14
DANIEL
- Chyba nie było tak źle? – spytałem, gdy tylko usłyszałem, jak Cullenowie odjeżdżają.
- Było fajnie. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się…
- A jak się czujesz?
- Bardzo dobrze – moja żona się uśmiechała – Nie wiem, czemu tak się bałam.
- A nie mówiłem?
- Mówiłeś, mówiłeś – wytknęła mu język – Ale sam wiesz, czemu tak było.
- Ale już jest w porządku? – upewniłem się jeszcze po raz kolejny, trzymając Isę w objęciach i patrząc jej w oczy.
- Zdecydowanie tak. I nawet jestem gotowa stawić czoła reszcie.
- Jesteś pewna? – zmarszczyłem brwi – Nie za szybko?…
- Przecież nie mówię, że teraz – śmiała się – Poza tym teraz mam ochotę na coś innego.
- Co takiego?
Z uśmiechem wyszeptała mi do ucha dwa słowa, po których na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Od ucha do ucha.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – powiedziałem i zaniosłem ją do sypialni, po drodze zrzucając z niej ciuchy.
- Przepraszam – usłyszałem dwie godziny później.
- Za co? – zdziwiłem się, bo zupełnie nie miałem pojęcia, co się dzieje.
- Że w ciebie nie wierzyłam – mówiła dalej Isa – Bałam się, że jak tylko Cullenowie się tu pojawią, rzucisz się na nich. Może nie w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale tak w ogóle… Że będziesz nie miły i tak dalej… Przepraszam. Nie doceniłam cię.
Szczęka mi opadła. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Oczywiście nie mam żalu, bo doskonale ją rozumiem. W ostatnich czasach ta wampirza rodzina była dla nas tematem tabu. Z opisu Isy i Aro wyobraziłem ich sobie jako istne wcielenie zła. Po prostu byłem do nich uprzedzony. Dlatego nie dziwię się obawom żony.
- Nic się nie stało skarbie – odpowiedziałem, mocniej przytulając ją do siebie – Na twoim miejscu pewnie też miałbym takie wątpliwości.
- Kocham cię – powiedziała w odpowiedzi.
W jej oczach widziałem, że to prawda. Pomimo moich początkowych obaw żaden Edward ani nikt inny się dla niej nie liczy. Jesteśmy tylko my dwoje. I Anette.
- Co powiesz na małą wycieczkę? – spytałem wesoło.
- Gdzie? – mojej żonie od razu poprawił się humor.
- W góry. Może przy okazji zapolujemy…
- Za kwadrans na dole – stwierdziła Isa i tyle ją widziałem.
Musicie wiedzieć, że oboje bardzo lubimy wycieczki. Ale jako że nie jesteśmy normalnymi ludźmi, nasze wycieczki też nie są tak do końca normalne. W żadnym wypadku nie jedziemy nigdzie nic zwiedzać. W ogóle nie jedziemy. Po prostu w naszym naturalnym tempie biegamy po lasach, parkach, skaczemy po drzewach, przepływamy morza… Im bardziej niedostępne miejsce, tym większa zabawa dla nas.
Wycieczka w góry, to dla nas bieg w te najwyższe partie, skąd widoki są najwspanialsze, a drzewa najwyższe. Tam nie musimy się bać, ze ktoś nas zobaczy, nie unikamy słońca. Po prostu jesteśmy sobą.
Niedługo potem wyruszyliśmy. Był niedzielny ranek, więc pewnie jeszcze większość ludzi spała. Ale jednak woleliśmy nie ryzykować zdemaskowania, dlatego też do lasu ruszyliśmy ludzkim tempem. Mieliśmy to szczęście, że masz dom wybudowano blisko lasu, jakieś 50-60m. Gdy zasłoniły nas pierwsze drzewa, puściliśmy się biegiem. Z uśmiechami na twarzach, trzymając się za ręce.
ISA
Uwielbiam wycieczki. Szczególnie te z dala od ludzi, kiedy nikt ani nic nas nie ogranicza. Dobrze jest czasami tak oderwać się od rzeczywistości, być sobą, nikogo ani niczego nie udawać… Poczuć ten wiatr we włosach, spojrzeć na świat z innej perspektywy…
Biegliśmy, instynktownie omijając wszelkie przeszkody, drzewa, kamienie… Z każdym kolejnym kilometrem czułam, jak opada ze mnie całe napięcie. Byłam ponad tym, zmartwienia i smutki zostawiłam w domu.
Po jakimś czasie dotarliśmy na miejsce. Na najwyższy szczyt gór Olimpic. Bardzo często tu bywamy, to taka nasza oaza.
- Ilekroć tu jesteśmy, zawsze tak samo się zachwycam – westchnęłam rozluźniona i szczęśliwa – Niby to samo miejsce, a jednak za każdym razem inne…
- Bo wszystko się zmienia – odezwał się Daniel – Rodzi się, dojrzewa, umiera. Pod tym względem przyroda jest jak człowiek…
Siedzieliśmy i podziwialiśmy. Czasem w ciszy, czasem pogrążeni w rozmowie. A po zadumie przyszło rozbawienie. Jak małe dzieci bawiliśmy się w berka, z tym, że zamiast biegać, my skakaliśmy po gałęziach drzew, wspinaliśmy się po konarach… I cały czas słychać było nasz głośny śmiech. Dobrze, że byliśmy daleko od jakiejkolwiek cywilizacji.
- Wracamy powoli? – spytał Danie, gdy zaczynało zmierzchać.
- Możemy – zgodziłam się.
Złapaliśmy się za ręce i ruszyliśmy w drogę. Jednak tym razem trochę wolniej. Nie spieszyło się nam do domu.
- Potrzebowałam tego – zaczęłam rozmowę – Takiej chwili oderwania, relaksu…
- Przyznam ci, że ja też – odparł mój mąż – Niby ostatnie wydarzenia dobrze się skończyły, ale to napięcie i stres gdzieś tam głęboko zostały. Fajnie było to rozładować – stwierdził.
- Już nie pamiętam, kiedy czułam się taka rozluźniona, beztroska…
- Ja chyba przed pojaw…
Głośny krzyk przerwał wypowiedź Daniela. Stanęliśmy zaskoczeni. Po paru sekundach krzyk się powtórzył. Był pełen strachu i przerażenia. Wystarczyło jedno spojrzenie i jak najszybciej rzuciliśmy się w tamtym kierunku. Krzyk był bardzo głośny, więc musieliśmy być niedaleko. I faktycznie po dosłownie sekundzie znaleźliśmy się na szlaku. Przed nami miała miejsce dramatyczna scena. Jakiś wampir (chyba nowonarodzony) pochylał się nad kobietą. Zęby zatopił w jej ramieniu. Zauważyłam, że była bardzo młoda. Widziałam, jak w jej oczach gaśnie życie. Metr dalej leżał mężczyzna. Już martwy.
- Zostaw ją! – krzyknęłam i rzuciłam się na mojego pobratymcę.
Zaskoczony spojrzał na mnie i nim zdążył zareagować, Daniel już powalił go na ziemię. Chciałam do niego dołączyć i mu pomóc, ale w tej chwili usłyszałam płacz dziecka. Rozejrzałam się wokół. Trochę na lewo pod drzewem leżało niemowlę. Z jego rączki sączyła się krew. Podeszłam i wzięłam je na ręce, starając się je uspokoić. To był chłopczyk. Zauważyłam, że miał podarte ubranko, więc szybko zdjęłam z siebie koszulkę i go w nią owinęłam.
- Już spokojnie malutki, nic ci nie grozi – mówiłam, tuląc go do siebie – Ciii, już dobrze…
Za moimi plecami Daniela dalej walczył z wampirem, który był naprawdę silny.
- Isa, pomóż mi – krzyknął.
Schowałam chłopca za drzewem i ruszyła do męża. Staraliśmy się atakować oboje na raz, ale i tak ledwie dawaliśmy radę.
- Szybko rozpal ognisko – powiedział, gdy chwilowo udało nam się go obezwładnić. Czym prędzej spełniłam jego polecenie, po czym go rozczłonkowaliśmy i wrzuciliśmy jego poszczególne części go ognia. A potem staliśmy i patrzyliśmy, jak płonie. Aż w końcu został już tylko popiół.
- Silny był – stwierdził Daniel.
- Nowonarodzony – odparłam – Podejrzewam, że miał nie więcej niż trzy miesiące.
- Tylko teraz nie wiemy, czy przywędrował tu sam po przemianie, czy ktoś w okolicy go zmienił…
- Obawiam się, że on nam tego już nie powie. Musimy mieć się na baczności. I na wszelki wypadek uprzedzić Cullenów…
- W większej grupie większe prawdopodobieństwo dowiedzenia się czegoś – westchnął Daniel, po czym spytał – A tak w ogóle, to gdzie zgubiłaś bluzkę?
Spojrzałam na niego, jak na idiotę, ale zaraz uświadomiłam sobie, że faktycznie jestem w samym staniku. W tym samym momencie przypomniałam sobie o niemowlaku.
- Dziecko! – krzyknęłam i rzuciłam się w stronę drzewa.
Po chwili ku zdziwieniu Daniela, wyszłam zza niego na rękach niosąc chłopczyka , który co prawda dalej płakał, ale już nieco spokojniej niż jeszcze parę minut temu.
- Skąd?…
- Leżał pod krzakiem obok szelek. Chyba jest synem tej dwójki. A co z kobietą?
Daniel podszedł do niej, ale okazało się, że się spóźniliśmy.
- Dobrze, że chociaż jemu nic nie jest… - westchnął mój mąż – Co robimy?
- Daj mi swoją bluzę, bo mały jest bardzo wychłodzony – powiedziałam i owinęłam go w ciuch męża – Poza tym przydałoby się, żeby jednak obejrzał go lekarz. Tak na wszelki wypadek…
- A co powiesz w szpitalu? I policji, bo pewnie do nich zadzwonią?
Nie odpowiedziałam. To faktycznie utrudniało sytuację.
Spojrzałam na małego. Na szczęście jak tylko wzięłam go na ręce, uspokoił się. Przyglądał mi się dużymi niebieskimi oczami, zapuchniętymi od płaczu. I nagle mnie olśniło!
- Carlise. On jest lekarzem i nam pomoże.
- Czyli ruszamy?
- Mam trochę inny pomysł… - powiedziałam niepewnie i spojrzałam na Daniela.
- Chyba nie chcesz, żeby z nami został? – spytał, ale z mojej miny wywnioskował, że owszem, chcę – Ale jak? Jak chcesz to zrobić?
- Mam już pewien pomysł – odparłam – Zrobimy tak. Ty pobiegniesz teraz do domu. Weźmiesz samochód i pojedziesz na lotnisko do Seattle i tam go zostawiasz, a potem przybiegniesz do Cullenów. Ja pójdę do nich teraz i tam się spotkamy. Potem wytłumaczę ci resztę.
Daniel zgodził się i ruszył w stronę domu, a ja do wampirzej rodziny. Cały czas mocno tuliłam do siebie dziecko i szeptałam uspokajające słowa. Niedługo potem stanęłam przed tak dobrze znanym mi domem. Z zewnątrz nie zmienił się nic, ale nie miałam czasu dokładniej mu się przyglądać. Zapukałam i czekałam.
