865 Harrow Rd.
Sherlock z namysłem obrócił telefon w dłoni, wpatrując się w wiadomość. Irene już wcześniej tak robiła. Gdy chciała się spotkać, wysyłała tylko adres, pod którym aktualnie była. Od ostatniego razu spotkali się kilka razy. Tym razem nie był to handel informacjami. Spotkania sprawiały przyjemność. Ona również bezustannie pisała do niego różne smsy, na które Sherlock tradycyjnie nie odpisywał. Uśmiechał się tylko czasem z celnie rzuconego żartu.
Ale coś tu Sherlockowi nie grało, coś było nie tak. Nauczył się ufać swoim przeczuciom, bo one były powodowane przez podświadomość, coś do czego detektyw nie miał dostępu (i nad czym bardzo ubolewał). Zabrał więc broń, tak na wszelki wypadek.
Sherlock Holmes nigdy nie pomylił się tak spektakularnie. Nigdy przedtem, nigdy potem – nigdy jak wtedy, gdy uznał, że Jim Moriarty nie żyje. Miał ku temu wszelkie przesłanki, ale widocznie nie był wtedy w tak doskonałym stanie psychicznym, jak sądził. Może jednak stres na niego wpłynął. Bo Moriarty stał przed nim, na ulicy, trzymając w dłoniach telefon Irene Adler. Pomachał do detektywa radośnie, a potem wskazał na dach budynku, przed którym się znajdowali. Na dachu stała Irene Adler, trzymana na muszce przez człowieka Moriartego.
- Teraz naprawdę zginiesz, Sherloku Holmesie – Moriarty zaczął śmiać się jak opętany, bez skrępowania, radośnie.
Sherlock, jak w zwolnionym tempie, usłyszał strzał i zaraz potem zobaczył jak ciało Irene uderza o Londyński bruk.
- Spaliłem cię. Mówiłem że cię spalę. Mówiłem, że spalę twoje serce – szczerzy się Moriarty, ale Sherlock go nie słuchał.
Podbiegł i klęknął przy Irene, wściekły, tak bardzo wściekły. Położył swoje długie palce na jej nadgarstku, przyłożył ucho do klatki piersiowej. Nie oddychała, nie miała pulsu. Była martwa. Bo Moriarty nie zrozumiał, on wszystko opacznie pojął. Myślał, że on i Irene się kochają a tak wcale nie jest, nigdy nie było. Zacisnął pięści na jej płaszczu. Nigdy tak nie było.
Chyba krzyknął, chyba do niego strzelił, ale to już było bez znaczenia. Tym razem przegrał, choć Moriarty był – koniec końców – martwy. Przegrał tą bitwę, bo stracił żołnierza. I to takiego, który mógłby się z nim równać. Który się z nim równał, poprawił się w myślach.
Cały wieczór spędził na graniu, przeciąganiu smyczkiem po strunach, a jego skrzypce wydawały z siebie na przemian smutne i pełne wściekłości melodie. Pomagało, muzyka zawsze nieco uspokajała jego myśli. Nie powinien się obwiniać. Zdecydowanie nie powinien się obwiniać. Przecież Irene była... była Kobietą, wiedziała, jakie ryzyko się z tym wiąże. Żyła szybko i intensywnie. To nie była jego wina.
Więc skąd się bierze to ssące uczucie w klatce piersiowej?
Odłożył skrzypce i potarł skronie. Z wahaniem wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Od kiedy pierwszy raz zbiła go na kwaśne jabłko, już nich nie potrzebował. To był lepszy sposób na natłok myśli i brzęczące bóle głowy. Ale teraz... Otworzył okno, odetchnął ciężkim Londyńskim powietrzem. Odpalił papierosa i zaciągnął się, wpatrując w przestrzeń przed sobą i czekając na moment, w którym myśli przestaną go dręczyć.
Zamiast tego telefon zawibrował mu w kieszeni. Wyjął go, odczytał wiadomość i znieruchomiał. Kąciki jego ust uniosły się.
Zapomniałeś? Mnie się nie da zabić. Chodźmy na obiad.
- Irene Adler – powiedział, bardziej do siebie niż kogokolwiek określonego. Zaciągnął się ponownie, śmiejąc się. - Kobieta!
