13
ALICE
Od Dominów wyszliśmy dopiero nad ranem. Tematy do rozmów nam się nie kończyły. A ciastka i kawa były po prostu przepyszne. Kilka razy próbowałam zagadać Isę, jak ona je robi, ale za każdym razem z uśmiechem mówiła, że to tajemnica i zmieniała temat. W końcu dałam spokój, ale bardzo się ucieszyłam, gdy już w przedpokoju gdy się żegnaliśmy, dostaliśmy papierowe pudełko wypełnione nimi.
- Bardzo się cieszę, że się spotkaliśmy – powiedział Daniel.
- Nam również było bardzo miło gościć u was – oparł Jasper.
- Tym razem to my zapraszamy do siebie – dodałam – W imieniu swoim oraz Esme i Carlisa.
- Dziękujemy za zaproszenie, na pewno skorzystamy – uśmiechała się Isa – I ucałuj ich od nas.
- Jasne.
W domu byliśmy po kilku minutach. Była dość wczesna godzina i na ulicach nie było ruchu, więc Jasper mógł docisnąć trochę gazu.
- Jesteśmy – krzyknęliśmy od progu, zamykając za sobą drzwi do garażu.
- Co tak długo? – spytała jak zawsze troskliwa Esme – Już zaczynałam się martwić…
- Nie potrzebnie mamo – powiedziałam dając jej buziaka w policzek – Isa i Daniel są bardzo mili i fajnie spędziliśmy razem czas. Nawet się nie zorientowaliśmy, że minęło tyle czasu. Macie ucałowania.
- Dziękujemy bardzo – uśmiechnęła się.
- A co masz w tym pudełku? – spytał Em, który nie wiadomo kiedy pojawił się obok nas – Czyżby ich zachowanie było przykrywką, do przemycenia w nasze skromne progi bomby? – był całkowicie poważny, choć wiedziałam, że żartuje.
- Kretyn – skwitowałam to jedynie, po czym dodałam – To ciasteczka czekoladowe pieczone przez Isę.
- Czyli zamiast bomby chce nas otruć ciastkami? – znowu głupio palnął Em.
Po minie Esme widziałam, ze to też nie jest zbyt przekonana. Oczywiście pomysł Miśka to przesada, ale oboje byli bardzo podejrzliwi w stosunku do zawartości pudełka. W końcu wampiry nie jedzą ludzkiego jedzenia, ich głównym pożywieniem jest krew.
- A tam od razu otruć. Wbrew pozorom one są bardzo dobre – mówiłam dalej – Chcecie spróbować? – zapytałam jeszcze podsuwając im otwarte już pudełko.
Ci skrzywili się i odsunęli, co jednoznacznie wskazywało na odpowiedź negatywną.
- Co masz ciekawego? – spytała Rose pojawiając się w salonie razem z tatą i Edwardem.
- Chcesz jedno? – skierowałam ciastka w jej stronę.
- To są ciastka. Czekoladowe – ostrzegł ją Emmett, ale pomimo obrzydzenia na jego twarzy, w głosie słyszałam tęsknotę, gdy wypowiadał tą drugą część.
Oczywiście po jego słowach dłoń mojej siostry od razu się cofnęła.
- Po co wam te ciastka? – spytał Edward tonem, jakby było mu to zupełnie obojętne.
- Isa je upiekła i zapakowała nam trochę – wyjaśniłam.
- Pewnie uważacie inaczej, ale one naprawdę są bardzo dobre – poparł mnie Jasper, przy okazji zabierając jedno z pudełka i zjadając.
Rodzina zrobiła wielkie oczy. Mieli przy tym miny, jakby mój chłopak właśnie oznajmił, że pochodzi z Marsa. Nie mogłam nie wybuchnąć śmiechem. Podejrzewam, ze oboje z Jasperem musieliśmy wyglądać podobnie, gdy Isa z Danielem je po raz pierwszy przy nas jedli.
- Może jednak się skusicie? – zaproponowałam, także jedno zjadając.
- Chyba jednak nie… - dalej była nieprzekonana Rosalie.
- Nie wiecie, co tracicie – prychnęłam i sięgnęłam po drugie.
- A ja jednak się skuszę – stwierdził Carlise biorąc ciastko do ręki.
Akurat co do niego byłam pewna, że wcześniej czy później zmieni zdanie. Od zawsze lubił zgłębiać tajniki wampirzego bytu, więc jasne było, że i to go zaintryguje na tyle, żeby w końcu samemu spróbować. Bo przecież dla naszej rasy ludzkie jedzenie jest mdłe i bez smaku, wręcz nam nie smakuje, a tymczasem oboje z Jasperem zajadamy się zwykłymi ciastkami czekoladowymi. Chociaż może nie takimi znowu zwykłymi, skoro tak się nimi zajadaliśmy. W każdym razie tak myślałam, że to właśnie tata pierwszy się odważy.
- Niesamowite – powiedział połykając ostatni kęs – One rzeczywiście są bardzo dobre. I czuję czekoladę – dodał wesoło, jakby dalej w to nie wierząc – Jak ona to zrobiła?
- Pojęcia nie mamy – odparłam szczęśliwa – Ale dodam, że prócz ciastek była też kawa i smakowała równie dobrze,
Ta ostatnia informacja wprawiła ich w niemały szok, podobnie jak spostrzeżenie Carlise'a. Ale w końcu zachęceni jego słowami sięgnęli po ciastka i każdy po kolei z niemałym zaskoczeniem przyznawał nam rację.
- A co słychać u Belli? – spytał Em.
- ISY! – krzyknęliśmy razem z Jasperem.
A potem zaczęłam opowiadać. Nie tylko o przebiegu spotkania, ale także o swoich spostrzeżeniach. Wyjaśniłam im różnicę między dawną Bellą a Isą, bo to faktycznie są dwie różne osoby. I jak po słowach Daniela bałam się, że ciężko mi będzie przestawić się, tak już po paru minutach w ich domu zrozumiałam, że moje obawy były zupełnie bezpodstawne, bo Isa naprawdę ma niewiele wspólnego z Bellą. A łączy je to, co w Belli było najlepsze: dobroć i to coś, co działa jak magnes i sprawia, że nie da się przejść obok niej obojętnie. Poza tym są zupełnie innego, ale prawdę powiedziawszy nie można się temu dziwić, bo zmieniło ją życie i to, co przeszła. To, do czego w głównej mierze my sami się przyczyniliśmy…
EDWARD
Siedzieliśmy w salonie i słuchaliśmy Alice, a ciastka znikały. Przyznam, że ku mojemu dużemu zaskoczeniu, naprawdę były bardzo dobre i faktycznie smakowały czekoladą, której nie jadłem od ponad dobrych dwustu lat.
Ale wracając do tematu… Siedziałem z resztą rodziny słuchając siostry, choć tak naprawdę miałem ochotę stamtąd uciec. Więc czemu? Bo doszłem do wniosku, że to będzie dla mniej najlepsza kara za skrzywdzenie Belli, siedzieć i słuchać o jej szczęściu. Bo ze słów Alice wywnioskowałem, że szczęśliwa jest. A przecież zawsze o tym marzyłem, prawda? Tylko skoro tak, to czemu byłem zazdrosny?
Już sam nie wiedziałem, co myśleć, gubiłem się… Z jednej strony cieszyłem się, że Bella jest wampirem, choć nigdy tego nie chciałem, a z drugiej strony byłem wściekły, że się pojawiła, bo wszystkie wspomnienia odżyły. Owszem chciałem pamiętać i czuć ten ból, ale nie aż tak. Wtedy w lesie wiedziałem, że widzę ją po raz ostatni. Wiedziałem, że będę pamiętać jej twarz już zawsze i że to wspomnienia będą boleć. Ale ten ból był wykalkulowany i wiedziałem, że dam radę z nim żyć (albo wegetować jak mawiała Esme)! Bo miałem jej już nigdy nie zobaczyć! A tu taki psikus. Jeszcze jej nie widziałem, ale sama świadomość, że jest niedaleko, jest bolesna. Jestem rozdarty. Pragnę ją zobaczyć i przeprosić, a jednocześnie jestem na nią tak bardzo wściekły. Za to, że pojawiła się wtedy i wróciła teraz! Bo gdyby nie ona, dalej byśmy spokojnie żyli, martwiąc się jedynie kolejną przeprowadzką i terminem kolejnego polowania.
Mam wrażenie, że moje życia właśnie obraca się o 360 stopni. Po raz kolejny. I to z tego samego powodu. Ostatnio ledwie doszłem do siebie. A teraz?
ESME
Alice słuchałam z uśmiechem na ustach. I to głównie z powodu ogromnej radości i szczęścia, które słyszałam w jej głosie. Już dawno jej takiej nie widziałam. Ostatni raz na pamiętnych urodzinach Belli…
Cieszyłam się razem z nią. Bella była dla mnie jak córka, choć tak krótko ją znałam. No i była miłością Edwarda, który tyle na nią czekał.
Wszystkich wokół mógł oszukać, ale nie mnie. Widziałam, jak cierpiał przez te wszystkie lata, choć starał się to ukryć. Teraz było podobnie. Siedział z nami w salonie i słuchał opowieści Alice, nie zdradzając żadnych uczuć, emocji… Ale serce matki wiedziało. Byłam pewna, że każe kolejne słowo siostry boli go coraz bardziej. I nie mogłam nic na to poradzić.
Co za ironia losu… Wampir, którego praktycznie nic nie jest w stanie zaboleć, zranić ani zabić, cierpi przez złamane serce. W dodatku na swoje własne życzenie, bo nikt mu wtedy nie proponował wyjazdu. On to wymyślił, a my jedynie się zgodziliśmy. Wtedy myślałam, ze wie co robi. Ale z czasem miałam coraz większą ochotę przemówić mu do rozsądku, ze w ten sposób rani nie tylko siebie i Bellę. Jednak za każdym razem dawałam sobie spokój. Bo co ze mnie byłaby za matka, jeśli zamiast wspierać swoje dzieci, dokładałabym im tylko bólu i zmartwień. Poza tym Edward już i tak sporo się na ten temat nasłuchał, głównie od Alice. Do tej pory pamiętam ich głośne awantury, krzyki, wyzwiska… Na szczęście z czasem wszystko stopniowo ucichło. Ale smutek pozostał…
- Esme, jak myślisz, co było w tych ciasteczkach? – wyrwał mnie z zamyślenia głos chochlika.
- Nie wiem – odpowiedziała – Ale to na pewno nie był normalny przepis, bo na pewno nie wyszłoby tak dobre.
- Szkoda, że nie wiesz, bo już się skończyły…
W tym momencie wpadłam na pewien pomysł, ale nie byłam pewna, jak to zrobić. Nie miałam numery telefonu, a poza tym nie wiedziałam, jak ukryć to przed dziećmi.
Nagle w mojej ręce znalazł się telefon. Spojrzałam na niego i okazało się, że to Jaspera. Spojrzałam zaskoczona na syna, ale ten jedynie się uśmiechał. Zupełnie jakby wiedział, co mi krąży po głowie.
- Skąd wiesz?
- Bo na twoim miejscu zrobiłbym to samo.
Oczywiście cała rozmowa była na tyle cicha, że pozostali nas nie słyszeli.
Zadzwoniłam z kuchni.
I: Tak, słucham?
E: Witaj Iso, tu Esme Cullen.
I: Dzień dobry pani Cullen – słyszałam w jej głosie radość.
E: Proszę, mów mi Esme.
I: Dobrze.
E: Miałabym do ciebie prośbę Iso…
I: Tak?…
E: Alice przyniosła twoje ciasteczka i wszystkim bardzo smakowały. Już żadne się nie uchowało. Czy w związku z tym mogłabym cię prosić o przepis?
W telefonie słyszałam jej śmiech.
I: Ależ oczywiście Esme, chociaż tak naprawdę nie ma żadnego specjalnego przepisu.
E: Jak to?
I: Po prostu wystarczy, ze ilość wody podaną w przepisie zastąpisz tą samą ilością krwi. I to tyczy się każdej potrawy.
E: Naprawdę wystarczy tylko tyle? – byłam w szoku – Jesteś pewna?
I: Jak najbardziej – śmiała się dalej – Bardzo długo szukałam sposobu, by jedzenie było dla nas jadalne, a potem eksperymentowałam z ilością. Biedny Daniel wszystko to jadł.
E: Nigdy nie pomyślałabym, że to takie proste – i ja się roześmiałam.
I: Najprostsze rozwiązania są najskuteczniejsze.
E: Masz całkowitą rację. Bardzo ci dziękuje.
I: Nie ma za co. Ale jeśli mogę prosić, to zachowaj ten sekret w tajemnicy. Jestem ciekawa czy Alice kiedyś na to wpadnie.
E: Dobrze, moja droga. Do zobaczenia.
I: Pa.
Z uśmiechem na ustach odniosłam telefon do właściciela, po czym zarządziłam polowanie. Dla dzieci i męża. Sama zaś wzięłam się do pracy. Dobrze, że w lodówce zawsze mamy trochę krwi. Tak na wszelki wypadek.
