17
ISA
Radosna Alice od razu zaproponowała nam swój pokój, a sama stwierdziła, że przeniesie się do Jaspera. Oczywiście nie chciałam się na to zgodzić, ale przy jej uporze nie miałam nic do gadania. Praktycznie nas tam wepchnęła.
- Gdybyście czegoś potrzebowali to mówcie, albo jeszcze lepiej czujcie się jak u siebie w domu – powiedziała i wyszła, a my zostaliśmy z Danielem sami.
W końcu mieliśmy chwilę tylko dla siebie. Oczywiście jeśli nie liczyć śpiącego na moich rękach chłopczyka. Na szczęście w pokoju znajdowało się duże łóżko z baldachimem, więc na jego środku położyłam małego. Sama ułożyłam się po jego jednej stronie, a Daniel po drugiej tak, żeby nie spadł.
- Jesteś pewna? – zapytał mój mąż po chwili milczenia.
- Tak – odparłam bez wahania – Już jakiś czas temu myślałam o adopcji, ale potem była sprawa z Cullenami i jakoś wyleciało mi to z głowy. Poza tym… - zaczęłam, ale zamilkłam.
- Tak?
- W jakiś sposób czuje się winna śmierci jego rodziców – wyjaśniłam po chwili milczenia patrząc na niemowlę – Może gdybyśmy byli szybsi, udałoby im się przeżyć… Tak, wiem, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, ale jednak nie potrafię przestać tak myśleć – dodałam widząc, że chce coś powiedzieć.
- Więc nie myśl o tym – powiedział głaszcząc mnie po policzku, co zawsze mnie uspokajało – Poza tym masz teraz inne sprawy na głowie. Mamy ślicznego synka i to on powinien zajmować twoje myśli. No i oczywiście ja – dodał wesoło, po czym zapytał – A tak w ogóle jak damy mu na imię?
- Ethan? – zaproponowałam.
- Mnie się podoba – uśmiechnął się Daniel – Ethan Domin. Ładnie brzmi.
Resztę nocy spędziliśmy na rozmowie. W końcu czekało nas dużo zmian, ale nie byliśmy tym w żaden sposób przerażeni. Raczej wręcz przeciwnie. Już nie mogliśmy się doczekać, aż będziemy mogli wrócić do swojego domu i zacząć normalne życie bez ukrywania się. Ale wcześniej musieliśmy się jeszcze jakoś do tego przygotować. A to oznaczało zakupy. Tylko tu powstał problem, jak to zrobić, skoro teoretycznie nie ma nas w miasteczku.
- Zawsze można wysłać dziewczyny… - zaproponował w pewnym momencie Daniel.
- Jest to jakaś myśl… - zamyśliłam się – Ale z drugiej strony jak znam Alice i jej miłość do zakupów, to całego naszego domu braknie, żeby to wszystko pochować… A może któreś z nas z nią pojedzie, ale dopóki będziemy w Forks i Port Angeles, będzie leżało schowane na tylnym siedzeniu? – tym razem ja rzuciłam pomysł.
- To nie jest takie głupie – stwierdził Daniel – Wtedy nie muszą jechać wszystkie, wystarczy jedna…
- Rano z nią porozmawiam.
I na tym stanęło.
Oczywiście Alice bez problemu zgodziła się na zakupy, nawet nie musiałam jej długo namawiać. Chociaż tak po prawdzie nie namawiałam jej w ogóle, tylko ledwie wspomniałam. Rose i Esme też zaproponowały swój udział, więc we czwórkę ruszyłyśmy na podbój centrum handlowych w Seattle, a małego Ethana zostawiłam pod opieką Daniela i reszty facetów.
- Tylko spokojnie tu – powiedziałam jeszcze, po czym opuściłam dom i wsiadłam na tyle siedzenie żółtego porsche Al.
JASPER
Dziewczyny pojechały, a my zostaliśmy sami z kilkumiesięcznym dzieckiem. Czterech facetów i dziecko. W dodatku facetów, którzy nigdy w życiu nie mieli do czynienia z żadnym dzieckiem! Szkoda, że Carlise pojechał do pracy, bo może coś by nam podpowiedział. A tak musimy sobie radzić sami… Może i nie byłoby to takie straszne, gdyby nie fakt, że chwilę po tym, jak samochód z dziewczynami odjechał sprzed domu, mały zaczął płakać. A żaden z nas nie wiedział, co w takim wypadku trzeba robić…
- Czemu on płacze? – spytał Emmett – Daniel, zrób coś z tym…
Domin jednak całkowicie go zignorował, tylko zajął się małym. Kołysał go w ramionach i szeptał mu uspokajające słowa, lecz na darmo.
- Może jest głodny? – rzucił Edward niby od niechcenia.
- Oby nie, bo nie mamy nic, co można mu dać – odparł nauczyciel – Isa dopiero przywiezie, co trzeba… Ale może ma mokro…
I nim którykolwiek z nas zdążył cokolwiek powiedzieć, położył chłopca na sofie i zdjął mu ubranie.
- Tu cię mam synek – powiedział takim samym głosem, jakby właśnie był Kolumbem i odkrył Amerykę.
Ale bardziej zaskoczyły mnie jego słowa. „Synek"? Przecież ledwie wczoraj, a nawet dziś w nocy przyprowadzili chłopca, a już mówią o nim jak o synu… Paranoja.
- Szkoda, że nie mamy pieluch… - mruknął po nosem, po czym podał zawinięty pakunek Emmettowi – Możesz to wyrzucić?
- A co to jest? – spytał niepewnie mój brat – Strasznie śmierdzi…
- Jak ma nie śmierdzieć, jak to kupa – parsknął śmiechem Edward.
- Co?! – krzyknął misiek – Sam sobie to wyrzuć. Ja tego nawet do ręki nie wezmę! – protestował głośno, co wystraszyło małego i znowu zaczął płakać.
- Dzięki Em – prychnął Daniel biorąc małego na ręce i znowu zaczynając go uspokajać.
- Ja to wezmę – powiedziałem biorąc zużytego pampersa do ręki i szybko go wyrzucając.
Po chwili byłem już z powrotem.
- Jak ty mogłeś to wziąć w rękę? – dziwił się Em – Spróbuj teraz mnie nią dotknąć, a ci przywalę.
- Już się ciebie boję – drwiłem z niego.
- Możecie być nieco ciszej? – spytał Daniel – Może uda mi się go uśpić aż dziewczyny nie wrócą…
Razem z Emmettem bez słowa mu przytaknęliśmy. A Edward?… On zrobił coś zupełnie innego. Jak gdyby nigdy nic podszedł o fortepianu i zaczął na nim grać.
- Edward, co ty…? – spytałem, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
Kątem oka zauważyłem, że Daniel też chce mu już coś powiedzieć, czy zwrócić uwagę, ale wtedy mały zaczął jakby mniej płakać, a po kolejnych kilku minutach uspokoił się zupełnie.
- Zasnął – stwierdził Daniel.
Dopiero teraz rozpoznałem melodię, którą grał Edward. To była kołysanką, którą skomponował dla Belli. Przez te osiemdziesiąt lat nie zagrał jej ani razu, dopiero teraz. I to – o ironio – dla jej syna i w obecności jej męża.
Gdy mój brat uderzył w ostatnie nuty, jeszcze chwilę chłopiec spał spokojnie, a zaraz potem zaczął się wiercić, jakby śniły mu się koszmary.
- Ed, zacznij od początku – poprosiłem go cicho.
Zaskoczony spojrzał na mnie, ale grał dalej. A chłopiec znowu spał spokojnie.
- To teraz musisz grać, aż dziewczyny nie wrócą, a jak znam Alice, to tak prędko nie skończą – śmiał się Em i wszyscy wiedzieliśmy, że ma rację.
Odpowiedzią Edwarda było jedynie wzruszenie ramion i całkowite zignorowanie miśka.
I tak czekaliśmy na dziewczyny. Edward grał na fortepianie, Daniel spacerował z małym, a ja i Emmett graliśmy w szachy.
ALICE
Chodziłyśmy po sklepach już od paru godzin, a jeszcze nie miałyśmy wszystkiego. Co prawda Isa twierdziła inaczej, ale co ona mogła wiedzieć. Przecież dziecko i to jeszcze tak małe brudzi się w bardzo szybkim tempie, więc to oczywiste, że potrzebuje dużo śpioszków, kaftaników i tym podobnych.
- Ale weź pod uwagę, że takie małe dzieci też szybko rosną i zanim to wszystko założy, już z większości powyrasta – przekonywała mnie Isa, a Esme jej przytaknęła.
Jedynie Rose stała po mojej stronie.
Ale we dwie jesteśmy bardzo uparte, dlatego teraz dalej chodzimy po sklepach, a one siedzą w jakiejś kawiarence i na nas czekają. Jedyne ustępstwo na jakie się zgodziłyśmy, to to, żeby tym razem kupować większe ciuszki, żeby były na przyszłość.
- Już jesteśmy – powiedziałyśmy do Isy i Esme po dwóch godzinach, pojawiając się obok nich w kawiarence.
- Chyba dopiero – wytknęła mi język Isa – Czyli wracamy? Bo boję się, co zastanę na miejscu… Czterech facetów i dziecko to nie jest najlepsze połączenie… - powiedziała i wszystkie razem wybuchnęłyśmy śmiechem.
Spokojnie doszłyśmy do samochodu, i tam pojawił się mały problem, bo miałyśmy naprawdę sporo toreb i nie bardzo wiedziałam, jak zapakujemy to wszystko do mojego porsche. Kombinowałyśmy dość długo, ale w końcu jakoś się zapakowałyśmy i już mogłyśmy ruszać w drogę powrotną do domu.
- Mogę cię o coś zapytać Isa? – odezwała się Rosalie.
- Jasne – odparła siedząca z tyłu pani Dominowa.
- Dlaczego zdecydowałaś się być wampirem? Skoro miałaś wybór, to czemu wybrałaś akurat to?
