Sherlock Holmes rzadko pracował poza swoim terenem, poza Londynem. Lubił mieć zdecydowaną przewagę nad wszystkimi, a jego znajomości, wiedza na temat miasta i wszystkiego, co ważne taką przewagę dawała. Ale czasem dawał się skusić. Sprawa Dublińska wydawała się ciekawa. Kulturalny bar, z rodzaju tych na poziomie. I ktoś mordujący ludzi na parkiecie, niezauważony. Tego detektyw nie mógł sobie odpuścić. Siedział więc teraz przy jednym ze stolików, wpatrując się w tańczące pary. Wypatrując ofiary i być może, mordercy.
Nagle usłyszał dźwięk kroków, bardzo znajomy. Szpilki od Louboutina, czerwone, z jasnymi podeszwami. A w szpilkach Irene Adler przysiadła się do jego stolika.
- O, Irene, świetnie że jesteś. Potrzebowałem dobrej tancerki, która nie będzie mnie dekoncentrować.
Wstał i wyciągnął do niej dłoń. Podała mu rękę, on poprowadził ją na parkiet i zaczęli lawirować pomiędzy tańczącymi parami. Tańczyła cudownie, miękko pozwalając się prowadzić, nie gubiąc rytmu. Jej też sprawiało to przyjemność. Sherlock wiedział, jak prowadzić. Zastanawiało ja, czy w łóżku też potrafiłby poprowadzić.
- Nie jesteś zaskoczony, że mnie widzisz – zauważyła.
- Nie, wiedziałem, że jesteś w Dublinie. I że nie oprzesz się okazji, żeby mnie zobaczyć.
- Stałam się przewidywalna?
- Być może.
Obrócił ją zręcznie, tak, że miał teraz widok na drugą stronę sali. Rozmawiając, nie patrzył na nią.
- Skąd wiedziałeś, że dobrze tańczę?
- To oczywiste. Sposób, w jaki się trzymasz, chodzisz, twoje wyczucie rytmu i ciała drugiego człowieka w tym co robisz - to podstawa w tańcu. A w tym co robisz jesteś najlepsza. W tańcu powinnaś więc być przynajmniej dobra.
- Spełniam standardy?
- Nie narzekam.
- Wiesz, kto będzie następną ofiarą?
- Oczywiście. Widzisz kobietę, blondynkę, nieco przy kości? Z dżentelmenem w szarym garniturze, który nie jest jej mężem?
Rozejrzała się i skinęła głową.
- On. Morderca karze niewiernych. Bawi się w wymierzanie sprawiedliwości.
- A on gdzie jest?
Nachylił się do jej ucha.
- Tuż za mną – szepnął. - Patrz na niego. Przyłapiemy go na gorącym uczynku. Chcę zobaczyć, jak to robi – w jego oczach pojawiły się iskierki podekscytowania.
Mężczyzna wyglądał zwyczajnie. Niezbyt wysoki, niezbyt chudy, ale i nie gruby. Wtapiał się w tłum, mimo że nie miał partnerki. Zbliżył się do pary. Sherlock poprowadził Irene bliżej. Gdy zobaczył, jak jegomość wyciąga z marynarki strzykawkę, wiedział już wszystko. Puścił Irene, zostawiając ją samą na parkiecie, i chwycił mężczyznę za rękę. Z wyrazem triumfu na twarzy. Uwielbiał to uczucie.
Gdy skończył z formalnościami, dzwonieniem na policję i sztucznym uśmiechaniem się do zdjęć, Irene już nie było. Trochę żałował, bo tańczyła dobrze. A Sherlock uwielbiał tańczyć, do czego niechętnie się przyznawał. To wydawało się takie zwyczajne i ludzkie. Ale to lubił. Zapłacił więc rachunek i skierował się do swojego pokoju hotelowego. Wracał do Londynu następnego dnia rano.
Zatrzymał się przed drzwiami. Niedawno ktoś tu wchodził, klamka była ciepła. Poczuł zapach jej perfum. Co ona tu robiła i czego chciała? Pchnął drzwi, przewidując, że są otwarte. Nie pomylił się. Siedziała na jego łóżku. W bieliźnie. Czarnej, koronkowej, drogiej. I bardzo delikatnej. Jej usta wygięły się w uśmiechu.
- Chodźmy na kolację.
- Obawiam się, że mogą cię nie wpuścić w tym stroju – zamknął za sobą drzwi.
- Nigdy nie miałeś ochoty spróbować?
- Nie.
- Jesteś aseksualny?
- Nigdy nie sprawdzałem.
- I nie chcesz?
- Nie. Irene, jeśli szukasz ofiary, to jestem pewien, że masz tu owiniętych wokół palca wielu ludzi.
- Och, ja to wiem – wstała i podeszła do niego. Zdjęła mu z ramion marynarkę. Nie wiedział, czemu jej na to pozwolił. - Chcę ciebie, Sherloku, bo ciebie nie miałam. Chcę się przekonać, czy jesteś ekspertem i geniuszem w każdej dziedzinie.
- Oczywiście, że jestem.
- Nawet jeśli nie próbowałeś.
- Tak.
Sięgnęła rękami do góry i zaczęła rozwiązywać jego krawat. Gdy pozbyła się supła, chwyciła za dwa końce krawata i przyciągnęła Sherlocka bliżej. Ich usta dzieliły centymetry, a on nadal doskonale nad sobą panował.
- Co ja będę z tego miał? - spytał spokojnie.
- Mnie.
Parsknął śmiechem i pokręcił głową.
- Jak mówiłem, nie jestem zainteresowany.
- Dobrze – przewróciła oczami. - Wiem, że pracujesz nad sprawą A.G.R.A. Że ocalał jeszcze jeden z nich. I wiem, że nie możesz go namierzyć.
- A wiesz, to, ponieważ...?
- Ponieważ Mycroft...
- Na miłość boską, nawet mój brat?
- Nie zawsze trzeba z kimś sypiać, Sherlocku – parsknęła śmiechem. - Czasem wystarczy mieć, jak to mówił Magnussen, odpowiedni punkt nacisku.
Skinął głową.
- Mogę ci podać, gdzie człowiek którego szukasz jest, jak wygląda teraz i pod jakim imieniem go znajdziesz.
Wpatrywał się w nią, zastanawiając się, czemu tak ważne informacje decyduje się oddać praktycznie za darmo. Nie kłamała. Interesował ją tylko seks... z nim. To będzie ciekawe.
- Cóż, jeszcze nigdy nie handlowałem swoim ciałem. To będzie coś nowego.
Powoli nachylił się do jej ust i pocałował ją, jednocześnie wplatając jedną rękę w jej włosy, a druga przyciągając kobietę do siebie. Nie spodziewała się tego, z jej ust wyrwał się się dźwięk sugerujący zaskoczenie, na co Sherlock uśmiechnął się z wyższością i pogłębił pocałunek.
Nikt nie jest dobry za pierwszym razem. O ile nie jest cholernym Sherlockiem Holmesem. Był druzgocący. Wiedział dokładnie, jak to robić, gdzie powinny być jego palce, gdzie powinien być jego język. Wiedział, jak sprawić, żeby ktoś wił się pod jego dotykiem, czuł przyjemność do tego stopnia, że Sherlock właściwie nie musiałby nawet wchodzić... ale gdy to zrobił, to było jak wybuch, jak trzęsienie ziemi. Sherlock był jak żywioł nie do opanowania.
Dla Sherlocka to było jak granie na skrzypcach. Wiedział dokładnie, gdzie nacisnąć, gdzie przytrzymać, a gdzie szarpnąć, jak delikatnie przeciągać smyczkiem po strunach, a czasem gwałtownie, mocno, stanowczo. To było jak muzyka, i dawało taką samą satysfakcję i przyjemność jak granie, tworzenie, komponowanie. Zabawa dźwiękiem. Pięknem. Bo Sherlock po prostu był wirtuozem.
Opadli na poduszki niemal jednocześnie, z wciąż nierównymi oddechami. Oboje stracili kontrolę, a przecież właśnie oni, ze wszystkich ludzi na świecie, nigdy nie tracą nad sobą panowania.
- Nie spodziewałam się tego – powiedziała Irene, unosząc się na łokciu. Popatrzyła w twarz detektywa, próbując odczytać z niej jakieś emocje podobne do tych, które widziała przed chwilą, ale on już nad sobą panował. Jego wyraz twarzy znów był obojętny.
- Czego?
- Że będziesz tak świetny.
- Mówiłem ci.
Leżeli chwilę w ciszy. Znów odezwała się Irene.
- Co wolisz?
- W sensie?
- Co bardziej sprawia, że krew szybciej krąży w twoich żyłach – ja czy rozwiązywanie zagadek?
- Głupie pytanie. Oczywiście, że zagadki – uśmiechnął się.
Odwzajemniła uśmiech i położyła głowę na poduszce. Przymknęła oczy.
- Co robisz? - zaniepokojony głos Sherlocka przerwał ciszę.
- Zostaję.
- Po co? - spytał szczerze zdziwiony.
- Bo chcę spać – mruknęła, układając się wygodniej. - Nie zabieraj mi kołdry.
