28

ISA

Dom opustoszał dopiero nad ranem. I to tylko dlatego, że niektórzy mieli szkołę albo pracę. Dlatego, niedługo potem zostałam w domu tylko w towarzystwie Ethana i Anette.

- To teraz mów – powiedziała wampirzyca.

- Ale co? – spojrzałam na nią z zaskoczeniem.

- Co tu robili Cullenowie – wywróciła oczami.

- Ale ja dalej nie rozumiem…

- Nie udawaj głupiej… Dobrze wiesz, że wiem, co oni zrobili, a przynajmniej jeden z nich – mówiła dalej patrząc mi w oczy – Dlatego dziwi mnie, co oni tu robili – wyjaśniła.

- Po prostu… W jakiś sposób są dla mnie jak rodzina…

- Ja jestem twoją rodziną, Daniel, Aro, Ethan… Ale nie oni. Już nie pamiętasz, jak przez nich cierpiałaś. A szczególnie przez jednego z nich?

- Pamiętam i uwierz mi, mam kolejne powody. Ale w końcu ludzką rzeczą jest wybaczać. Poza tym nie zależy mi na kontaktach z nim, a z resztą rodziny. Oni zawsze byli dla mnie dobrzy. Byli dla mnie rodziną. Rodzeństwem, którego nigdy nie miałam…

- A teraz? Też nim są?

- Tak. Bardzo bałam się pierwszego spotkania, a potem kolejnych. Ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. I choć się zmieniłam, zaakceptowali mnie taką, jaką jestem teraz. Nie upierają się przy tym, żeby znowu widzieć we mnie tamtą Bellę Swan. Dla nich jestem Isą Domin. W dodatku Daniel też znalazł z nimi niezły kontakt…

- Przyznam, że mnie zaskoczyłaś. I chociaż trochę mnie ta sytuacja niepokoi, bardzo się cieszę twoim szczęściem – powiedziała przytulając mnie.

- Mówisz, jakbyś była moją matką – zaśmiałam się, po czym dodałam – Powinno być raczej odwrotnie.

Słysząc moje słowa wybuchnęła śmiechem, a chwilę po niej ja zrobiłam to samo.

EDWARD

Po powrocie do domu, niemal od razu znowu musieliśmy wychodzić, tym razem do szkoły. Szybko się zebraliśmy i już jechaliśmy moim samochodem.

- Jak myślicie, kim jest ta cała Anette? I po co przybyła do Forks? – zapytała w pewnym momencie Rose.

- Nie mam pojęcia – odparłem – Mówiła, że kogoś szuka i tym kimś okazali się Dominowie…

- A jeśli ona jest z Volturi?

- Nie kojarzę jej – zamyśliłem się – Nigdy wcześniej jej nie widziałem, ale z drugiej strony dawno nie byłem we Włoszech… A ty Alice? Widziałaś coś?

- Nie – pokręciła przecząco głową – Nie widziałam jej ani na żywo, ani w żadnej wizji, choć staram się mieć na oku Volturii…

- A mnie się wydaje, że już kiedyś ją widziałem… - głos zabrał Jasper.

- Jesteś pewny? I gdzie? – zapytała od razu Alice.

Nie mogłem się nie uśmiechnąć, kiedy w jej głosie wyłapałem nutkę zazdrości.

- Nie wiem – odparł – Mam takie wrażenie, ale jestem pewny, że nigdzie jej wcześniej nie widziałem… Nie wiem, skąd to się bierze…

- A nie myślicie, że ona jest po prostu do kogoś podobna? – wypalił nagle Emmett.

- Podobna? – zdziwiła się Rose – Niby do kogo?

- Ruszcie głową – powiedział wesoło.

Wyraźnie się cieszył, że wie coś, czego my nie wiemy. I jakoś nie zamierzał dzielić się z nami tą wiedzą. Ot tak, z przekory.

Uporczywie starałem się przypomnieć kogoś, kto jakimś stopniu, nawet niewielkim, byłby podobny do Włoszki. Ale na darmo…Nigdy nie widziałem nikogo równie pięknego. Chociaż nie. Jest ktoś, kogo Anette nie pobije urodą. Bella. Moja Bells.

Ale zaraz, zaraz… Jakby się tak dłużej zastanowić… Co prawda Anette ma dużo ciemniejsze włosy i zdecydowanie bardziej kręcone, ale kształt oczu jest podobny i zarys twarzy… Wcześniej tego nie zauważyłem, bo ma inny nos i ten mały detal zmienia cały jej wygląd. Ale teraz? Patrząc obiektywnie? Tylko, czy to jest możliwe?…

- ISA! – powiedziała reszta pasażerów w tym samym momencie, jakby właśnie odkryli Amerykę.

- Ale jak? – zdziwiła się Alice.

- Kim one dla siebie w końcu są? – dołączyła do niej blondynka.

- To stąd to wrażenie, że już kiedyś ją widziałem… - dodał Jasper.

Reszta drogi upłynęła w milczeniu. Każdy na swój sposób trawił zasłyszane informacje i próbował rozwiązać zagadkę pochodzenia Włoszki i stopnia jej pokrewieństwa z Bellą. Podobnie było na lekcjach. Pewnie dziwnie to wyglądało. Idealni i nieskazitelni Cullenowie chodzą po szkole rozkojarzeni. Nie wiem, jak radziła sobie reszta, ale ja miałem to szczęście, że ilekroć jakiś nauczyciel wywołał mnie do odpowiedzi, zawsze mogłem sprawdzić w jego głowie, co chce i jakiej wymaga odpowiedzi. Dziś było to bardzo przydatne… I przez parę kolejnych dni też…

DANIEL

Nie ma ludzi nieomylnych. Wampirów też nie. Ja jestem tego najlepszym przykładem.

Zanim spotkaliśmy Cullenów na swojej drodze, byłem pewny, że Isa jest szczęśliwa. Myliłem się. Pojawienie się wampirzej rodziny w naszym życiu sprawiło, że stała się jeszcze bardziej szczęśliwa. Myślałem, że już się to nie zmieni, ale po raz kolejny się pomyliłem. Mały Ethan wprowadził do naszego życia jeszcze więcej szczęścia. A teraz po raz kolejny zrobiła to Anette. Jeśli kiedykolwiek myślałem, że Isa jest szczęśliwa, byłem w ogromnym błędzie. Bo dopiero teraz była tak naprawdę szczęśliwa. Szczęście i radość wprost biły od niej na kilometr. Wiem, że to śmieszne porównanie, ale gdyby móc podłączyć ją do kontaktu, to zapewne oświetliłaby całe miasto.

Szczęście Isy udzieliło się i mnie. Świat stał się jakiś taki bardziej kolorowy. Nie wiem, czemu. Tak po prostu. W szkole byłem znany z tego, że nigdy nie pozwalałem uczniom na żadną samowolkę na moich lekcjach. Zawsze musieli robić, co kazałem. Owszem, byłem dość surowym nauczycielem, ale też bardzo lubianym. Nie wiem, w jaki sposób uczniowie potrafili to połączyć, ale to zrobili. W każdym razie nawet oni dziś zauważyli, że coś się ze mną dzieje. Bo pierwszy raz pozwoliłem im wybrać, w co chcą grać. A kiedy okazało się, że zdanie są podzielone, kazałem im się podzielić na dwie grupy i każdy z nich grała w coś innego. Byli zdziwieni, ale bardzo zadowoleni.

Zauważyłem też, że z Cullenami coś się dzieje. Wszyscy byli jacyś dziwni. Jakby rozkojarzeni. Ale co może tak rozkojarzyć wampira? Przecież widzieliśmy się nie tak dawno i wszyscy było w porządku? Przecież przez tą godzinę nic wielkiego nie mogło się stać. A może jednak mogło? Już sam nie wiem…

Ale mniejsza z nimi. Gdy po lekcjach wróciłem do domu, w tym samym momencie na podjazd przed naszym domem wjechał samochód mojej żony, z którego wysiadła ona z Ethanem na rękach i Anette.

- Cześć kochanie – przywitała mnie z uśmiechem – Jak było w pracy?

- Cześć skarbie. W porządku. Nawet udało mi się za bardzo dzieciaków nie skatować – zaśmiałem się – A wy jak spędziłyście dzień? – spytałem otwierając drzwi Isie.

- A dziękuję, było bardzo przyjemnie – odparła – Odwiedziłyśmy księgarnię, a potem wybrałyśmy się na małe zakupy. Anette przedstawiłam dziewczynom jako moją siostrę i myślę, że taka wersja będzie najodpowiedniejsza.

- Jak zawsze masz rację kotku – stwierdziłem ze śmiechem.

DMITRIJ

Tyle lat szukania i tropienia… Tyle fałszywych tropów… Coraz mniej wierzyłem, że w końcu mi się uda, ale jednak zemsta pchała mnie doi dalszego działania.

I w końcu po tylu latach wyrzeczeń, udało się. W momencie, kiedy przestałem już wierzyć, znalazłem ją. A raczej ich. Jak zawsze towarzyszył jej ten wierny pies Daniel. I dołączył ktoś jeszcze. Człowiek. A raczej człowiecze niemowlę.

Uśmiechnąłem się w duchu. Lepszej okazji do zemsty nie mogłem sobie wyobrazić.