Kilka spraw do załatwienia.
Po pierwsze: nie dysponuję prawami autorskimi do Hetalii. A szkoda.
Po drugie: jeśli nie rozumiecie pewnych części - nie szkodzi, wiem, że fick jest dość specyficzny.
Po trzecie: jeśli się podoba lub nie - bardzo cenię sobie komentarze. Krytykujące czy chwalące, nieważne (byleby nie bezmyślny hejt).
I po czwarte: możecie być zdziwieni, że wstawiłam w "kategoryjnych postaciach" czy jakby to nazwać Estonię. Na razie praktycznie go nie widać, ale już wkrótce odegra tu dość ważną rolę...
I to by było na tyle. Boże, czy ja to w ogóle dla kogoś piszę?
Budzę się o ósmej niewyspana jak rzadko. Po wczorajszym zebraniu państwa umyśliły sobie balangę „tak dla odreagowania". Pić nie piłam, ale atmosfera prędko stała się, hm, duszna. Choć nie powiem, na wspomnienie Rosji wywijającego z kranem i przerażonym Raivisem trudno się nie śmiać. Przysłowiowe angielskie wyjście zaliczyłam o drugiej w nocy, korzystając z rabanu wywołanego przez Danię.
-Jo... Veida! Przestraszyłaś mnie!
Cholerka, kto tam nade mną stoi?
-Wstawanie o tak wczesnej porze powinno być zakazane – jęknęła Micole. Rozpoznałam ja wyłącznie po głosie, bo moje i tak słabo widzące oczy nie zdążyły się jeszcze przystosować do jasnego światła dnia.
-No może i racja, że nie każdy jest rannym ptaszkiem, ale trzeba czasem zwlec się z ciepłego wyra wcześniej, niż by się chciało – mamroczę i wykopuję się spod kołdry. - Co mamy dzisiaj?
-Piątek.
-Nie o to pytam, ty imbecylu. Jaki jest dzisiejszy plan.
-A, to. Przecież wisi ci nad głową, na tablicy korkowej.
Szlag. Zapomniałam na śmierć.
-Dzięki, chyba generalnie zaczynam idiocieć. Poza tym to kto cię tu przysłał?
-Pan Beilschmidt mnie przysłał. – zamrugała charakterystycznie Amerykanka. - I kazał mi to przynieść.
Po tych słowach położyła na (prawdopodobnie) moim biurku coś, co mogło być, sądząc po wydawanym szeleście, stertą kartek. Moje przypuszczenia potwierdziły się, ledwie nałożyłam okulary.
-Możesz mnie teraz zostawić?
-Ciągle chcesz być sama – mruknęła Micole. - Ale niech ci będzie.
Gdy tylko trzasnęły za nią drzwi, usiadłam przy blacie i sięgnęłam po pierwszy papier ze stosika. Nienawidzę tej całej biurokracji.
Gdzieś w środku pisania spojrzałam na zegarek. Za piętnaście dziesiąta. Niemcy mnie zabije, jeśli się spóźnię. Rzucam wszystko w diabły.
45 minut później siadam na ziemi zmęczona. W sumie przez te kilka miesięcy nabrałam znacznie lepszej kondycji, ale dzisiaj Ludwig zarządził jakieś intensywniejsze ćwiczenia. Albo tak mi się wydaje. Teraz echotwory podążają na kolejną sesje szlifowania swoich mocy pod okiem Feliksa, który zna ich możliwości w tym zakresie nawet lepiej ode mnie (o matko ironio – znać coś lepiej od twórcy), a ja podrywam się i wracam do papierów.
Albo niekoniecznie. Uświadomiłam to sobie po zderzeniu z obiektem wybitnie amerykańskim i plamie po coli na koszulce.
-Hej! Uważaj, jak łazisz! - rzeczony wybitnie amerykański obiekt uznał za stosowne odpowiednio mnie opieprzyć, gramoląc przy tym cztery niegodne litery z trawnika.
-Hej! Uważaj, jak trzymasz swoje papu! - moją własną niewyparzoną gębę naszła ochota na spapugowanie Stanów. - Nawiasem mówiąc, skąd żeś je wytrzasnął?
-No jak to skąd? - Alfred popatrzył na mnie jak na wariatkę. - Z bufetu. Mają tam niezłe hot-dogi.
-Fajnie, dzięki za wskazówkę – mówię, choć nie mam bladego pojęcia, gdzie właściwie mogę ten bufet znaleźć. Uprzytomniłam sobie, że zupełnie nie jadłam śniadania.
-Hej, Jo... a może pójdziesz ze mną? Chcę kupić coś dla Kanady.
-Chętnie – uśmiecham się, pomijając w zdumieniu fakt, że Jones wreszcie zauważył swojego półprzezroczystego brata na dobre. Mam nadzieję przy tym na całkiem niezobowiązującą gadkę – z obojgiem zakumplowałam się w nie tak znowu małym stopniu, a mój nowy status pewnie nic w tym nie zmieni. Może i stałam się państwem, ale praktycznie nic nieznaczącym. Przynajmniej tak uważam.
Jak na razie nie chce mi się przerywać radosnych dywagacji Ameryki ciągnącego mnie do „miejsca naszego przeznaczenia".
Bufet okazał się być dość obskurnym, pomalowanym buraczaną, gdzieniegdzie odpadającą farbą pomieszczeniem w piwnicach naszej Akademii*. Od strony czymś, co mogło być ladą mój nos dopadły jednak całkiem smakowite zapachy.
Po dość niepewnym przestudiowaniu cennika wybrałam średnie frytki i sprite'a.
Tak jak się spodziewałam, Alfred perorował w koło Macieju o bohaterskich błahostkach, praktycznie nie dając mi dojść do słowa i zupełnie niefrasobliwie używając mojego dawnego imienia. Za to raczej gromów na niego rzucać nie będę, tak już się przyzwyczaili. Nawet nie zauważyłam, jak z mojego zamówienia pozostała tylko papierowa serwetka i butelka, a Ameryka pochłaniał piątego hamburgera. Pod jego lewą ręką widać było jednak małą makulaturową torebeczkę, taką, w jakie nieraz pakuje się jedzenie na wynos – więc może istotnie wrócił, by kupić coś dla Kanady.
-... no i wiesz, jak nie zaczęliśmy znowu pocinać z Hondą w Call of Duty, bo on to nie bardzo lubi Medal of Honors, chyba wiesz, czemu... Joanna? Hej, słyszysz mnie? Kabere!
O ile gdzieś w błędnym toku Alfedowej paplaniny odpłynęłam, o tyle na dźwięk swojego nowego imienia aż podskoczyłam.
-Hm, tak? No? Kurde, która godzina?
-Coś tak za piętnaście dwunasta.
-Już? Rety, ale się zagadaliśmy! Na razie!
Alfred, widząc moje próby prędkiego opuszczenia baru, zapytał:
-No nie zostaniesz jeszcze?
-Mam sporo do roboty. Generalnie może jeszcze się zgadamy!
Szlag by trafił tę biurokrację.
Głowa już mi prawie opada na stół. Stosik znacznie się zmniejszył, ale jak na złość wcale się nie kończył. Miałam dać sobie spokój z tym i oczom odpoczynek, gdy moją uwagę przykuła pewna kartka.
Po uważniejszym przyjrzeniu się zrozumiałam, dlaczego – wydrukowano na niej wyłącznie linie i kropki. Nie dostrzegłam żadnych napisów, niczego, co mogłoby przesądzić o użyteczności arkusza. Tak jakby ktoś dał to do zbioru z myślą, żebym sama sobie to wypełniła. Nonsens.
Nie, czekaj, coś napisano na samej górze strony drobnym maczkiem.
ŚCIŚLE TAJNE
Czyli treść jakoś ukryto. Nie wiem, czy sposób z podgrzewaniem nad płomieniem lub podświetlaniem lampką UV nie będzie zbyt prosty, jednak... czemu by nie spróbować?
Po kilkunastu minutach próby odszyfrowania tekstu... powinnam była się domyśleć, że ten świat wymyśli coś bardziej niekonwencjonalnego. A zresztą, oczy i tak mnie już nieznośnie bolą. Wyciągając z zamrażarki kostki lodu do zimnego okładu, nawet nie zauważyłam, że dziwny dokument zniknął.
Komórka właśnie odzywa się znajomym dzwonkiem – ustawiłam go chyba dla Prus. O co znowu chodzi?
-Halo?
-O, cześć, Kab – najwyraźniej młodzi prędzej przystosowują się do nowości. Po drugiej stronie prawdopodobnie rozmawiał Sealandia.
-Wiesz, tak dzwonię, bo...
-Peter, skąd generalnie masz komórkę Gilberta?
-Jakiego Gilberta? A, tego albinosa z kurczakiem na głowie. To jemu ją gwizdnąłem?
Że nie rozpoznał jego telefonu? Z tym napisem: „Nie dotykaj mojej zagilbistej komórki, bo pobrudzisz mi wyświetlacz"?
-No dobra. Jaka jest sprawa?
-I teraz pytasz? Na podwórku stoi taki wieeeelki smok!
-Jaki smok, co ty opo...
REAAARRRR!
-Uwaaaaa! Spadam, chodź, nawet taki ktoś jak ja nie dałby mu rady!
Już miałam mu palnąć coś na temat jego zawyżonej samooceny, na szczęście chłopak się rozłączył. Postanowiłam sprawdzić tę sensację i wyjrzałam na dwór.
I wystarczyłyby ułamki sekundy, abym pożałowałam swojej decyzji. Poczułam straszny żar i odruchowo cofnęłam głowę. Na szczęście skończyłam tylko na osmalonej grzywce i brwiach.
Przejrzałam wreszcie... i mało nie krzyknęłam. Na dziedzińcu istotnie miotał się spory smok o zielonych łuskach, przebarwiających się na łapach i szczycie grzbietu na ciemnoczerwono, który skurat w tym momencie rzygnął znów na mnie ogniem. Odruchowo zamknęłam drzwi, które od razu stanęły w płomieniach. Biegnę do kuchni, napełniam dzbanek wodą i chlust wodą. Niewiele pomogło. Gaśnica! Skąd tu się wzięła? Nieważne, sprawa się załatwia. Drzwi kompletnie zniszczone. Cóż, prędzej wyjdę.
Biegnę, robiąc unik przed ognistym strumieniem i zastaję totalnie przerażoną Micarę.
Na mój widok wybuchnęła płaczem i zawołała:
-Przepraszam, Veida! Naprawdę przepraszam! Nie mogę t-ego k-k-koo-ntrolow-waaać!
-Cicho, już ciiicho... - próbuję uspokoić Prusaczkę. Po kilku minutach i zmiażdżonych murkach zdobyła się wreszcie na wyjaśnienie sytuacji.
Jak się okazało, chciała wreszcie przekroczyć swoje dotychczasowe bariery (poprzednio była w stanie wywoływać postacie wyłącznie z niemieckich legend i bajek) i spróbowała z opowieścią polską – o smoku wawelskim...
-T-to było pierwsze, co mi przysz-szło do głowy – zakończyła swe opowiadanie Micara, wciąż pochlipując.-Micara, weź się w garść, dziewczyno i spróbujemy to odwołać.
-Ale... zostało mi już niewiele mocy!
No to szlag.
-To weź go na coś! Na łańcuch czy co! - zawołałam, sama nie bardzo wiedząc, co mówię. Zrozpaczona Micara skupiła się, jak mogła i... na pysku smoka pojawiło się coś w rodzaju ogniotrwałego kagańca, a przy nim zawisnął długi stalowy łańcuch. Wyczerpana wysiłkiem echotworka zemdlała, a ja, niewiele myśląc, chwyciłam za uwięź i zaprowadziłam zwierzę w jakieś ustronne miejsce. Używając całej swojej siły, przytwierdziłam ją do jakiegoś metalowego kółka. Wiem, że to niewiele pomoże i że bestia się po prostu urwie, ale doraźne rozwiązania były właśnie jak najbardziej w cenie. Kto tam biegnie?
-Polen! Jak mi to teraz, do jasnej cholery, wyjaśnisz?!
-Totalnie nie umiem czytać w cudzych myślach? Skąd miałem, tak jakby, wiedzieć, co ona przywoła?
-Pewnie ci podpasowało. Smok, ogień...
-Wieeeesz co, Niemcy? - Polska zaczyna chyba „wracać do formy". - To już totalnie nie w twoim stylu, tak pochopnie wyciągać wnioski.
-A ty? To raczej ty powinnaś była dopilnować swoich stworków? - Ludwig, tracąc swoje zwykłe opanowanie, wyraźnie szukał winnych.
-A co, mam łazić wszędzie za nimi?! Mają wolną wolę, mogą robić i mówić, co zgoła myślą! Zresztą może bym prędzej tu przyszła, gdyby nie ta pierdolona biurokracja. W waszych początkach musiało być, cholerka, łatwiej.
Twarz Feliksa ściągnęła się w wyrazie „o-matulu-co-za-słownictwo". Niemiec spytał:
-Skoro już mowa o dokumentach... kto ci je kazał wszystkie wypełniać dzisiaj?
-Nie podano żadnego terminu.-Wiedziałem... W każdym razie masz na nie czas do wtorku.
-Do wtorku? Cholerka, pośpieszyłam się zanadto.
-A gdzie sprawca?
-Micara czy smok?
-Jaki znowu smok?!
-Yyyhm... - zaczęłam się wiercić niespokojnie. - Powiedziała mi: krakowski...
-To... to ona tak jakby ożywiła polską legendę? - zielonookiemu opadła szczęka.
-Nie rozpoznałeś?
-Aśka, na litość boską! Czy w tej legendzie jest w ogóle mowa, jak on wygląda?
-Czy to teraz ważne? Szczególnie, że stwór się wścieka – przerwał nam Beilschmidt, wskazując na...
O matko.
-Dobra, lećmy – komenderuje Polska. - Ty, totalnie mi się nie chce nazywać ciebie nowym imieniem, przenieś tamtą do szpitalnego. My pójdz...
Reszty nie usłyszałam, bo już puściłam się biegiem ku Prusaczce. Rety, jak on czasem potrafi pozbierać się do kupy – normalnie jak nie ten zwykły Felek (bez szeeeleeeeek... ale z całą toną różu).
Próbowałam ją jakoś ruszyć i pożałowałam nadanej jej przeze mnie korpulencji. Matko Boska elektryczna, jak ją z tego wyciągnąć? Nie ma rady, ciągnę srebrnoskórą za nogę.
Pielęgniarka będąca akurat na dyżurze ledwie obrzuciła ją spojrzeniem, pokiwała głową z pewnym politowaniem i wskazała najbliższe wolne łóżko.
-Kolejna – mruknął głos spod pobliskiej pościeli. - Co się dzieje?
Co ja jeszcze przegapiłam, że Tonsil dostał się tutaj? Z jego (wielkogabarytowym) silnym i wytrzymałym ciałem?-Nieważne. Leż dalej – kobieta zmrużyła oczy.
-Tam musi się dziać cuś dziwnygo – stwierdził tatrzański góral. - Cuś tam ryczy i płonie. Tylko co?
-Leż dalej, opowiem ci kiedy indziej – rzuciłam przez ramię, wybiegając ze sterylnych pomieszczeń. Myślę, że jak na zaledwie dwa dni bycia tanem przeżyłam odrobinę za wiele. Kątem oka spostrzegam, że ognisty potwór niknie. Świetnie, bo nie wiem, czy dałabym radę zrobić cokolwiek. I czy w ogóle mam jakąś moc.
Wpadam do swojej kwatery (przykro będzie mi to mówić, Micara, ale odkupujesz mi drzwi...) i znowu zaglądam do zamrażarki w poszukiwaniu lodu. Ta tajemnicza kartka też tam jest – co więcej, pojawił się na niej tekst! Jak na złość nie mogę dostatecznie skupić wzroku, by móc przeczytać, co na niej się znajduje. Odruchowo składam na niej swój autograf i zostawiam na stole, po czym, ledwo odczytując z zegara godzinę 17:15 (kiedy mi zleciało tyle czasu?), kładę się do łóżka na drzemkę... w moim wykonaniu właściwie leżankę. Dla odpoczynku oczu, które i tak mam mocno uszkodzone.
Wstałam piętnaście minut temu. Ręka odmawia mi jednak współpracy z długopisem, więc więcej tu nie zawrę. Nie czuję się ani trochę zdziwiona.
*Akademia – nie Gakuen Hetalia, tylko Gakuen Honkyuu (pamiętajcie, fanfick jest ogólnie rozpisany do AU). Różnica zasadnicza tkwi w tym, że nacje bywają nieraz nauczycielami, zaś moje wymyślone srebrne stworki – przeważnie uczniami. Przeważnie, nieraz... bo bywa i tak, że role się odwracają... ale o tym innym razem.
