Przepraszam bardzo mocno wszystkich, którzy czekali na ten rozdział, ale nawał obowiązków nie pozwolił mi na systematyczne uzupełnianie tego opowiadania. Mam nadzieję, że mimo wszystko coś jeszcze pamiętacie ;) Życzę miłej lektury. Rozdział niebetowany, także wybaczcie ewentualne błędy.


Hermiona jeszcze nigdy w całym swoim nastoletnim życiu nie czuła się tak głupio i niezręcznie. Wybiegła czym prędzej z gabinetu dyrektora, czując jak palą ją rozgrzane do czerwoności policzki. Nie zwalniając, po chwili znalazła się pod portretem i niecałą minutę później leżała zakopana głęboko w łóżku, marząc o zapadnięciu się pod ziemię.

Starała się nie myśleć, kto jakąś godzinę temu, stał nad nią w tym miejscu i przyglądał się jej zaciekawiony. Już samo wspomnienie tego zdarzenia pogłębiało jej zażenowanie. Czuła się taka głupia! Nie powinna dawać Snape'owi dostępu do swojego umysłu! Mogła jakoś się wykręcić, uciec, zaatakować, cokolwiek…

Rzucała się w łóżku z boku na bok, usiłując zasnąć. Jednakże – jak to zawsze w takich chwilach bywa - sen uparcie nie nadchodził i nim zdążyła usnąć, do pokoju wpadły jasne promienie słońca boleśnie obwieszczając początek dnia. Hermiona jęknęła, kiedy uświadomiła sobie, że był poniedziałek. Dzień szkolny. Lekcje. W dodatku, o Merlinie, Eliksiry! A na dokładkę czekała ją samotność – chłopaków nie było, więc zapowiadał się kolejny, nieprzyjemny dzień. Pocieszała się jednak w myślach, że wczorajszy dzień był tak straszny, iż niemożliwością było by dzisiejszy był jeszcze gorszy.

Zrezygnowana zwlokła się z łóżka stwierdzając, że już na pewno nie zaśnie. Zegar wskazywał szóstą, tak więc pozostałe dziewczyny powinny się wkrótce obudzić.Przynajmniej łazienkę będzie miała wolną.

Tak więc dziesięć minut później leżała w wannie, próbując się zrelaksować. Umyła włosy, które pod wpływem wody przyjemnie się wyprostowały. Użyła swojego ulubionego różanego olejku, który roztoczył przyjemną mgiełkę nad jej ciałem. Jednak i to nie pozwoliło jej zapomnieć o upokorzeniu. Po kilku kolejnych minutach wylegiwania się w ciepłej wodzie, z westchnieniem wstała, wytarła i owinęła się ręcznikiem. Chwilę później stała już przed lustrem i przyglądała się swojemu odbiciu.

Znów widziała niską nastolatkę z piegami na trójkątnej twarzy, szopą kasztanowych loków na głowie i tymi wielkimi, brązowymi oczami, które były teraz mocno podkrążone. Uważała się za przeciętną, niczym nie wyróżniającą się dziewczynę. Teraz na dodatek cały czas była zarumieniona, jak jakieś zawstydzone dziecko. Na swoje ciało wolała nawet nie spoglądać, bo to tylko pogorszyłoby sprawę. Zawsze chciała być wysoka i szczupła. Co jednak nie wpłynęło na jej figurę, która była niska i pulchna. Świetnie, po prostu świetnie!

Dotknęła dłonią lustra, jakby chcąc upewnić się, że to nadal ona. Czuła się dziwnie - coś w niej się zmieniło. Jeszcze nigdy nikt jej… nie zafascynował. A przynajmniej nie aż tak. Wprawdzie w około było wiele par, romansów, miłości, jednak to zawsze było, jakby poza nią. Wszystkich potencjalnych kandydatów po prostu odsyłała z kwitkiem. Nie chciała. Nie chciała ich wszystkich, bo w głębi czuła wiedziała, że nie miałaby nawet o czym z nimi porozmawiać. Jedynie z Wiktorem było inaczej – on coś w życiu osiągnął, starał się, czym jej imponował. Przeciętny chłopak z Hogwartu po prostu chciał się zabawić, zaszaleć. Większość nie robiła sobie nic z szalejącej wokół cichcem wojny, jeśli nie dotyczyła ich bezpośrednio.

Ale teraz coś się zmieniło. Czuła coś, czego nigdy nie doświadczyła. Tę dziwną fascynację, która przytafiła się jej dopiero pierwszy raz i w gruncie rzeczy nie potrafiła nawet tego nazwać! No bo kto normalny czułby się dobrze, wiedzą że w jego fantazjach pojawia się nieodpowiedni mężczyzna, starszy mężczyzna, ba! Nauczyciel...

Może to właśnie tak na nią podziałało. Jego wiek, doświadczenie, poświęcenie i pasja… Tak, to było zdecydowanie to, czego szukała i chciała. Tylko co jeśli ich ideały się rozmijały?

Jeśli miałaby go sobie z kimś wyobrazić, byłaby to inteligentna i piękna kobieta. Oczywiście nie miała na myśli posągowego piękna, nie sądziła żeby Mistrz Eliksirów szukał czegoś takiego. Wątpiła szczerze, żeby Severus Snape pragnął kiedykolwiek łatwego piękna. To musiałby być mądra, ciekawa, rozsądna i niewątpliwie urodziwa kobieta. Niestety ona nie potrafiła siebie przypasować do żadnej z tych kategorii. Mądra? Snape wiele razy wyśmiał jej zamiłowanie do książek, w końcu nie bez powodu nazywał ją Panną Wiem-To-Wszystko. Ciekawa? Ile to już razy pod oknem dał jej do zrozumienia, że ich rozmowa jest nudna i niewiele go interesuje? Rozsądna? Z tym już było trochę lepiej, ale i tak czasami zdarzało jej się histeryzować, czego nie cierpiała. Ostatniej kwestii wolała nawet nie rozważać, stojąc wprost przed lustrem - jej ego bardzo mocno by na tym ucierpiało.

Westchnęła. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jej profesor zasługiwał na kogoś lepszego i na pewno tym kimś nie była ona. Pomijajała oczywistą przepaść jaką sprawiała ich relacja uczeń - nauczyciel i jego widoczną awersję do czegoś tak banalnego jak „uczucie", to po prostu było marzenie. Tylko i wyłącznie. Wprawdzie nie wiedziała, o czym tak właściwie marzyła, ale wiedziała, że miało to związek z nim.

Obawiała się jeszcze jednego – jego reakcji na to, co zobaczył. Kazał jej wyjść, więc zapewne po prostu go tak zniesmaczyła, że nie był w stanie znieść jej obecności? Na samą myśl o tym łzy wstydu i upokorzenia napłynęły jej do oczu. Jednak nie mogła sobie pozwolić na płacz, a przynajmniej nie w tej chwili. Jeśli się rozsypie, będzie jej dwa razy trudniej się pozbierać. Dlatego więc postać w lustrze, która podobno była nią, otarła drobną dłonią swoje brązowe oczy, zacierając ślady. Mimo wszystko nienaturalna szklistość pozostała.

Pukanie do drzwi otrzeźwiło ją na tyle, że aż podskoczyła. Powróciła do rzeczywistości i ponownie znalazła się w damskiej łazience, stojąc prawie nago przed lustrem z twarzą naznaczoną łzami. Westchnęła ciężko i zawołała:

- Już wychodzę!

Ubrała na siebie szkolny mundurek, który wchodząc zostawiła na wieszaku, po czym wmasowała nieco specjalnego olejku we włosy. Niwelował puszenie się i podkreślał skręt fal i loków – mugolski wynalazek, nie udało jej się jeszcze znaleźć magicznego odpowiednika tego specyfiku. Jej podkrążone oczy zmusiły ją do kolejnego drastycznego kroku – kiedy już znalazła się w dormitorium i zwolniła łazienkę zniecierpliwionej Lavender, wypiła Eliksir Dobrej Energii, żeby jakoś kupić kilka godzin snu. Tego dnia czekały ją długie lekcje pełne zamartwiania się o chłopców. Właśnie, chłopcy… Z tego całego zamieszania, z hmmm, profesorem, zsunęła ich na dalszy plan! A przecież byli w bardzo poważnym niebezpieczeństwie. I nikt nie wiedział, co się właściwie stało. To wszystko przez to, że się pokłócili…

Stała tak w bezruchu, w zamyśleniu marszcząc czoło, gdy w drzwiach pokoju stanęła rudowłosa dziewczyna.

- Hermiono? – Ginny podeszła ostrożnie w jej stronę. – W porządku?

Hermiona podniosła głowę, a jej oczy zaszkliły się. Po chwili dziewczęta wpadły w swoje objęcia starając się przy tym pocieszyć tę drugą stronę.

- Och, Ginny…

- Będzie dobrze. Znajdą ich, na pewno.

- Tak, muszą. Znajdą…

Kiedy jednak Ginny uważniej przyjrzała się przyjaciółce, że coś jest nie tak. Była pewna, że nie chodzi tylko o chłopców.

- Hermiono? Na pewno… nic ci nie jest?

Hermiona poczuła, że na jej policzki ponownie wypływa zdradziecki rumieniec. Z całych swoich sił starała się uspokoić i kigdy była już pewna, że jej głos nie zdradzi żadnych emocji, odpowiedziała przyjaciółce.

- Nie, Ginny. To z powodu chłopaków. Rozumiesz, martwię się…

Ruda nie wyglądała na specjalnie przekonaną, jednakże nie zdążyła nic więcej powiedzieć, bo przerwała im Lavender, która wyszła z łazienki, starając się przygładzić w pośpiechu włosy.

- Długo będziecie tak stać? Śniadanie już trwa.

Dziewczęta dopiero teraz zauważyły, że była już pora posiłku, a Parvati najwyraźniej wyszła niezauważona. Hermiona dziękowała niebiosom za taki obrót sprawy – ostatnie, czego chciała to tłumaczenie się Ginny.

Nim jednak zeszły do Wielkiej Sali, Hermiona wzięła ze sobą torbę z podręcznikami, bo chciała jeszcze wpaść do bibilioteki przed śniadaniem. Tuż przed Wielką Salą zagadnęła dyskretnie Ginny.

- Kto w końcu… - Nie musiała kończyć pytania – Ruda w lot zrozumiała, o czym Hermiona mówi.

- Bill i Charlie. Stwierdzili, że tak będzie najlepiej. Mało kto ich zna z naszych roczników, a sami dobrze się znają więc nikt się nie zorientuje, że coś jest nie tak. Charliego próbowali zlokalizować przez pół nocy, ale powinien już się odnaleźć i być tutaj.

I rzeczywiście, kiedy przeszły przez Wielką Salę (Hermiona nawet nie śmiała spojrzeć na stół nauczycielski) i zatrzymały się przed stołem Gryffindoru, zastały tam roześmianych chłopców. Hermiona odruchowo się uśmiechnęła i westchnęła z ulgą, ale zaraz przypomniała sobie, że to mistyfikacja i posmutniała. Ginny zareagowała podobnie, tyle że ona nie dała się nabrać. Jej bracia wreszcie je zauważyli.

- Hej, Hermiono. Hej Ginny! – powiedział fałszywy Ron.

- Witajcie, dziewczyny – zagaił Harry-Charlie.

- Ron! Zamknij usta, jak jesz. Jesteś obleśny! – Potargała pieszczotliwie rudą czuprynę brata i usiadła obok. Jest niezwykle dobrą aktorką – pomyślała Hermiona i usiadła obok drugiego brata, który zaoferował jej omlet. Podziękowała i szybko zajęła się posiłkiem. Jeśli chciała jeszcze sprawdzić swój esej z eliksirów, który - jak uważała - powinien być idealny, szczególnie po ostatnim zajściu (nie myśl o tym, nie myśl, nie myśl, nie myśl!), to musiała się pospieszyć. Zauważyła bystry wzrok Ginny, więc szybko wstała i założywszy torbę na ramię, rzuciła przyjaciółce szybkie "do zobaczenia" i wyszła z Wielkiej Sali.

Nie mogła więc zauważyć pytających spojrzeń braci skierowanych w stronę Ginny, która odpowiedziała jedynie wzruszeniem ramion. Nie wiedziała też, że jeśli najmłodsza z Weasleyów postanowi rozwikłać jakąś zagadkę to to zrobi. Bo gdyby wiedziała, na pewno nie ucieszyła by się, wiedząc, że oto znalazła się na jej celowniku.


Kilka lekcji później Hermiona stała wraz z innymi uczniami, w tym z fałszywym Harrym przed Salą Eliksirów w lochach. Trzymała w ręce esej i wprowadzała ostatnie poprawki, starając się nie myśleć, kogo zastanie za drzwiami.

W końcu jednak rozległo się suche „wejść" i garstka uczniów zaczęła wchodzić się do środka klasy. Hermiona szybko skierowała się do swojej ławki i usiadła, wbijając wzrok w blat swojego stanowiska. Obok niej usiadł Harry-Charlie, nie zdając sobie sprawy z tego, co odczuwa przyjaciółka jego brata. Uśmiechnął się jedynie krzepiąco i zwrócił uwagę ku tablicy, kiedy Snape wreszcie przemówił. Hermiona jedynie podniosła nieco głowę.

- Dzisiaj zajmiemy się Eliksirem Dobrej Pamięci. Ktoś wie, jakie ma właściwości? – wydawał się być niemalże znudzony.

Żadna ręka się nie podniosła, choć Hermiona musiała mocniej zacisnąć swoją na krawędzi blatu. Dobrze znała odpowiedź i musiała pohamować swój instynkt odpowiadania na każde zadane pytanie. Nikt inny z klasy jednak nie wydawał się chętny na udzielenie odpowiedzi Snape'owi, więc ten rzucił im zirytowane spojrzenie.

- Więc może Panna Granger? - spojrzał na nią uśmiechając się kpiąco.

Sparaliżowana ze strachu podniosła wzrok. Robił to specjalnie! Posłała mu wściekłe spojrzenie, jednak zaraz potem zarumieniła się i spuściła oczy, gdy tylko doszło do niej jak dziecinnie się zachowała. Wpatrując się w swoje palce, powiedziała cicho, ale wyraźnie:

- Eliksir Dobrej Pamięci stymuluje komórki nerwowe do szybszej i bardziej wydajnej pracy oraz pomaga im szybciej nawiązywać ze sobą połączenia. Ma jednak działanie krótkotrwałe, a zbyt często zażywany może spowodować trwałe uszkodzenia mózgu.

- Definicja zaczerpnięta słowo w słowo z Księgi Eliksirów, stopień siódmy, panno Granger, czyż nie? Doprawdy, czy nie potrafiłaby pani chodź raz, powiedzieć coś własnymi słowami?

Prowokował ją. Czuła to, po prostu chciał zmusić żeby na niego spojrzała. Zebrała się w sobie i popatrzyła na niego hardo, ale gdy napotkała hebanowe oczy długo nie wytrzymała. W końcu wypuściła cicho powietrze, czerwieniąc się przy tym jak burak. Snape za to zareagował nieco inaczej niż się spodziewała - wpatrywał w nią badawczo, a gdy policzki zaczęły ją palić odsunął się gwałtownie, jakby coś go przeraziło. Popatrzyła odruchowo na Harry'ego w poszukiwaniu pomocy. Charlie zdawał się być nieco bardziej bystry od przyjaciela, którego udawał, a już na pewno od swojego brata, więc zagaił brawurowo profesora.

- Czy jeśliby podać go jakiejś osobie w przedawkowanej ilości, to można zniszczyć doszczętnie jego mózg?

Snape odwrócił się w jego stronę i zwęził groźnie oczy. Wpatrywał się chwilę w Harry'ego-Charliego i ironicznie się skrzywił.

- No tak, Potter… - Hermiona dałaby głowę, że przez głowę przemknęło mu „Charlie Weasley" i to właśnie chciał powiedzieć. – Zrobię teraz dwie rzeczy. Odpowiem na pytanie i odejmę ci punkty za odzywanie się nieproszonym. Dalej chcesz usłyszeć odpowiedź?

Harry-Charlie zdawał się zupełnie tym nie przejąć, tylko kiwnął czarną czupryną.

- Tak więc dziesięć punktów od Gryffindoru, Potter. A mózgu nie można zniszczyć tym eliksirem w tak krótkim czasie, jedynie wyłączyłby jego działanie na kilka minut. Musiałbyś go podawać przez co najmniej trzydzieści dni, dwa razy dziennie. Chociaż w twoim przypaku… - zamyślił się na chwilę, by zaraz uśmiechnąć się złośliwie - …pewnie zepsułbyś coś już drugiego dnia i ofiarę możnaby uznać od razu za martwą…Więc tak Potter, w twoim przypadku możemy uznać, że tym eliksirem można zniszczyć czyjś mózg. Weźmy takiego pana Weasley'a... Chociaż z drugiej strony, w jego przypadku nie byłby co zniszczyć - sarknął. Widać było, że Snape nie potrafi się powstrzymać w dociniu, nawet jeśli w głębi wiedział, że nie rozmawia z prawdziwym Harry'm. Kiedy umieścił przepis na tablicy i nakazał zająć się przyrządzaniem, Hermiona błagała w duchu, żeby ta dziwna lekcja wreszcie się skończyła. Jednak wraz z odgłosem dzwonka jej męki jeszcze się nie skończyły.

- Oddajcie mi swoje ostatnie wypracowania na biurku. Podpisane.

Wszyscy zmarkotnieli jak za dotknięciem różdżką, ale w końcu złożyli na biurku profesora zwoje pergaminu. Harry-Charlie przeszedł obok obojętnie, jednakże Snape nic na to nie powiedział, jedynie zmierzył go nienawistnie. Hermiona nagle zorientowała się, że została z profesorem sama w klasie, więc szybko wyciągnęła z torby esej, podeszła i złożyła go, wpatrując się przez cały ten czas w swoje buty. Kiedy już miała wyjść, usłyszała za sobą cichy głos.

- Wiesz, że nie musiałaś tego dzisiaj oddawać.

Hermiona nie odwróciła się w jego stronę, jedynie starała przywołać się opanowany głos, który zdawał się już dawno ją opuścić. Odetchnęła i powiedziała równie poważnie i cicho:

- Wiem.

Po czym oddaliła się jak najdalej od tego miejsca. Jak najdalej od tego człowieka, obok którego o ironio, naprawdę chciała być blisko.

Snape westchnął ciężko, kiedy drzwi zamknęły się za jego uczennicą. Przed niecałą godziną specjalnie ją sprowokował, bo chciał sprawdzić - nie chciał, wręcz musiał – czy to, co wczoraj się zdarzyło było prawdą, a nie mistyfikacją. I wbrew jego wszystkim nadziejom, dziewczyna była zażenowana. I była w tym tak irracjonalnie autentyczna, że wyzbył się wszystkich wątpliwości. Jej wizje nie kłamały. Westchnął ciężko - jakby nie miał już i tak wystarczająco wielu problemów.

Dni mijały Severusowi teraz głównie na próbowaniu nauczenia czegokolwiek tej bandy kretynów z którą się spotykał na lekcjach, rozmowach z dyrektorem i robieniu eliksirów. Zostawiał wszystkie myśli związane z panną Granger głęboko za sobą, kiedy udawał się do swojej pracowni, żeby wywarzyć nieco Wielokosowego, który był teraz potrzeby Weasley'om. Udało mu się przez ostatni tydzień zrobić zapas wystarczający na co najmniej miesiąc, więc za niedługo powinien mieć już wolne. Zresztą i tak zaraz zabraknie włosów Potter'a i Weasley'a.

Po kolejnej sesji ważenia wrócił jak zawsze do swoich komnat i usiał przed kominkiem, nalewając sobie uprzednio nieco Ognistej Whiskey dla otrzeźwienia umysłu.

Tam jednak czekała na niego niespodzianka. Gdy oparł się wygodnie o oparcie fotela, zauważył schowany za regałem biały przedmiot. Odstawił szklankę z trunkiem na stolik, po czym podszedł, zaklinając się w myślach że nie pamięta, jak ten przedmiot tutaj się znalazł. Kiedy jednak tajemnicza rzecz znalazła się z jego dłoniach, przełknął głośno ślinę.

Wiedział, ale chciał zapomnieć. Ponad tydzień temu, w przypływie jakiegoś nieznanego mu idoityzmu namalował swoją własną uczennicę. Spojrzał kwaśno na obraz. Widniał na nim wyjątkowo udany portret Hermiony Granger. Z tymi jej piegami, kasztanową szopą i brązowymi oczami… Stop. Będzie musiał go usunąć, zanim zostanie przez kogoś odkryty. Nie wyobrażał sobie, jakby mógł coś takiego wytłumaczyć na przykład takiej Minerwie McGonagall. Kiedy jednak tak wpatrywał się w nieruchomą twarz dziewczyny, jego uwagę przykuły po raz kolejny jej ciepłe oczy. Nie potrafił się przed sobą do tego przyznać, ale brakowało mu ich. Specjalnie unikał chodzenia pod okno, przy którym zwykł ostatnio ją spotykać. Nie po tym, jak wrócił stamtąd o świcie, kilka godzin po tym, jak zobaczył jej uczucia. Nie chciał specjalnie narażać się na spotkanie, które mogłoby być niewygodne i żenujące dla ich obojga.

Dlatego ani wtedy, ani teraz nie był w stanie wyrzucić tego obrazu. Był jakąś namiastką tego, co zobaczył w tej dziewczynie. Tego ciepła i chęci zrozumienia kogoś takiego, jak on. I on to uchwycił. Tą garstkę ciepła płynącego od tej dziewczyny, która należała do niego i nikt nie mógł mu jej zabrać. Westchnął i odłożył obraz z powrotem w kąt. Niechciane myśli zdawały się przebić przez jego barierę i myślał o rzeczach, o których bardzo starał się zapomnieć.

Te myśli samoistnie przywiodły go do jego osobistej biblioteczki. Wiedział, co chciał zrobić. Był jej to jakoś winien, nie wiedział dlaczego tak czuł, ale już po chwili trzymał w ręce odpowiednią książkę. Teraz pozostało ją jedynie dostarczyć jakoś do dziewczęcego domritorium.


- Hermiono, powiedz mi wreszie! Wiem, że coś cię gnębi. Chcę pomóc – Ginny nachylała się nad swoją przyjaciółką na kanapie przed kominkiem w Pokoju Wspólnym, próbując wydusić z niej cokolwiek.

Hermiona uciekała przed Weasley'owną przez równy tydzień, unikając odpowiedzi i cały czas tłumacząc się brakiem czasu. Była jednak niedziela wieczór, odrobiła wszystkie zadania, sprawdziła je trzykrotnie, posprzątała swoje rzeczy, a po tym Ginny przygwoździła ją bezlitośnie. Wprawdzie wiedziała, że przyjaciółka chce jej pomóc, ale po prostu nie mogła się z tym nikomu zdradzić. Nawet jej. Wolała cierpieć z tym w ciszy.

- Ginny, ile razy mam powtarzać, że nic mi nie jest? – Hermiona starała się przywdziać zirytowanyn ton, ale pod koniec głos jej się załamał i tylko pogorszyła swoją sytuację.

- Miona, proszę…

Hermiona poczuła jak zaczynają ją palić tak długo wstrzymywane łzy. Nie chciała o tym myśleć, a przyjaciółka cały czas naciskała temat, znów i znów. Nim jednak szloch wstrząsnął jej ciałem zdążyła wybiec z Pokoju Wspólnego. Jak się tego spodziewała, Ginny wybiegła zaraz za nią.

- Hermiono, poczekaj!

Hermiona jednak ani myślała się zatrzymać, biegła wiedziona impulsem czując, jak gorące łzy spływają jej po policzkach. Zatrzymała się dopiero przy którymś korytarzu, który wyglądał jej się nie uczęszczany. Oparła się ręką o zimny mur i dopiero teraz zauważyła swoją omyłkę. Znalazła się na korytarzu przy szóstym piętrze. Przy ich oknie.

Nim jednak zdążyła pomyśleć o odwrocie, usłyszała odgłos od strony wejścia i zobaczyła wbiegającą Ginny, która się zatrzymała i na chwilę rozglądnęła po pomieszczeniu.

- Dziwne, nigdy tu nie byłam.

Hermiona starała się wstrzymać targający ją szloch, ale niestety na próżno i po chwili przyjaciółkam już ją obejmowała.

- Już dobrze, Miona. Ciiiii. Wszystko będzie dobrze. Tylko mi powiedz, co się dzieje i znajdziemy jakieś rozwiązanie.

Hermiona nie potrafiła wydusić słowa, tylko płakała w ramię przyjaciółki, która cierpliwie gładziła jej ramię w niemym geście pocieszenia. Kiedy udało jej się uspokoić, spojrzała na zachód słońca za oknem, nieco odsuwając się od Ginny. Prawie mogła poczuć dym opuszczający jego usta i ocierający się drażniąco o jej nozdrza… Oczy znów jej się zaszkliły i popatrzyła na Ginny.

Na twarzy Rudej odmalował się szok. Nie tego się spodziewała. To mogło być wszystko, tylko nie to. Skrajna rozpacz na twarzy przyjaciółki mogła oznaczać tylko jedno: odrzucenie. A na to bardzo trudno będzie im znaleźć lekarstwo.

- Chodź – powiedziała cicho i po chwili znów obie się obejmowały.

- On się mnie nie znosi! – zaszlochała cicho Hermiona, mocząc wielkimi łzami ubranie przyjaciółki. – On mnie nie chce…

Była prawie noc, kiedy obie przyjaciółki wracały do dormitorium. Hermiona zdołała wyjawić przyjaciółce jedynie część prawdy. Na całość nie potrafiła się zdobyć. Jeszcze nie teraz.

Tak więc Ginny wiedziała tyle, że jest jakiś chłopak w Hogwarcie, którym Hermiona jest zainteresowana, a ten zidiociały pacan z klapkami na oczach - jak Ruda się wcześniej wyraziła o nieznanym osobniku - jej nie chce.

Udało się jej nieco rozweselić Hermionę, do czego dołożyli się jej bracia. Gdy już znalazły się z powrotem w Pokoju Wspólnym, prawie płakała ze śmiechu. Czy to planowała czy nie, Weasley'owie stali się jej drugą rodziną. Wspierali ją nawet wtedy, kiedy sami nie wiedzili, co się dzieje z ich Ronem i umierali z niepokoju…

Sprawy zmieniły się jednak diametralnie, kiedy godzinę później Hermiona znalazła się w swoim dormitorium. Parvati już spała, Lavender jeszcze nie było. Pewnie gdzieś chodzi z Zabinim – przemknęło jej przez myśl. Przebrała się piżamę i już miała kłaść, kiedy zauważyła na szafce jakiś niezany jej obiekt. Książkę.

Serce zabiło jej szybciej, kiedy sięgnęła po ciężki wolumin, ale gdy tylko przeczytała cały tytuł, zaczęło galopować jak szalone i zdawało się zaraz wyrwać z jej klatki piersiowej.

Czarnomagiczne praktyki odbierania i ratowania życia.

Nie musiała szukać żadnej wskazówki adresata. Dobrze znała właściciela.

Snape dał jej odpowiedź na pytanie, które zadała mu w noc po ratowaniu Neville'a. Dał jej swoją książkę, a była pewna, że nie należał do ludzi, którzy dzielili się z ochotą. A więc… dlaczego?

Nagle Lavender weszła do pokoju i Hemiona podskoczyła jak oparzona, prawie upuszczając książkę na ziemię. Zastanawiała się zrozpaczona jak ukryć książkę, ale Lavender już i tak zdawała się ją zauważyć. Podeszła do współkolatorki i po chwili zaglądnęła na okładkę książki. Hermiona zamarła. Lavender, pochylona kilka centymetrów nad nią, wpatrywała się w tytuł, po czym popatrzyła dziwnie na Hermionę.

- Wiem, że lubisz czytać, Hermiono, ale żeby sięgać po Historię kanalizacji siedemnastowiecznej Anglii? Jak chcesz, to mogę coś ci podrzucić. Mam akurat…

- Co? Jaką historię? – rzuciła zdezorientowana Hermiona, przerywając koleżance.

Lavender zmarszczyła czoło.

- Na pewno dobrze się czujesz? – spytała, przyglądając się dziwnie Hermionie, po czym postukała palcem w okładkę książki. – Historia. Kanalizacji. Siedemnastowiecznej. Anglii.

Hermiona podążyła wzrokiem za palcem przyjaciółki. Czyżby ta się z niej nabijała? Tytuł przecież wyraźnie zdardzał czarnomagiczne praktyki. Testowała ją, czy jak? Po chwili jednak tryby w jej mózgu zaskoczyły i prawie plasnęła się w czoło. No tak! Snape zaczarował tę książkę tak, żeby tylko ona widziała jej prawdziwą treść. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, na co Lavender popatrzyła się jeszcze dziwniej, jeśli to w ogóle było możliwe.

- Nie, ta jest jak najbardziej w porządku. Interesuje mnie – spojrzała z błądzącym uśmieszkiem na ustach.

- Aha… Jasne, jak sobie chcesz. – Lavender szybko przebrała się w piżamę, weszła pod kołdrę i odwróciła się tyłem do przyjaciółki, okazując obrazę całą swoją osobą (a więc była to obraza całkiem sporych rozmiarów).

Hermiona, nie przejmując się tą demonstracją, zerknęła na książkę i teraz szeroko się uśmiechnęła, co wyglądało wręcz nieco diabolicznie.

Spojrzała na z pozoru niewinną, ametystową książkę i otworzyła na pierwszej stronie. Tak, ta książka z pewnością ją interesowała.