- Fuj, to jest ohydne! – skrzywił się Ron, kiedy po raz kolejny tego dnia jabłko w jego dłoni przygniło i wydaliło z siebie nieciekawy zapach.

- Jakbyś dotąd jeszcze nie zauważył, to NIE MAMY NIC INNEGO. Ciesz, się, że przynajmniej jest tu coś do jedzenia… - odpowiedział Harry, coraz bardziej zmęczony narzekaniami swojego przyjaciela. Od ponad miesiąca siedzieli w tej cholernej, magicznej jaskini, w której w jakiś dziwny sposób utknęli!

- Łatwo ci mówić, stary. Twoje owoce nie gniją…

- Nie moja wina, Ron. Nie wiem, od czego to zależy. – Popatrzył na wielką, pozłacaną skrzynię, która znajdowała się w skalnym zaułku, i z której codziennie wyciągali nowe pożywienie, a które pojawiało się tam w niewyjaśniony sposób. W końcu nawet w świecie czarodziei jedzenie nie podlegało żadnym sztuczkom czy niezwykłościom.

Oboje siedzieli na twardych kocach, które przetransmutowali z kilku głazów leżących w około. Od miesiąca siedzieli tu, skazani na siebie i to przerażające miejsce – Harry naprawdę próbował nie patrzeć na solidne łańcuchy zawieszone na suficie i wysoko na blokach ściennych, ale czuł ich obecność prawie przez cały czas i starał się pohamować swoją wyobraźnię i nie myśleć o ich możliwych zastosowaniach. Wiało grozą.

Oparł głowę i zamknął oczy. Nisko położone skały całe pokryte były kredą, z której próbowali zrobić użytek i jakoś zająć nieskończoną ilość dłużących się minut. Zagrali chyba we wszystkie możliwe gry, wymyślili dziesiątki historii, a z nudów Harry nawet zaczął zapisywać jakieś bzdury w wyczarowanym notesie. Ron jednak znosił to jeszcze gorzej – przez większą część czasu ciągle narzekał, albo siedział cicho naburmuszony. Jakby to była jego wina, że tu utknęli! Dobrze chociaż, że mogli czarować. Ale o wydostaniu się nie było mowy. Próbowali codziennie, rano i wieczorem, ale po prostu nie dało się stamtąd wyjść – cały teren jaskini oddzielała jakaś niewidzialna bariera, która nie pozwalała na wydostanie się z niej.

Ron sięgnął po jedną z ksiąg, którą zabrali ze sobą na poszukiwanie horkruksa. Ha, dobre! Teraz, gdy Harry o tym myślał, żal mu było samego siebie.

Jak mógł polegać tylko na swojej wizji? To, że zobaczył to miejsce nie musiało wcale nic oznaczać. Ale faktycznie, tak, udało im się. Mieli tę cholerną puszkę Helgi, ale co z tego, jeśli nie mogli się stąd wydostać?! Horkuks dodatkowo tylko pogarszał ciążącą atmosferę.

Każdy dzień upływał im podobnie. Wstawali o świcie i zaczynali półgodzinny trucht po jaskini, aby nie stracić mięśni i sprawności. Potem pili wodę stopioną ze śniegu, który przenikał swobodnie przez szczeliny i barierę i wybierali owoce, od których już było im niedobrze. Co jakiś czas rzucali ocieplające zaklęcia, które jednak wraz z jego upływem traciły na mocy i przeraźliwie chłodny wiatr hulał i gwizdał przez całą długość jaskini. A potem nudy, nudy i nudy. Harry już raz nawet zaczął się zastanawiać, czy nie lepiej ze sobą skończyć, ale potem przypominał sobie, że jest tutaj z Ronem, który niczemu nie zawinił. To przez niego jego przyjaciel znalazł się w tym położeniu i będzie musiał ich jakoś stąd wyciągnąć. Tylko jak?

Jego ponure rozmyślania przerwał trzask bariery dochodzący od wejścia. Harry i Ron zerwali się zaciekawieni, ale zanim jeszcze ujrzeli niespodziewanego przybysza, usłyszeli znajomy i zdenerwowany głos:

- Cholerne pustkowie! Niech no ja tylko dorwę ojca…


Narcyza Malfoy tęsknie spoglądała na deszcz za oknem. Rozmywał prawie cały widok na okoliczne ogrody, które oddzielały Malfoy Manor od reszty świata. Była chłodna i ciemna noc. Taka sama atmosfera panowała w jej sercu.

Odwróciła się z nadzieją, kiedy usłyszała skrzypnięcie drzwi. Stał w nich jedyny śmierciożerca, któremu mogła zaufać.

- Niestety, ani śladu chłopaka – rzekł smutno mężczyzna w czarnej pelerynie, po czym podszedł bliżej bladej kobiety. – Przykro mi.

- Wiem, dziękuję ci jednak mimo wszystko – westchnęła udręczona. – Tak bardzo się o niego boję…

- Proszę się nie martwić, pani. Smok na pewno nikomu się nie da i wróci cały i zdrów do domu. Zobaczy pani.

Narcyza znów wpatrzyła się w deszcz wystukujący nierytmiczne tąpnięcia o parapet i okno.

- Nawet nie wiesz, ile bym dała za to, żeby twe słowa okazały się prawdą.

Przez chwilę tkwili oboje w ciszy, takiej samej, jaka panowała w całym domu. Nie było ani jej męża, ani Czarnego Pana, ani żadnego innego z jego sługusów. Wyruszyli razem na polowanie, jak określali napady na małe, mugolskie miejscowości. Został tylko ten człowiek z blizną przecinającą całą jego twarz. Został dla niej, choć nie mówił o tym głośno. Przejmował się zniknięciem jej Smoka bardziej, niż jego własny ojciec…

Człowiek skłonił się w wyrazie szacunku, po czym wycofał do drzwi i odszedł. Znów została sama.

Setki, tysiące, a może miliony spadających kropel później, usłyszała dźwięki otwieranych gwałtownie drzwi na parterze, a zaraz potem odgłosy rubasznej zabawy. Skrzywiła się z obrzydzeniem. Wrócili Dzielni Wojownicy – przełknęła jad wraz ze śliną. Och, jak bardzo ich nienawidziła. I tego, że panoszą się po jej własnym domu jakby należał do nich! Lord przynajmniej żądał absolutnej ciszy, więc jego obecność o wiele łatwiej było znosić, choć wprowadzała w zimny dom jeszcze więcej chłodu. Nie on jednak odesłał jej małego chłopczyka, nie on skazał go na nieznany los…

Kiedy ponownie tej nocy drzwi otworzyły się, Narcyza podskoczyła niczym wyrwana z transu.

- Lucjuszu… - zaczęła, kiedy zobaczyła zmizerowanego męża wchodzącego do pokoju, ich sypialni. Podeszła szybkim krokiem do niego, po czym złapała w swoje blade, smukłe dłonie jego nieogoloną twarz. – Lucjuszu, mężu mój. Gdzie jest nasz syn?! Gdzie mój Draco?!

Lucjusz popatrzył na nią z góry swoimi stalowoszarymi oczami. Wszystko w nim zdawało się wygasnąć – chodził zapadnięty, jego twarz była o wiele szczuplejsza, a na torsie mogła spokojnie policzyć jego żebra, zniknęła też cała werwa. Jednak w tych oczach czaiło się… szaleństwo. Tak, był bardzo zdesperowany i gotów zrobić wszystko, by tylko znów wrócić do łask.

- On nas uratuje, Narcyzo. Uratuje nas, a Czarny Pan wtedy wszystko wybaczy. Zobaczysz, że tak będzie – przytulił ją wychudzonymi rękami skrytymi pod luźną, czarną szatą, ale jego dotyk nie działał już na nią kojąco, tak jak było to kiedyś. To uspokajało tylko i wyłącznie jego, a dla niej było wręcz nieprzyjemne. Nie potrafiła jednak odrzucić swojego męża, który na oślep szukał rozwiązań.

- To mój jedyny syn, Lucjuszu. Nasz kochany Smok. Nie możemy… Ja nie mogę go stracić – głos jej się załamał, ale postanowiła być silna i opanowała szloch. – Gdzie go posłałeś?

- Draco…dałem mu misję. Jeśli mu się uda, znów wrócimy do łask, Narcyzo. Znów będzie tak jak dawniej.

Po tych słowach puścił ją i wyminął, po czym praktycznie padł na łóżko i natychmiast zaczął chrapać. Nie zdjął nawet tych ohydnych szat, w których zapewne jeszcze przed chwilą mordował ludzi.

Wiedząc, że głęboko zasnął, westchnęła ciężko, po czym przebrała go w piżamę, a ubrudzone szaty wyrzuciła na korytarz, aby zajęła się nimi skrzatka. Nie potrafiłaby inaczej zasnąć z nim w łóżku, a on ostatnio bardzo źle znosił jej nieobecność w nocy…

Tak więc zaraz po krótkiej kąpieli dołączyła do śpiącego męża, zakładając grubą, flanelową koszulę. Ostatnie noce potrafiły być naprawdę parszywie zimne, a w dodatku Lucjusz przyklejał się do niej całym sobą, a doprawdy, wolała jednak utrzymać jak największy odstęp między nimi, nawet jeśli miałoby to być tylko kilka milimetrów tkaniny.

Ułożyła się na prześcieradle, po czym machnęła ręką i oboje przykryła ciepła, puchowa kołdra. Nie minęła jednak nawet godzina, a Lucjusz przez sen znacznie się przybliżył i objął Narcyzę, która leżała odwrócona do niego tyłem. Złapał ją jedną ręką za pierś, po czym jego sen się uspokoił, jak dziecka ukołysanego przez matkę. Narcyza jednak nie potrafiła zasnąć w ogóle. Umierała z niepokoju, co się działo z jej ukochanym Szarym Smokiem…


Jak na człowieka, który spotykał się prawie na co dzień z bólem, krwią, cierpieniem i śmiercią, zadziwiająca była niezaradność, jaką wykazał, gdy przyszło mu położyć dziewczynę na swoim łóżku.

Hermiona zaczęła zwijać się, to prostować, wciąż nie mogąc znaleźć ulgi w bólu. Wiercąc się niespokojnie na łóżku, jęczała raz ciszej, raz głośniej trudne do wyłapania słowa. Zrozumiał tylko, że bardzo ją boli.

Ginewra Weasley stała nieopodal, wpatrzona z wielkimi oczami pełnymi przerażenia w swoją przyjaciółkę. Nie miała pojęcia, co się działo. Prawie spała, kiedy Hermiona przywlekła się do jej łóżka, mówiąc, że źle się czuje. Źle! Toż to dopiero niedopowiedzenie! Wyglądała, jakby była w stanie prawie agonalnym. Ruda obtarła pędzącą łzę po jej zarumienionym z nadmiaru emocji policzku. Bała się zbliżyć do przyjaciółki, żeby jej się nie pogorszyło.

Snape tymczasem wyszedł do swojego gabinetu, pozostawiając drzwi szeroko otwarte. Ginny czuła, jakby w jej głowie wskazówki zegara tykały niczym serce, wyznaczając czas, jaki cierpi jej przyjaciółka. Gdzie u licha tyle czasu Snape?! Może wreszcie by się na coś przydał?!

- Gi-innyy… - słaby charkot dobiegł dziewczynę z łóżka, na którym leżała chora. – Ginn…

- Cii, spokojnie, Hermiono… - Ruda podeszła do przyjaciółki i przyklękła przy wezgłowiu łóżka, po czym chwyciła rękę chorej. – Będzie dobrze. Jest tu Snape, wiesz? Zaraz coś znajdzie…

- Uhhh, boli! Boli, Ginny, to tak bardzo boli…

- Cii, tak, wiem, ale Snape już z czymś idzie. Zobaczysz, zaraz wszystko będzie dobrze…

Ginny nienawidziła fałszywych obietnic. Ale co mogła w tej chwili powiedzieć swojej cierpiącej koleżance?

NIECHŻE TEN DUPEK SIĘ TU WRESZCIE RUSZY!

Z chwilą, kiedy Snape wrócił, Hermiona zwinęła się na drugim boku, tym razem prawie krzycząc w kolejnej fali bólu, wyszarpując tym samym rękę z uścisku Ginny.

- Z drogi, Weasley – rzucił chłodno Snape i z wyraźną determinacją przystąpił do pomagania dziewczynie.

Ginny ukucnęła po drugiej stronie łóżka, w każdej chwili gotowa wesprzeć przyjaciółkę.

W głowie Severusa za to kotłowało się tysiące myśli. Co jej się działo?! Co to mogło być?! Przecież TAK nie reaguje człowiek na zatrucie pokarmowe! Zaczął jednak nalewać do pucharka

- Granger, skup się teraz i mi odpowiedz.

- Ale… - kolejna fala bólu. – To tak boli…!

- Wiem, głupia, że boli! Ale co takiego?

- Wwwszystko! Brzuch…

Nie potrzebował więcej. Nie miał nawet czasu wypytywać żadnej z nich, czy jadła coś, co mogło jej zaszkodzić.

- Przydaj się na coś, Weasley, i przytrzymaj jej głowę.

Ginny poderwała się z podłogi i sięgnęła za kark przyjaciółki.

- Miona, podnieś się, tylko odrobinę…

Ale Hermiona ani myślała jej słuchać i skurczyła się jeszcze bardziej, ciężko dysząc. Severus za to westchnął w irytacji i sam przysunął się do Hermiony.

- Granger, nie mów mi, że nie dasz rady. No już, podnoś się! – rozkazał. Hermiona słysząc jego ton, otworzyła wąsko oczy, ale widać było, że próbuje się nieco podsunąć do góry na posłaniu. Severus widział, że nic z tego nie będzie, więc sam sięgnął ręką za szyję dziewczyny i pomógł jej dosięgnąć pucharu. Jego ręka była na tyle silna, w dodatku wydawała się idealnie do swej roli pasować, że po chwili dziewczyna upiła trochę eliksiru.

- Tylko nie waż mi się tego wypluć!

Nic takiego jednak się nie stało. Sama dziewczyna opadła z powrotem na pościel, jednak zaczęła się uspokajać, a po chwili jej drgawki ustały i ból zdawał się prawie całkowicie zniknąć. Wyglądała jednak na bardzo wyczerpaną. W nieuzasadnionym odruchu odgarnął włosy z jej spoconego czoła – musiał przecież sprawdzić, czy nie jest rozpalone. Było jednak bardzo chłodne, więc nie miał powodów do niepokoju. Zorientował się w momencie, że jest w tym pomieszczeniu jeszcze ktoś. Spojrzał kwaśno na Weasleyównę, która wpatrywała się w całą scenę nieprzeniknionym wzrokiem. Już miał ją wyrzucić, kiedy swoje dociekliwe spojrzenie przeniosła na Granger i prawie, że ryknęła:

- Hermiono!

Zaalarmowany, spojrzał na dziewczynę, która zrobiła się wręcz zielona.

Szybko chwycił różdżkę i wyczarował na podłodzę specjalną miskę, której zawartość sama znikała, po czym wstał i natychmiastowo podniósł Hermionę i przeniósł delikatnie na podłogę. Zdążył w ostatniej chwili. W następnym momencie jego nozdrza dobiegł mdlący zapach ludzkich wymiocin.

- Idź stąd – warknął w stronę Ginny, która z wyrazem bólu na oczach obeszła spoczywającą na podłodze dwójkę i opuściła bezszelestnie pokój.

Hermiona nachyliła się ponownie nad miską i zwróciła kolejną porcję pożywienia. Jej drgawki znów powróciły, więc przyklęknął zaraz za nią i chwycił ją w pasie, aby nie upadła. Trwało to jeszcze kilka minut, po czym dziewczyna wyraźnie zaczęła tracić ostatki sił, a jej żołądek pozostał pusty. Chciał ją podnieść z powrotem na łóżko, jednakże zacieśniła swoje drobne dłonie na jego ręce, którą ją obejmował

- Nie, proszę.

Severus był na tyle oszołomiony, że nawet się nie ruszył. Dziewczyna za to przysunęła się do niego tyłem i wtuliła swoje plecy w jego pierś, wciąż trzymając się kurczowo jego ręki. Nie miał innego wyjścia, jak objąć ją drugą ręką – było mu naprawdę niewygodnie. Po chwili jednak dziewczyna usiadła, a on automatycznie poszedł w jej ślady. W tym momencie on opierał się o swoje łóżko, a ona o niego. Słychać było tylko jej powolny, charkotliwy oddech.

- Co się ze mną dzieje… - charknęła, wciąż nie odzyskawszy swojego dawnego głosu.

- Wszystko w porządku – uspokoił ją na tyle łagodnym głosem, na ile był w stanie wydusić ze ściśniętego gardła. Nic nie było w porządku, znów jej się pogarszało…

- Dziękuję, Severusie…

- COŚ TY DO MNIE… ! – zaczął gniewnie, ale uświadomił sobie, że zasnęła. Z westchnieniem pełnym irytacji, najdelikatniej jak umiał, chwycił ją pod pachami niczym małą dziewczynkę i położył na swoim łóżku. Już miał odejść w kierunku salonu, by chociaż na chwilę się zdrzemnąć – nie podejrzewał, żeby znów coś jej się miało stać - jednak ona kolejny raz nie chciała puścić jego ręki.

- Nie idź, proszę.

Już-już otwierał usta, mrużąc przy tym niebezpiecznie oczy, żeby odpowiednio zripostować jej bezczelną prośbę, kiedy splotła jego palce ze swoimi. Patrzył na złączone ręce niczym idiota, ale po chwili się opanował. Z głośnym westchnieniem irytacji położył się po wolnej stronie łóżka, jednak jak najdalej od nieznośnej i upartej dziewuchy. Machnął ręką i okryła ją kołdra, sam jednak nie miał zamiaru pod nią wchodzić. Zamknął jeszcze różdżką drzwi, na wypadek, gdyby ktoś wszedł i nie daj Boże zobaczył go w takiej sytuacji… Miała ona jednak tylko jedną dobrą stronę – gdyby coś się jej znów działo, będzie bardzo blisko. Z takim wytłumaczeniem powoli przeniósł się w objęcia Morfeusza, wciąż trzymając splecioną dłoń z palcami dziewczyny.


Kolejna noc zapowiadała się na bezsenną. Problemy tak bardzo ją przytłaczały, że nie potrafiła po prostu odsunąć ich choć na chwilę i zasnąć. Strąciła ze swojej piersi dłoń Lucjusza, po czym cicho na palcach podeszła do łazienki i zabrała satynowy, srebrzysty szlafrok, po czym bezszelestnie opuściła pomieszczenie.

Nogi przywiodły ją same do wielkiej, wygaszonej kuchni. Na szczęście, nie było w niej żadnego z przyjaciół jej męża, więc ze spokojem rozświetliła pomieszczenie kilkoma zawieszonymi nisko świecami. Drgnęła jednak, gdy zobaczyła mężczyznę stojącego przy kuchennym oknie, popijającego z jej ulubionego kubka. Wyglądał na tak zamyślonego, że zdawał się wcale nie zarejestrować jej obecności.

Postanawiając zignorować intruza, podeszła nieco spięta do szafki i wyciągnęła z blaszanego pudełka sproszkowane zioła melisy oraz magicznego Wawrzyńca, po czym sięgnęła po słoik miodu i mleko. Różdżką przywołała jedno z naczyń ozdabiane kamieniami szlachetnymi, po czym zaparzyła herbatę i zalała mlekiem i miodem. Dopiero wtedy nieznajomy intruz się ocknął i przemówił:

- Wybacz, pani, że zakłócam twój nocny spokój.

- Ach, to ty, Theonie. Myślałam, że to… Zresztą, mniejsza z tym. Spokój, mówisz… Ja nie mogę zaznać spokoju, dopóki mój syn jest z dala ode mnie.

- Znajdę go dla ciebie, pani, jeśli tego właśnie chcesz.

Narcyza zaśmiała się lekko, po czym spojrzała na niego poruszona.

- Ach, żeby to było takie proste, to zaraz sama bym wyruszyła na poszukiwanie.

- Nie martw się, pani. Wszystko będzie dobrze.

- Mój mąż sobie ubzdurał, że to właśnie on nas z tego wyciągnie. Mój zaledwie osiemnastoletni syn! Ach, jakże głupi jest…

- Proszę nie kończyć, pani. Zdaję sobie sprawę z wszystkiego, o czym mowa.

- Tak właściwie, to dlaczego tak się do mnie zwracasz…? – Odkąd tylko pojawił się w ich domu Theon Avery, nie było takiego dnia, czy nawet momentu, w którym nie okazałby jej szacunku. Co się tyczyło pobratymców jego i jej męża, to, cóż, woleli raczej bardziej ordynarne określenia…

- Bo na to zasługujesz, pani. Jesteśmy tutaj w gościnie, zakłócamy rodzinny spokój…

- Nie ma żadnego rodzinnego spokoju – rzekła ponuro blondynka.

- Mimo wszystko, pani…

Narcyza, kierowana nagłym impulsem, zbliżyła się do mężczyzny – swoją drogą, był naprawdę bardzo wysoki, a ona sama nie należała do niskich kobiet. Podniosła dłoń i dotknęła nią szorstkiej twarzy człowieka, po czym delikatnie ją pogładziła, wyczuwając charakterystyczne dla niego grube rysy i skaleczenie.

Nie mogła dojrzeć oczu Theona, były one bowiem schowane za kapturem, jednakże z jej własnych popłynęła samotna łza. Mężczyzna podniósł spracowany kciuk, po czym obtarł słoną kroplę.

- Nie płacz, pani, proszę.

Na te słowa Narcyza zorientowała się, co właśnie robiła. Gładziła prawie, że obcego mężczyznę po policzku, przed momentem zostawiając swojego męża w zimnym łóżku. Rozejrzała się w obawie, że ktoś mógł ich zauważyć. Jakby wyczuwając jej myśli, Theon pstryknął cicho palcem i świece zgasły. Kobieta jednak odsunęła już dłoń od jego twarzy i chwyciła w nią gorące naczynie z herbatą. Odeszła w stronę schodów, cały czas jednak obracając się w stronę mężczyzny.

Kiedy wspięła się na pierwszy stopień, błyskawica przecięła czarne niebo, oświetlając szpecącą bliznę na twarzy Theona Avery'ego.