20
ISA
Po nakarmieniu Ethana, trochę pospacerowałam z nim po pokoju. Nie potrzebował wiele, by zasnąć. Położyłam się na łóżku jak podczas karmienia, synka kładąc obok siebie.
- Będziesz miała coś przeciwko, jeśli wybiorę się na małe polowania? – spytał Daniel.
- Jasne, że nie. Idź, a ja zostanę z małym – odparłam.
Daniel pocałował mnie i Ethana, a następnie wyskoczył przez okno.
- I zostaliśmy sami – powiedziałam do śpiącego chłopca.
Jego jednak moje słowa nie interesowały. Pogrążony był w krainie snu.
A ja w końcu miałam czas trochę pomyśleć. Bo ostatnie dni przyniosły wiele zmian. Czy dobrych? Nie wiem… Chciałabym bez zastanowienia powiedzieć, że tak, ale jakoś nie jestem w stanie… Chodzi mi o znajomość z Cullenami, bo decyzji co do przygarnięcia chłopca jestem całkowicie pewna. Gdyby komuś jakimś cudem udało się cofnąć czas i po raz kolejny znalazłabym się na tym szlaku w lesie, postąpiłabym dokładnie tak samo, nie zmieniłabym niczego. Bo Ethan jest czymś najlepszym, co mnie w ostatnim czasie spotkało. Ale wracając do wampirzej rodziny… Cullenowie tworzą naprawdę zgraną i kochającą się rodzinę. Przyjaźnić się z nimi jest naprawdę cudownie i co ważniejsze przyjaźń ta nie wymaga wiele wysiłku. Po prostu jest. Wiem, że gdyby coś nam groziło, pomogliby nam bez słowa. Podobnie zresztą i na odwrót. Ale jest jeszcze przeszłość… Przeszłość, która niestety nie rysuje się na różowo. I właśnie dlatego nie jestem w stanie zaufać im tak całkowicie. Bo ciągle pamiętam, co się wtedy wydarzyło. Niby wiem, że to sprawa tylko pomiędzy mną a Edwardem, ale w końcu jest członkiem ich rodziny… A rodzina zawsze jest przed przyjaciółmi…
Nie chowam długo urazy. Bardzo często zapominam o wyrządzonych mi krzywdach i zadrach. Może właśnie dlatego staram się odbudować relacje z Cullenami? Zawsze bardzo ich lubiłam i traktowałam prawie jak swoją rodzinę, więc w jakiś sposób ciężko mi zrezygnować z kontaktów z nimi. Jasne, jestem teraz inną osobą (czy jak kto woli, wampirem) i kontakty te z pewnością nie będą takie same jak wcześniej. Ale czemu nie spróbować nawiązać ich na nowych zasadach? Ja mam teraz swoją rodzinę, kochającego dziadka, czułego męża, wspaniałego syna, ale to nie znaczy, że w moim życiu brakło miejsca dla nich. Świat jest sceną, a życie teatrem. Każdy z nas ma swoją rolę w odgrywanym przedstawieniu. Są sceny z jednym aktorem, a są i takie, gdzie jest ich kilkunastu. W moim przedstawieniu Cullenowie odgrywali kiedyś role pierwszoplanowe, a jeden z nich nawet główną. Potem starałam się zrobić wszystko, żeby usunąć ich nazwiska ze scenariusza. Ale to, że zamarzę czyjeś imię korektor nie sprawi, że zniknie ono całkowicie. Ono tam będzie dalej, może niewidoczne dla oka, ale będzie. Teraz nadszedł ten moment, kiedy ich postacie wróciły na scenę. Czy mnie to cieszy? Nie wiem… Z jednej strony tak, nawet bardzo. Bo teraz czuję, że w moim życiu wszystko jest na swoim miejscu. Ale znowu z drugiej… Z drugiej strony jest Daniel. Wiem, że nie zrobi on nic, co by mnie unieszczęśliwiło. Za bardzo mnie kocha. Ale ja też go kocham i nie chcę robić czegoś, co sprawi, że to on będzie nieszczęśliwy. Miłość i małżeństwo to nie tylko branie, ale też – głównie- dawanie. Wiem, że jego obecność Cullenów nie uszczęśliwia, ale nie wiem, czy potrafię się wyrzec ich obecności. Nie teraz, kiedy na powrót się spotkaliśmy i powoli odbudowujemy to, co kiedyś między nami było. Nawet z Rosalie zaczynał się dogadywać…
Już sama nie wiem, co mysleć… Ani tym bardziej, co robić. Wiem, że przyjęcie propozycji Rose i zostanie z nimi pod jednym dachem nie było dobrym posunięciem, ale nie potrafiłam odmówić Esme. Więc zostaliśmy. A co z tego wyniknie zobaczymy za jakiś czas… Bardzo możliwe, że przyjdzie mi słono za to zapłacić, ale z pewnością będzie warto…
EDWARD
Noc jest tą porą dnia, kiedy najwięcej myśli zaprząta moją głowę. I nie da się ich tym razem zagłuszyć. Bo ile można czytać, słuchać muzyki, czy grać na fortepianie? Z pozostałymi też za bardzo nie porozmawiam, bo wszyscy są pozajmowani. Sobą nawzajem. Wiem, że jeśli poszedłbym do Alice, ona bez względu na to, co właśnie by robiła, z pewnością by mnie wysłuchała. Kochana z niej osóbka. Ale myśli, które aktualnie mnie dręczą, raczej nie są wskazane dla jej uszu. Bo co jak co, ale ona zawsze mi mówiła, że zostawiając Bellę zrobiłem źle. Cóż… Patrząc teraz z perspektywy czasu wiem, że ma rację. Gdybym wtedy wiedział to, co teraz wiem, z pewnością bym tak nie postąpił. Ale czasu cofnąć się nie da… Teraz nie pozostało mi nic innego, jak przyglądać się szczęściu Belli i po prostu wegetować. Bo bez niej moje życie nie ma sensu. Tak po prawdzie to ja nawet nie żyję, a wegetuję. Na szczęście tylko ja mam takiego pecha, żeby czytać innym w myślach. Gdyby tak trafiło na jakiegoś innego członka mojej rodziny, z pewnością nie miałbym łatwego życia. Nie przy Alice i Esme… One tak się o mnie martwią, że czasem żałuję, że w ogóle istnieję… Jedynie Jasper ma jako takie pojęcie o tym, co się ze mną dzieje, ale już dawno uprzedziłem go, żeby nie próbował mi grzebać w uczuciach. Oczywiście nie obyło się bez małego szantażu, ale czego nie robi się dla świętego spokoju…
Moją chwilę samotności i rozmyślań przerwało pukanie do drzwi. Zaraz potem pojawiła się z nich głowa chochlika.
- Chyba mamy do pogadania… - powiedziała siadając obok mnie na parapecie okna.
