Wybaczcie kolejną zwłokę. Ostatni tydzień, nawet nieco więcej, miałam nieźle zakręcony. Ale powoli wszystko się uspokaja, więc i rozdziały będą częściej.
A na razie znowu dodam trzy rozdziały, żeby wynagrodzić czekanie.
Pozdrawiam i zapraszam do czytania :)
11
EDWARD
Już sam nie wiem, co jest gorsze. Życie bez Belli, ale ze świadomością, że nie żyje, czy życie bez Belli, ale wiedząc, że ona jest wampirem i ma męża… Cóż, prawdę mówiąc żadna z tych opcji nie jest ciekawa. I w żadnym wypadku tonie jest życie, a wegetacja. Odkąd jestem wampirem tak naprawdę żyłem tylko kilka miesięcy. Te, które spędziłem z Bellą. Tylko ona poruszyła moje martwe serce i wiem, że nikomu więcej to się nie uda. Bo ona już zawsze w nim będzie. I tylko ona.
Od tamtej rozmowy telefonicznej Jaspera nie potrafię myśleć o niczym innym, jak tylko o niej. Przed oczami mam jej twarz. Tę sprzed 82 lat. Nie wiem, jak wygląda teraz. Jasper mówił, że niewiele się zmieniła. Według jego słów wygląda na trochę starszą, a przemiana jeszcze dodatkowo wygładziła jej rysy. Brat pozwolił mi zajrzeć w jego wspomnienia, żebym mógł ją zobaczyć, ale okazało się to niewykonalne. Nie mogłem zobaczyć ani usłyszeć niczego, co związane z Bellą. Czarna pustka. Wszystko inne bez problemu, a tu nic.
Widziałem, że Alice też to wszystko przeżywała i wcale tego nie ukrywała. Chodziła markotna, przygaszona… Aż do dziś. Po lekcji WFu wpadła na stołówkę w zdecydowanie lepszym humorze. Była radosna, co od dawna jej się nie zdarzało. Nie musiałem czytać w myślach, żeby wiedzieć, czym to było spowodowane. Pomagała Dominowi, on musiał jej coś powiedzieć… Późniejsza wymiana zdań z Jasperem wyjaśniła mi wszystko. Mieli się spotkać.
Byłem wściekły. Na siebie, swoją głupotę, na świat, na Domina… Miałem ochotę coś rozwalić. A zarazem czułem się tak bardzo bezradny…
JASPER
Cieszyłem się szczęściem Alice i faktem, że będzie tam ze mną. Jak tylko znaleźliśmy się w domu, od razu opowiedziała mi całą rozmowę z Danielem. Gdy to robiła widziałem, jak z każdej części jej ciała emanuje radość. A potem jak z każdą godziną się niecierpliwiła. Gdyby mogła, poszłaby do Dominów już teraz. Na szczęście dzięki tej krótkiej rozmowie telefonicznej zrozumiała, że pośpiech nie popłaci, więc nie muszę jej na siłę trzymać w domu.
Ale przyznam, ze dawno nie widziałem mojej dziewczyny tak szczęśliwej. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Podobnie, jak dawniej wprowadzała do naszego domu radość. Na powrót stała się naszym słoneczkiem.
- Nie poznaję Alice – stwierdziła Esme, gdy chochlik pojechał na zakupy – Nagle stała się taka radosna. Zupełnie jak nie ona.
- Ona ona, ale sprzed lat – poprawił ją Carlise – Wróciła dawna Alice, której wszędzie pełno.
- Coś się musiała stać… - zastanawiała się dalej mama.
- Nic się nie stało – uspokoiłem ją – To po prostu dobre wiadomości.
- To znaczy?
- Idziemy jutro w odwiedziny do Isy i Daniela – wyszeptałem jak najciszej tak, żeby siedzący w swoim pokoju Edward nic nie usłyszał.
Co prawda mamy dźwiękoszczelne ściany, ale wolałem nie ryzykować. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że nie tylko ostatnie wydarzenia, ale i sam przyjazd do Forks były dla niego bardzo bolesne. Przed pozostałymi mógł udawać, ze wszystko jest w porządku, ale przede mną nic nie ukrył. Doskonale zdawałem sobie sprawę, jak bardzo to przeżywał i przeżywa dalej. Nie raz na ten temat rozmawialiśmy, ale nigdy nie dał sobie nic przetłumaczyć. Poza tym doskonale znał mój dar, więc pomimo moich najszczerszych chęci nie mogłem mu pomóc, bo nie chciał tego. Wolał cierpieć w samotności…
- Jak to? A co z Aro? – zareagował od razu tata – Przecież mówił, żebyśmy trzymali się od nich z daleka.
- Wiem, doskonale o tym pamiętam, ale oni nas zaprosili. To oni wyszli z inicjatywą, nie my – wytłumaczyłem, celowo pomijając wybryk Alice.
- To doskonale rozumiem jej zachowanie – roześmiała się Esme – Uspokoiłeś mnie. Pozdrów Bellę i zaproś do nas.
- Isę – poprawiłem ją automatycznie – Isa nie lub, gdy ktoś mówi o niej jej starym imieniem. I oczywiście zaproszę, ale nie gwarantuję, ze z niego skorzystają.
- Liczy się gest, a reszta zależy od nich – zakończył rozmowę Carlise, a ja myślami wróciłem do jutrzejszego spotkania.
Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać. Daniela nie znam w ogóle, nie wiem, czego od niego oczekiwać. Jak Isa zachowa się przy Alice? I oczywiście odwrotnie. Same wątpliwości… Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że jakoś to będzie…
ALICE
Od rozmowy z Dominem cały czas chodziłam poekscytowana. Nie mogłam się już doczekać sobotniego popołudnia. Jasper miał rację twierdząc, że jestem niecierpliwa, bo gdybym mogła, poszłabym do Isy już dzisiaj. Na szczęście jakoś udaje mi się powstrzymać. Zrozumiałam, ile mogę stracić, dlatego wolę jeszcze trochę poczekać. Jednak jak na złość, czas ciągnął się niemiłosiernie. Bo to jest tak, że im bardziej się na coś czeka, tym bardziej i dłużej leci czas. Zupełnie jakby nagle zwolnił. Zaś kiedy się nie chce, żeby nastała jakaś godzina czy data, czas nagle tak przyspiesza, ze nim się obejrzymy, a już jest ten moment…
W każdym razie na siłę szukałam sobie jakiegoś zajęcia, żeby tylko ciągle nie patrzeć na zegarek. W nocy z czwartku na piątek wybrałam się na polowanie razem z Rose i Esme, a w piątek po szkole postanowiłam wybrać się na zakupy. W dodatku tym razem miałam znakomity pretekst. W końcu szliśmy z sąsiedzką wizytą i nie wypadało nam iść z pustymi rękami. Dlatego krążyłam po Port Angeles szukając czegoś dla Isy i Daniela do domu. A ponieważ nie miałam pojęcia, jak się urządzili i co może im się przydać, miałam przed sobą nie lada wyzwanie. A ja uwielbiam wyzwania! Tym bardziej, ze nie wiem nic o guście Isy, ani – czy podobnie jak dawna Bella – czy nie ma nic przeciwko prezentom.
W ogóle to ciężko mi myśleć o niej, jako o Isie. Staram się, ale jest to trudne. Doskonale pamiętam słowa Daniela i Jaspera, ale są to jednak tylko słowa. Zupełnie inaczej będzie, gdy już się spotkamy, porozmawiamy… Staram się tego nie okazywać, ale gdzieś tam w środku boję się tego spotkania. Pojęcia nie mam, czego się spodziewać. W dodatku w dalszym ciągu nie mam żadnych wizji. Nie wiem, co się będzie jutro działo. Nie raz zdarzało mi się narzekać na swój dar, ale teraz bardzo by mi się przydał. Pierwszy raz od dawna nie wiem, co się wydarzy…
Gdy tak spacerowałam ulicami Port Angeles i nad tym wszystkim rozmyślałam, moją uwagę przykuła wystawa sklepu z dodatkami do domów i mieszkań, a raczej jej jeden element. Nie zastanawiając się długo weszłam do środka i dokonałam zakupu. A potem z uśmiechem na twarzy wróciłam do domu. Gdy na miejscu pokazałam swój zakup Jasperowi, nie mógł opanować śmiechu.
- Jesteś okropna – śmiał się – Tylko ty mogłaś wymyślić coś takiego.
DANIEL
Sobota zbliżała się coraz bardziej. A ja z każdą chwilą miałem coraz większe wyrzuty sumienia. Czemu? Isa żyłą w przekonaniu, że odwiedzi nas Jasper. Sam. Nie miała pojęcia, że jednak sam nie będzie, a ja nie bardzo wiedziałem, jak jej to powiedzieć. Poza tym wolałem z tym jeszcze trochę poczekać, bo jak znam moją żonę, to gotowa było wszystko odwołać. A wiedziałem, ze potem by żałowała.
Bo prawda jest taka, że mogę nie przepadać za Cullenami, ale oni w jakiś sposób byli częścią życia Isy. I może ona sama tym nie wiedziała, ale tak było. Oni zawsze byli obecni, nawet przez te wszystkie lata, kiedy próbowała o nich zapomnieć. Bo im bardziej starała się to zrobić, tym bardziej o nich pamiętała. Za dużo między nimi się wydarzyło, żeby wszystko mogło tak po prostu odejść w zapomnienie. Poza tym Isa mogła mówić, co chciała, ale wiedziałem, że bardzo się cieszy, że znowu się pojawili. I dlatego też, porozmawiałem sobie z Alice w szkole. I widząc jej reakcję (cały dzień ją obserwowałem), jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że dobrze zrobiłem. Bo zobaczyłem, że jej też zależy. I jak do tej pory miałem w głowie raczej bardzo negatywny obraz wampirzej rodziny, tak teraz zaczął on się nieco zmieniać. Może nie odnośnie wszystkich, bo tego całego Edwarda w dalszym ciągu miałem ochotę zabić, ale pozostałych. Szczególnie Alice i Jaspera, bo jak na razie z nimi miałem największy kontakt.
Oczywiście moje zamyślenie nie uszło uwadze Isy. Jednak aż do soboty uparcie twierdziłem, że mam problemy z jednym uczniem. Na moje szczęście uwierzyła. Zaś teraz w sobotnie dopołudnie zastanawiam się, czy oby na pewno dobrze zrobiłem, ukrywając przed nią prawdę. I tak musiałem jej o wszystkim powiedzieć i chyba faktycznie byłoby lepiej, gdybym toz robił od razu. Ale cóż, czasu cofnąć się nie da.
- Możemy porozmawiać kochanie? – spytałem jej wchodząc do kuchni, gdzie oddawała się swoim eksperymentom.
- Jasne skarbie – odparła uśmiechnięta, nie przerywając swojej pracy.
- Pamiętasz prośbę Jaspera, żeby przyjść z Alice?
- Pamiętam. Ale do czego zmierzasz? – uśmiech częściowo znikł jej z twarzy, a zastąpiła go niepewność i niewiedza.
Wampiry rzadko okazują i emocje i praktycznie zawsze zachowują pokerową twarz. Doskonale pamiętam, jak po raz pierwszy pojechaliśmy z Isą do Voltery na spotkanie z Aro. Czułem się dziwnie patrząc na jego pozbawioną uczuć twarz. I tak było przez kilka dni, aż w końcu moja żona, a wtedy jeszcze przyjaciółka, zaczęła się śmiać, żeby w końcu przestał mnie straszyć, bo jeszcze stwierdzi (znaczy ja), że to nie dla mnie i ją zostawię. Aro także wydawał się wtedy bardzo rozbawiony, ale przyznam, ze od tamtej pory już nie nosił maski. Natomiast Isa jest całkowicie inna. Z jej twarzy można czytać jak z otwartej książki. Tak było i tym razem.
- Rozmawiałem z nią następnego dnia i powiedziałem, żeby przyszli oboje – powiedziałem ostrożnie i obserwowałem reakcję swojej żony.
A ona zastygła w bezruchu. Jednie właśnie twarz i oczy wyrażały jakieś emocje. Te zaś zmieniały się jak w kalejdoskopie, z prędkością światła. Szok, ból, panika, niepewność, złość, szczęście… Już sam nie wiedziałem, które jest tym dominującym.
- Dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz? – spytała, dalej wstrząśnięta.
- Bo choć twierdzisz inaczej, dobrze wiem, że bardzo za nimi tęsknisz – tłumaczyłem – Może nie za wszystkimi jednakowo, ale jednak.
Czekałem na wybuch złości, ale się nie doczekałem. Zamiast tego Isa podeszła do mnie i mocno się we mnie wtuliła.
- Może faktycznie masz rację… - usłyszałem jej stłumiony przez moją koszulę głos.
Nie odpowiedziałem nic, bo nawet nie wiedziałem, co. Słowa nie były tu potrzebne, dlatego oplotłem ją ramionami i jeszcze mocniej przytuliłem.
- Kocham cię kochanie – wyszeptałem jedynie, a zaraz potem zobaczyłem jej piękny uśmiech.
Chwilę jeszcze tak postaliśmy, po czym Isa uwolniła się z moich ramion.
- A teraz wynocha mi z kuchni, bo jeszcze nie skończyłam – stwierdziła z zaciętą miną.
Nie pozostało mi nic innego, jak opuścić to pomieszczenie, przy okazji jednak wybuchając śmiechem. Już w salonie usłyszałem śmiech mojej żony.
