30
DANIEL
Razem z Peterem, Anette i małym Ethanem siedzieliśmy w salonie i rozmawialiśmy na blachę tematy, jednocześnie czekając na powrót Isy. Nie przeczuwaliśmy nic złego. Była w swojej księgarni i nic złego jej nie groziło. A przynajmniej tak myśleliśmy.
Naszą rozmowę przerwał telefon. To był Aro.
- Witaj Aro – przywitałem dziadka mojej żony – Miło cię słyszeć.
- Cześć – powiedział krótko, po czym przeszedł do konkretów – Gdzie jest Isa? I z kim?
- W księgarni – odparłem – I jest sama, bo dziewczyny już skończyły na dziś pracę. A o co chodzi?
- Pamiętasz Dmitrija? Wiem, że za jego czasów jeszcze nie było cię u nas, ale chyba kiedyś ci o nim opowiadałem?...
- Tak, pamiętam – odparłem nieco zaskoczony.
Bo niby po co Aro ma wracać do wampira, który już nie żyje? Jaki jest sens zawracać sobie nim głowę? I co z tym ma wspólnego Isa?
- Wiem, że mówiłem ci, że nie żyje, ale okazało się, że jednak wszyscy się myliliśmy. Żyje, ma się całkiem dobrze i najprawdopodobniej jest właśnie w Forks albo w drodze do niego.
- Zaraz. Stop – hamowałem go – Chcesz powiedzieć, że wampir, któremu zabiłeś ukochaną osobę żyje i właśnie jest w drodze do nas? Powiedz, że żartujesz?
- Niestety nie. W dodatku nie mogę dodzwonić się do Isy…
Więcej mówić nie musiał.
- Jadę do niej. Odezwę się, jak będę wiedział więcej.
- Zaraz wsiadam w samolot i przylatuję.
Na tym rozmowa się zakończyła. Czym prędzej odłożyłem telefon i pognałem do garażu, w międzyczasie wyjaśniając wszystko pozostałym. Byli równie zszokowani, co ja.
- Biegnijcie do Cullenów – powiedziałem im – Wytłumaczcie im wszystko mniej więcej. Tam się spotkamy. Mam nadzieję, że razem z Isą.
Bez zbędnych słów zrobili, co kazałem.
A ja ruszyłem do Port Angeles.
EDWARD
Popołudnie jak każde inne. Nic specjalnego się nie działo. Esme zajmowała się jakimś ogrodem, Alice coś znowu projektowała, a Rose grzebała w swoim samochodzie. Zaś Emmett z Jasperem grali na konsoli. Ja siedziałem na parapecie okna i bez słowa wpatrywałem się w obraz po drugiej stronie szyby. Jednym słowem dzień jak co dzień.
Jednak dziś coś, a raczej ktoś, postanowił przerwać naszą rutynę.
- Anette i Peter biegną do nas – powiedziałem do reszty rodziny, zauważając wampiry.
Peter był mi całkowicie obojętny. Choć przyznam, że jego pojawienie się przyjąłem z pewną ulgą, bo dowiedziawszy się, że jest on chłopakiem Anette, żeńska część rodziny dała mi spokój. Bo usilnie próbowały mnie z nią wyswatać i w ogóle nie zwracały uwagi, że żadne z nas nie było zainteresowane. Ale na szczęście to już przeszłość.
Chwilę potem wampiry znalazły się w naszym domu. Okazało się, że towarzyszył im Ethan, którego wcześniej nie zauważyłem.
- Co się stało? – spytał od razu Jasper poważnym tonem.
Z początku nie zrozumiałem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że oboje są bardzo zdenerwowani, a mój brat zapewne od razu to wyczuł.
Wtedy dziewczyna zaczęła mówić, a mnie z każdym kolejnym jej słowem włos jeżył się na głowie. To nie mogła być prawda!
- Możemy tu zaczekać na Daniela? – spytała na końcu.
- Ależ oczywiście moja droga – od razu odparła Esme – Zostańcie tak długo jak będzie trzeba. Niedługo powinien wrócić też Carlise, może on coś będzie wiedział…
Jednak zanim tata wrócił z dyżuru, pojawił się Daniel…
ISA
Początek tygodnia oznacza mały ruch w księgarni. Nie wiem czemu, ale przeważnie jest tak, że w poniedziałki jest najgorszy utarg. Ruch zaczyna się dopiero około środy. Dlatego kiedy ruch nieco się przerzedził, wysłałam dziewczyny do domu, a sama zostałam na posterunku. A ponieważ wcześniej na nadmiar klientów też nie narzekałyśmy, nawet nie miałam nic konkretnego do robienia, wszystko zostało zrobione już wcześniej. Dlatego z termosu nalałam sobie kawy i zasiadłam za ladą z jedną z grubszych książek. Nie bałam się, że nie zauważę jakiegoś klienta. Akurat w moim przypadku było to niemożliwe, a poza tym dla utrzymania pozorów nad drzwiami zamontowany był niewielki dzwoneczek, który dzwonił za każdym razem, gdy ktoś otwierał drzwi. Dziś nie zdarzało się to zbyt często. A nawet jeśli już, to i tak większość ludzi to byli tak zwani „apacze", czyli osoby, które przyszły „a tak tylko popatrzeć". Mniej niż połowa z nich zdecydowała się coś kupić.
Myślałam, że podobnie będzie z panem, który pojawił się jakieś półgodziny przed zamknięciem. Odpowiedziałam na jego „dzień dobry", ale nie zwróciłam na niego większej uwagi. Nawet nie podniosłam na niego wzroku. Słyszałam jak krząta się pomiędzy półkami i wyciąga coraz to nowe książki, a potem odkłada je z powrotem. Jednym słowem, klient jakich wiele. Dlatego w dalszym ciągu czytałam rozpoczętą książkę.
Po kilku minutach usłyszałam nad głową ciche mruknięcie. Zaskoczona podniosłam głowę, bo nic wcześniej nie słyszałam. Nade mną stał średniego wzrostu mężczyzna, z ciemnymi włosami i gęstym zarostem. Ukryte pod krzaczastymi brwiami oczy miały kolor płynnego miodu.
- Tak słucham? – spytałam jeszcze bardziej zdziwiona.
Nie spodziewałam się zobaczyć w okolicy żadnego wampira, który nie polowałby na ludzi i nie był Danielem lub Cullenami. A takowy właśnie przede mną stał.
- Oj, właścicielka nie byłaby zadowolona – zaśmiał się – Szukam książki.
- Ja jestem właścicielką – odparłam, delikatnie się uśmiechając, ale jednocześnie zachowując dystans, bo ów osobnik nie wzbudzał mojego zaufania – A jakiej?
- Naprawdę? W takim razie gratuluję wspaniałej księgarni. Tu tkwi problem, bo sam dokładnie nie wiem… To ma być prezent dla przyjaciela.
- Bardzo dziękuję. A co lubi pański przyjaciel?
- Klasykę. W swojej domowej biblioteczce ma pełno białych kruków. Poza tym uwielbia historię, szczególnie tę… hmmm… drastyczna i krwawą. Tak, to chyba najlepsze określenie.
- Drastyczną i krwawą? – nie bardzo zrozumiałam, ale udało mu się mnie przerazić.
Tak, mnie. Wampira.
- Wojny, masowe mordy i te sprawy – wyjaśnił z zalotnym uśmiechem.
Trochę mi ulżyło. Ale tylko trochę.
- Oj, to ciężko będzie znaleźć coś odpowiedniego. Ale nie ma rzeczy niemożliwych. Zaraz czegoś poszukamy.
To powiedziawszy ruszyłam w głąb sklepu, gdzie znajdował się dział historyczny i tam zaczęłam szukać czegoś odpowiedniego. Nie słyszałam, ale instynktownie wyczuwałam, że nieznajomy ruszył za mną i cały czas przyglądał się moim poczynaniom.
Po kwadransie wiedziałam, że szybko dziś nie wyjdę z pracy. Pokazałam mu już kilka naprawdę rzadkich pozycji, ale on twierdził, że jego przyjaciel już wszystkie je posiada.
- Obawiam się, że niestety nie mam nic, co zadowoli pańskiego przyjaciela – przyznałam w końcu – Chyba będzie pan musiał spróbować w jakiejś większej księgarni. Proponuję pojechać do Seatlle.
- Naprawdę nic pani nie znajdzie?
- Przykro mi. Pokazałam panu wszystkie najrzadsze okazy. Nic innego nie mam…
- Może faktycznie zajrzę do Seatlle. Będzie pani łaskawa wskazać mi drogę? Z moją orientacja w terenie jest nienajlepiej…
- Nie ma problemu. Może zaczeka pan chwilkę na zewnątrz, a ja w tym czasie zamknę sklep? – zaproponowałam, na co on ochoczo przystał.
Szybko policzyłam dzisiejszy utarg, zamknęłam kasę i opuściłam sklep. Nieznajomy czekał na mnie parę kroków dalej. Zaciągnęłam roletę i podeszłam do niego, by wyjaśnić mu drogę.
Lecz gdy tylko pojawiłam się obok niego, rzeczywistość okazała się okropna.
