9

ALICE

W Forks byliśmy już od miesiąca. Był początek października. Od wydarzeń sprzed dwóch tygodni, kiedy Jasper spotkał Bellę, nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Dalej chodziliśmy do szkoły, polowaliśmy… Zupełnie tak, jakby nic się nie wydarzyło. Ale ja nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Wiedziałam, że muszę coś zrobić, ale nie wiedziałam co. Aż w końcu pewnego dnia byłam już pewna.

Żeby nie wzbudzać żadnych podejrzeń, jak co dzień pojechałam z resztą do szkoły. Wyjątkiem było to, że zabrałam się swoim żółtym porsche.

- Czemu nie jedziesz z nami? – zdziwili się, gdy rano wsiadłam do swojego samochodu.

- Po szkolę chcę jechać do Port Angeles na zakupy, a jak znam was, to nikt nie będzie chciał mi towarzyszyć – odpowiedziałam, mając nadzieję, że łykną haczyk.

- Oczywiście, że nie – zaprzeczyli jednogłośnie, a ja musiałam powstrzymać się, żeby nie podskoczyć z radości.

W szkole było jak zwykle nudno. Musiałam bardzo się starać, żeby moje rodzeństwo nie zauważyło mojego poekscytowania. Niestety to są wampiry i nic im nie umknie.

- Wyglądasz, jakbyś zaraz miała znieść jajko i już nie mogła się tego doczekać – stwierdził podczas lunchu Emmett.

Oczywiście na początku jego słowa wywołały ogólną wesołość, ale po chwili pozostali stwierdzili, że coś w tym jest.

- Faktycznie od rana chodzisz jakaś taka pobudzona – dodał Jasper.

- Chyba upadło wam coś na głowę – prychnęłam, starając się, by zabrzmiało to naturalnie i przekonująco – Niby czym miałabym być pobudzona?

- No właśnie ty nam to powiedz – stwierdził Edward.

Spojrzałam na niego, jak na kretyna. Notabene był nim, ale o tym cicho sza.

- Dajcie jej spokój – odezwała się w końcu Rosalie – To pewnie przez te zakupy.

Jej słowa poskutkowały i przez resztę przerwy nikt już o tym nie wspomniałam. Myślałam, że jestem bezpieczna. Cóż, myliłam się…

- Wiem, co kombinujesz – złapała mnie przed salą lekcyjną – Te całe zakupy to ściema. Chcesz zobaczyć się z Bellą.

- Skąd wiesz?

- Jesteśmy siostrami. Znam cię lepiej niż ktokolwiek inny. Chłopaków udało ci się nabrać, ale mnie nie.

- Chyba mnie nie wydasz?

- Jasne, że nie. Ale jadę z tobą.

- Ok. Po szkole spotykamy się na parkingu.

I każda poszła w stronę swojej klasy.

Zobaczyłyśmy się dopiero koło samochodu. Oczywiście chłopacy zdziwili się, widząc, że Rose ładuje się do mojego samochodu, ale szybko wyjaśniłyśmy im, że blondynka jednak zdecydowała mi się towarzyszyć. Ci jedynie machnęli na nas ręką i ruszyli do domu. My po chwili zrobiłyśmy to samo, kierując się w przeciwną stronę, do Port Angeles. Tym razem jednak szerokim łukiem ominęłyśmy centrum handlowe i skierowałyśmy się w stronę księgarni, gdzie moja siostra ostatnio widziała Bellę.

Udając zwykłe klientki weszłyśmy do środka. Delikatny dzwoneczek oznajmił nasze przybycie i po chwili z zaplecza wyszła średniego wzrostu dziewczyna o blond włosach spiętych w luźnego kucyka.

- Witam. Mogę w czymś pomóc? – zapytała uprzejmie.

- Dziękujemy, na razie trochę się rozejrzymy – odpowiedziałam z uśmiechem i ruszyłam w głąb sklepu.

- Wspaniały sklep – usłyszałam głos siostry – Ma taką miłą i domową atmosferę.

- Tak, to prawda – odpowiedziała jej kasjerka – To wszystko zasługa pani Isy, właścicielki.

- Isy Domin? – spytała Rose.

- Tak – przytaknęła dziewczyna – Zna ją pani?

- Jej mąż uczy w mojej szkole.

- A tak, pan Daniel. Jest równie sympatyczny jak żona.

- Co do tego nie mam wątpliwości.

W tym momencie wyszła zza regału.

- Znalazłaś coś? – udała zainteresowaną Rosalie.

- Niestety nie…

- A szuka pani jakiejś konkretnej książki? – zapytała pracownica.

- W sumie to sama nie wiem czego – odpowiedziałam – Czegoś, co przykuje moją uwagę…

- To ja zapraszam jutro po południu. Zawsze w czwartki pani Isa przywozi z Seatlle jakieś nowości, więc może wtedy coś pani dla siebie znajdzie.

- Dziękuję, na pewno skorzystam. Do widzenia.

- Do widzenia.

I już nas nie było.

- I nici – westchnęłam.

- Niekoniecznie. Jeszcze nam się uda – pocieszyła mnie siostra, gdy wsiadałyśmy na powrót do samochodu.

Chwilę potem ruszyłyśmy w drogę powrotną do domu.

ISA

Od mojej rozmowy z Jasperem minęły już dwa tygodnie. Dwa tygodnie w trakcie których usilnie starałam się zapomnieć o całej sytuacji. Nie kontaktowałam się z Jasperem, nie mówiłam w domu o Cullenach… Ale nie zmieniło to tego, że dalej o nich myślałam. Początkowo udawało mi się ukryć to wszystko przed Danielem, ale w końcu zauważył, że coś jest nie tak. Wyciągnął ze mnie wszystkie wątpliwości. Widziałam, że bardzo to przeżywa, dlatego kazałam mu o wszystkim zapomnieć i zmieniłam temat. Więcej do tego nie wracaliśmy.

Aż do dzisiaj.

- Skarbie, możesz na chwilkę? – usłyszałam jak mnie woła.

- Jasne, już idę – odpowiedziała, po czym ściągnęłam rękawiczki i ruszyłam do domu.

Wołanie męża zastało mnie przy robieniu porządków w naszym ogródku.

- Tak skarbie? – zapytałam go siadając mu na kolanach.

- Dużo myślałem nad naszą ostatnią rozmową… - zaczął, ale szybko mu przerwałam.

- Zupełnie niepotrzebnie. Mówiłam ci, żebyś nie zawracał sobie tym głowy.

- Wiem kochanie. Ale wiem też, że ty nie możesz przestać o tym myśleć i cały czas chodzisz smutna, choć starasz się to przede mną ukryć – dodał z żalem w głosie.

- Nie chciałam cię martwić… - powiedziałam cicho w ramach wyjaśnienia.

- Bardziej martwi mnie to, że nie chciałaś ze mną rozmawiać. Jesteś moją żoną i o kogo mam się martwić, jak nie o ciebie? Wiem, że fizycznie nic ci nie grozi i nie potrzebujesz mojej pomocy, ale jeśli chodzi o to, co jest tu – postukał palcem w moje czoło – to zawsze możesz ma mnie liczyć. Kocham cię i będę cię wspierać, cokolwiek postanowisz.

- Ja ciebie też kocham – to powiedziawszy pocałowałam go, starając się włożyć w to wszystko jak najwięcej uczucia.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że tak naprawdę Daniela bolało nie to, że myślę o Cullenach, ale to, że widział, że się z tym męczę i że nie chciałam z nim o tym rozmawiać. Owszem, był zazdrosny, ale zrozumiałam, że najbardziej pragnie, żebym była szczęśliwa, nawet jeśli oznaczało to codzienne wizyty wampirzej rodziny.

Cały wieczór i całą noc spędziliśmy na rozmowach. Mówiliśmy o swoich uczuciach, obawach… Już od dawna nie byliśmy ze sobą tak blisko. Można powiedzieć, że pojawienie się Cullenów zburzyło nie tylko mój spokój ducha, ale także powoli zaczynało niszczyć nasze małżeństwo. Jak na razie powstawało tylko kilka rys, które udało się naprawić, ale kto wie, co mogło być dalej, gdybyśmy nadal udawali, że problemu nie ma.

- Jesteś pewny, że to dobry pomysł? – spytałam nad ranem Daniela, trzymając w ręce telefon z wpisanym już numerem telefonu.

- Szczerze? – upewniał się, a gdy przytaknęłam ruchem głowy, dodał – Nie. Ale jeśli tego nie zrobimy, dalej będziesz się zadręczać i nigdy nie zyskamy pewności, jak jest.

- Czyli mam dzwonić?

- Dzwoń – potwierdził, a ja nacisnęłam zieloną słuchawkę.

Zdenerwowana czekałam aż Jasper odbierze.