ROZDZIAŁ 4
ISA
Jako wampir widzę więcej, niż „zwykli" ludzie. Dlatego dzisiejszy mały ruch w księgarni postanowiłam wykorzystać na małe porządki. Zaczęłam od zaplecza, a ponieważ byłam sama, bo jedna z moich pracownic miała wolne, a druga była chora, mogłam spokojnie sprzątać, bez obawy, że ktoś zobaczy moje nienaturalnie szybkie tempo. Później zajęłam się sklepem. Tu zaczęłam od witryny wystawowej. Nigdy nie byłam przesadnym czyściochem, ale nie lubię też, gdy wokół mnie jest bardzo brudno. Po prostu lubię bałagan, ale czysty. Wiem, trochę to skomplikowane.
W każdym razie wzięłam się za witrynę, bo widziałam na niej pełno odcisków palców, czy też innych plam, z których większość zapewne była nawet niewidoczna dla ludzkiego oka. Stałam właśnie na drabinie i myłam górną część, gdy moje spojrzenie spoczęło na drugiej stronie ulicy, albo raczej na osobie tam stojącej. Wysoka, blond włosa piękność o idealnej figurze. Stałą tam i z wyrazem szoku wpatrywała się we mnie. Podejrzewam, że na mojej twarzy pojawiło się jeszcze większe zdziwienie, gdy tą osobą, a raczej wampira, rozpoznałam. Rosalie Hale. Osoba, której miałam nadzieję już nigdy nie spotkać. Podobnie jak całej rodziny Cullenów.
Z czasów bycia człowiekiem zostało mi wiele nawyków, jak choćby mruganie gdy widziałam coś, co mnie szokowało. Tak zrobiłam i tym razem odnosząc głupie i bardzo mylne wrażenie, że z moimi oczami jest coś nie tak. I faktycznie go po chwili otworzyłam oczy, nie było jej tam! Rozejrzałam się po ulicy i nigdzie nie mogłam dostrzec jej blond pukli. To naprawdę wyglądało jak przywidzenie, ale wiedziałam, że jednak to była prawda. Ona tu jest. A skoro ona, to prawdopodobnie reszta jej rodziny także…
Spanikowałam. Po prostu. Byłam gotowa na wszystko, ale nie na to. Przerósł mnie widok Rosalie, więc co będzie, gdy zobaczę resztę? Niewiele myśląc zamknęłam księgarnię, wsiadłam w samochód i ruszyłam do domu. Dobrze, że jestem wampirem, bo w inaczej przy moim stanie nerwów, spowodowałabym niejeden wypadek. Jadąc samochodem zmieniłam jednak zdanie. Nie chciałam być teraz sama, dlatego też postanowiłam jechać do szkoły. Do Daniela. Ale gdy zobaczyłam jego samochód na podjeździe naszego domu, gwałtownie zahamowałam i zgasiłam silnik. Nie obchodziło mnie, że zostawiłam samochód niemal na środku ulicy. Od razu pobiegłam do środka, a w momencie, gdy chciałam otworzyć drzwi, te uchyliły się same, a ja wpadłam wprost w ramiona męża.
- Oni tu są… - wyszeptałam jedynie wtulając się w jego tors i wdychając jego kojący zapach.
Gdybym mogła płakać, pewnie właśnie bym to robiła.
- Spokojnie skarbie, spokojnie… - próbował mnie uspokoić, jednocześnie prowadząc mnie do salonu.
- Spokojnie powiedz, co się stało – poprosił Daniel, gdy już siedzieliśmy na kanapie.
Zaczęłam mówić.
DANIEL
Nie wiem czemu, ale - pomimo przybycia Aro – czułem przez cały dzień dziwny niepokój. Jakby miało się coś wydarzyć. Nie tyle coś złego, co niepokojącego… W szkole nie mogłem się skupić. Klasom kazałem grać w jakieś gry, a sam byłem myślami gdzieś daleko. Dokładnie to w okolicach głównej ulicy Port Angeles, gdzie mieściła się księgarnia mojej żony. Samo jej wspomnienie sprawiało, że na mojej twarzy pojawiał się uśmiech.
Doskonale pamiętałem dzień, w którym się poznaliśmy. Mieszkałem wtedy w Europie, na pograniczu Polski i Słowacji, w wysokich partiach gór. Tak, by nigdy żądnemu turyście nic się nie stało. Byłem wtedy jeszcze dość młodym wampirem, ale doskonale zdawałem sobie sprawę, kim jestem. A ponieważ nie chciałem zabijać, postanowiłem żyć w całkowitym odosobnieniu i od czasu do czasu pożywić się jakimś zwierzątkiem. I wtedy spotkałem Isę. Właśnie spijałem krew z jakiegoś dorodnego rysia, gdy ona po prostu zeskoczyła z drzewa i stwierdziła, że podoba jej się mój styl polowania. Patrzyłem na nią oniemiały, w zębach dalej trzymając konające zwierzę. Ona wtedy jedynie się zaśmiała i stwierdziła, że poczeka, aż skończę. A później zaczęliśmy rozmawiać. I nie możemy skończyć do dziś. Przez jakiś czas Isa pomieszkiwała u mnie, a potem ja ruszyłem z nią w drogę. Od pierwszego momentu, kiedy ją spotkałem czułem, , że ona zmieni moje życie. Najpierw była przyjaźń, potem miłość… Odpowiedziała mi swoją historię, ja odwdzięczyłem jej się tym samym. Poznałem jej dziadka, cały ród Volturii… Początkowo nie byli mi zbyt przychylni, bo bali się, że skrzywdzę ją, jak ten cały pożal się Boże Edward… Ale w końcu udało mi się zdobyć ich zaufanie i mogliśmy wziąć ślub…
Dzwonek kończący lekcję oderwał mnie od wspomnień. Uczniowie powoli wysypywali się z sali, rozmawiając na różne tematy. W końcu zostałem sam, jeszcze nie całkiem obecny duchem. W końcu oprzytomniałem i uzmysłowiłem sobie, że to była moja ostatnia dziś lekcja, ponieważ kolejne dwie klasy były na wycieczce. Szybko zabrałem z gabinetu swoje rzeczy i ruszyłem na parking, a potem do domu.
Aro i Jane już wrócili.
- I jak? – spytałem siadając obok nich w salonie.
- W porządku – odparł dziadek – Porozmawialiśmy sobie z Carlisem i zapowiedziałem mu, że mają trzymać się od was z daleka.
- Jak zareagowali? – byłem ciekaw.
- Byli w szoku – śmiała się Jane.
- Podejrzewam, że nie mieli pojęcia, że nie będą jedynymi wampirami w Forks – dodał Aro.
- To pewnie dzięki tarczy Isy… - mruknąłem sam do siebie, ale pozostała dwójka także to słyszała.
W tym momencie usłyszałem samochód Isy, który szybkim tempem zbliżał się do domu. Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak, jeszcze zanim weszła do środka. Zaniepokojony szybko ruszyłem do drzwi. Po chwili wpadła w moje ramiona. Widziałem, że jest roztrzęsiona.
- Spokojnie skarbie, spokojnie… - starałem się ją jakoś uspokoić, ale nie wiem, czy skutecznie.
Poprowadziłem ją do salonu, by tam w spokoju nam wszystko wytłumaczyła.
- Spokojnie powiedz, co się stało.
A ona zaczęła opowiadać o spotkaniu tej całej Rosalie. Miałem ochotę iść tam i wybić całą rodzinę, ale wiedziałem, że nic by to nie dało.
Niedługo potem Isa się uspokoiła. Widać było, ze jeszcze nie całkiem doszła do siebie, ale było zdecydowanie lepiej.
- Wiedzieliście? – zapytała w pewnym momencie, choć równie dobrze mogło to być stwierdzenie faktu.
Spojrzałem jedynie na Aro i nic nie powiedziałem, podobnie zresztą, jak on. Nie było sensu potwierdzać, bo Isa i tak wiedziała. I kontynuowała.
- Dziadek i Jane mieli być na spacerze, ale byli u nich, prawda? – i znowu kolejne stwierdzenie w formie pytania.
- Zrozum… - zaczął Włoch – Doskonale pamiętamy, co działo się z tobą wtedy. Nie chcemy, byś musiała znowu przez to przechodzić. Martwimy się o ciebie.
W momencie, gdy Aro wymówił ostatnie zdanie wiedziałem, że popełnił błąd. Ogromny. Isa była przewrażliwiona na punkcie troski o nią. Nie znosiła, gdy ktoś robił coś „dla jej dobra". A ponieważ miała dość wybuchowy temperament, czekaliśmy na to, co miało właśnie nastąpić.
- Dziękuję – powiedziała z delikatnym uśmiechem, dając nam po całusie w policzek.
Patrzyliśmy oniemiali. Spodziewaliśmy się wszystkiego, ale nie tego. Miny musieliśmy mieć nieziemskie, bo jedno spojrzenie na każdego z nas wystarczyło Isie, by wybuchnąć śmiechem. Co prawda Isa nie jest – że się tak wyrażę – najlepszym „wskaźnikiem śmieszności", bo ją dużo rzeczy bawi, ale skoro śmiała się także Jane, to naprawdę musieliśmy mieć przekomiczne miny.
EDWARD
- To nie możliwe – stwierdziłem po wysłuchaniu Rose – Doskonale wiesz, że to nie mogła być ona. Przecież od dawna nie żyje.
- Wiem, co widziałam! – dalej uparcie twierdziła.
- Rosalie – tym razem głos zabrał jak zwykle opanowany Carlise – Wiesz dobrze, że to raczej małoprawdopodobne, by ona stała się wampirem…
- Ale nie niemożliwe – przerwała mu.
- Owszem, nie jest to niemożliwe, ale naprawdę istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, że w jej życiu pojawiły się jeszcze jakieś wampiry.
- Zawsze bardzo przyciągała kłopoty – śmiał się Emmett, który nawet teraz nie potrafił być poważny.
A może po prostu nie chciał? Nie wiem. Nie chciałem czytać jego myśli. Po prostu. Podobnie jak pozostałych członków rodziny. Bardzo długo uczyłem się ignorować ich głosy w swojej głowie, ale ich ciągła troska i litość skutecznie mi pomogły.
- Edward! – nagle ktoś krzyknął.
- Co? – spytałem, myślami wracając do naszego salonu.
- Obudź się – prychnęła Rose – Mówię, żebyś sam sprawdził w moich wspomnieniach. Wtedy nie będzie wątpliwości.
- Nie – zaprzeczyłem.
- Czemu? – zaciekawiła się Alice, pierwszy raz tego wieczoru zabierając głos.
- Bo od dawna nie czytam waszych myśli. Narzekaliście na brak prywatności, więc wam ją daję.
- Ten jeden raz możesz – próbowała mnie przekonać.
- Nie – twardo stawiałem na swoim.
- On się boi – nic z tego, ni z owego powiedziała Rosalie – Boi się, ze moje słowa okażą się prawdą i będzie musiał stanąć z nią twarzą w twarz.
- Nie masz racji – od razu zaprotestowałem.
Chociaż w jej słowach było wiele prawdy. Ja naprawdę bałem się, ze ją spotkam.
- Wiec obejrzyj moje wspomnienie i powiedz, że to nie Isabellę Swan widziałam w księgarni.
