. Wszystko było w niej dobre - wręcz rozjaśniała pomieszczenia, w których się znajdowała. I radosne, co wydawało się być irracjonalne w obecnych okolicznościach. Chociaż może to była to kolejna Gryfońska cecha – głupota. Oni wszyscy ginęli z brawury zwanej często „bohaterstwem". Szkoda tylko, że martwi byli potem średnio przydatni. Jednakże niesamowicie orzechowe oczy nieruchome… wzdrygnął się na samą myśl.
Gasił właśnie papierosa o zimną, kamienną ścianę kiedy wyczuł coś za sobą. Kolejny nocny gość. Tym razem jednak o wiele, wiele starszy i potężniejszy.
Severus odwrócił się powoli w stronę siwobrodego mężczyzny. Wiedział, że o tej porze to nie mogło być nic dobrego. W oczach dyrekora doszukał się jedynie potwierdzenia. Niebieskie tęczówki przeszywały go jak zawsze, jednakże po raz pierwszy zobaczył w nich najprawdziwszy strach.
Ponad stuletni mężczyzna nigdy jeszcze nie wydawał się Snape'owi tak ludzki i tak… leciwy. Starzec popatrzył na niego zdruzgotany. Zanim jednak słowa zdążyły opuścić jego usta, Snape wiedział już, co się stało.
- Harry Potter zniknął.
