Abaraia obudziły promienie słońca, okrutnie wdzierające się pod jego powieki. Przetarł oczy zaspany. Pamiętał, że jeszcze o czwartej wypełniał jakieś dokumenty. Wstał i poszukał wzrokiem kapitana. "Cholera! Jak mogłem zasnąć!" Krzyknął na siebie w myślach, wybiegając z pokoju. Musiał natychmiast znaleźć kapitana. Przy wyjściu wpadł na Ukitake.
-Ach, dzień dobry Abarai-fukutaichou.
-Dzień dobry, Ukitake-taichou.
-Właśnie cię szukałem. Potrzebuję pomocy przy pracy w ogrodzie. Kapitan Kuchiki powiedział, że będziesz w jego gabinecie i kazał przekazać, że jesteś zwolniony z dzisiejszych obowiązków.
-A gdzie jest teraz Kuchiki-taichou?
-Udał się do świata żywych na misję.
Abarai już bez zbędnych pytań udał się do baraków trzynastego oddziału.
Przy budynku trzynastki spotkali Kiyone i Sentarou. Renji poszedł z nimi do ogrodu, a białowłosy kapitan odpocząć na werandzie. Ciężko pracowali do zachodu słońca, a gdy ostatni suchy liść został usunięty z krzewów, czerwonowłosy pożegnał się z oficerami i pobiegł do łaźni odświeżyć się. Po pewnym czasie, gdy już poczuł, że mu wystarczy tej świeżości, wziął jeden z białych ręczników i zaczął wycierać swoje włosy. Drugą ręką szukał po omacku czyste kimono, które zostawił obok. Tyle, że go tam nie było. Rozejrzał się na boki i zobaczył radośnie chichoczącą Yachiru... z JEGO ubraniem.
-Ty mała...- Ruszył w jej kierunku, chcąc odzyskać własność, ale mała porucznik była szybsza i uprzedziła go skokiem przez okno. Nie zważając na brak okrycia, Renji pognał za nią. Na szczęście większość Shinigami przebywała już w swoich kwaterach. W końcu dopadł dziewczynkę niezauważony przez niepowołane oczy.
- Oczekuję, że masz dobre usprawiedliwienie na zaistniały incydent, w którym niewątpliwie bierzesz czynny udział, Abarai-fukutaichou.-Beznamiętny, ale mrożący do szpiku kostnego, głos rozległ się za plecami nagiego porucznika.
-Kapitanie Kuchiki... Właśnie porucznik Kusajishi...- Renji zaczął tłumaczyć się.
-Porucznik Kusajishi?- Byakuya powtórzył, dając mu do zrozumienia, by się nie pogrążał. Renji obrócił się i zobaczył jedynie porzucone kimono, na co zaklął cicho pod nosem.
-Najmocniej przepraszam, ale...- Powiedział Renji, kłaniając się. Byakuya zignorował go i odszedł nie czekając na resztę wyjaśnień. Renji miał z początku zamiar udać się do swojej kwatery, ale spotkanie kapitana przypomniało mu o poprzedniej nocy. Pospiesznie ubrał się i skierował swoje kroki do budynku szóstej dywizji.
Na pukanie odpowiedziało mu krótkie "Wejść." Wyglądało na to, że kapitan Kuchiki znów wypełniał raporty.
-Kapitanie, chciałbym przeprosić, że wczoraj zasnąłem podczas pracy.
Odpowiedziało mu jedynie skrobanie pióra o papier.
-Jeśli pozwolisz to dziś ja skończę za ciebie dokumentację.
-Nie ma takiej potrzeby.- Odpowiedział Byakuya. Po jakimś czasie, gdy nie usłyszał odpowiedzi, ani tym bardziej zamykania drzwi, spojrzał na mężczyznę. Niedostrzegalnie westchnął.
-Siadaj.- Rozkazał, wskazując na krzesło. Abarai z wyraźną ulgą wykonał polecenie i z zapałem wziął się do pracy. Dziś było mniej dokumentów, więc skończyli przed północą. Renji ziewnął szeroko, przeciągając się, a Byakuya układał ostatnie papiery na szczycie ich biurkowych Himalajów.
-Poruczniku Abarai, to już wszystko na dziś.
-Tak, kapitanie.- Renji poderwał się, ucieszony faktem, że dzisiaj będzie spać w łóżku. Spojrzał na Byakuyę, który również oderwał się od krzesła i skierował się do wyjścia. Lekko zarumienił się.
-Ee, kapitanie...?
-Coś nie tak, poruczniku? - Spytał Byakuya coraz bardziej czerwonego Renjiego.
-Pomyślałem, że musi być ci ciężko samemu ściągać kenseikan... Kapitan Zaraki ma taki problem z dzwoneczkami... więc...-Renji gubił słowa pod wpływem przenikliwego spojrzenia szarych oczu.
-Więc mógłbym je ściągnąć za ciebie?- Wyrzucił z siebie na jednym wydechu. Byakuya milczał.
- Tak. - Odpowiedział wreszcie Byakuya po niemiłosiernie długim czasie.
Renji powoli podszedł do kapitana (obawiając się, czy to pułapka mająca na celu wyeliminowanie go ze świata oddychających istot), który czekał na niego obok biurka. Stanął z prawej strony czarnowłosego mężczyzny i z wahaniem sięgnął po porcelanowe spinki. Ręce mu lekko drżały. Wspiął się na palce i wsunął dłoń we włosy Byakuyi. Oparł się piersią o bark kapitana i skupił na odpinaniu spinki. Byakuya podparł się palcami lewej ręki o blat biurka i przymknął oczy. Poczuł, że zapięcie spinki puszcza, ale palce jego porucznika ociągają się z opuszczeniem jego głowy. Delikatnie gładziły pasemka kruczoczarnych włosów. Wreszcie wysunęły się razem z kenseikan.
-Proszę, kapitanie.- Powiedział Renji, podając spinki Byakuyi. Miał lekko zachrypnięty głos. Czubki jego palców spoczęły przez chwilę na wnętrzu dłoni drugiego mężczyzny.
-Dziękuję, Renji.- Odpowiedział Byakuya odrobinę ciszej niż miał w zwyczaju mówić. Patrzył prosto w oczy porucznika. Stali tak w ciszy, którą burzyły jedynie ich przyspieszone oddechy. Renji wyrwał się z tej szarej głębi i cofnął. Coś na kształt zawodu mignęło w głębi oczu kapitana, by następnie rzuciły spojrzenie pełne wyzwania. Renji nie myśląc za wiele, złapał rękę Byakuyi i szarpnął, przyciągając go do siebie. Ich usta złączyły się. Obydwaj mężczyźni zamarli, jakby czekając na to, aż świat się zawali. Kilka uderzeń serca później Byakuya przeniósł swoją dłoń na tył głowy Renjiego i wpił się w jego usta. Czerwonowłosy nie pozostawał dłużny, starając się przejąć choćby na chwilę kontrolę nad sytuacją. Kuchiki jedną ręką zrzucił dokumenty zalegające biurko, drugą cały czas przytrzymując twarz Renjigo przy swojej. Renji oparł się tyłem o biurko co sprawiło, że był teraz uwięziony pomiędzy dwiema silnymi rękami czarnowłosego kapitana. Usta Byakuyi zsunęły się na szyję porucznika. Ten odchylił głowę i oparł łokciami o blat. Byakuya powędrował dłońmi na ramiona mężczyzny i wsunął dłonie pod kimono. Przesuwając dłonie, odsłaniał coraz więcej jego ciała. Zsunął się językiem jeszcze niżej, wędrując po tatuażach zdobiących ciało jego porucznika. Renji poczuł jak wilgotny mięsień zjeżdża bardzo nisko, jest już na granicy brzucha z pasem. Przez zamroczony umysł przemknęła myśl "Jeszcze żyję... dziwne...O NIE! BĘDZIE SIĘ ŚMIAĆ! NA PEWNO!" Prowadzony tą myślą uniósł się, by oderwać Byakuyę od rozwiązywania pasa. Było już jednak za późno. Delikatny uśmiech czaił się w kącikach ust czarnowłosego mężczyzny, gdy przesuwał smukłymi palcami po tatuażach znajdujących się na sterczącej męskości Renjiego. Popatrzył w oczy zawstydzonego porucznika i pochylił się, by złożyć głęboki pocałunek na jego ustach. Palce oplotły szczelnie męskość czerwonowłosego. Renji zacisnął dłonie na ramionach Byakuyi, a z pomiędzy zaciśniętych warg wydostał się jęk przyjemności. Byakuya przesunął językiem po ustach porucznikach i przylgnął do jego szyi.
-Byakuya...-Renji doszedł z imieniem kapitana na ustach. Byakuya wyprostował się, emanując nieokreślonym zadowoleniem i zlizał substancję ze swojej ręki, patrząc przeciągle w oczy porucznika. Renji przymknął oczy, zażenowany, i opadł na biurko. Odchylając głowę do tyłu, zobaczył sterty dokumentów walających się po kątach gabinetu.
-Ale narozrabialiśmy, kapitanie...
