Kartka za kartką. Strona za stroną. Zdanie za zdaniem. Słowo za słowem. Zaklęcie za zaklęciem…

Dla Hermiony czas się zatrzymał, albo to ona w nim utknęła – jedno z dwóch. Dawno nie spotkała się z tak wciągającą księgą zaklęć. Wzrok jedynie przelatywał kolejne linijki, podczas gdy księżyc na zewnątrz zdawał się pilnować nocnego świata. Dopiero, kiedy wyraźnie zbladł, a jego miejsce zaczęło zajmować niecierpliwiące się słońce, Hermiona oprzytomniała i wyrwała się z transu. Na początku poczuła się zdezorientowana, dopiero po chwili zdała sobie sprawę, gdzie się znajduje i która jest godzina.

Z bólem serca włożyła fioletową księgę pod poduszkę, gdzie - była pewna - będzie najbezpieczniejsza, po czym ułożyła się do snu, który zmógł ją niemalże natychmiast.

Sny tym razem były nieco inne. Nie było w nich już tyle dymu, hebanowych oczu i niezdrowej fascynacji. Tym razem przed oczyma przewijały się jej głównie łacińskie wyrazy układające się w dźwięczne zaklęcia, w większości czarnomagiczne. Tym samym spychając Mistrza Eliksirów na dalszy plan, który nie specjalnie interesował dziewczynę. To magia tak bardzo ją zaabsorbowała, niemalże pochłonęła…

Najwyraźniej rozsądna Hermiona musiała się zgubić i zapodziać w jednym z ostatnich, bardziej romantycznych snów. A może nawet jeszcze wcześniej. Bo tutaj na pewno już jej nie było. Te sny nie mogły wróżyć niczego dobrego, a Rozsądna Hermiona by ich nie śniła. Sięganie po Czarną Magię nie powinno mieć miejsca, nie u dziewczyny, która miała pomóc zabić Czarnego Pana Złotemu Chłopcu.

Tylko, że gdzie… gdzie podziewał się ów Złoty Chłopiec?

To był zwyczajny listopadowy poranek. A raczej mógłby być, gdyby coś tutaj nie wydawało się być nie tak. Tylko co?

Hermiona otworzyła lekko oczy, ale zaraz je zamknęła. Coś ją oślepiło. Po kilku sekundach ponowiła jednak próbę i osłaniając oczy dłonią, udało jej się poznać źródło blasku. Za oknem bielił się świat, a od wszędzie zalegającego śniegu odbijało się słońce i wpadało promieniami do jej pokoju, wprost na jej łóżko. Dopiero w drugiej kolejności zauważyła coś rudego.

Ups.

Ginny miała podniesioną wysoko jedną brew, co nie zwiastowało niczego dobrego. Ale zaraz, zaraz. Co robiła tutaj Ginny i dlaczego słońce było tak wysoko?

- O nie! – Hermiona zerwała się z łóżka, wprawiając w osłupienie przyjaciółkę. – Ginny, powiedz mi, że mi się tylko wydaje. Powiedz, że nie zaspałam!

- Niestety, Hermiono. Zaspałaś – powiedziała markotnie, wyraźnie nieco zła na przyjaciółkę. – W tej chwili trwa przerwa na drugie śniadanie. Chyba wiesz, co to znaczy…

Przespała dwie godziny transmutacji! Podeszła szybko do szafy i wyjęła czyste szaty, kosmetyczkę i wbiegła do łazienki, trzaskając w pośpiechu drzwiami. Ruda westchnęła i wygodniej rozłożyła się na łóżku przyjaciółki. Oparła głowę na poduszce i ziewnęła, dopiero po chwili poczuła, że coś ją uwiera. Próbowała ułożyć się wygodniej, ale twarde wybrzuszenie nie chciało zniknąć. . Od niechcenia sięgnęła ręką pod siebie i wyciągnęła dosyć grubą księgę. Przyjrzała się jej. Nie, to nie mogła być prawda. Hermiona nie zaspałaby przecież przez jakąś głupią, mugolską książkę!

Otworzyła ją znudzona i zaczęła przeglądać. Jednak od razu coś zaczęło jej się nie zgadzać. Treść nie miała nic wspólnego z tytułem! Co więcej - ta treść w ogóle nie miała sensu! Zdawała się być zlepkiem fragmentów z różnych dzieł i to w dodatku w różnych językach.

Z konsternacją zaczęła przerzucać kolejne stronice, ale efekt był wciąż ten sam: mnóstwo treści i żadnego sensownego przekazu. Przez chwilę nawet miała wrażenie, że widzi coś po łacinie, ale gdy wróciła wzrokiem w owe miejsce, widniały tam już jakieś poematy w języku francuskim.

Ginny od dawna nie spotkała się z czymś tak dziwnym. Nawet fakt, że jej brat i były chłopak gdzieś przepadli, nie był tak frapujący. Na dobrą sprawę to było nawet do nich podobne. Sami na misji ratowania świata! Ale Hermiona… to zachowanie jakoś do niej nie pasowało.

Z westchnieniem włożyła książkę przyjaciółki pod poduszkę. Lepiej, żeby ta na razie nie zorientowała się, że Ginny odkryła jej mały sekret. Nie wiedziała dlaczego, ale przeczuwała, że tak po prostu będzie lepiej.

Wróciła myślami do chłopaków. Tak, była na nich zła, cholernie zła, że poszli i nic nie powiedzieli, idioci jedni! Ale z każdym dniem, z każdą godziną zaczynała się coraz bardziej martwić. Nikomu o tym nie mówiła, ale codziennie wieczorem nękała albo swoją Opiekunkę, albo Dyrektora, czy nie wiedzą przypadkiem czegoś nowego. Za każdym razem jednak odchodziła z niczym. Nikt nie wiedział, gdzie są. Nie natrafili na żaden ślad, a jedynym pocieszeniem było, że Voldemort również nie odnalazł chłopców. Ale może dlatego, że jeszcze nie wie, że uciekli – pomyślała kwaśno Ginny, gdy akurat drzwi łazienki się otworzyły i wypadła z nich Hermiona. Trzymała pod pachą piżamę, którą szybko rzuciła byle jak na łóżko obok Ginny. Ruda miała ochotę zagwizdać. Ktoś tu się ostatnio baardzo zmienił.

Hermiona w tym czasie zaczęła ładować księgi i pergaminy do pękatej torby, która zdawała się pękać w szwach. Poprawka – chyba jednak dalej wszystko jest po staremu.

Z zamieszania wywołanego przez Hermionę, Ginny zapomniała o dziwnej księdze, którą jej przyjaciółka trzymała pod poduszką. Wkrótce obie pędziły już przez szkolne korytarze, przepychając się między uczniami w czarnych szatach.

- Co teraz masz? – spytała Ginny, gdy wreszcie zwolniły. Sama kierowała się do chatki Hagrida na Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami.

- Eliksiry. – Hermiona przygryzła wargę i spojrzała w bok.

- Aha...

„No to klapa" – chciała powiedzieć, ale doskonale wiedziała, że jej przyjaciółka potrzebowała wsparcia, a nie dołowania. Słyszała od Charliego, że Snape znów rozpoczął pastwienie się nad Hermioną. A było już tak dobrze – westchnęła w duchu.

- Powodzenia – uśmiechnęła się krzepiąco, ale przyjaciółka zdawała się być myślami daleko i jedynie pokiwała głową, po czym odwróciła się i zniknęła w korytarzu prowadzącym do lochów.

„To się robi coraz dziwniejsze" – pomyślała Ginny, patrząc w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała jej przyjaciółka.

Oby tylko nie miało wiele wspólnego z tą księgą.

Odkąd tylko siódmy rocznik wszedł na lekcję, Severus poprzysiągł sobie, że będzie udawał, że Ganger nie ma w klasie. Nie chciał powtórki z poprzedniego razu. To, co zobaczył, zdecydowanie zepsuło ich relację, jeśli można tak w ogóle nazwać krótką rozmowę na osobności, którą odbyli kilka razy. Teraz najzwyczajniej chciał uniknąć kłopotliwej sytuacji. Albo najlepiej zapomnieć – dodał w duchu.

Wciąż zastanawiał się, dlaczego tak naprawdę przesłał dziewczynie tę książkę, w której mogła znaleźć odpowiedź na zdane mu kiedyś pytanie. Czuł się dziwnie winny? Niemożliwe. Nie miał ku temu żadnych powodów. Ale chciał jej ją dać? Jeszcze większa bzdura.

Z chwilą, kiedy uczniowie weszli markotnie do klasy, Severus musiał skupić się na lekcji. Nie miał tego dnia ochoty na użeranie się z młodzieżą – kiepsko spał w nocy. Dlatego zadał im dosyć prosty, z jego punktu widzenia, eliksir i nie nękał ich wyjątkowo żadnymi pytaniami. Chciał tylko odpocząć.

Jednakże jego i tak umowny spokój na lekcji został wkrótce zakłócony. Podczas gdy reszta uczniów pociła się nad Eliksirem Życia, panna Granger siedziała przy swoim stoliku beztrosko opierając się o blat, pod którym machała radośnie nogami. Przez krótką chwilę wpatrywał się w ten obrazek, zanim zrozumiał, że nie śni. Zauważył zaniepkojone spojrzenia Pottera, który tak naprawdę nie był Potterem, jednakże dla niego Potter zawsze będzie Potterem, nie ważne w jakiej postaci... Zresztą, do diabła z nim! Z tą dziewczyną działo się coś dziwnego. Żeby tylko nie…

Szlag.

Pełen narastających obaw, wstał z wysokiego krzesła za swoim biurkiem i przeszedł swoim irytująco powolnym krokiem po klasie, który to tak często podnosił tętno uczniów.

Zatrzymał się dopiero przy ostatniej ławce, przy której siedziała Granger z Potterem. Tego drugiego wyjątkowo zostawił w spokoju. Przynajmniej na razie.

- Możesz mi powiedzieć, co to ma być, Granger? – spytał swoim najbardziej lodowatym tonem.

Dziewczyna podniosła powoli głowę i na chwilę ujrzał w jej oczach jakieś… zagubienie. Trwało to jednak tylko ułamek sekundy i po chwili patrzyła na niego znów uparta Panna Wiem-To-Wszystko.

- Profesorze?

- Nie pamiętam, żebym urządzał tutaj spotkanie z herbatką. Do roboty, Granger - syknął

groźnie. Z satysfakcją zauważył jej skonfundowaną minę, jednakże nie dane było mu nacieszyć się nią długo.

- Ale ja już zrobiłam.

Severus przyjrzał się dziewczynie uważnie, po czym zerknął na zegar, a później znów otaksował ją badawczo. Po chwili jego wąskie usta wykrzywiły się w złośliwym uśmieszku. Podszedł bliżej i zajrzał do jej kociołka. Chyba sobie z niego żartowała. Niby jak, w niecałe pół godziny, miałaby zrobić eliksir wymagający co najmniej godzinnej pracy?

Jednakże jego drwiący uśmiech zbladł, kiedy przyjrzał się zawartości kociołka. Bulgotała w nim jasnożółta ciecz, która wskazywała jednoznacznie na Eliksir Życia.

Z zaciętą miną przywołał zaklęciem niewerbalnym zeschłą roślinę z biurka, którą miał wcześniej przygotowaną. W taki sam sposób w jego drugiej ręce pojawił się dozownik, który zanurzył w miksturze dziewczyny.

Profesor nie zdawał sobie sprawy, że w tym momencie obserwowała ich cała klasa. Wszyscy wstrzymali oddechy, nie wiedząc czy wolą, żeby eliksir Hermiony okazał się prawidłowo uwarzony, czy lepiej, żeby miał na kim wyładować swoją złość. Większość uczniów miało miny niezdecydowane, jedynie Dracon uśmiechał się kpiąco, jakby znał już wynik tej potyczki. Tak naprawdę, to w głębi wszyscy go znali. Nikt nigdy nie wygrywał z Mistrzem Eliksirów w niczym. W tej sali królowała zasada „Nauczyciel ma zawsze rację".

Nie mogli jednak w tej chwili wiedzieć, że ich profesor skropił zeschły kwiat kroplą eliksiru Hermiony. A ci, którzy to widzieli, wstrzymali oddechy, kiedy kwiat zaczął się zielenić w oka mgnieniu i po chwili wypuścił różowawy pąk, który zaraz rozwinął się w piękny kielich tulipana.

Snape popatrzył na kwiat. O ile nie przepadał za kolorowymi wiechciami, chyba że były przydatne jako składnik eliksiru, to ten… coś mu przypominał. Ten kolor, nie ciemnoróżowy, bardziej pąsowy… Potrząsnął lekko głową. Udało jej się! Wykonała eliksir tak szybko i tym samym zrobiła z niego idiotę! Obnażył zęby i spojrzał na dziewczynę.

Widać było za to szeroki uśmiech Harry'ego, który poklepał Hermionę po plecach i szepnął półgłosem tak, żeby wszyscy słyszeli: „dobra robota". Co, jak można się było domyślić, nie umknęło czujnemu nauczycielowi. Zwęził swoje czarne oczy i wysyczał:

- Jeszcze zobaczymy, Potter. – Po czym wyprostował się i stanął dokładnie nad Hermioną. – Dwadzieścia punktów za oszukiwanie, panno Granger. Następnym razem radzę się zastanowić, zanim zmieni pani przepis. – Odwrócił się i, jak gdyby nigdy nic, rozpoczął spacer po klasie, w której wszyscy, jak jeden mąż rzucili się do swoich kociołków, modląc się, żeby tylko nie zatrzymał się właśnie nad nimi. Jedynie Malfoy wciąż miał kpiący uśmieszek na bladej, arystokratycznej twarzy, z którym wpatrywał się w nic nie robiącą sobie z tego Hermionę. To go chyba zniechęciło, bo po chwili odwrócił się, mamrocząc coś pod nosem.

Nagle Snape odwrócił się ponownie w stronę ostatniej ławki.

- A, i Panie Potter. Pięć punktówod Gryffindoru. Chyba nie muszę tłumaczyć, za co – wykrzywił się jadowicie, jak to miał w zwyczaju.

Charlie zdawał się mieć do wszystkiego o wiele większy dystans niż Harry (może dlatego, że nie był w swojej skórze), więc na szczęście nie podjął dyskusji z nauczycielem, jak to robili często z Ronem, co za każdym razem odczuwała boleśnie klepsydra z punktami Gryffindoru.

Reszta lekcji upłynęła z pozoru spokojnie, nie licząc kilku stłuczonych szklanych naczyń i zeżartych kwasem kwiatów. Nikt jednak nie wiedział, że Mistrza Eliksirów coś dręczy. Chociaż starał się to ukryć, to nie mógł powstrzymać posyłania zaniepokojonych spojrzeń w stronę Granger, która tym razem prawie położyła się na blacie.

Nie powinien. Naprawdę nie powinien dawać jej tej księgi. Wiedział, jak to się mogło skończyć…

Ale mimo to podarował jej stary wolumin.

Hermiona dawno nie czuła się tak lekko. Wypełniało ją coś nieznanego, potężnego, coś co, coraz bardziej ją fascynowało. Niekiedy zdarzało jej się zabłysnąć czymś na eliksirach, jeśli nie były z najtrudniejszego poziomu. Ale dzisiaj po prostu ją olśniło. Tak, to było zdecydowanie jak olśnienie, które nakazało jej użyć bielwanka sowiego zamiast krzywipiórka smoczego. I dzięki temu skróciła czas warzenia o połowę! Dziwne, że autor podręcznika na to nie wpadł. Wprawdzie nie pamiętała, skąd się tego dowiedziała, ale teraz wszystko zlewało jej się w jedno…

Wiedziała jednak, co teraz chce zrobić. Będzie musiała odrobićw ekspresowym tempie zadanie, zbyć przyjaciół jakąś wymówką i znaleźć ustronne miejsce w zamku, tam, gdzie nikt jej nie znajdzie. Tam, gdzie będzie mogła swobodnie zgłębiać cudowną księgę w kolorze ametystu, który był równie hipnotyzujący jak sama książka. Wprawdzie wierzyła, że zaklęcie Snape'a jest trwałe, to wolała nie ryzykować odkrycia. Ta księga była zbyt cenna.

Tak więc spędziła cały kolejny wieczór czytając nowe pożółkłe stronnice, poznając całkiem nowe zaklęcia i poruszając się po obszarze Magii, do którego jeszcze nigdy nie miała wstępu. I chociaż znalazła zaklęcie uzdrawiające – to, o które pytała wtedy swojego profesora, to teraz nawet tego nie pamiętała. Nie rejestrowała świadomie tego, co czyta. Nie zdawała sobie sprawy, że powoli traci nad sobą kontroli.

Traciła również powoli wolną wolę. Księga przejmowała ster, zbierając cierpliwie i stopniowo swoje czarne żniwo.

Czarnowłosa kobieta. Śmiech. Lekko surowe spojrzenie hebanowych oczu obramowanych gęstymi rzęsami, które rzucały długie cienie na ziemistą twarz. Domek w lesie. Zapachy. Przeróżne. Smaki. Słony smutek. Gorzkie kłamstwo. Magiczny podpłomyk. Łąka. Blade dłonie muskające zboże. Kwiaty. Różnokolorowe. Żółte, pomarańczowe, bladoróżowe, pąsowe…

Tulipan. Pąsowy tulipan.

Głośny haust nabierania gwałtownie powietrza wyrwanego ze snu mężczyzny.