Dzień 1.
-I po co ta cała trema? – zapytał Echolynx. Już od pół godziny przewalam szafę w poszukiwaniu stosowniejszych szmacideł na oficjalne okazje.
-Tak czy siak to w sumie zebranie wszystkich państw. Muszę jakoś zgoła wyglądać!
-A co powiesz na to? – Ricardo wyciąga mi tuż sprzed nosa czarny, odrobinę zbyt obcisły i bardziej niż odrobinę zbyt wydekoltowany gorset.
-Chyba żartujesz sobie. Generalnie nie jestem jakąś lalunią, bym pokazywała tyle.
-Jak zawsze przesadzasz – wzdycha Hiszpan. W odpowiedzi sięgam po czarny płaszczyk zawiązywany na srebrną kokardkę i białą koszulę.
-Trochę, jak to się u was mówi, słitaśnie – mruga chłopak, a ja, z trudem opanowując śmiech, chwytam jeszcze czarną spódniczkę z czerwoną lamówką i zaszywam się w łazience.
Gdy tylko rozczesałam swoją wiecznie splątaną ciemnoblond grzywę, zadzwoniła komórka.
-Co ty tam robisz tyle czasu? Do spotkania zostało 20 minut!
-Już idę, bez nerwów!
Cóż, jako mikronacja jakoś radzę sobie przy pomocy tych (niby) mniej ważnych obywateli.
-Tylko nie narób tam na diabła – mruczy z przekąsem moja faworytka Echolette, gdy wysiadłyśmy z samochodu.
-Nie jestem małym dzieckiem, proszę ciebie bardzo.
Zostawiając echotworkę na zewnątrz, weszłam do całkiem eleganckiego budynku. W hallu zaznaczyła się już drobna zmiana – zdjęcie Sali Rady Echotworskiej (taaak, żebyście się nie zdziwili – już o swoją siedzibę „rządu" dawno zadbali). Zza okazałych, dębowych drzwi słychać ożywione głosy. Czyli jednak się spóźniłam.
Pociągam za klamkę (dlaczego te głupie dłonie zawsze mi tak drżą w stresie?) i wchodzę do środka, zwracając uwagę części krajów.
-Nowy tan?
-To dziewczyna!
-Tamta dziewczyna.
-Staniesz się ze mną jednym?
-Nic z tego! Jak już, to tylko ze mną!
-Białoruś, przestań z łaski swojej w-wy-wymachiwać tym nożem!
Takiego zachowania zupełnie się po nich nie spodziewałam. Na co dzień tacy byli, zgoda, ale na czymś takim jak międzynarodowa konferencja? Nie wiedziałam, co właściwie robić. Na szczęście Ludwig uratował sytuację, przekrzykując zgiełk:
-Zatrzaśnijcie spusty i dajcie jej coś powiedzieć!
Poskutkowało. Chrząkam nerwowo i mówię:
-Nazywam się Kabere Devinas i reprezentuję diasporyczne państwo Veida...
Nie wytrzymam, chyba zaraz mnie rozsadzi od środka. Na pewno myślą sobie teraz: „A co to za jedna, której pozwolili na zabawę w bycie nacją?"
-...powołane w pewnych dyplomatycznych celach. Chciałabym tylko... ż-żebyście... no, jakoś mnie normalnie traktowali, mimo że nie jestem aż tak bardzo wam równa...
-A czemu mielibyśmy cię inaczej traktować? Czołem, nówka!
-Cześć!
-Witam.
-Mam nadzieję, że ci się jakoś uda! - głosy z różnych stron, z których co najmniej połowę słyszę po raz pierwszy w życiu.
-A teraz, jak już powitaliśmy Kabere, wracamy do głównego tematu! - nad głowami personifikacji przetoczył się donośny głos Alfreda. - Dziś mówimy o zanikaniu lasów tropikalnych...
-Jak zwykle bierze temat ekologiczny – skomentował cicho Kiku.
-Może dlatego, że wtedy może poczuć się jak hero? - mruknął zza gazety Arthur, najwyraźniej niezbyt zainteresowany paplaniną Ameryki. W sumie tak jak większość innych – Estonia jak zwykle klekotał w klawisze laptopa, Łotwa zagłębił się w jakimś romansidle, Hiszpania zajadał się kanapką z szynką i pomidorem, a Rosja polerował szalikiem swoją nieodłączną rurę. Już miałam wyjąć swojego smartfona, gdy przez nagłe odezwanie się Francisa o mało nie strąciłam torebki z kolan:
-Na to wygląda... to znaczy wcale tak nie myślę!
-Mówisz nie, myślisz tak? Typowe.
-Nie zgadzam się z żadnym z was – wymamrotał podenerwowany Francis. Jakoś duszę w sobie ochotę wybuchnięcia śmiechem.
-No to sam zaproponuj temat!
-Hm, a światowy kryzys gospodarczy? - wtrącił się Roderich.
-Hm, widzę, że Roddy zainteresował się wreszcie czymś innym niż jego pianino – zachichotała Węgry.
-Nie nazywaj mnie Roddy! - obruszył się Austriak. Bingo – muszę to sobie zapamiętać.
-Kryzys... próbuję się jakoś wygrzebać, jak widzicie – wyznał dopiero co rozbudzony Herakles. - Nie powiem, unijne pieniądze całkiem się przydały...
-Tak, tak, ale wszyscy ci powtarzali – zaciśnij jeszcze pasa!
-By znowu protestowali?... - głowa Grecji już się sennie kiwała nad stołem.
-Pewnie wydał z połowę na te swoje koty – próbował dopiec Sadik. Grek jednak nie usłyszał docinka, zapadłszy znów w objęcia Morfeusza.
-A masz coś przeciw kotom? - „No, gratuluję, Feliciano, w końcu gadasz co nieco do rzeczy". - One są takie słodkie!
-A ja tam generalnie wolę kucyki – błagam, Polsko! Tylko twojego zdania tu brakowało.
-Coś w tym jest – bąknął siedzący nieopodal Tolys, nawet nie patrząc w kierunku dawnego przyjaciela.
-Szczególnie, gdy nastanie głód i zabraknie mięsa – Iwan chował właśnie blaszaną piersiówkę do jednej z kieszeni swego przepastnego płaszcza.
-Śmiałbyś zabić takie totalnie urocze zwierzę?
-Gdy w brzuchu pusto, myśli się raczej o uroku żarcia. Da? - Rosja oparł swój nieco pordzewiały kran o stół z niemiłym uchu dźwiękiem.
-Ty to generalnie bez serca jesteś – Feliks udał załamanego. Nawet głupi by się domyślił, że właśnie szuka zaczepki. - Obronię honor kucyków, jakem Feliks Łukasiewicz!
-Chcesz się bić, to bij – Braginski nie raczył się patyczkować ze swoim kuzynem. Podniósł rurę i wymierzył nią w Polskę. Napięcie chwili przerwał Yao pytaniem:
-Rośja... mozie ciukierka na uśpokojenie?
-Niet, nie trzeba.
Jak to ma się skończyć rozpierdówą, to nie powinna nazywać się państwem. Nie wytrzymam w tym cyrku na kółkach.
-Ja nie mogę, czy was popierdoliło? Mamy zgoła światowe zebranie, a wy się o jakieś jebane kuce młócicie, tfu, kłócicie! A ja myślałam, że jestem na takie bycie wśród was wszystkich za głupia...
Rzadko klnę, ale jak mnie poniesie...
Polska i kilka innych państw spojrzało po sobie wyraźnie zakłopotanych.
-Strój nie dodaje ci wiarygodności, ma cherie – Francja wskazał na mój nieco lolitkowaty ubiór.
-Twój też nie – odgryzam się cierpko. - Poza tym ważnych decyzji generalnie nie podejmuje się na podstawie gustu?
-Z ciebie to nieodrodna córka Feliksa – westchnął wielbiciel żabich udek.
-Niby gdzie widzisz to podobieństwo? Bo ja nigdzie.
-I ty mnie o to pytasz? Podobnie się wyrażacie, pyskaci, czujecie się niezręcznie przed obcymi...
-Wcale się nie czuję niezręcznie! - protestuję, choć wiem, że tu akurat ma rację. - To... to wracamy do głównego tematu?
Dwie godziny później wychodzimy.
-Widzę, że zaczynasz już trochę obczajać naszą klimę – Polska poklepał mnie po ramieniu.
-Aż dziw, że dotąd świat jeszcze nie stanął na głowie. Jak wy dajecie radę?
-Jak widzisz, dajemy radę – wymijająco odparł Feliks. - Trzeba tylko znaleźć swój sens w tym całym nonsensie.
-O co...?
Ale jego już nie było; pobiegł za Litwą. Te słowa... to do niego tak niepodobne. Jaki sens ja w tym znajdę? Nie mam pojęcia.
Czasami lubię komplikować scenariusze życia swoich tworów, lecz samo życie bywa w tym niekwestionowanym mistrzem.
