15

EDWARD

Siedziałem w salonie przy fortepianie. A właściwie to moje ciało siedziało. Myśli krążyły gdzieś tam… Chociaż może nie tak do końca. Myślałem o Belli… O wspólnie spędzonych chwilach, naszej miłości i mojej głupocie… Nawet się nie zorientowałem, gdy moje palce zaczęły wygrywać Jej kołysankę, a obok mnie usiadła Alice.

- Jeszcze wszystko będzie dobrze… - wyszeptała tak, że tylko ja byłem w stanie to usłyszeć.

- Czyżbyś to widziała? – zapytałem ironicznie.

Nie wiem, czemu tak się zachowałem. Kochałem cała swoją rodzinę bezwarunkowo, ale z drugiej strony miałem dość użalanie się nade mną. Przecież wszyscy wiedzieli, że Obrze nie będzie. Nie, dopóki Ona będzie z nim…

- Wiesz dobrze, że nie – odpowiedziała miło, pomimo mojego zachowania – Nie wiem czemu, ale jestem pewna, że wszystko się ułożyły – powiedziała i podniosła rękę dając mi znać, żebym nic nie mówił, bo już chciałem zaprzeczyć – Nie, nie miałam wizji – powtórzyła – To jakieś takie inne uczucie, zupełnie jakby…

Jej dalszą wypowiedź przerwało pukanie do drzwi, więc siostra szybko się zerwała. A gdy je otworzyła, aż pisnęła.

- Jest Carlise? – usłyszałem tylko.

Nie miałem pojęcia do kogo należy ten głos. Taki melodyjny i delikatny…

- Tak – odparła Alice- A co się stało?

- Później – usłyszałem w odpowiedzi od nieznajomej.

Chwilę później zobaczyłem, jak przez korytarz przemknęły dwie osoby. Jedną z nich była oczywiście Alice, a obok niej szła ta druga. Przemknęły szybko, ale zdążyłem jej się dokładnie przyjrzeć. Średniego wzrostu, brązowe włosy. Co mnie zaskoczyło to fakt, że była w samym biustonoszu. A w rękach trzymała dziecko. To ostatnie zadziwiło mnie na tyle, że Az wstałem od fortepianu. Mój ruch chyba na chwilę przyciągnął uwagę nieznajomej i spojrzała w moim kierunku. A wtedy zamarłem. To była Ona. Bella.

CARLISE

Gdy usłyszałem pukanie do drzwi wejściowych, zajęty byłem przeglądaniem książki medycznej, która niedawno pojawiła się na rynku. Byłem tak pochłonięty, ze nawet nie Wyszłem sprawdzić, kto nas odwiedzić. Poza tym wiedziałem, że w salonie siedzą Edward i Alice, bo doskonale słyszałem muzykę. Bardzo się cieszyłem, ze mój syn powrócił do grania. Jednak kiedy rozpoznałem melodię, zrozumiałem, że znowu się zamartwia. Westchnąłem.

A potem do drzwi mojego gabinetu ktoś zapukał i nie czekając na moje słowa wszedł do środka. To były dwie osoby. Jednak to oczywiście moja córka Alice, a druga… Nie, to nie możliwe…

- Bella? – zapytałem na głos.

Ta jedynie przewróciła oczami.

- Isa – poprawiła mnie.

- A ta, przepraszam – dalej byłem w szoku.

- Mniejsza o to. Potrzebujemy twojej pomocy… - dodała głową wskazując na trzymane przez siebie dziecko, na które wcześniej nie zwróciłem uwagi.

- Co się stało?

- Opowiem później. Sprawdź, co z nim…

To powiedziawszy wyciągnęła w moją stronę ręce podając mi niemowlę. Jednak gdy tylko wziąłem je w ramiona, od razu zaczęło płakać. I nie chciało się uspokoić.

- Może jednak ty je trzymaj – stwierdziłem podając jej małego.

Gdy tylko Isa zabrała z powrotem dziecko, ten się od razu uspokoił, a ja spokojnie mogłem zająć się stanem jego zdrowia.

- Wszystko jest w porządku – powiedziałem, gdy skończyłem – Mały jest w szoku i trochę przemarzł, ale to nic poważnego.

- A co z raną na jego rączce?

- To tylko trochę głębsze obdarcie, szybko się zagoi. Na wszelki wypadek przemyjemy je wodą utlenioną, a żeby przypadkiem się nie podrapał zakleimy plastrem. Alice, możesz? – poprosiłem córkę, a ty szybko wyszła z pokoju.

- Co się stało? – spytałem po raz kolejny patrząc na nią z troską.

- Byliśmy na spacerze i kiedy wracaliśmy usłyszeliśmy krzyk. Jakiś nowonarodzony zaatakował rodzinę z dzieckiem. Oni byli już martwi, ale zdążyliśmy uratować jego…

- A ten wampir?

- Zabiliśmy go z Danielem.

W tym momencie do pokoju wróciła Alice niosąc wszystko, o co prosiłem.

Nie wiem, jakim cudem, ale gdy chłopiec był na rękach u Isy, był bardzo spokojny. Lekarzem jestem już od bardzo dawna i nie jedno widziałem, ale nie pamiętam dziecka, które byłoby tak spokojne przy przemywaniu rany. Bo my dorośli możemy mówić, co chcemy, ale prawda jest taka, że to jednak trochę szczypie. Ale nasze trochę to dla dzieci bardzo dużo. A już na pewno dla tak małych. Tymczasem mój obecny mały pacjent jedynie się skrzywił, ale gdy Isa mocniej go do siebie przytuliła, od razu się uspokoił.

- I gotowe – powiedziałem, gdy przykleiłem plaster.

- Dziękuję Carlise – usłyszałem od Isy – Nie chcieliśmy jechać do szpitala, bo nie wiem, co mielibyśmy im powiedzieć… Jeszcze raz dziękuję…

- Nie ma problemu – odparłem – Taki pacjent to sama przyjemność…

- Mogłabym u was poczekać na Daniela? Myślałam, że z małym to coś poważniejszego i powiedziałam mu, że się tu spotkamy…

- Oczywiście – ucieszyła się od razu Alice.

- Chodźmy do salonu, a Alice przyniesie ci jakąś bluzkę – zaproponowałem z uśmiechem.

W dodatku moje ostatnie zdanie skwitowane zostało śmiechem chochlika i lekkim zawstydzeniem drugiej wampirzycy, które starała się zamaskować śmiechem.

- Tylko Alice, coś luźnego i wygodnego, a nie strojnego i prowokacyjnego – ostrzegła ją.

- Nie mam nic bardziej prowokacyjnego niż to, co masz na sobie – odgryzła się Alice i pobiegała na górę, by niedługo potem wrócić z czymś kolorowym w ręce.

Isa podała jej na chwilę niemowlę i czym prędzej założyła na siebie przyniesioną bluzkę. Na szczęście zrobiła to na tyle szybko, że chłopiec nie zdążył się rozpłakać.

- Więc chodźmy.

I znaleźliśmy się w salonie, gdzie siedział Edward.

- Witaj Edwardzie – przywitała go Isa.

Zamarłem, czekając na reakcję syna. Nie wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Intuicyjnie wyczułem, że Alice zareagowała w identyczny sposób.

- Witaj Bello – odparł, a Isa przewróciła oczami.

- Isa. Mam na imię Isa – a w jej głosie słyszałem zniecierpliwienie – A gdzie są pozostali?

- Na polowaniu – odpowiedziała Alice – Ale lada chwila powinni wrócić.

JASPER

Razem z Emmettem, Rosalie i Esme wybraliśmy się na krótkie polowanie. Właśnie z niego wracaliśmy, gdy jakiś kilometr od domu natchnęliśmy się na Daniela Domina.

- Cześć Daniel – przywitałem go.

- Witaj Jasper. Dawno się nie widzieliśmy – śmiał się.

- Kopę lat – odgryzłem się i w tym momencie usłyszałem za sobą parsknięcie. To zapewne był Em – Przedstawiam ci moją mamę Esme i rodzeństwo Emmetta i Rosalie..

- Bardzo miło mi poznać, Daniel Domin.

- Mam również – odparła Esme.

- Co cię sprowadza w te strony? – spytałem – Przecież mieszkacie po drugiej stronie miasteczka…

- Wiem, ale ja właśnie biegnę do was. Isa tam na mnie czeka.

- Isa u nas? – zdziwiłem się.

- Tak, ale to długa historia. Opowiem wam na miejscu.

- Więc ruszajmy w drogę – powiedział Em i tak też zrobiliśmy.

Na miejsce dotarliśmy bardzo szybko, ale czego można się spodziewać po pięciu wampirach. I faktycznie na miejscu w salonie wraz z Alice, Edwardem i Carlisem siedziała Isa, a na jej rękach spało… niemowlę?

-Witaj Isa – nachyliłem się nad nią i dając jej buziaka w policzek.

- Cześć Jasper. Witaj Esme – dodała widząc obok mnie mamę.

- Isa, jak miło cię widzieć – ucieszyła się mama – A kogo my tu mamy? – spytała dostrzegając dziecko.

- Długa historia – westchnęła – Jakiś nowonarodzony zabił mu rodziców. W ostatniej chwili go uratowaliśmy.

- Co z nim? – spytał Daniel stając obok swojej żony.

- W porządku. Carlise powiedział, że nic mu nie jest. A właśnie Daniel, to doktor Carlise Cullen, Carlise to mój mąż Daniel.

Tata i Daniel uścisnęli sobie dłonie i skinęli głowami, wymieniając przy tym standardowe uprzejmości.

- A to Edward, syn Carlise'a i Esme – dodała wskazując na mojego brata.

DANIEL

Muszę przyznać, że dom Cullenów robi wrażenie. Duży i nowoczesny, a jednocześnie taki prosty i przytulny. Isa już czekała na mnie w salonie, razem z Alice i resztą rodziny. Doktor Cullen okazał się bardzo sympatyczną osobą, podobnie jak Esme i Emmett. Rosalie na razie trzymała się z boku, więc nie miałem okazji poznać jej lepiej. A Edward? Ku mojemu niezadowoleniu jest naprawdę bardzo przystojny. Każdy kto temu zaprzeczy, z pewnością skłamie. Więcej nie mogę o nim powiedzieć, bo przez cały czas siedział cicho, patrząc na Isę, która akurat opowiadała im sytuację z tamtym wampirem. W jego spojrzeniu widziałem ból, tęsknotę, miłość… Nie wiedziałem, co o nim myśleć… Czy się go bałem? Traktowałem jak zagrożenie? Nie. Oczywiście, że nie. Byłem pewny Isy i tego, co nas łączy. Ale nie wiedziałem, jak on zareaguje na tą sytuację. Z jednej strony nie wygląda na takiego, ale z drugiej…

- I co teraz zamierzacie? – z zamyślenia wyrwał mnie głos Alice – Co z chłopcem? Oddacie go do domu dziecka?

- Nie – zaprzeczyła moja żona – Mam pewien pomysł… - dodała trochę niepewnie, patrząc na mnie.

- Jaki kochanie? – spytałem, doskonale zdając sobie sprawę, że skoro Isa obawia się mojej reakcji, to jest to coś szalonego.

- Myślałam nad tym, żeby się nim zaopiekować – powiedziała tak szybko, że miałem małe problemu ze zrozumieniem jej.

Gdy do mnie dotarło znaczenie jej słów miałem ochotę krzyknąć „CO?!". Jednak siedziałem oniemiały wpatrując się w Isę. A moje zamierzenie zgodnie wypełnili Alice i Emmett. Głośnym chórkiem.

- Jak ty sobie to wyobrażasz? – spytał do tego Jasper.

Isa się jednak nimi nie przejęła i dalej niepewnym wzrokiem patrzyła na mnie. Wiedziałem, że czeka na jakieś moje słowo, ruch, cokolwiek, ale byłem tak zaskoczony, żenie potrafiłem.

- Jak? – zdołałem jedynie wyszeptać.

Wiedziałem, że już wszystko ma obmyślane, cały plan. Już wtedy w lesie miała.

- Powiemy, że to nasz rodzina…

- Rozumiem, że moja wyprawa do Seatlle ma z tym coś wspólnego? – odzyskałem głos.

Isa przytaknęła i zaczęła mówić.