A/N: Kolejna twórczość od naszej wspaniałej Kokosz. Dostałam to w zeszłym tygodniu, ale bez stałego dostępu do neta nie było jak wstawić.
Miłego czytania od Kokosz i pozostawcie swoje zdanie
WALENTYNKI
Alec, jesteś pewny, że nie wyglądam głupio?-po raz kolejny zapytała Isabelle
-Iz, wyglądasz fantastycznie-odparł Alec nawet nie podnosząc głowy znad książki
Isabele zmierzyła już ponad dziesięć różnych sukienek i każda lądowała na już i tak zawalonym łóżku. A wśród lśniących materiałów siedział Alec z grubym tomem na kolanach.
-Nawet nie spojrzałeś-prychnęła Izzy trzepnąwszy brata w głowę.
-Isabelle-Alec spojrzał na nią ciężko-ty zawsze wyglądasz cudownie. A Simon cię kocha. Kocha cię w starych dresach i znoszonych t-shirtach. myślisz, że to w co się ubierzesz coś zmieni?
Isabelle westchnęła i wciągnęła przez głowę krótką sukienkę z granatowej koronki.
Spojrzała na brata, pytająco unosząc brwi.
Alec pokazał jej wyprostowany kciuk a Isabelle uśmiechnąwszy się szeroko usiadła przy toaletce
-jesteś pewien, że chcesz zostać w domu? Sam? Moglibyśmy zostać razem, zrobić sobie wieczór filmowy i...
-Nie, Iz-mruknął Alec zamykając książkę i siadając na łóżku. Spojrzał ponuro na siostrę- ty masz Simona, Jace Clary... Macie prawo być szczęśliwi w Walentynki.
-mogliśmy pójść na potrójną randkę...
-na dwie i pół-poprawił ją cierpko Alec
-czemu? Ten chłopak z kursu... fajny był... Albo Adam...
-Nie Izzy-mruknął-nie będę spędzał Walentynek na beznadziejnej randce z kimś do kogo nic nie czuję
Isabelle wstała i podeszła do brata. Uklęknęła przy nim i położywszy mu dłonie na ramionach pocałowała go w policzek. A potem mocno go przytuliła.
-kocham cię Alec-szepnęła-nie chcę, żebyś był nieszczęśliwy.
-nie jestem-odpowiedział odsuwając Isabelle na odległość ramion-nie miałaś jeszcze wybrać butów?
Isabele poderwała się i podeszła do drugiej szafy. Otworzyła ją jednym gwałtownym ruchem i na podłogę wysypały się dziesiątki par butów.
-Alec, myślisz, że które będą lepsze?-zapytała unosząc dwie pary i odwracając się w stronę łóżka.
Ale Aleca już nie było.
Jace wślizgnął się do domu w garniturze i z ogromnym bukietem czerwonych róż.
Miał śnieg we włosach i zarumienione z zimna policzki.
Zatupał obryzgując cały przedsionek śniegiem i ile sił w płucach krzyknął:
-Alec daj mi kluczyki!
Alec wyszedł z kuchni bawiąc się kluczykami i niemal parsknął śmiechem na widok przybranego brata i najlepszego przyjaciela w garniturze. Powstrzymał się tylko dlatego, że Jace-jak we wszystkim-wyglądał absolutnie fenomenalnie. No i sprawiał wrażenie przerażonego sztywnym materiałem.
-Nie możesz powiedzieć "czy mógłbyś mi pożyczyć samochód kochany braciszku?"-spytał Alec
-nie-odparł blondyn ze złością przeczesując włosy-oczywiści, że nie. ponieważ:
a-i tak mi je dasz, więc po co strzępić język.
b-samiec alfa nie prosi. Samiec alfa żąda.
-Kiedyś się przejedziesz na tych żądaniach-ostrzegł go Alec rzucając mu kluczyki
-kiedyś się przejedziesz na braku umiejętności dostosowawczych-mruknął Jace uśmiechając się krzywo. A potem dodał-myślisz, że Clary się spodoba ten garnitur?
-nie mam pojęcia-odparł szczerze Alec,
-no błagam... Spójrz obiektywnie.-Jace spojrzał na niego jak szczeniaczek.
Alec spojrzał na niego krzywo.
-nie wiem-uciął Alec-Jace to, ze jestem gejem nie czyni ze mnie eksperta od mody.
-nie. Ale daje ci doskonały pretekst. Inna orientacja spełnia marzenia.
-Mam Isabelle-powiedział Alec ledwo powstrzymując śmiech
-We have an army-mruknął Jace
-We have Isabelle-dokończył Alec i obaj parsknęli śmiechem
-Stare, ale...-zaczęli równocześnie
-piwo!-krzyknął Jace
-denerwujący jesteś-stwierdził Alec, ale się uśmiechnął
-z czego się śmiejecie-zapytała Isabelle wychodząc ze swojego pokoju
Jace zagwizdał przeciągle a Alec się odwrócił. Izzy wyglądała olśniewająco w krótkiej sukience, butach do pół uda i srebrnej biżuterii.
-Iz, ciesz się, że mam dziewczynę-powiedział Jace z drapieżnym uśmiechem i uchylił się przed lecą cym w jego kierunku grubym tomem.
-nie rzucaj książkami!-zbesztali ją chórem Jace i Alec
-piwo-dodał Alec a Jace prychnął
-Przecież to taka dziecinada Alexandrze-zakpił a Alec władował mu łokieć w żebro.
-Ty już lepiej jedź. Jeszcze się spóźnisz!
-Bedę... Kiedyś tam-powiedział Jace otwierając drzwi-Izzy podrzucić cię na Brooklyn?
Dziewczyna kiwnęła głową i włożyła płaszcz. Przelotnie pocałowała Aleca w policzek zostawiając ślad od błyszczyka.
-Miłej nocy. Do zobaczenia!
I wybiegli.
Alec stał jeszcze chwilę obserwując ich przez okno na korytarzu.
Gdy JAce go zobaczył odwrócił się i wrzasnął:
-Tylko nie zjedz całej nutelli!
Alec parsknął śmiechem i zamknął okno.
Ale wcale nie został w domu.
Ubrał się szybko i zawiązując w biegu szalik pognał przed siebie.
Alec rozejrzał się po kawiarni. Wszystkie stoliki były zajęte. PAry nachylały się do siebie, szeptały, całowały się, albo po prostu siedziały, zamknięte w swoim własnym świecie.
Alec siedział nad swoim kubkiem gorącej czekolady, ponuro przebierając palcami po blacie stołu.
Mimo wszystko uśmiechnął się do siebie , wiedząc, ze gdzieś w jakiejś restauracji blondyn w garniturze gra na pianinie dla swojej dziewczyny która patrzy na niego jak zaczarowana znad bukietu czerwonych róż.
A gdzie indziej ciemnowłosa dziewczyna poprawia cały czas bransoletki na nadgarstku śmiejąc się z dowcipów swojego chłopaka.
Westchnął raz jeszcze i upił łyk. Wpatrywał się ponuro w ciemnobrązową, ciepłą czekoladę czując się naprawdę beznadziejnie.
Nie ma nic bardziej żałosnego niż ktoś siedzący samotnie w Walentynki.
Uniósł głowę znad kubka i zamarł.
Kilka stolików dalej, niedbale rozparty w krześle, ktoś siedział.
Tak. Jeden ktoś.
Facet był sam. Siedział nad lampką czerwonego wina, przebierając palcami i obracając w dłoni telefon.
Nawet z tej odległości Alec widział jak jego rysy wykrzywia zdenerwowanie.
Wpatrywał się w telefon z takim napięciem, ze Alec był niemal pewien, że szybka pęknie.
Nagle mężczyzna podniósł go do ucha.
Alec zobaczył jak jego twarz się zmienia. Najpierw zagościł tam szok, złość a w końcu smutek. Zerwał się gwałtownie przewracając kieliszek ale nawet nie zwrócił na to uwagi.
Wepchnął pod stojak na serwetki banknot, chwycił leżący na stole bukiet i chwytając płaszcz wyszedł z lokalu.
Alec po chwili zrobił o samo
Znalazł go na ławce przed Taki siedzącego ze zwieszoną głową. Bukiet leżał obok niego i wyglądał równie smutno.
Alec w myślach porównał e róże z krwistoczerwonym bukietem JAce'a. Gdy jego brat wparował z nimi do mieszkania promieniowały-tak jak on-podekscytowaniem i radosnym oczekiwaniem.
Ten bukiet wyglądał jakby się załamał. Więc jego właściciel musiał czuć się jeszcze gorzej.
-co się stało?-spytał łagodnie Alec siadając obok niego na ławce.
-Powiedz mi czy jest coś gorszego niż wystawić kogoś do wiatru w Walentynki? Rzucić kogoś w Walentynki?
-powiedziałbym, że mi przykro, ale to brzmi strasznie dennie-wyznał Alec
Mężczyzna zaklął i rzucił bukietem o ziemię.
A potem się wyprostował, spojrzał na Aleca i chłopak zrozumiał dlaczego zwrócił na niego uwagę.
Nie chodziło o to, że był przystojny, egzotycznie przystojny z rysami twarzy i złocistą skórą wskazującymi na domieszkę azjatyckiej krwi i złotozielonymi oczami.
Nie. Chodziło bardziej o to, że na niego nie dało się patrzeć obojętnie.
Nie dało się na niego nie patrzeć.
Emanował ekscentryzmem, pewnością siebie i szaleństwem.
Nawet teraz gdy był rozbity unosiły się wokół niego feromony imprez i dobrej zabawy.
Był akurat tym typem którego Alec by unikał, żeby nie władować się w kłopoty.
Ale po tym co zrobił na apelu, przy setce kamer wywołując skandal i prawie powodując wylanie ze szkoły nie miał prawa myśleć o sobie jako o człowieku odpowiedzialnym i myślącym.
Męzczyzna uśmiechnął sie kątem ust, ale zaraz potem znowu mina mu zrzedła..
-Jak ja mogłem być tak głupi? Cały czas robiła mi wymówki, na okrągło. Jakby to, że jestem bi miało coś do rzeczy. Nie zdradzałem jej! Ani z kobietami, ani z facetami. Nie! Nie zdradzałem jej! Ona mnie tak.
-Znowu smutno wbił wzrok w ziemię.
Alec położył mu rękę na ramieniu.
-Naprawdę mi przykro.
-a ja kretyn, chciałem to ciągnąć dalej-wybuchnął wyciągając z wewnętrznej kieszeni marynarki pudełeczko-chciałem z nią być, chciałem...
Westchnął ciężko i wstał. Uszedł ledwo kilka kroków i znów wrócił na ławkę.
-bez sensu.
-muszę się zgodzić-potwierdził Alec
-ty też nie sprawiałeś wrażenia dobrze się bawiącego. Czekałeś na kogoś?
-nie-Alec uśmiechnął się blado-chciałem żeby to tak wyglądało. Jakbym czekał. Jakby dziewczyna mnie spławiła. A nie jakbym naprawdę wałęsał się po kawiarni bo nie było nikogo z kim mógłbym spędzić Walentynki. Jakbym był naprawdę samotnym chłopakiem któremu siostra musi szukać faceta na kolejną randkę w ciemno. Mimo wszystko lepiej jak ktoś cię wystawia do wiatru w Walentynki, niż jak nie ma nawet nikogo kto by cię do tego wiatru wystawił.
-Jesteś niesamowity-stwierdził facet
-ja?-spytał zaskoczony Alec-dlaczego?
-Wiesz... W Nowym Jorku są miliony ludzi a ty jesteś chyba jedynym który podszedłby do samotnego nieznajomego pytając co się stało.
Chłopak zmieszał się i wbił wzrok w ziemię.
-tak w ogóle, to jestem Magnus-powiedział-Magnus Bane.
Alec znał to nazwisko. Zdolny młody projektant kostiumów na Brodway'owskie musicale.
Wyciągnął dłoń a Alec ją uścisnął.
-Alec. Alec Lightwood.
-Tan Alec Lightwood?-spytał Magnus a na jego twarzy po raz pierwszy zawitało coś na kształt szoku.
-zależy o którym Alecu Lightwoodzie mówimy-powiedział chłopak
-O tym Alecu Lightwoodzie który "wstrząsnął konserwatywną uczelnią gdy objawił publicznie, że ich najzdolniejszy uczeń jest homoseksualistą"
Alec parsknął.
-nie sądziłem, że będzie o tym słychać...
-Będzie słychać? Ty wstrząsnąłeś tym miastem! A wstrząsnąć Nowym Jorkiem to nie lada wyczyn.
-nie sądziłem, ze...
-Doceniły to tłumy! Wyzwoliłeś spod jarzma strachu dziesiątki jak nie setki młodych homoseksualistów!
Alec się roześmiał. Jego śmiech poniósł się tak mocno, że aż kilka par się odwróciło ale chłopak nadal sobie nic z tego nie robił.
-no popatrz-szepnął i zapatrzył się w gwiazdy-ja nie myślałem, że komukolwiek to coś da...
Magnus milczał ale Alec czuł, że jego nowy znajomy chce usłyszeć tą historię.
-To był impuls. Nie myślałem kiedy go pocałowałem. Adama, na tym apelu. Nie wiem czemu to zrobiłem. Nie myślałem o telewizji, o ludziach...
-To czemu nie spędzasz z nim Walentynek?-spytał Bane
-To była pomyłka-mruknął Alec wyłamując sobie palce-duża pomyłka. Pomyłka która jak łądnie ująłeś "wstrząsnęła Nowym Jorkiem". Ładna pomyłka. Ale koszmarna pomyłka. Teraz żałuję, że to zrobiłem. Nie, ze się odsłoniłem. Że pocałowałem jego a nie kogoś kogo kochałbym naprawdę.
Znowu zapadła cisza
-nie. nie jestem z nim. To nie jest osoba w moim typie.
-a jacy są ludzie w twoim typie?-chciał wiedzieć Magnus
Alec zastanowił się chwilę.
-inteligentni- powiedział w końcu-odważni. Lojalni. Uczciwi. Nie bojący się wyrazić swojego zdania
-mam ci wyrazić swoje zdanie?-spytał Magnus
Alec kiwnął głową.
-Uważam, ze jesteś uroczy.
Alec się zaczerwienił i spuścił wzrok.
-To co masz zamiar zrobić z tak ciekawie rozpoczętym wieczorem?-spytał Magnus
-miałem w planach posiedzieć w domu i obejrzeć całą filmotekę we własnym towarzystwie.
-no cóż... Ja miałem w planach się oświadczyć. Mój plan nie wypalił. Może twój też nie wypali?-spytał jakby z nadzieją-Chociaż... twoje towarzystwo jest bardzo miłe. Mogłeś mieć gorsze Walentynki.
-Może spędzimy je razem?-zaproponował Alec
-kusząca propozycja-odparł Magnus i wstał wyciągając do Aleca rękę.
Chłopak przyjął ją. Ale gdy uszli jakieś dwadzieścia metrów nagle zawrócił i podniósł porzucony bukiet.
-nie można go tak zostawić samego-stwierdził-poza tym... Mam pewien pomysł.
-Piękny kwiat dla pięknej pani- powiedział Magnus wręczając przypadkowo spotkanej pod szpitalem kobiecie w pielęgniarskim kitlu jedną z róż.
-Ojej!-zawołała zaskoczona-z jakiej to okazji?
-z okazji święta zakochanych- roześmiał się Magnus ujmując pielęgniarkę pod ramię-każdy na tym ponurym świecie jest zakochany. Nie zawsze z wzajemnością, ale jest.
-a my, zakochani musimy trzymać się razem-dodał Alec ujmując kobietę pod drugie ramię.
Zachichotała jak mała dziewczynka a obaj puścili jej ramiona i kolejno pocałowawszy w dłoń z resztą zaręczynowego bukietu odbiegli w noc.
Cały bukiet rozszedł się zaskakująco szybko. Każda samotna kobieta w Nowym Jorku którą spotkali została obdarowana różą i miłym słowem a potem znikali w ciemnościach jak para dobrych duszków.
Zarówno Magnus jak i Alec nigdy nie czuli się tak szczęśliwi.
-miały dziwne miny-stwierdził Alec-były zachwycone, ale zdziwione.
-bo zobaczyły anioła-powiedział łagodnie Magnus gładząc chłopaka po bladym policzku który natychmiast stał się czerwony.
-masz na myśli siebie?-spytał Alec odwracają się by spojrzeć mu w oczy.
-twój głos brzmi cudownie gdy prawisz komplementy-uśmiechnął sie Magnus i z satysfakcją zauważył, że chłopak zaczerwienił się jeszcze bardziej
-Wiesz, komplementy są nieszczere-powiedział Alec-a ja tylko stwierdzam...
Tu urwał, bo Magnus go pocałował.
Stał chwilę jak skamieniały ale potem oddał mu pocałunek wplatając mu dłonie we włosy.
Stali tak chwilę, całując się aż przerwało im gwałtowne chrząknięcie.
Oderwali się od siebie gwałtownie i ujrzeli kto chrząkał.
Była to starsza kobieta w łachmanach trzymająca na ręku niemowlę. Do nogi przytulił się mały, może trzyletni chłopcy a za nią stała dziesięcioletnia dziewczynka.
Dzieci miały chude, umorusane zabiedzone buzie z otwartymi w tej chwili ustami i wytrzeszczonymi oczami.
Kobieta uśmiechnęła się tak niespodziewanie i szeroko, ze Alec miał wrażenie, ze zaraz jej twarz pęknie.
A potem zwróciła się do dziesięciolatki
-widzisz wnusiu? To są szczęśliwi ludzie. Ludzie którzy się kochają.
I ruszyła dalej. Ale jeszcze raz się odwróciła i dodała:
-szczęśliwego dnia Walentego, panowie
Magnus i Alec stali chwilę bez ruchu a potem jak jeden mąż pognali za staruszką. Stanęli przed nią a kobieta zasłoniła sobą dzieci.
-niech się pani nie boi-powiedział Magnus-nie mamy zamiaru zrobić wam krzywdy. Po prostu dziś jest Dzień Walentego. A o nie jest tylko opiekunem zakochanych, ale też chorych psychicznie.
-A nam o wiele częściej zdarzało się stykać z drugą opinią.-dodał Alec
Nawet nie zauważyli, że zaczęli mówić o sobie "my"-jakby byli jednym organizmem, jedną osobą. To było naturalne. Jakby oczywistym było, ze istnieją razem, jakby nie mogli istnieć osobno.
Alec uklęknął przy chłopcu i wyjął z kieszeni rękawiczki. Nałożył je na zmarznięte łapki malca. To samo zrobił ze zdjętym szalikiem-obwiązał go dookoła szyi dziewczynki.
Magnus spojrzał na chłopaka, potem na staruszkę i sięgnął do kieszeni. Wyjął stamtąd małe pudełeczko. Otworzył i wyjął pierścionek.
-to brylant.-powiedział wkładając go w dłoń staruszce-jak go sprzedasz będziesz miała dość pieniędzy, żeby...
Nie skończył bo staruszka z całej siły go uściskała.
-Dziękuję za serce, ale nie mogą ego przyjąć. JA... To pierścionek zaręczynowy. Nie może pan..
-Osoba dla której go kupiłem na niego nie zasługiwała-szepnął zamykając dłoń staruszki na pierścionku-osoba która na niego zasługuje-zerknął ukradkiem na Alec'a który rozmawiał z chłopcem zachwyconym nowym prezentem-nie nosi biżuterii.
A po chwili chwycił Aleca za rękę, ukłonili się i odbiegli.
-Wiesz-zaczął Alec gdy już zwolnili kroku- jest jeszcze jedna cecha którą mają ludzie w moim typie
Magnus uniósł pytająco brwi.
-są Magnusem Bane'em.
Stali przed Taki. Dokładnie tam gdzie zaczęli wędrówkę. Stali trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy.
Nic nie mówili. Alec-bo nie wiedział co. Magnus-bo bał się, że go spłoszy.
W końcu Bane wyciągnął komórkę z kieszeni.
-dasz mi swój numer?
Alec niepewnie wziął aparat w dłoń i wpisał numer.
-Niebieskooki Anioł-powiedział Magnus wpisując nazwę i zapisał
Alec się zaczerwienił i spuścił wzrok, ale czuł na sobie wzrok Magnusa.
-Magnus?
-Hmm?
-czy chciałbyś pójść do mnie?
Bane nawet nie starał się ukryć szczęścia i entuzjazmu
-tak-powiedział tylko
-czyli... idziemy do mnie?
-zapraszasz do mieszkania obcego faceta którego przypadkiem spotkałeś w Taki?
-tak-odparł śmiało Alec wysuwając wyzywająco podbródek-a ty pójdziesz do mieszkania obcego faceta którego przypadkiem poznałeś w Taki.
Magnus udał, ze się nad tym głęboko zastanawiał
-zaryzykuję.
W południe Jace i Isabelle spotkali się pod drzwiami mieszkania. Oboje byli rozpromienieni i szczęśliwi.
I w obu głowach formowały się zdania zaczynające się od: "Alec muszę ci coś powiedzieć'
Jace trzymał w rękach olbrzymie pudło lodów. Wspólnie z Izzy uznali, ze Alec musi świętować chociaż Dzień Singla.
-tak. Jakby Alec cokolwiek kiedykolwiek świętował-skwitował Jace, ale posłusznie kupił kilka litrów czekoladowo-truskawkowo-waniliowych lodów.
Isabelle nie wiedziała co prawda czy to z miłości do brata czy dlatego, że Jace uwielbiał te lody, ale cel uświęca środki.
Otworzyli drzwi i weszli do mieszkania z szerokimi uśmiechami. A potem zamarli.
NA kanapie w salonie leżał Alec w objęciach jakiegoś faceta. Obaj byli całkowicie ubrani a telewizor wyświetlał scenę końcową z jakiegoś filmu, ale było w tym coś bardzo prywatnego i intymnego.
Alec leżał z twarzą wtuloną w klatkę piersiową mężczyzny a tamten obejmował go jakby chciał go ochronić przed całym złem świata.
-ojej-pisnęła Isabelle-jakie to słodkie.
-Iz, jak powiesz coś jeszcze to przysięgam, ze się porzygam-ostrzegł ją Jace
Isabelle umilkła ale nadal patrzyła na brata i obcego facet W NIEMYM ZACHWYCIE.
Jace odchrząknął tylko głośno i znacząco i Alec się ocknął. Przekręcił się w ramionach mężczyzny i spojrzał na rodzeństwo.
Zamrugał gęsto, jakby nie do końca rozumiejąc, co się dzieje a potem szturchnął faceta w żebra.
Tamten mruknął coś nieprzytomnie, ale otworzył oczy.
Gdy dostrzegł dwójkę ludzi wpatrujących się weń wyczekująco wyprostował się gwałtownie
-o-rzekł-macie lody. To dobrze, bo robiłem się głodny.
Ale znowu go szturchnął, ale się uśmiechnął. To był dziwny uśmiech i Jace z Isabelle uświadomili sobie, że chyba po raz pierwszy w życiu widzieli go na twarzy brata.
-Nie uważasz, że należą nam się wyjaśnienia-popędziła go Isabelle
Alec jakby się zmieszał i wstał. Facet za nim uczynił to samo i stanął tuż za Alekiem władczo obejmując go w pasie.
Alec-co dziwne- nawet nie zareagował.
-Magnus to jest właśnie moja siostra Izzy i nasz przybrany brat Jace o których ci mówiłem. Jace, Iz, to jest Magnus Bane i jest...
Zawahał się co ma powiedzieć i Bane dokończył za niego:
-I jestem chłopakiem Aleca
