Uwaga, spojlery!
Poprzekręcałam chronologię, pozmieniałam fabułę, ale jest tu też sporo spojlerów, które poznałam przypadkiem po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków i wskoczeniu na wiki, bo chciałam napisać o Denjim i Akim od kiedy pojawili się razem na ekranie.
Nie miałam jeszcze w ręce Chainsaw Mana po polsku, więc radzę sobie jak mogę z tłumaczeniem nazw. Oficjalnie pozwalam się śmiać.
Serce maszyny
Denji wyszedł z baru. Ciągle czuł w ustach smak palący gardło. To był jego… pierwszy pocałunek. Czy teraz każdy następny będzie mu tylko o tym przypominał? Makima powiedziała:
—Tak, zawsze będziesz wiedział, jak to smakowało. Ale pocałujesz jeszcze wiele osób. Przeżyjesz tyle i tyle doświadczysz, że nie znajdziesz dość czasu, by o tym pamiętać.
A potem wyjęła lizaka spomiędzy różowych ust i wsunęła mu go między wargi. Gdy wsiadała na tylne siedzenie czarnego samochodu, on wciąż się rumienił.
Poczuł ciężką rękę na swoim ramieniu. Himeno stała za jego plecami, lekko się chwiała i chyba chciała coś powiedzieć. Ale wtedy znikąd pojawił się Aki, więc tylko wciągnęła głośno powietrze i połknęła je. Zapalniczka zgrzytnęła kilka razy, gdy odpalał papierosa. Był uosobieniem rezygnacji po dwóch piwach, jakby go ktoś zapomniał wsadzić poprzedniego dnia do pralki. Chwiał się i pływał nie bardziej niż cały krajobraz, więc pewnie stał całkiem prosto, skurczybyk. — Ale leje — postanowił zauważyć Denji, takim tonem, jakby ktoś mógł wezwać diabła, żeby to zmienił.
—Trzeba was odprowadzić do łóżek. — Wypuścił z ust obłok dymu.
— Ocho, włączyła ci się troskliwość wstawionego — zaśmiała się.
— Jest piątek — powiedział, jakby to coś wyjaśniało.
— Cokolwiek tam sobie myślisz, żeby nie poczuć się jak kwoka — mruknęła wesoło. Światła miasta rozlewały się w kałuże. Przeszli już kawałek, gdy stwierdziła:
Chłopaki, mam tylko jedno łóżko. I żadnych futonów.
Denji szczeknął dziwnie. Aki bez zwłoki złapał go za kark koszuli i pociągnął do siebie.
— Oj! — warknął półdemon, zdziwiony.
— Spokojnie, idziemy do domu.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Denji zatoczył się na nogach i oparł się ciężko plecami o ścianę, gdy Aki wepchnął go do środka i zamykał za nimi drzwi. Czy nie powinien być bardziej trzeźwy niż był?
— Czy ty nie jesteś nieletni? - zapytał szybko Aki. — Powinieneś dostać sok pomarańczowy z grenadyną, a nie piwo. Już nie mówiąc o… ilu?
— Nie liczyłem.
— Nie liczyłeś?
— Umiem policzyć do trzech.
— Jasne.
Aki wyciągnął paczkę, całą wymiętoszoną i mokrą i westchnął ciężko. Podszedł do kaloryfera i położył tam pudełko.
— Jak psu z gardła wyjęte.
— Ej, to nie moja wina.
— Wepchnąłeś mnie do kałuży.
— Nie powinieneś był się dać — prychnął Denji bez sympatii.
— Widać jestem bardziej pijany niż mi się wydaje.
Półdemon westchnął i podszedł do jego wymiętej paczki, a potem wydłubał z niej kompletnie zmokły papieros.
— Co ty wyprawiasz?
— Piłem dziś. Równie dobrze mogę zapalić.
— Ej, ej, ej, oddawaj. — Aki wyciągnął rękę, ale nie zdążył. Papieros złamał się w pół w Denjiowych rękach.
— Oj. Trudno, wezmę następnego.
— Nie!
— Zasługuję na jednego.
— Niegrzeczny kundel! Oddawaj.
Denji bez słowa złapał kolejnego papierosa i złamał go szybko, patrząc na Akiego wielkimi, błyszczącymi oczami. Jęknął.
— Nie zdążyłem kupić drugiej paczki! Dosyć, idę do alkoholowego. - Co się potem stało, to Aki wyprostował się i ruszył do drzwi. Denji siedział tuż przy kaloryferze, ściskając powyginanego papierosa, patrzył na niego uważnie bez mrugania jak psychopata i bez słowa wplątał długie nogi pomiędzy kostki swojego landlorda, o które Aki potknął się całkowicie żenująco. Długa ręka Denjiego wystrzeliła z dołu i złapała go za spodnie. W miejscu, gdzie był jego tyłek.
— Zabieraj łapy!
— Jesteś kompletnie nawalony. Leje.
— Trochę dzięki temu wytrzeźwieję.
— Zostań. Już nie będę. Chciałem tylko pozbyć się smaku rzygów z tyłu gardła.
Aki spojrzał na niego spokojnie i ociężale usiadł obok niego przy kaloryferze, a potem zaczął grzebać po kieszeniach.
— Trzymaj. — Na jego ręce leżała paczka z gumą. Denji złapał go z jego ręki, jakby miał zaraz zmienić zdanie i wsadził sobie do gęby wszystkie kwadraciki, jakby ładował w siebie magazynek. — Nie ma za co. Znalazłem ją w swoim mundurze, kiedy dostałem tę pracę.
Denji nie przestał żuć z namysłem.
— Jak wysilę się bardzo, bardzo, to czuć jeszcze miętę. - Siedzieli chwilę w milczeniu. — To nic a nic nie pomaga.
— Umyj zęby.
— Ble!
— Mniej, niż to, z czym żyjesz teraz — odparł Aki ze zniecierpliwieniem.
— To był mój pierwszy pocałunek. Zawsze tak będzie.
— Pocałuje cię jeszcze mnóstwo osób.
— Makima też to powiedziała. Ale szczerze… kto mnie pocałuje? — Aki milczał. — Ej! To chyba moment, żeby mnie pocieszyć.
— Kto wie, może Makima będzie zainteresowana. To, albo jakiś wyjątkowo zboczony demon.
Denji zrobił sobie z ust wyjątkowo nieszczęśliwą podkówkę.
— Makima chce poczekać, aż pokonam Demona Broni.
Aki prychnął.
— To przygotuj się na długi celibat.
— Co, nie wierzysz, że mi się uda?
— Uwierz, chciałbym bardziej niż ktokolwiek, żeby ci się udało. — To zamknęło Denjiego skutecznie i spojrzał na niego ze zdumieniem. — Chciałbym go zabić sam, ale wiem, że pewnie nie dam rady.
— Z takim nastawieniem to szybko umrzesz, stary.
Aki spojrzał na niego z jakimś dziwnym smutkiem, który sprawił, że Denji miał ochotę wstać i bez słowa uciec albo chociaż odwrócić się i zacząć robić sobie kanapkę z marmoladą i dżemem, jakby nie było jutra, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobił, tylko siedział dalej i gapił się na te wielkie, smutne oczy. Przyszedł mu do głowy tylko jeden sposób, jak go wybić z tego głupiego nastroju. Bez słowa pochylił się i przybliżył się do jego twarzy, powoli, żeby Aki nie wyskoczył ze swojej skóry i by mieć czas na unik, jeśli postanowi mu wgnieść szczękę pięścią w mózg. Na peryferiach swojego wzroku zarejestrował zbliżającą się w jego stronę dłoń, ale Aki tylko położył mu ją spokojnie na piersi.
— Co robisz? — zapytał cicho.
— Próbuję cię pocałować.
— Po co?
— Nie wiem. Żeby przerwać te myśli, które masz w głowie?
— Chcesz mnie zdekoncentrować? — zaśmiał się, unosząc brwi.
— Każdy z nas może umrzeć. Ja mogę umrzeć tylko z jednym, zarzyganym pocałunkiem na koncie.
Aki chciał mu powiedzieć, żeby się odczepił i nie gadał głupot, ale prawda była taka, że przy ich pracy nie mógł tak powiedzieć, ponieważ równie dobrze Denji mógł umrzeć z tym jednym pocałunkiem jako całym swoim doświadczeniem wokół miłości. I chociaż oczywiście Aki nie był w nim zakochany, nawet nie lubił tego typa, sam musiał przed sobą przyznać, że to byłoby dość paskudne tak umrzeć. Westchnął.
— Ile ty właściwie masz lat?
— Nie wiem. Ale picie piwa jest bardziej nielegalne niż głupi pocałunek. A nie posuniesz się dalej, bo mnie nie lubisz, nawet pijany. Także możemy to zrobić na luzie i natychmiast zapomnieć. Tak naprawdę to mogę być starszy od ciebie. Ile ty właściwie masz lat? Kantujesz, kiedy kupujesz papierosy? — Aki rzucił mu spojrzenie.
— Całkiem dokładnie to przemyślałeś.
— Wcale nie. Pocałujesz mnie czy nie?
— Jesteś tego pewien?
— Bardziej pewien niż przy moim pierwszym. A wtedy byłem całkiem pewien, dopóki nie poczułem lawiny rzy…
— Mieszkamy razem. Nie chcę, żeby zrobiło się dziwnie.
— To tylko pocałunek. On nic nie znaczy.
— Nie pocałuję cię, zanim nie umyjesz zębów.
— No… nie bądź taki.
Aki oparł głowę o ścianę i wzniósł oczy do sufitu. Sufit odpowiedział milczeniem. Denji cały czas patrzył na niego wyczekująco jak drapieżny ptak.
— Dobra. Ale zrobimy to szybko. — Przetarł ręką po czole. — Bogowie, jestem pijany.
— To będzie twoja wymówka na jutro.
— Jeśli chcesz, żebyśmy to zrobili, lepiej nie mów już nic więcej. — Denji pochylił się w jego stronę i wypchnął usta jak wielki, mokry glonojad. Aki przemyślał swoje życiowe wybory. — Przestań wyginać twarz w ten sposób.
— A. To co mam robić?
— Rozluźnij się i ułóż usta normalnie. — Zawahał się. Rozłożył ręce i potrząsnął swoimi dłońmi stanowczo. — Zróbmy tak. — Zacisnął je powoli w pięści. — Pozwól mi się pocałować. — Odwrócił głowę w jego stronę. Pochylił się lekko. Denji wpatrywał się w niego z absolutnie niewinnym wyczekiwaniem. Przeklął się w milczeniu, gdy coś nieznośnie miękkiego poruszyło się w jego brzuchu. — Zamknij oczy i nie rób niczego dziwnego z twarzą. — Denji, co ciekawe, pierwszy raz wykonał jego polecenie bez słowa. Może całowanie go wpłynęłoby na ogólny współczynnik posłuszeństwa w jego oddziale. Zrozumiał, że teraz to już tylko staluje. Obrócił się w stronę Denjiego, zacisnął dłonie, może trochę za mocno, na jego mokrych ramionach, oblizał wargi i, nie wstając, dotknął jego ust. Były suche, z odrywającą się od nich skórą, zaniedbane i lekko opuchnięte, całkowicie chłopackie, ale po jego plecach przeszedł zimny dreszcz. Oderwał się od niego z lekkim cmoknięciem. Zawisł niezręcznie tuż Denji przygryzł wargę i otworzył powoli jedno oko.
— To już?
— Tak — powiedział Aki i trochę, tylko odrobinę, się znienawidził za to, jak załamał mu się głos.
— To dlaczego wciąż jesteśmy nos w nos? — zapytał powoli. Aki wciąż ściskał go za ramiona. Puścił je, jakby odklejał palce od szyby i zaczął się odsuwać. Nagle żylasta, opalona ręka wystrzeliła z dołu i złapała go za przód koszuli. Zmrużył oczy, czekając na zbliżającą się pięść. Nie zamierzał się nawet bronić. I dlatego zamarł w kompletnym, tępym zaskoczeniu, gdy te same suche wargi dotknęły jego ust. Szorstki język przesunął się po jego skórze. Zacisnął mocniej powieki i uchylił wargi, a wtedy wepchnął się cały prawie aż po gardło. Zakrztusił się od kwaśnego smaku. Chyba poczuł… krew. Oderwał się od Denjiego i kaszlnął.
— Nie jestem w tym zbyt dobry, co? — Potrząsnął głową, dalej kaszląc. — Nie mogę być taki kiepski, kiedy wreszcie pocałuję Makimę. Musi być idealnie.
— Nie musi — powiedział powoli. Denji już go nie trzymał, więc wycofał się plecami do ściany. — Czar nowego związku jest taki, że nie wszystko musi być idealnie. Będziecie się poznawać.
— Nie jesteś zazdrosny? Że Makima będzie moją dziewczyną.
— O co mam być zazdrosny?
— Myślałem, że ty też…
— Nie mam czasu na takie rzeczy. Z Makimą i z nikim.
— A masz czas na nie-związek?
Aki spojrzał na niego uważnie spod oka, opierał tył głowy o ścianę.
— Nie.
— Co?
— Cokolwiek planujesz: nie. Po pierwsze, jestem twoim przełożonym. To powinno ci wystarczyć, gdybyś miał mózg i szanował zasady, więc podam drugi powód: nawet mnie nie lubisz. Makima nie spodziewa się po tobie żadnego doświadczenia, więc wyluzuj. — Podniósł się z podłogi ociężale i podszedł do kuchenki, zrobić sobie herbatę. Otwarta kuchnia sprawiała, że nie miał ściany, za którą mógł się ukryć, ale herbata mogła pomóc na to… czymkolwiek to było. A przynajmniej na rosnące mu powoli w mózgu wielkie serce dzwonu, które pulsującym dźwiękiem waliło mu od środka w czaszkę. — I przestań obsesyjnie wałkować ten pomysł tym swoim jednotorowym mózgiem, bo się przegrzejesz.
— Daj spokój… chcę się nauczyć.
— Przestań jęczeć.
— I tak zamierzasz być sam. — Uderzył kubkiem o blat tak mocno, że prawie pęknął. — Jeśli mi pomożesz, będę słuchał twoich rozkazów.
— Powinieneś słuchać moich rozkazów, bo jestem twoim dowódcą.
Denji skrzyżował ręce na piersi i wyprostował nogi, zgrzytając piętami po podłodze.
— Ale nie słucham.
Aki zacisnął dłoń na uchu kubka i zapatrzył się w jego puste dno.
— To jest zły pomysł.
— Ja jestem sam, ty jesteś samotny. To idealny układ.
— Nie.
— Nie bądź taki. Nie chcę umrzeć, wiedząc, że prawie zaksztusiłem kogoś na śmierć swoim językiem i to w nieseksowny sposób.
Prawie powiedział mu „to nie umieraj". Obrócił się nawet i zamarł. Wszyscy umierali. Umierali szybko i brutalnie. Spojrzał na chłopaka. Zgodził się go wziąć do swojego mieszkania. Dlaczego? Może naprawdę był samotny. Potem będzie się czuł winny. Ale teraz świat wciąż obracał się jak kalejdoskop.
— Daj mi się zastanowić. — Wiedział, że jeśli da sobie czas do rana, nigdy się niezgodzi. Wiedział też, że Denji nie da mu żyć, jeśli będzie to w ogóle pamiętał. A pewnie będzie, skurczybyk, taki to już jego pech. — Muszę mieć… tydzień na zastanowienie się, żadnego zaczepiania. I nie musisz słuchać moich rozkazów. Nie z tego powodu. Po prostu słuchaj mnie, ponieważ mam rację. — Wzruszył ramionami z irytacją. — Po co ja to mówię.
— Będę kryć twoje plecy. Nie dam ci zginąć. Dopóki nie nauczysz mnie, jak to robić.
— Twoja moralność jest tak dziwna, że nie wiem, czy istnieje. Wystarczy, że ktoś pomacha ci cyckami przed twarzą i zgodzisz się na wszystko. Tylko ja nie mam cycków.
— Twój pocałunek mi się podobał. Chcę więcej.
— Naprawdę jesteś jak pies.
— Jak już uciekłeś do kuchni, to może zrobisz kanapki z dżemem i marmoladą?
Aki warknął. Przeszło mu przez głowę co najmniej pięć kąśliwych uwag i nawet nie zauważył, kiedy sięgnął po chleb. Coś mu mówiło, że to koniec, cokolwiek z tego wyjdzie, w jakiś dziwny sposób, niezależnie od wszystkiego, jest załatwiony. Tylko nie wiedział, jak.
— To było jednorazowe — mruknął do siebie, wyciągając gorące grzanki z tostera.
Denji wzruszył ramionami i nic nie powiedział. Aki, nawet stojąc do niego plecami, słyszał, jak kręcą mu się śrubki w tej jego pustej głowie.
pif, paf!
Kiedy tylko jego głowa dotknęła poduszki, na Akiego z pełną siłą spadła świadomość tego, co zrobił. Cała mgła zaspania, od dwóch godzin zbierająca się stopniowo w jego oczach, zniknęła i leżał, nagle kompletnie trzeźwy, z kołdrą zaplątaną wokół nóg.
Przez kilka kolejnych dni chodził wokół Denjiego jak ballerina i unikał go jak mógł, jednak półdiabeł nie wykonał w jego stronę najmniejszego gestu. Widocznie zapomniał, bo gdyby nawet wytrzeźwiał i zmienił zdanie, nie dałby mu żyć. W ciągu jednego dnia każdy w pracy wiedziałby, że Denji go pocałował i, co jeszcze gorsze, został pocałowany.
Aki czekał wciąż na atak. Gdy nie nastąpił, postanowił, że czuje ulgę.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Potem wielu mieszkańców Tokio twierdziło, że słyszeli bulgot. Jakby ktoś pił resztkę Coca-Coli z metrowej słomki. Nie wiedzieli, skąd pochodził. Niektórzy słyszeli go jak spod ziemi, inni w biurze na trzydziestym piętrze. Szybciej znikał niż się pojawiał. Nikt nie wezwał służb czyszczących. Ani hydraulika, ani, tym bardziej, diabelnych łowców.
Dziwne dźwięki prowadziły tylko do łapania się za brzuchy, częstszego dzielenia się jedzeniem w podejrzanych, szkolnych stołówkach, zamiast kupowania z kafeterii i do wielu niezręcznych chwil w miejskich toaletach. Jako, że był to dźwięk uważany za wstydliwy, niezależnie od tego, jak został zinterpretowany, wszyscy zainteresowani próbowali o nim czym prędzej zapomnieć.
W końcu studzienki od kanalizacji zaczęły się zapychać, a tu i ówdzie woda wytryskiwała nagle ku górze i kałużowała smrodliwe po ulicach. Wysłano ekipę do ścieków. Nigdy nie wróciła. Wkrótce telefon Makimy rozdzwonił się na biurku.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Denji podniósł nogę i zatrząsł siedzącą na niej kupą. Rozbryzgnęła się tak skutecznie, że wylądowała na Akim oraz Himeno, chociaż stali na dwóch różnych ścieżkach, pomiędzy którymi płynęła wartko rzeka podziemnych ścieków.
— Czy to tylko ja, czy zawsze to my dostajemy najbardziej gównianą robotę?
— Brzmiałoby to lepiej, gdybyś najpierw nie strząsnął na mnie swojego gówna — mruknął Aki, oglądając nogawkę. Nie zerknął na Denjiego, starał się nie patrzeć na niego od tygodnia, co było tym trudniejsze, że spędzili go na tych samych dwudziestu metrach kwadratowych. Ale to nie przeszkodziło mu narzekać, tak w puste powietrze. — Naprawdę próbowałem ominąć je wszystkie.
— Ej, to nie moje.
— Stało się twoje, gdy trafiło na twojego buta. I nawet nie próbuj wejść w tym ubraniu do mieszkania.
Denji pochylił się i zajrzał mu od dołu prosto w oczy.
— Mam się przedtem rozebrać? — wyszczerzył zęby. Aki, wbrew swojej woli i latom treningu, drgnął.
Himeno zanuciła pod nosem.
— Makima chyba nas nie lubi.
— Masz na myśli to — zrobił ręką koło, wskazując na panujące wokół okoliczności przyrodnicze. — Czy coś więcej?
— Mam na myśli naszą dwójkę. Wiesz, kto teraz ze mną mieszka? — wskazała brodą Demona Krwi, który w tej chwili skakał po ścianach, omijając parkourem rozbryzgi brudu. — Ej, rozumiesz, że nie wszystkie bakterie są widoczne? Będziesz się musiała umyć później. — Mocka prychnęła i pogroziła jej pazurami, a potem pognała sufitem w dół korytarza. Zniknęła za rogiem i nagle usłyszeli przeciągły pisk. Himeno i Aki wymienili się spojrzeniami i ruszali za nią.
— Ale zajebiste! — krzyknęła. Tuż przed nią rozciągała się wielka paszcza krokodyla. Zajmował cielskiem cały korytarz. Kłapnął zębami ledwo, ledwo, ale nie poruszył się. Aki podszedł do niego powoli i zajrzał w okolice jego boku.
— Wygląda na to, że utknął.
— Czy to ta wasza Gadzilla? — krzyknęła Mocka, podskakując z ekscytacji i zaglądając mu w zęby.
— O ja, totalnie! — Denji dodreptał się do nich i, zafascynowany, natychmiast podbiegł i przykleił się obok Mocki wzrokiem do zębów wielkości jego głowy. Aki odkrył, że musi powstrzymywać się, żeby nie podejść, złapać go za fraki i wytrząsnąć z niego całą tę jego niemożliwą nieostrożność. — Miałem z nią kiedyś koszulkę. Dziurawą. Wygrzebałem ją śmietnika. Nieważne. Jestem wzruszony, że mogę poznać! — wyciągnął rękę prosto w wielką paszczę. Aki niemal teleportował się w powietrzu. Paszcza rozwarła się i dziubnęła jego rękę jak wielka ryba robaka na haczyku. Usłyszeli warkot silnika. — Ale eeekstra!
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Gdy wydrapali się ze studzienki i Makima poklepała ich po plecach z lakonicznym uśmiechem, oczywiście metaforycznie, ponieważ byli cali w ściekach, kiedy wszyscy wreszcie rozjechali się, a Himeno zaciągnęła Mockę do pobliskiego jeziora na nielegalne kąpanko, Aki rzeczywiście zrealizował swoje marzenie. Złapał Denjiego za kołnierz i wepchnął do najbliższej ślepej uliczki z zamiarem oblania go największym w świecie ochrzanem, chociaż sam nie wiedział do końca za co, bo wszystko się udało. Denji własnoręcznie przeciął diabłu łeb i tylko krew o mało nie utopiła ich wszystkich, gdy buchnęła z pancernej szyi.
Tym niemniej Aki skończył, z cichym waknięciem przyciskając go do ściany w jakimś zaułku tuż obok śmietnika. W tym momencie był już kompletnie znieczulony na zapachy i puszczał gniew wszystkimi porami skóry razem z potem, więc było mu wszystko jedno.
— O rany, mam przypomnienie z naszej pierwszej bitki! — Denji wyszczerzył ostre zęby. — O co tym razem nam pójdzie?
— Jesteś głupi — skonstatował, patrząc mu prosto w roześmiane, brązowe oczy.
— E, nie mów tak, bo jeszcze uwierzę — mruknął Denji, całkowicie tracąc zainteresowanie i zaczął sobie dłubać w uchu.
— Mówię poważnie. Nie jesteś nieśmiertelny.
— Wygląda na to, że trochę jestem.
— Możesz znieść więcej niż ja, Himeno, nawet Diabeł Krwi. Ale to nie znaczy, że musisz ryzykować.
— Ryzyko daje adrenalinę. Adrenalina pozwala mi wyciągnąć zawleczkę. Wiesz jak to działa, cały ten jazz.
— Nie musisz się pakować potworom w zęby. Jesteśmy drużyną. Działamy razem. Robimy plan.
— Jeszcze niedawno miałeś to gdzieś. Co się zmieniło? Zrobiły ci się w sercu jakieś uczucia? Wybacz, dalej chcę być z Makimą. — Aki patrzył mu w oczy szeroko, jakby zaraz miała mu pęknąć żyła, a potem puścił go bez słowa i odwrócił się do niego plecami. — Nie obrażaj się. Co powiesz na mały całus na zgodę.
Aki niemal jęknął. I to tyle jeśli chodzi o nadzieję, że Denji jakimś cudem zapomniał, co się stało i nie będzie go dręczył.
— Idź i zdychaj.
— I to rozumiem. Dokąd idziesz?
— Do domu.
— Dlaczego? Minął już tydzień i nawet jednego skubnięcia w policzek z twojej strony. Co jest?
— Nie podpisywałem żadnego cyrografu.
— Bardzo śmieszne.
Aki wciąż stał plecami do niego, ale przynajmniej zatrzymał się. Opadły mu ramiona. Denji zastrzygł uszami. Czyżby miękł?
— Byliśmy pijani. To nic nie znaczy — odparł, patrząc w ziemię. — Policz to sobie do listy zasług i zapomnij.
— Wiem, że to nic nie znaczy. Ale możemy to kontynuować.
— Po co?
— Z nudów. I dlatego że wszyscy inni padają trupem.
Plecy Akiego zesztywniały.
— Dla własnego dobra lepiej przestań mówić. Teraz.
— Daj spokój. Sam przyznałeś. Mam większą szansę na przeżycie. Pomyśl, nie będziesz się musiał czuć winny… aj! — Aki obrócił się na pięcie i przyszpilił go do ściany.
— Zamknij się.
— …A ja nie będę opłakiwać ciebie.
Chwilę mierzyli się wzrokiem. Denji stał z uniesionymi rękami, że on to niby nigdy nic i Aki po prostu nie mógł tego znieść. Nagle wyciągnął w jego stronę głowę do przodu tak, że skóra na jego szyi naciągnęła się na ścięgnach.
— Co robisz? — zapytał, ale nie odsunął się. Denji wciąż nie przerwał połączenia wzrokowego między nimi, aż jego usta zawisły kilka centymetrów od jego twarzy. I wtedy skończyła mu się szyja. Przez ułamek sekundy trwali tak w zawieszeniu, Denji z idiotycznie wyciągniętą szyją i Aki, gniotący mu przód koszuli. Kątem oka zauważył żylastą, opaloną rękę, skradającą się powoli do jego tyłka. Puścił go jak oparzony i, nie oglądając się za siebie, cały sztywny z wściekłości, zniknął za rogiem. Denji oblizał spierzchnięte usta.
— Co za tchórzliwy dupek.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Nastąpiła kolejna faza nie-całowania-się, w opinii Denjiego znacznie bardziej frustrująca, ponieważ Aki objawił niezwykły talent w znikaniu na całe dnie i po prostu nie było go kiedy zaczepić.
Brał jakieś obsrajmisje, aż nagle, pewnego dnia, Makima wezwała ich do biura, bo w jakimś hotelu pojawił się ślad Demona Broni, więc pobiegł tam jak pies z merdającym ogonem. I wtedy Aki postanowił wziąć za niego nóż pod żebro.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Aki leżał w łóżku i starał się brać możliwie płytkie, nic nie znaczące oddechy. Zaciągnął rolety na oknach i próbował uciec od bólu w sen. Dlatego zamknął całkowicie przytomne oczy i westchnął ciężko, próbując poprawić się na poduszce. Zgiął przy tym lekko brzuch i jęknął z bólu. Zaczął łapać powietrze szybkimi, szeleszczącymi oddechami i zacisnął mocno powieki. Dlatego dopiero w ostatniej chwili usłyszał szurnięcie drzwi i prędki tupot bosych pięt, walących o podłogę. Nagle poczuł, jak poduszka zostaje wyszarpnięta spod jego głowy.
— Poczekaj, poprawię ci! — Denji klepał jego poduszkę, aż zaczęło latać pierzę. Aki złapał go szybko za nadgarstek. Głowę położył na płasko na prześcieradle.
— Nie trzeba — odparł.
— Rany, tylko próbuję pomóc — mruknął, przewracając oczami.
— Spokojnie — przełknął głośno i zacisnął rękę mocniej na jego nadgarstku uspokajająco. — Właściwie tak jest mi wygodniej. — Ale może zrobisz mi herbatę?
Herbata była zalana na zimno i znalazł na jej dnie grubą warstwę cukru razem z fusami, więc zamruczał tylko, jakby mu smakowała i odłożył na szafkę nocną. Przez cały ten czas Denji wisiał nad nim jak smętny pytajnik. Aki uniósł brwi.
— Dziękuję za herbatę — powiedział. Denji nawet nie drgnął. Aki przymknął oczy. — Nic więcej mi nie trzeba. Muszę tylko odpocząć.
— Zasłoniłeś mnie — wyrzucił z siebie.
— Taak. Pamiętam. Byłem tam.
— Bez powodu.
Aki prychnął i zaraz tego pożałował, bo poczuł to we wszystkich żebrach po prawej.
— Nie mogę pozwolić, żeby moi podwładni dźgali się nawzajem.
— Tak, dużo lepiej, żeby dźgali ciebie. Mogłeś zrobić dużo rzeczy. Mogłeś złapać jej rękę. Mogłeś wreszcie pozwolić jej mnie dźgnąć. Dobrze wiesz, że nic by mi się nie stało.
Aki przesunął głowę na bok i przyjrzał mu się dokładniej.
— Martwisz się? — zapytał ze słabym uśmiechem.
— Nie, to ty się martwisz. Wydaje mi się, że było coś takiego. Chłopak zasłania dziewczynę od zdradliwego ostrza miecza i potem się całują i w ogóle, kiedy leży na podłodze i krwawi, więc przyszedłem po pocałunki, co nie? — Nagle pochylił się i znalazł tuż przed jego twarzą. Zły ognik błysnął mu w oczach i jego uśmiech wydał się nagle znacznie bardziej drapieżny. Gapili się na siebie. — To co teraz?
Aki podtrzymał mu pierś ręką.
— Uważaj na żebra.
Denji podtuptał bliżej jego głowy.
— Czy będziemy całować się pod kątem?
— Nie.
— Przyniosłem ci herbatę.
— Osłoniłem cię I mam sześciocentymetrową dziurę w żebrach.
— No właśnie. — Zamrugał. — Mogę cię pocałować z wdzięczności. Tylko nie umiem tak bokiem. W sumie ogólnie nie umiem.
— Jesteś tak umęczliwy, że sam nie wiem, po co jeszcze czekasz na moją zgodę.
— W sumie racja.
Denji zamknął oczy i pochylił się o te kilka brakujących centymetrów. Tym razem szyja go nie zawiodła i pocałował Akiego, wpatrującego się w niego z irytacją, prosto w otwarte usta i wepchnął mu kolejny argument z powrotem do gardła swoim językiem. Tym razem Aki się poddał. Zmrużył oczy i delikatnie prześlizgnął się swoim własnym językiem po bezczelnie rozpychającym się intruzie. Denji jęknął cicho w jego usta.
Do diabła z tym. Później wymyśli dla siebie odpowiednią wymówkę. Był zmęczony. Miał za dużo leków przeciwbólowych.
Nie był dotykany przez nikogo od paru miesięcy.
Uniósł dłoń i zatopił palce w rudych włosach. Kosmyki śliskie od potu, skóra gorąca niemal parzyła jego palce. Przechylił trochę głowę, by lepiej dostosować się do ust Denjiego. Lekko cofnął podbródek. Półdemon jęknął w proteście. Aki pogłaskał jego głowę uspokajająco, delikatnie przytrzymał i zaczął ssać jego język. Denji mruknął. Prześlizgnął się językiem po jego ustach. Łaskotało i zadrżał, gdy śliskie, mokre usta zsunęły się do jego warg. Próbując dostosować się lepiej do pozycji jego ust, Denji przesunął tyłek i prawie spadł mu na żebra.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Aki ocknął się nagle w środku nocy i od razu wiedział, co go obudziło. Denji stał nad jego łóżkiem, przetupując z nogi na nogę, z poduszką ściśniętą w ręce, jakby był sześciolatkiem, któremu przyśnił się koszmar. Aki chciał go spławić. Żebro wciąż go bolało i był pewien, że z napalonym chłopakiem pod jedną kołdrą naprawdę nie da rady się wyspać. Ale jakoś nie mógł.
Czytał jego akta i wiedział, że Denji prawdopodobnie nigdy nie miał nikogo, komu mógłby się wślizgnąć do łóżka w środku nocy.
Westchnął i szarpnął przeciwny od się siebie róg kołdry do góry. Denji podkoczył do jego drugiego boku w kilku dużych susach, wślizgnął się pod kołdrę, zwinął w kłębek, plecami do niego i zasnął w jakieś dwie sekundy, nim jeszcze jego głowa ułożyła się porządnie na poduszce. Aki zamrugał w ciemności. Cóż, to był trochę niespodziewany obrót rzeczy.
Pif, paf!
Tego dnia obudził się i odkrył na swojej piersi zbłąkaną, długą rękę. Denji zrobił sobie zwyczaj ze spania w jego łóżku. Mniej więcej raz na dwie godziny próbował udawać, że przez sen przypadkiem łapie go za tyłek. Całowali się przed wstaniem przez kilka długich minut między jednym a drugim budzikiem. Czasem Denji kradł mu jeszcze pocałunek lub dwa, gdy mijali się w drodze do łazienki. Aki robił mu kanapki z dżemem i marmoladą i nie reagował, gdy malinowe gluty lądowały na wszystkich meblach w mieszkaniu. Czasem udawał, że śpi i nie zauważył, jak ręka ściska mu pośladek. Weszli w swojego rodzaju rutynę, mały, milczący układ i tylko z powłóczystych spojrzeń, jakie rzucał mu Denji, gdy myślał, że Aki jest zajęty i nie zwraca na niego uwagi, można było się zorientować, że przestaje mu to wystarczać.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Stali naprzeciwko kiepskiej, wnerwiającej kopii Denjiego. Aki ściągnął go z ścieżki lotu pocisku, a on w odpowiedzi przydeptał mu miecz i nie pozwolił mu go użyć, ponieważ w swojej nieskończonej głupocie Aki zdradził mu pewnej nocy, że za każdym razem pożera mu część życia. Musiał dojść do siebie po tym, jak wnerwiający idiota-półdiabeł-ryba-młot uciął mu połowę ciała i na te kilka chwil reszta drużyny musiała go bronić. Co znaczyło, że Aki musiał go bronić. Został wgnieciony w chodnik tak, że prawie słychać było łamiące się kości. Wtedy stały się dwie rzeczy. Himeno próbowała poświęcić się swojemu Diabłowi. Mocka kazała się jej zamknąć i schować swoje głupie zauroczenie do kieszeni, a potem wyciągnęła Akiego spod miecza. Nikt nie wiedział, że potrafi być taka szybka. Być może sama tego nie wiedziała. Podskoczyła do Denjiego i nakarmiła go swoją krwią.
— Szlag! Muszę jeść więcej surowego mięsa! — mruknęła i zemdlała.
Aki podniósł się ciężko z ziemi, nogi uginały się lekko pod nim i chyba miał podwójne widzenie. Spojrzał na rude włosy Denjiego, błyszczące w gorącym, południowym słońcu jak aureola. Ale wdepnął.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Aki zawsze myślał, że dostanie jakieś ostrzeżenie. Miał miecz, który mówił mu, kiedy umrze. Co prawda dawno z nim nie rozmawiał i nie pozwolił Demonowi w swoim oku zdradzić mu, jak umrze.
Ale jakoś spodziewał się, że przybycie Demona Broni zostanie opatrzone jakąś zapowiedzią. Plagą, potopem, telefonem od Makimy.
Do niedawna to nie miało najmniejszego znaczenia. Ale teraz, w jakiś sposób, było inaczej.
Patrzył na Denjiego, jak zawsze idiotycznie pewnego siebie, z czystym przerażeniem. Na moment przed walką złapał jego wzrok i chciał mu coś powiedzieć, ale słowa utknęły w jego gardle.
Denji zmarszczył brwi i powiedział zupełnie nietypowo dla siebie, całkowicie poważnie:
— Później.
W tamtym momencie to Denji stał się jego dowódcą. Nie wiedział tylko, że nie miało być żadnego później. Nie dla Akiego.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Denji wbiegł do domu. Makima zwolniła go ze swojego biura, ani słowa o ich umowie. Technicznie, na koniec, to ona pokonała Diabła Broni. W tym momencie Denji nawet nie był w stanie jakkolwiek o to dbać.
Jego ręce drżały, pokryte krwią. Gdzieś głęboko w sobie nie umiał Makimie wybaczyć, że kazała mu puścić ciało Akiego.
— Jest martwy — powiedziała tym swoim patologicznie uspokajającym tomem i Denji po prostu nie był w stanie tam zostać. Pobiegł do domu, jak ostatni tchórz, nie czekając, aż zapakują go do karetki, czy… w cokolwiek się pakuje ludzi w sposób oczywisty ostatecznie i nieodwracalnie martwych.
Nie zamknął drzwi wejściowych. Aki zawsze to robił. To był jeden z punktów ich dawnych, zwyczajowych kłótni, nim jeszcze zaczęli… cokolwiek między nimi było.
Wszedł do łazienki i zawisł nad kranem, ale nie potrafił odkręcić wody. To był ostatni ślad Akiego, jaki miał.
Usłyszał zgrzyt otwierających się drzwi wejściowych.
— Ktokolwiek tu przyszedł… Wynocha! — krzyknął i pchnął plecami drzwi do łazienki. Wypadł na korytarz i zamarł. Za otwierającymi się drzwiami stał Aki, w poplamionej od krwi i brudu koszuli i z lufą pistoletu, wystającą z jego czoła.
— Ty… — warknął i wzrok mu zbielał z furii. — Ty!
— Oddaj mi swoje serce — wycedził zacinającym się głosem.
— Zabiję!
Zapomniał o uruchomieniu Pakity i rzucił się na niego, jakby miał go rozszarpać żywcem. Aki, nie, Dis z twarzą Akiego, złapał jego ręce z doskonałą pewnością. Wciąż wiedział, co stanie się za najbliższe pół sekundy. Do diabła!
— Od-d-daj mi swoj-je serce — powiedział spokojnie, prawie przyjaźnie, potwór, który zabrał mu jedynego bliskiego człowieka.
Ściskał jego ręce pewnie, ale nie złamał ich. Nie zmieniało to faktu, że nie był w stanie mu się wyrwać. Jego ręce trwały nieruchomo w ucisku jak w żelaznych okowach bez łańcucha.
— Jeśli chcesz mieć moje serce, lepiej oddaj mi Akiego… bydlaku — krzyknął kompetnie idiotycznie.
— D-da ś-się zr-robić — odparł Dis i Denji odniósł wrażenie, że zabrzmiał przy tym dziwnie wesoło.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
— Jak to działa? Podpisujemy jakiś papier i wyrywasz mi serce? — Denji nie miał pojęcia, jakim cudem jest taki spokojny. Siedział na kanapie, a Aki, Demon Broni, stał nad nim i patrzył tym swoim dalekowzrocznym okiem. Nawet go nie trzymał, tylko górował nas nim i patrzył, lekko przechyliwszy głowę w bok, jakby mu ciążyła.
— Dobrz-rze wiesz-sz, że nie.
— Lada chwila pojawią się tu Łowcy.
— Ostrzegasz-sz. Mnie? Zostawiłem im inne roz-zrywki, spokojnie. Taka jest zaleta bycia w w-w-wielu miejscach jednocześ-śnie. Mamy trochę więcej czasu dla sie-siebie.
— Czy Aki będzie żył? Czy będzie… sobą?
— Tak. Nie poż-żarłem jego dusz-szy. Będzie miał… b-bliznę na cz-czole. Ale nie uszkodziłem mózgu, jakk-kolwiek źle by to wy-wyglądało.
— Jeśli on umrze i tak nie zwrócisz mi mojego serca — mruknął Denji ponuro. Aki tylko patrzył na niego nieruchomo. Chciał wiedzieć jeszcze tylko jedną rzecz. — Czy Pakita umrze, kiedy zabierzesz mi serce?
Dis przyjrzał mu się badawczo i po chwili zawahania, jakby szukał jakiejś zagubionej informacji w głowie, odpowiedział:
— Nie.
Klepnął rękami w spodnie i wstał.
— Dobrze, to jak to robimy?
Byli mniej więcej tego samego wzrostu. Demon Broni przechylił głowę jeszcze trochę. Denji patrzył, jak powieki zamykają się na jego trupich oczach, jego zbliżającą się, pokrwawioną twarz i jak miękko przytula wargami jego usta. Denji poczuł zimno lufy na skroni. Wbiła się lekko, gdy Aki pogłębił pocałunek. Denji wpatrywał się w jego przymkniętą powiekę w szoku, a potem po prostu… zamknął oczy. Poczuł, jak zimne ręce zsuwają z niego kurtkę, a potem sięgają po guziki. Płynne żelazo na jego języku.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Ktoś pomyślałby, że seks pomiędzy dwoma potworami będzie brutalny. Denji myślał, że jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie między nimi, będzie dziwnie i zabawnie. Że on wysmaruje sobie tyłek tłuszczem do smażenia prosto z patelni, Aki nazwie go deklem, a potem będzie ostro i niezręcznie i będą gadali między sobą sprośne przekleństwa, a potem jeden dojdzie drugiemu na twarz albo wejdzie szybko i będzie się lało, jak w pornosach. Aki przyciskał go do pościeli, obejmował i całował po szyi, łaskoczącymi, elektryzującymi pocałunkami. Rolety w pokoju były jak zawsze zasunięte. Denji patrzył na półmrok sufitu. Czuł na boku głowy chłód metalu. Objął blade, szerokie plecy niezręcznie i ostrożnie spojrzał na twarz Akiego. Była blada, pokryta brunatną, zakrzepłą krwią i siniakami i miała na policzkach delikatny, różowy rumieniec. Co jakiś czas pomrukiwał cichutko.
— Aki?
— Jeszcze nie. — Oderwał się od niego i zsunął powoli w dół. Denji poczuł, jak jego tyłek jest podnoszony do góry i pisnął, gdy poczuł mokry język pomiędzy swoimi pośladkami. Do głowy przyszła mu idiotycznie niezręczna myśl. Czy się dzisiaj mył? Czuł, jak pokrywa się rumieńcem. Nie mógł powstrzymać się przed wydawaniem miękkich, nagłych dźwięków, gdy czuł poruszający się w sobie język.
To wszystko, co kiedykolwiek będzie miał. To więcej niż rzeczywiście myślał, że kiedykolwiek dostanie. I Aki będzie żył.
Dis splunął sobie na rękę. Denji widział rytmiczny ruch jego łokcia. Znowu podniósł się i powoli przykrył go sobą. Nagle oderwał głowę od jego szyi i zmarszczył brwi.
— Musimy się pospieszyć — wydyszał, spoglądając mu w oczy spod wpółprzymkniętych powiek.
— Mhm — mruknął z roztargnieniem i objął go. Dis opuścił głowę, wgniatając lufę w poduszkę i prychnął mu śmiechem w załamanie szyi. Denji poczuł, jak jego biodra się uginają, jak wślizgują się pod niego, wgniatając niemiłosiernie materac i pojawił się nacisk na jego pośladkach. Denji był zaznajomiony z bólem, więcej, lubił ból i to jeszcze nim został półdiabłem. Dlatego pchnął swoim ciałem do dołu bez momentu zawahania. Dis stęknął i zacisnął dłoń na jego barku, a potem uniósł się i zaczął rozpychać się w nim powolnymi ruchami. Denji jęknął, przymknął oczy i wepchnął tył głowy w poduszkę. Głowa opadła mu lekko w bok, gdy dyszał z przyjemności, sunąć rękami po ciele Akiego, aż zacisnął dłonie na jego biodrach.
— Denji? — Diabeł Broni drgnął w nim. Powieki o rudawych rzęsach zadrżały, Denji obrócił lekko głowę i spojrzał w górę. Błękitne oczy Akiego patrzyły na niego ze zdziwieniem. Jego wzrok zjechał w dół i wyostrzył je czysty terror. Z cichym jęknięciem sięgnął ręką w stronę swojej twarzy, gdzie odnalazł świeżą krew. Swoją krew.
— Aki — Denji wyszeptał z ulgą i doszedł na jego brzuch z dziwną lekkością w sercu. Dotknął palcami swojej piersi. Jak to będzie stracić serce? Czy po prostu… umrze? Czy Pachita umrze? Diabeł obiecał, że nie.
— Co… się… dzieje? — Jego biodra wciąż poruszały się wbrew jego woli. Wewnątrz Denjiego. — Co ja… robię?
Denji uniósł swoją żylastą, długą rękę i przytulił mu dłoń do policzka.
— Wszystko jest dobrze. Dokończ. — Aki chciał protestować, ale jego brzuch wypełniała żądza i coś jeszcze. Jakaś odrażająca, gniotąca jego świadomość, obecność. Jego głowa pulsowała i miał ochotę wrzeszczeć z bólu, ale jego ciało nie chciało się zatrzymać. Denji powoli wsunął mu swój kciuk do ust. — Chciałem tego. — Jego zęby zacisnęły się i poczuł w ustach metaliczny smak krwi. Rzecz w tym, że nie był tylko metaliczny, ale słodki, cudowny… palony, jak karmel. Roztopił się na jego języku jak czekolada. Denji patrzył na niego spod przymrużonych powiek. Jego pociemniałe, czekoladowe oczy błyszczały spomiędzy rzęs. Aki pochylił się, by go dotknąć, objąć.
— Zabij mnie — szepnął nagląco. Denji szarpnął się do góry. Aki doszedł cicho, z zębami, wgryzionymi w szyję i giętkim językiem, zlizującym jego krew.
— Wszystko jest dobrze — powiedział Denji, jakby się zaciął, przyciskając go do siebie. — Umarłeś, ale zaraz Diabeł Broni cię uwolni i będziesz żył.
— Co zrobiłeś! — krzyknął Aki z przerażeniem, próbując się wyszarpać z jego objęć. Denji okazał się od niego silniejszy. Widać Diabeł Broni nie zamierzał mieszać się w tę ich kłótnię.
— Zrobiłem z nim układ. Wszystko dobrze, Aki.
— Jestem Disem — skonstatował martwo.
— To chwilowe — powiedział Denji drżąco. — On zaraz wyjdzie.
— Co zrobiłeś, Denji. Co mu powiedziałeś!
— Zawsze dbałeś o mnie, naprawdę jako jedyny dbałeś, więc ja też…
— Ofiarowałeś mu swoje serce — powiedział Aki, wpatrując się w niego strasznym wzrokiem, któremu nie pomagała krew, płynąca do jego oczu z rany na czole. — Ty niemożliwy idioto. Nie możesz tego zrobić.
— Już to zrobiłem — odparł, unosząc mu do oczu swój ugryziony palec.
— Dlaczego? — odpowiedział słabo.
— Tak jak powiedziałem… Traktowałeś mnie okej — odparł żałośliwie.
Aki pokręcił głową z niedowierzaniem.
— Nie na tyle, żebyś poświęcał się dla mnie. Jestem martwy, Denji, to tylko powłoka. W środku jestem jedynie potworem.
— Nie — odparł, kręcąc powoli głową.
— Bycie Disem jest nieodwracalne.
— Nie.
— To niemożliwe, Denji.
— Możliwe, przecież… ja istnieję!
— To nie… — Aki zatrzymał się. — A więc to tak. Jaki układ miałeś z Diabłem, jaki dokładnie, słowo w słowo?
— Że będziesz żył. Że nie zniszczył twojego mózgu i możesz wrócić.
— Jestem taki jak ty. Jak ty i twój diabeł.
Ten moment wybrały sobie wszystkie oddziały łowców, żeby zwalić im się przez okno. Aki pisnął i złapał za kołdrę. Aki podniósł się i zeskoczył z łóżka. Zmiana była błyskawiczna. Lufa w ćwierć sekundy wystrzeliła i stał się na powrót Diabłem Broni. Himeno na ich widok zachwiała się ręka, ale szybko odzyskała swoją lodowatą krew i wycelowała w Akiego.
— Nie, czekajcie, nie strzelajcie w niego! — zaczął protestować Denji, owijając się prześcieradłem.
— Co tu jest grane — wycedziła. — Denji?
— To dalej jest Aki… w pewnym… sensie.
Himeno lekko opadły ramiona.
— Nie wiem, co tu się dzieje, ale zostałeś oszukany, Denji.
— Nie, nie, zrobiłem z nim układ.
Makima wdrapała się na okno i weszła z gracją do środka.
— Jaki układ? — zapytała, a jej uśmiech mógł ciąć szkło.
— E, oddałem mu swoje serce — podrapał się po głowie. — Sory.
Makima patrzyła na niego chwilę kompletnie nieruchomym wzrokiem, a potem powiedziała:
— Acha. Oddziały jeden, dwa, siedem i cztery: idziemy. A was dwóch spodziewam się jutro z samego rana u mnie w biurze. Ubranych.
— To tyle? — krzyknęli jednocześnie Mocka i Denji. Demon Broni tylko milcząco kiwnął głową, obserwując ją ponuro.
— Denji, cieszę się, że znalazłeś kogoś, kogo lubisz bardziej ode mnie — uśmiechnęła się w stronę Demona Broni, który wpatrywał się w nią nienawistnie jak jadowity wąż, czekający na okazję. — Czasami, kiedy jakaś osoba lubi kogoś bardzo, bardzo, ma ochotę mieć jego serce na własność tak… metaforycznie. Nie ma się czego wstydzić.
— Nie możemy tak tego zostawić — zauważyła oschle Himeno.
— Będziesz razem z nami polować na inne diabły, Aki, Demonie Broni? — zapytała Makima, nie tracąc uśmiechu.
Obrócił głowę i spojrzał na Denjiego.
— Tak — odpowiedział po prostu.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Potwór, który zabił całą jego rodzinę zmiatając ją z powierzchni ziemi , żył teraz w jego ciele. Stał pod prysznicem, patrzył na swoje ręce, na które skapywała woda i zastanawiał się, czy to rzeczywiście on utrzymuje je w powietrzu.
Zarejestrował obecność Denjiego za drzwiami, nim jeszcze go usłyszał. Nie wiedział, jak to robi. Zabijał diabły przez ściany, po prostu wchodząc do budynku i strzelając w sufit. Zawsze omijał cywili. Nie wiedział, jak mógł sam sobie ufać, ale wciąż chodził na misje. Cały dodatkowy oddział obserwował tylko jego plecy. Wiedział, że mógłby ich wszystkich zabić. W sekrecie przed Denjim przyniósł trzy rezygnacje. Makima je wszystkie podarła.
Aki bez słowa zrobił miejsce pod prysznicem. Denji wślizgnął się do kabiny. Włosy natychmiast przylepiły mu się do czoła pod strumieniem. Aki przesunął je kciukiem. Denji złapał go za twarz i spokojnie nachylił się do pocałunku. Tak naprawdę był odrobinę wyższy. Aki poczuł na wardze jego ostre zęby. Pchnął swoje usta i zadrasnął różową skórę o jeden z nich. Denji spił jego krew jak miód swoim lekko szorstkim językiem.
— Jest w tobie coś z psa.
— Mhmm, a twoja krew smakuje bardzo metalicznie — Denji odsunął się. — Zastanawiasz się, ile masz z Diabła Broni? — odparł, patrząc mu uważnie w oczy.
— Wchodzę do budynku i… Strzelam, nim pomyślę.
— W naszej pracy nie trzeba zadawać pytań.
— Kiedy on wychodzi… nie kontroluję siebie.
— Ja też siebie nie kontroluję. W tym jest cały fun.
— Diabeł Broni zabił całą moją rodzinę.
Denji przytulił go. Gładził jego plecy śliskimi dłońmi, rozbryzgiwały się o nich małe krople cieplej wody, stał i chwilę milczał, a potem postanowił jednak się odezwać.
— Wtedy, kiedy zniszczył miasta?
— Tak. Zawsze myślałem, że przeżyłem, żeby go zabić.
— Makima powiedziała, że Diabeł Broni jest jak siła natury. Nie jest sam w sobie zły, staje się taki w rękach ludzi, którzy go używają.
— Chce, żebym dla niej walczył. Ale nie można mi ufać.
— Ja ci ufam.
— Tym martwię się najbardziej.
— Jeszcze nie wywiozłeś mojego serca w walizce, więc chyba mam powody ci ufać. — Aki nie znalazł na to szybkiej odpowiedzi. Wtulił twarz w zagłębienie jego szyi i poczuł nagły strzał bólu w czole, aż załzawiło mi oczy.
— Zawsze będę walczyć po twojej stronie — odparły jego usta i wiedział doskonale, że nie on wypowiedział te słowa.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
— Dalej masz Diabła Przyszłości w oku? — zapytał go pewnego razu Denji po wyjątkowo szybkiej walce.
— Nigdzie nie idę — odparło jego oko opryskliwie. — Aki może i umarł, ale nie umarł, więc umowa obowiązuje. Siedzenie w głowie Demona Broni to jak najlepszy film akcji.
— Lubię filmy akcji — mruknął Denji. — W sumie to nigdy żadnego nie widziałem.
Wszyscy spojrzeli na Akiego z nadzieją, od zazującego Diabła Przyszłości, po Diabła Broni w środku jego mózgu.
— Możemy zacząć od Terminatora . — odparł, oddalając się do domu. Denji oddańczył taniec szczęścia, a potem pobiegł za nim z rękami rozłożonymi jak samolot.
Pif, paf!
Kobeni myślała, że umrze w pyle, wszyscy pobiegli za Demonem Ciemności i zgubili ją za sobą. Nagle poczuła, jak jakaś ręka łapie ją w pół i podnosi z gruzów.
— Mam taką zasadę — odparł Aki z lufą krwawiącą w jego czole. — Nigdy nie zostawiam ludzi za sobą.
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
Himeno migała się z Diabłem Wiatru pomiędzy budynkami. Gdzieś na jej plecach Mocka próbowała związać go krwią za jedyny organ, który nie roztapiał się w powietrzu, czyli jego serce, ale oczywiście ciągle wyplątywało się z więzów z wdziękiem primabaleriny.
Nagle podmuch zwalił ją z nóg i wepchnął w oszklony wieżowiec. Z podłogi jakiegoś biura zobaczyła, jak serce dostaje trzy kulki. Wielkie, powietrzne cielsko stęknęło i, tym razem bezpowrotnie, rozpłynęło się w powietrzu.
Mocka złapała za górną framugę okna, kalecząc sobie palce i wskoczyła do środka.
— Ile złamanych żeber? — zapytała, wysupłując jej szkło z włosów.
— Głównie szkło wbite w plecy — mruknęła smętnie. Mocka dźwignęła ją powoli na nogi. — Nikt z nas nie umarł od miesiąca — powiedziała w zamyśleniu.
Mocka zaśmiała się, szczerząc wszystkie zęby, jak to ona.
— Nie wierzę, że wszyscy przeżyjemy tylko dlatego, że Aki był zazdrosny i chciał mieć psa na własność.
