Człowiek z krzemieniem

Coś niewiarygodnego dotarło nagle do moich uszu, gdy po rozmowie z naszym skarbnikiem, zwanym powszechnie "Promyczkiem", wracałem do moich komnat. Ten człowiek miał urzekającą zdolność do przedstawiania dobrych informacji w jak najgorszym świetle, przez co każde spotkanie z nim wymagało ogromnego wysiłku woli, by się w końcu nie poddać i nie uwierzyć, że znajdujemy się na skraju bankructwa. Dlatego, wykończony psychicznie po spędzeniu godziny w jego towarzystwie, nie odrazu zrozumiałem co słyszę. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to Ginewra na kogoś krzyczy. Ginewra... na kogoś krzyczy? Przyspieszyłem krok. Mogłem policzyć na palcach sytuacje, w których podniosła głos. W ostatnich miesiącach zdarzało jej się zachowywać dość nieoczekiwanie, czemu trudno było się dziwić, bo pobyt w Mrocznej Wieży oraz śmierć Elyana odcisnęły na niej piętno, które mogło wyblaknąć jedynie pod wpływem troski i czasu. Ale nigdy nie krzyczała w ten sposób.

Jeden ze stojących przy drzwiach strażników spojrzał na mnie z przerażeniem, drugi wbijał wzrok w podłogę. Już miałem wejść i cokolwiek tam się działo, położyć temu kres, lecz zamarłem wpół ruchu, z dłonią nad klamką. Zmroziła mnie ilość jadu w głosie Gwen. Jej wściekłość niemal przesączała się przez drzwi.

- Artur pozwala ci na zbyt wiele! - wrzasnęła. - Nie wiem dlaczego do tego dopuściłam, ty mały, wstrętny karaluchu! Jesteś tylko sługą i pokażę ci twoje miejsce! - Coś ciężkiego uderzyło o podłogę. - Jest dokładnie tu, gdzie w tej chwili jesteś! A jeśli tego nie zrozumiesz, pozbędę się ciebie! Za długo wchodzisz nam na głowę! Mam cię dosyć, rozumiesz!? Jeśli jeszcze raz zrobisz coś, co mi się nie spodoba, przysięgam, skręcę ci kark!

Instynktownie odskoczyłem, gdy drzwi otworzyły się z impetem i Ginewra wypchnęła kogoś na korytarz z taką siłą, że upadł. Tym kimś okazał się być Merlin. Nie wierzyłem własnym oczom. To po prostu nie mogło się dziać, zaprzeczało wszelkim, rządzącym wszechświatem prawom.

- Jedna rzecz. Jedna, mała rzecz - warknęła i zatrzasnęła drzwi. Nie zauważyła mnie, była zbyt zaabsorbowana.

Przez chwilę stałem jak sparaliżowany. Nie widziałem jej twarzy, lecz to, co zobaczyłem i usłyszałem było wystarczająco przerażające.

Obaj strażnicy gapili się na usiłującego wstać Merlina. Powoli, z wysiłkiem, jakbym był zanurzony w kadzi z krochmalem, podszedłem i podałem mu rękę. Chwycił ją mocno i niepewnie stanął na nogach.

- Co to, do ciężkiej cholery było? - zapytałem. Mój głos zabrzmiał słabo. Bardzo słabo. Merlin oddychał płytko, jego twarz całkowicie straciła kolor, ale w oczach nie było przerażenia, którego można by się spodziewać. Raczej głęboki smutek.

- Nie tutaj - powiedział cicho, gdy już udało mu się opanować oddech.

- Nic ci nie jest?

Pokręcił głową. Wyjął z kieszeni chusteczkę i przytknął do rozciętej wargi.

- Merlinie - powiedziałem z naciskiem, przyglądając mu się uważnie. Dosłownie na moich oczach, na jego szyi wykwitał siniak. Ciarki przeszły mi po plecach. Gwen nie zrobiłaby czegoś takiego. Gwen nie wypowiedziałaby takich słów. Czy naprawdę zdołałaby skręcić człowiekowi kark? Jest silna fizycznie. Już jako mała dziewczynka pomagała ojcu w kuźni. Nie, Boże, nie. Starałem się powstrzymać rozszalałe myśli zapędzające się w najmroczniejsze rejony, znaleźć usprawiedliwienie, lecz obraz Merlina, brutalnie wyrzuconego za drzwi, niemal samą siłą jej wściekłości, niweczył wszelkie próby zaprzeczenia. Ginewra nie żartowała. To nie były puste słowa, lecz groźba, którą wyraźnie zamierzała spełnić.

Merlin zorientował się na co patrzę, znów sięgnął do kieszeni, wyjął niebieską apaszkę i zawiązał ją wokół szyi, ukrywając siniak.

- Wszystko w porządku, mój panie - powiedział. Rzucił szybkie spojrzenie na wytrzeszczających oczy strażników, potem na mnie. Zrozumiałem sugestię.

- Nie wydarzyło się tu nic godnego uwagi - oznajmiłem, możliwie jak najbardziej autorytatywnym tonem.

- Tak jest, wasza wysokość - odpowiedzieli jednocześnie obaj mężczyźni. Merlin przejechał palcem po gardle. - Stracicie głowy, jeżeli zaczną krążyć jakieś niedorzeczne plotki - dodałem.

- Tak jest - powtórzyli zgodnie.

Ująłem Merlina pod ramię i poprowadziłem do jednej z rzadko używanych komnat. W zwyczajne dni, gdy nie przyjmowaliśmy gości, nikt nie miał potrzeby, by przechodzić przez ten korytarz, więc ryzyko, że ktoś podsłucha naszą rozmowę było znikome.

- Proszę cię... błagam, żebyś spróbował mi uwierzyć - powiedział Merlin, gdy weszliśmy do środka. - To, co powiem będzie straszne, ale...

- Masz moje całkowite zaufanie - przerwałem mu. - Mów szczerze. Jeśli to choroba umysłu... Chcę to usłyszeć od ciebie.

Spojrzał mi w oczy, głęboko, niemal do granic wytrzymałości. Sięgnął do mojej duszy delikatnie i pewnie jak medyk, zbadał ją dokładnie, przeczesał każdy zakamarek, choć zrodzona ze strachu i bólu ciemność kłębiła się wewnątrz niczym dym nad stosem pogrzebowym. Odetchnąłem nieco zatęchłym powietrzem komnaty. Niewypowiedziana odpowiedź na niewypowiedzianą prośbę, przyniosła mi ulgę. Ciemność nie zniknęła, lecz u mojego boku stał ktoś, kto zawsze nosił w kieszeni krzemień.

- Morgana coś jej zrobiła - powiedział Merlin. - Nie wiem co, ale się dowiem. W każdym razie, na pewno nie jest sobą. Musisz o tym pamiętać.

Słuchając jego wyjaśnień, czułem się jakby pod wpływem jakiegoś potężnego zaklęcia zaczęły się trząść fundamenty zamku, fundamenty całego królestwa. Z trudem opanowałem chęć chwycenia Merlina za ramię, oparcia się na nim. Czy to już? Czy Morgana właśnie dokonuje zniszczenia serca Camelotu? Czy Gwen odeszła, a to, co widzę, to, co ostatniej nocy obsypywałem pocałunkami jest tylko pustą skorupą, wyglądającą jak moja żona?

- Gwen wpadła w furię, bo zobaczyłem, jak kopiuje jakiś dokument. Niestety nie widziałem co to jest. Zamierzam śledzić ją dziś po zmroku. Spróbuję się dowiedzieć, co chce przekazać Morganie. - Merlin mówił niepokojąco rzeczowym tonem, jak człowiek, który robił takie rzeczy wiele razy.

- Nie będziesz próbował się niczego dowiedzieć - odparłem. - Nie sam.

Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz najwyraźniej zmienił zdanie i po prostu skinął głową.

- Musisz bardzo uważać - szepnął. - Na wszystko. Byłoby najbezpieczniej, gdybyś narazie... nie dzielił z nią łoża. Ale lepiej, żeby się nie zorientowała, że o czymś wiesz, bo...

- Nie jestem idiotą, Merlinie - przerwałem mu, kierując się do drzwi. Zbliżała się pora obiadu, lecz myśl o przełknięciu czegokolwiek, wywoływała falę mdłości. Musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza.

A jeśli Merlin się myli i nie ma w tym żadnej magii? Jeśli Gwen z własnej woli stanęła po stronie Morgany? Przyjaźniły się kiedyś. Zganiłem się za te myśli, wstydziłem się ich przed samym sobą, lecz nie byłem w stanie wyrzucić ich z głowy. Bulgotały pod czaszką coraz głośniej, niczym jakaś paskudna trucizna. Przecież kto raz zdradził...

- Arturze - powiedział Merlin, prawie szeptem. Odwróciłem się, a jego oczy znów spotkały się z moimi. Tym razem było w nich łagodne napomnienie, jakby doskonale wiedział co dzieje się w mojej głowie. I pod tym jego zmęczonym, smutnym spojrzeniem, trucizna się wycofała, hałaśliwy bulgot ucichł.

- Wiesz jak bardzo Gwen cię kocha. Magia, która tak ją zmieniła, musiała być potężna. Obiecuję, zrobię wszystko, co będę mógł, żeby to cofnąć.

- Nie zrobisz niczego, na co ci nie pozwolę - odparłem surowo. - Mam już wystarczająco złamane serce.


A/n

Jeśli tu jesteście i wciąż jeszcze czytacie po polsku, dajcie proszę znać jak Wam się podoba.