Freya, dziękuję za komentarz, bardzo fajny 3

Betowała niezastąpiona Jasmin Kain 3

Rozdział 22

Atak

— Blaise! Greg! — krzyczał Draco, próbując przedostać się w stronę Dziurawego Kotła. Już jakiś czas temu, po tym jak wielki kawałek ściany spadł na tłum biegnących w popłochu ludzi, stracił z oczu swoich przyjaciół. Wszędzie panował chaos, a w powietrzu unosiły się tumany kurzu, przez które prawie nic nie było widać.

Wszystko zadziało się bardzo szybko — w jednej chwili siedział w lodziarni, oddając się swojemu ulubionemu zajęciu, polegającemu na drażnieniu Złotego Chłopca, a w kolejnej wraz z tłumem spanikowanych czarodziei uciekał przed olbrzymami, którzy pojawili się znikąd na ulicy, niszcząc to, co stało im na drodze.

Nagle tuż obok jego głowy przeleciało zaklęcie. Odwrócił się, o mało co nie potykając się o własne nogi i zobaczył w oddali kilkoro śmierciożerców. Nie miał jakichkolwiek wątpliwości, że atakują na ślepo. Starał się przyspieszyć, co nie było takie proste, ponieważ cały czas ktoś go popychał i szturchał. Zdecydował się wbiec w boczną alejkę, gdzie nie było aż takiego tłumu. Planował wydostać się z Magicznego Londynu przejściem znajdującym się na Śmiertelnym Nokturnie, albo gdzieś się schować i przeczekać, aż się wszystko uspokoi.

Zakrył ręką oczy, kiedy uderzyła w niego fala pyłu, kurzu i odłamków szkła z kolejnej eksplozji. Kiedy znów je otworzył, zobaczył, że budynek, który jeszcze kilka sekund temu był w nienaruszonym stanie, stał się niemalże ruiną. Wszystkie okna wyleciały w powietrze, a nad miejscem, gdzie znajdowały się drzwi, wisiał kawałek ściany, który trzymał się na zaledwie kilku grubych, metalowych prętach i powoli osuwał się w dół.

Nagle w wejściu pojawiła się sylwetka kobiety z niemowlęciem na ręku. Drobna brunetka rozejrzała się na boki, zapewne zastanawiając się, w którą stronę uciekać. Draco krzyknął, żeby się ruszyła. Nie widziała go, a jego głos został zagłuszony przez kolejne wybuchy. Pręty nie wytrzymały takiego obciążenia i kawałek ściany runął w dół, prosto na kobietę i dziecko. A on stał jak wryty, nie wiedząc, jak mógłby jej pomóc. Nigdy w życiu nie czuł takiego przerażenia i bezradności.

Reducto! Evanesco! — Usłyszał Draco. Zaklęcia uderzyły w spadający blok ścienny, a następnie sprawiły, że rozpadające się części po prostu zniknęły. Blondyn odwrócił się w stronę, z której nadleciały i zobaczył Pottera stojącego tuż za nim z wyciągniętą różdżką.

Jak zwykle bohater, pomyślał gorzko. Spojrzał ponownie w stronę kobiety, ale ona zniknęła już w tłumie. Odetchnął z ulgą i jako że było to najrozsądniejsze, co można było zrobić w takiej sytuacji, postanowił pójść za jej przykładem i w końcu się ruszyć. W tej chwili jakiś przerośnięty prymityw, przebiegając obok Pottera, wpadł na niego tak, że ten upadł na ziemię. Draco zawahał się i sam nawet nie wiedząc dlaczego, zamiast ratować siebie, cofnął się o krok i tracąc cenne sekundy, podniósł różdżkę, która wypadła Potterowi z ręki i mu ją podał. Widział po minie Gryfona, że był równie zaskoczony jego zachowaniem, jak i on sam, jednak skinął głową w podziękowaniu.

Draco przyjrzał się mu. Jego twarz oraz mugolskie ubrania sprawiały wrażenie, jakby przez cały dzień czyścił kominy. Przyszło mu na myśl, że sam pewnie nie lepiej wyglądał. Odruchowo spróbował otrzepać się z kurzu, jednak wątpił, by to coś dało.

— Eee… trzeba uciekać — rzucił niezręcznie Potter i razem ruszyli naprzód. Nie przebiegli nawet kilku metrów, kiedy usłyszeli zza pleców zaklęcie Confringo, które ledwo ich ominęło. Spoglądając za siebie, Draco zobaczył dwóch śmierciożerców, którzy znajdowali się niecałe dwadzieścia metrów za nimi.

— Stójcie! Nie wiecie, kogo atakujecie. Jestem Draco Mal… — zaczął, ale jego słowa zostały przerwane kolejnym niecelnie rzuconym zaklęciem.

— Zamknij się, Malfoy, i uciekaj! — krzyknął Harry, ciągnąc go za rękaw.

Potterowi, który praktycznie na oślep rzucał zaklęcia za siebie, jakimś cudem udało się trafić jednego z napastników. Dało im to chwilę przewagi.

Skręcili w alejkę po prawo, jednak na ich nieszczęście, była to ślepa uliczka. Spojrzeli na siebie przerażeni i zgodnie skinęli głową. Potter rzucił Alohomora na drzwi prowadzące do jednego z budynków. Weszli do środka i znaleźli się w starej, zakurzonej, najwyraźniej dawno nieużywanej kuchni, w której w losowych miejscach stały zniszczone meble. Nie dane im jednak było odetchnąć, ponieważ zaraz za nimi wbiegł śmierciożerca, ten, którego ominęły zaklęcia Pottera.

Reducto! — Obaj odskoczyli na boki, unikając uroku rzuconego przez mężczyznę. — Avada Kedavra! — Draco zamarł. Zielone światło wystrzelone z różdżki śmierciożercy leciało prosto na niego. Nagle poczuł, jak Potter go popycha, jednocześnie rzucając zaklęcie Diffindo i ląduje na nim. Usłyszeli, jak bezwładne ciało uderza o podłogę i nastąpiła cisza.

Obaj ciężko oddychali. Draco zdał sobie sprawę, że sekunda dzieliła go od śmierci, a uratował go głupi Złoty Chłopiec, który zaryzykował życiem, osłaniając go własnym ciałem.

Po chwili Potter się podniósł. Podszedł do leżącego ciała i stanął jak wryty... Draco widział, jak w jednej chwili z twarzy Gryfona odpływają wszystkie kolory.

Kiedy Ślizgon również wstał i podszedł do niego, zrozumiał, co go tak przeraziło. Na ziemi leżało nieruchome ciało przeciwnika, jednak jego głowa znajdowała się kilka metrów dalej. Nie miał już maski, i ku przerażeniu Draco, napastnikiem okazał się nie kto inny, tylko Crabbe Senior. Harry Potter, ratując mu życie, odciął głowę ojcu jego przyjaciela. To musiał być sen. Potworny, okrutny koszmar, a on zaraz się obudzi w swoim łóżku. Uszczypnął się, zamykając oczy, jednak kiedy je otworzył, scena się nie zmieniła. Blondyn zaczął panikować. Vincent nie mógł się dowiedzieć o jego udziale… ich udziale w tym incydencie. Nikt się nigdy nie mógł o tym dowiedzieć. Musieli stąd uciekać.

— Zmywajmy się stąd — rzucił, kierując się w stronę pokoju, mając nadzieję, że znajdą tam inne wyjście. — Potter — warknął niecierpliwie.

Jednak Gryfon się nie ruszył. Stał jak słup soli, wpatrując się w odciętą głowę mężczyzny. Wyglądał, jakby zaraz miał zwymiotować. Sfrustrowany, podbiegł do bruneta.

— Na co czekasz, na Merlina, na to, żeby ten drugi się tu pojawił? — Draco chwycił Pottera za nadgarstek i pociągnął go do kolejnego pomieszczenia. Chwilę później usłyszeli ryk wściekłości, po którym nastąpiła długa wiązanka przekleństw.

Blondyn zauważył wiszącą kotarę. Niestety, zamiast kolejnego pomieszczenia czy drzwi wyjściowych, była za nią tylko mała, wąska wnęka, w której wisiały ubrania. Nie mając innego wyjścia ani czasu, Draco postanowił, że tam się ukryją.

Potter nie stawiał oporu, kiedy przyciągnął go do siebie i trzęsącą się dłonią zakrył mu usta, w razie gdyby miał zamiar się odezwać. On sam cały drżał ze strachu, w przeciwieństwie do Gryfona, który prawdopodobnie nadal był w szoku, że właśnie odciął komuś głowę.

Kiedy usłyszeli ciężki odgłos kroków, blondyn jeszcze bardziej przyległ do ściany, przyciskając Pottera do swojej klatki piersiowej, tak, żeby był jak najdalej od kotary. Wstrzymał oddech. Po chwili odgłos kroków oddalił się. Śmierciożerca prawdopodobnie pomyślał, że uciekli przez okno. Postanowił jednak jeszcze się nie ruszać. Potter chyba dochodził do siebie, bo zaczął ciężej oddychać. Chwycił dłoń Draco, która nadal znajdowała się na jego ustach i ściągnął ją. Nie był jednak na tyle głupi, by się odsunąć.

Kiedy przerażenie i panika zaczęły ustępować, blondyn zdał sobie sprawę, że niecałą godzinę temu jego świat rozpadł się na kawałki. Nigdy w życiu nie wyobrażał sobie, że znajdzie się w tak absurdalnym położeniu. On – Draco Malfoy, jedyny dziedzic szlachetnego rodu Malfoyów, których krew jako jedna z niewielu nie była skalana nawet kroplą mugolskiej krwi, przestałby istnieć.

Zostałby zamordowany przez ojca swojego przyjaciela, którego znał całe swoje życie. Członka organizacji, która walczyła o wartości, w które sam wierzył i do której wkrótce miał dołączyć. Nigdy nawet nie przeszło mu przez myśl, by zacząć kwestionować swój plan na przyszłość. Jednak teraz poczuł się zdradzony.

Na dodatek uratował go nie kto inny, tylko pieprzony Chłopiec, Który Przeżył.

Gryfon stał teraz spokojnie, plecami do niego. Draco natomiast czuł, jak przyspiesza mu bicie serca i starając się ponownie nie poddać panice, wziął kilka głębokich oddechów. Musiał zachować spokój. I przede wszystkim zastanowić się, jak ma to dalej rozegrać. Jeżeli w ogóle uda im się ujść z życiem. Na pewno nie mógł się rozkleić. Nie teraz.

Myśl, Draco, myśl. Jesteś Ślizgonem, do cholery.

Miał dług życia wobec Pottera i czuł, że powinno wystarczyć to, że uratuje go przed możliwymi konsekwencjami rzuconego przez Gryfona zaklęcia tnącego. Swoją drogą nie miał pojęcia, że było możliwe odcięcie części ciała tym zaklęciem. W każdym razie, musiał się upewnić, że Potter będzie siedział cicho i nie wygada nikomu, co zrobił. Biedny, głupi Vincent. Był tak zapatrzony w swojego ojca… Draco wiedział, że jeżeli Crabbe się dowie, że to Potter, będzie chciał się zemścić, a że jest idiotą, zrobi to bez planu, zapewne atakując Gryfona przy świadkach i od razu trafi do Azkabanu. Poza tym, Draco będzie wtedy w obowiązku otwarcie bronić Pottera, a nie może sobie na to pozwolić, ze względu na matkę i ojca. Zresztą on sam wcale nie chciał stawać po stronie zdrajców krwi.

Nikt nie mógł dowiedzieć się, że był tu wraz z Potterem, jeśli miał zamiar w przyszłości walczyć przeciwko niemu.

Chociaż po dzisiejszym dniu już wcale nie był pewny, czy nadal tego chce. Wszystko pięknie wyglądało w opowieściach jego ojca — walki szlachetnie urodzonych o czystość krwi, rodzinę, przetrwanie kultury i tradycji czarodziejskich. Może teraz wydawało się to śmieszne, ale w jego głowie walki te przypominały bardziej pojedynki sportowe, brakowało tylko pokłonów na początku. Jednak to, co tego dnia działo się na Pokątnej, było zwykłą rzezią. Niszczenie wszystkiego i mordowanie wszystkich, zarówno czarodziejów czystej krwi jak i szlam. A kiedy patrzył na tą kobietę, która prawie została przygnieciona przez kawałek ściany, to czy w ogóle się zastanowił, jakie było jej pochodzenie? Jeśli miał być szczery, nawet nie przyszło mu to do głowy. Chciał tylko, by jak najszybciej stamtąd uciekła, by ani jej, ani jej dziecku nic się nie stało. A co z Blaisem i Gregiem? Draco zamknął oczy. Miał nadzieję, że udało im się uciec przez kominek Dziurawego Kotła.

Jednak chyba najbardziej przerażała go myśl, że wśród atakujących mogli być jego właśni rodzice.

Po jakimś czasie, kiedy wydawało się, że nikogo nie było w pobliżu, Potter wyswobodził się z jego uścisku.

— Chyba możemy już iść — wyszeptał.

Draco sztywno skinął głową.

— Nawet musimy. Zanim ktoś zobaczy nas w pobliżu ciała… tego śmierciożercy. — Zawahał się, wciąż zastanawiając się, czy było to najlepsze wyjście z tej sytuacji. Wiedział jednak, że dług życia to nie bujda. Nie uśmiechało mu się jednak ratowanie Pottera w bardziej bezpośredni sposób. Nie miał zamiaru zasłaniać go własnym ciałem, tak jak Gryfon zrobił to dla niego. Nie wydawało mu się również dobrym pomysłem informowanie Pottera o tożsamości mężczyzny. Znając Gryfona, nie potrafiłby nie wyglądać na winnego w obecności Crabbe'a, a co gorsza, mógłby zacząć go przepraszać. — Potter, nikt nie może się dowiedzieć, że tu byliśmy. Rozumiesz?

Chłopak skinął tylko głową, patrząc w stronę pomieszczenia, w którym leżało ciało. Draco nie był pewien, czy rzeczywiście dotarło do niego to, co powiedział. Prawdopodobnie nadal myślał o tym, że odebrał życie, nawet jeśli zrobił to w swojej i Draco obronie, a na dodatek przypadkiem.

— Złóż przysięgę Sine Nuntis — powiedział Draco.

— Co? — zapytał Potter, nagle spoglądając na niego bardziej przytomnym wzrokiem.

— Przysięgnij, że nikomu nie powiesz, że tu dzisiaj ze mną byłeś ani co zrobiłeś.

— Dlaczego? — zapytał Potter podejrzliwie.

— Nie mogę pozwolić, by ktoś się dowiedział, że staliśmy po tej samej stronie. — Draco postanowił nie komplikować bardziej sytuacji i powiedzieć mu część prawdy. Na szczęście ta odpowiedź usatysfakcjonowała bruneta.

— Dobra, ale ty też.

Draco skinął głową. Po chwili jeden po drugim wypowiedzieli słowa przysięgi.

Wyjrzeli przez okno, które było po drugiej stronie kotary. Wychodziło na jedną z ulic przecinających aleję Śmiertelnego Nokturnu. Znajdowało się ono na tyle nisko, że bez problemu mogli przez nie dostać się na zewnątrz.

Wrzawa zdążyła już ucichnąć. Wyglądało, jakby było po wszystkim. Postanowili, że Draco pierwszy pójdzie w stronę ulicy Pokątnej i zacznie szukać Zabiniego i Goyle'a, a Harry poczeka kilka minut. Tak, by nikt nie podejrzewał, że przez tą jedną godzinę byli sprzymierzeńcami.

SSSSSSSSSS

Cały dzień był jak z najgorszego koszmaru. Kiedy tylko Severus przybył do Mrocznego Dworu, okazało się, że nie był jedynym, którego Czarny Pan wezwał. Spędził pół dnia, warząc eliksiry, a w tym samym czasie Voldemort przekazywał grupce śmierciożerców plan ataku, po czym wysłał ich, żeby zasiali spustoszenie w centrum Magicznego Świata. Nie mógł wybrać gorszego momentu. Był to dzień, w który zapewne większa część uczniów Hogwartu robiła zakupy.

Niestety, Severus nie miał żadnej możliwości, żeby ostrzec Zakon. Jenkins, młody śmierciożerca, który dopiero kilka dni wcześniej otrzymał Mroczny Znak, chodził za nim krok w krok, mając za zadanie mu pomagać. A to, że Czarny Pan nawet słowem nie wspomniał przy nim, że miał w planach jakikolwiek atak, nie wróżyło nic dobrego. Miał nadzieję, że nie zaczął wątpić w jego lojalność.

Dopiero kilka godzin później, kiedy część śmierciożerców zaczęła wracać, mając mniejsze lub większe obrażenia, dostał pozwolenie, by opuścić Mroczny Dwór. Pierwsze, co zrobił, to udał się na Grimmauld Place, żeby zorientować się, jak wygląda sytuacja.

Na miejscu zastał tylko Blacka. Oczywiście nie obyło się bez paskudnych oskarżeń, że Severus specjalnie zataił przed Zakonem informację o planach Voldemorta. Mistrz Eliksirów nie zamierzał być dłużny i również zaczął obrażać kundla. Wymianę obelg przerwał Lupin, który pojawił się w kominku. Poinformował ich, że Zakon pomaga na Pokątnej w transporcie rannych do szpitala oraz poszukiwaniu uwięzionych w ruinach budynków czarodziei. Severus zamierzał do nich dołączyć. Miał podstawowe szkolenie z leczenia, co było warunkiem uzyskania tytułu Mistrza Eliksirów i prawdopodobnie, nie licząc pani Pomfrey i Dumbledore'a, był najbardziej kompetentny z nich wszystkich. Musiał tylko wrócić do domu i poinformować chłopców o zmianie planów oraz o tym, żeby spakowali się i byli gotowi, by rano wyruszyć na dworzec King's Cross.

Aportował się prosto do swojej sypialni. Zszedł na dół do salonu, gdzie znalazł tylko Theo.

— Gdzie Potter? — Zapytał, widząc, że Ślizgon siedzi w swoim ulubionym fotelu z książką w ręku, a po Gryfonie nie było śladu.

— Tylko niech się pan nie złości, profesorze — powiedział, a coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że Severusa przeszedł dreszcz.

— Theo, zapytałem cię, gdzie jest Potter.

— Przecież się z nim nie umawialiśmy na dzisiaj — wymamrotał pod nosem i zawahał się, ale kiedy Severus spojrzał na niego wyrażanie zirytowany, Theo dodał coś, co spowodowało, że Severus poczuł najczystszy strach. — Pojechał na Pokątną kupić rzeczy do szkoły.

Severus zamknął oczy. Nie mógł dać się ponieść panice. Musiał myśleć trzeźwo.

— Coś się stało? Wszystko w porządku?

— Nie wiem, Theo — westchnął. Nie chciał martwić dzieciaka. Jeszcze nie. — Spakuj się. Chcę, żebyś rano był gotowy — dodał, po czym udał się z powrotem do swojej sypialni.

Expecto Patronum Ad Notam — wyszeptał, a z końca jego różdżki wyłoniła się przepiękna srebrna łania. — Harry, jeśli możesz, spotkaj się ze mną przed mugolskim wejściem do Dziurawego Kotła — powiedział głosem pełnym napięcia.

Łania skinęła głową i skierowała się w stronę drzwi. Severus jęknął, kiedy zatrzymała się niepewnie, zrobiła dwa obroty wokół własnej osi, jakby nie wiedziała, gdzie ma się udać i wróciła do niego. Spojrzała mu w oczy i rozpłynęła się w powietrzu.

Nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Spróbował ponownie. I jeszcze raz. Jednak skutek za każdym razem był ten sam. Patronus nie mógł dostarczyć wiadomości. Oznaczało to, że albo Harry był w miejscu, którego nie można było zlokalizować, a Mroczny Dwór był jednym z takich miejsc albo… nie, nie mógł dopuścić do siebie tej myśli.

Podszedł więc do biurka, wyjął pospiesznie kartkę papieru i napisał wiadomość. Przywiązał ją do nóżki brunatnego puchacza, którego kupił zaraz po tym, jak dostał posadę nauczyciela w Hogwarcie.

— Hades, zanieś to Harry'emu.

Puchacz wyfrunął przez otwarte okno, zrobił kółko dookoła budynku i wrócił.

Severus wyciągnął fiolkę z eliksirem uspokajającym z kieszeni szaty, otworzył ją i pociągnął zdrowy łyk. Nie miał czasu na bezmyślne działania dyktowane lękiem, a od czasu pamiętnego Halloween nie czuł tak paraliżującego strachu o drugą osobę i takiej bezsilności. Postanowił udać się na Pokątną, gdzie wiedział, że zastanie Dumbledore'a.

Po raz pierwszy od powrotu Czarnego Pana, Severus niecierpliwie czekał na wezwanie, jednocześnie bojąc się tego, co, a raczej kogo może zastać w Mrocznym Dworze. Miał przygotowany awaryjny świstoklik, żeby uciec, jednak najpierw musiał się tam dostać, a nie było to możliwe bez wezwania.

Aportował się na Pokątną. Większa część ulicy została kompletnie zniszczona. Było tu tak wielu rannych, którym pomagali medycy oraz wolontariusze. Nieopodal skrzyżowania Pokątnej i Śmiertelnego Nokturnu leżał rząd zmasakrowanych ciał, czekających na deportację. Wśród nich rozpoznał matkę szóstorocznej Puchonki i ojca Gryfona z siódmej klasy. Być może było to z jego strony tchórzostwo, ale musiał odwrócić wzrok, kiedy dostrzegł ciała dwójki małych, pięcio-, może sześcioletnich dzieci.

Po Potterze, dzięki Merlinowi, nie było śladu. To wciąż dawało mu nadzieję, że jego brat żył, mimo że szanse, że znajdzie go całego i zdrowego były minimalne. Nie kiedy ani jego sowa, ani patronus nie były w stanie dostarczyć wiadomości. Mężczyzna rozglądał się uważnie.

Dlaczego ten durny dzieciak go nie posłuchał? Ogarnęła go złość. Czy nie wyraził się wystarczająco jasno, powtarzając wielokrotnie Potterowi, że ma się nie ruszać z miasteczka? Gdyby umysł jego ojca nie był tak zdezelowany przez alkohol, może miałby na tyle szarych komórek, żeby dopilnować tego bezmyślnego, nieodpowiedzialnego chłopaka. Jak on mógł mu pozwolić na samotną wyprawę do Londynu?!

Severus zacisnął pięści. Tak, złość pomagała. Ruszył pospiesznie naprzód, by znaleźć Dumbledore'a. Może starzec coś wymyśli.

HPHPHPHPHP

Po odczekaniu kilku minut, ruszył w kierunku Dziurawego Kotła. Narzucił na głowę kaptur i szedł pospiesznie, starając się nie rzucać w oczy. Wciąż był otępiały, myśląc o tym, co zrobił. Odebrał komuś życie, w najbardziej bestialski sposób, jaki potrafił sobie wyobrazić. Odciął człowiekowi głowę. Było mu niedobrze, kiedy przypomniał sobie widok tryskającej krwi.

Przyspieszył kroku, próbując nie rozglądać się wokół. Chciał jak najszybciej wydostać się z Magicznego Londynu, żeby stamtąd się przenieść do Departamentu Tajemnic, gdzie miał zamiar przenocować. Wydawało mu się to najrozsądniejszą opcją i najbezpieczniejszym miejscem w tym momencie.

Kiedy w końcu pojawił się w swoim pokoju w Departamencie Tajemnic, rzucił zaklęcie maskujące i jego rysy twarzy zmieniły się lekko, a włosy rozjaśniły. Zawsze pamiętał o tym zabezpieczeniu, dzięki któremu nikt nie pozna jego prawdziwej tożsamości. Nawet dzisiaj, chociaż szczerze wątpił, żeby kogokolwiek zastał tu o tej porze. I dobrze. Nie miał ochoty na rozmowę z kimkolwiek. Nie chciał się nikomu tłumaczyć ze swojej obecności w departamencie. Marzył tylko o tym, by zwinąć się w kłębek na kanapie przed kominkiem i zapomnieć o dzisiejszym dniu. Skierował się w stronę czytelni.

— Olivier? Co tu robisz? — Harry aż podskoczył, kiedy poczuł dużą dłoń na swoim ramieniu. Odwrócił się i w mgnieniu oka wyciągnął różdżkę, celując nią w przeciwnika. Okazało się, że to był tylko Riki. — Hej, no już, spokojnie — mężczyzna uniósł ręce w górę. — Co się stało, wyglądasz jak siedem nieszczęść.

Harry opuścił różdżkę.

— Atak na Pokątną… — urwał. Przed oczami ponownie pojawił się obraz odciętej głowy, leżącej w kałuży krwi. Chciało mu się płakać. Chyba powoli schodziła z niego adrenalina. Usiadł na kanapie, podciągnął nogi, i objął rękoma kolana.

— Na Merlina. Dobrze, że jesteś cały.

Harry skinął głową.

Mężczyzna przywołał różdżką dwie herbaty, przysuwając jedną w stroną Harry'ego.

— Opowiedz mi o tym.

Harry przyjrzał się mu. Riki patrzył na niego spod przymkniętych powiek.

— Ja… nie chce o tym mówić. Chce mi się spać. — Powiedział tak, że nawet dla niego jego głos brzmiał żałośnie. Nie miał pojęcia, czy uda mu się zasnąć, ale nie chciał rozmawiać o wydarzeniach z dzisiejszego dnia.

Riki uniósł brwi i wzruszył ramionami. Przywołał do siebie koc i poduszkę, i podał ją Harry'emu.

— W porządku.

Harry położył się, odwracając się plecami do mężczyzny, mając nadzieję, że ten zrozumie aluzje i sobie pójdzie. Niestety. Riki wciąż tam siedział.

HPHPHPHPHPHP

Piątek, pierwszy wrzaśnia, 1995

— Oliwier! Obudź się! To tylko sen! — Harry otworzył oczy. Był przerażony. Oddychał ciężko, jakby przebiegł sprintem dwa kilometry. Wytarł dłonią stróżki potu. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Było ciemno. Jedynie dwie pochodnie znajdujące się na ścianie lekko się tliły, jednak prawie nie dawały światła. Nadal znajdował się w czytelni Departamentu Tajemnic. Spojrzenie Harry'ego zatrzymało się na Rikim, który nie spuszczał z niego wzroku.

— Która godzina? — Zapytał.

— Trzecia trzydzieści.

— Co tu jeszcze robisz?

— Siedzę — odpowiedział Riki, nadal przyglądając mu się uważnie. W jego oczach było coś dziwnego. Może było to spowodowane migającą pochodnią, mimo to Harry poczuł się nieswojo. Naciągnął koc jeszcze bardziej na siebie, tak, że wystawała mu tylko głowa.

— Eeee, dlaczego nie pójdziesz do domu? Nie prześpisz się? Jest środek nocy — zapytał niepewnie Harry.

— A co? Przeszkadza ci moje towarzystwo? — Jakiś cień przemknął po twarzy mężczyzny.

— Nie, nie. Oczywiście, że nie. — Odpowiedział szybko, a jego wzrok padł na ławę, na której znajdowała się jego różdżka. Niestety, leżała zdecydowanie bliżej Rikiego. Musiałby skoczyć półtora metra, by ją sięgnąć, natomiast Riki, który miał doskonały refleks, miał ją na wyciągnięcie ręki. Harry pluł sobie w brodę, że wcześniej odłożył ją byle gdzie. — Po prostu zastanawia mnie, dlaczego tu jeszcze jesteś?

Kolejny grymas pojawił się na twarzy Rikiego. Coraz mniej mu się to podobało.

— Dlaczego nie opowiesz mi o ataku? Kto tam był? Kto zaatakował? Ilu rannych? Opowiedz mi. Wszystko od początku — zażądał, a Harry'emu wydawało się, że ma deja vu. Już raz ktoś go tak przepytywał. Spojrzał na różdżkę, ale Riki to zauważył.

Zanim Harry zdążył się nawet ruszyć, wyciągnął rękę, chwycił różdżkę chłopca i zaśmiał się ochryple. — Czy ty się mnie boisz?

Harry nie odpowiedział, jedynie na niego patrzył. Zaczynał żałować, że tu przyszedł. Po raz kolejny się w coś wpakował.

— Prosiłem cię, żebyś nie szwendał się sam po departamencie. Dałem ci jasno do zrozumienia, że tu nie jest bezpiecznie, prawda? — Harry powoli skinął głową. — A mimo wszystko, pojawiłeś się tu sam, w porze, o której wiedziałeś, że nie zastaniesz ani mnie, ani Diany, ani Ghosta. — Harry po raz kolejny przytaknął niechętnie, a jego serce biło coraz szybciej. — Dlaczego?

— Przepraszam, już sobie pójdę. — Powiedział Harry, wstając powoli, wiedząc, że niespodziewane ruchy są raczej w tym momencie niewskazane.

— Siadaj. — Opadł na kanapę, nie chcąc bardziej drażnić mężczyzny, zanim nie znajdzie jakiegoś wyjścia z tej sytuacji. — Zapytałem dlaczego?

— Zapomniałem — wymamrotał, wzruszając ramionami. — I nie miałem za bardzo gdzie dzisiaj spać.

— Zapomniałeś? — Riki spojrzał na niego z niedowierzaniem. — Tak po prostu zapomniałeś?

— Yyyy, przepraszam.

Mężczyzna pokręcił głową i zrobił coś, czego Harry się kompletnie nie spodziewał. Po prostu podał mu różdżkę.

— To nie ja jestem tym złym. I zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby nic ci się tu nie stało, ale miło by było, gdybyś mi tego nie utrudniał.

Gdy tylko Harry dostał z powrotem różdżkę, odetchnął z ulgą, czując się chociaż trochę bezpieczniej.

— To kto jest tym złym?

Riki otworzył usta, po czym je zamknął i westchnął głęboko.

— Opowiedz mi o ataku. Co się stało? Kto zaatakował?

— Voldemort. W sensie jego tam nie było, ale wysłał swoich śmierciożerców. I olbrzymy, które niszczyły budynki. Wszyscy uciekali w panice, bardzo dużo było rannych… — zaczął opowiadać. — Ale jak… dlaczego ty nic o tym nie wiesz?

— Ponieważ jestem tutaj… — zaczął powoli Riki. — W Departamencie Tajemnic i… nikt nie przyszedł i nic mi nie powiedział.

Harry'emu nie podobał się sposób, w jaki to powiedział. Dobór jego słów był dosyć dziwny i miał wrażenie, że powinien drążyć.

— No… ale dlaczego… eee… to znaczy ja ci powiedziałem, że był atak. — Harry spojrzał na Rikiego, a ten skinął głową. — Dlaczego nie mogłeś iść na górę i dowiedzieć się, co się stało? W ministerstwie na pewno nie mówi się o niczym innym. — Riki ponownie skinął głową, ale nie odpowiedział. — Na Merlina! — zirytował się Harry. — Dlaczego nie możesz mi normalnie odpowiedzieć?

— Ponieważ twoim prawdziwym imieniem jest Olivier. — Uśmiechnął się smutno Riki.

Harry spojrzał na niego mrużąc oczy.

— Nie... Ale… nie mogę ci powiedzieć, jak się nazywam, bo jestem pod przysięgą. Czyli… ty nie możesz mi czegoś powiedzieć, bo jesteś pod przysięgą. — Harry'ego nagle olśniło, a Riki pomasował skronie.

— Jesteś bardzo opalony. Musi być piękne lato.

— A ty masz bardzo jasną skórę, jakby latami nie widziała słońca. Jesteś wampirem? — zapytał Harry ze zgrozą.

Riki uśmiechnął się szerzej.

— Nie. Nie jestem wampirem.

— Ale nie możesz wyjść stąd. Jesteś uwięziony w Departamencie Tajemnic. Jesteś jakimś demonem przywiązanym do tego miejsca, tak jak duchy w Hogwarcie.

Riki się zaśmiał.

— Jestem najprawdziwszym człowiekiem.

— Ale jesteś więźniem Departamentu Tajemnic. Mogę… Jest jakiś sposób, żeby ci pomóc? — Riki smutno pokręcił głową.

— Ghost i Diana cię uwięzili? To oni są tymi złymi?

— Nie… To skomplikowane — westchnął mężczyzna. Jednak jego ton głosu nie brzmiał pewnie.

— Kim jest Tommy? — zapytał nagle Harry.

— Nazywasz się Oliwier.

— Też mi nic nie możesz powiedzieć? Był dzieckiem, tak? Na pierwszym naszym spotkaniu o nim wspomniałeś. I oni coś mu zrobili. Skrzywdzili, tak? Też go tu więzili?

Riki westchnął.

— Nazywasz się Oliwier. — Harry wydał z siebie dźwięk frustracji, kiedy usłyszał to po raz kolejny. — To co, opowiesz mi, co tam na górze słychać? — Pytanie to było rzucone jakby od niechcenia, jednak kiedy Harry zgodził się i zaczął mówić, zauważył, jak Riki desperacko chłonie każde jego słowo.

Dlatego Harry opowiedział mu o ataku na Pokątną, ale nie tylko. Opowiedział mu również o innych wydarzeniach z czarodziejskiego świata, o quidditchu, o turnieju trójmagicznym, bazyliszku i nauczycielach w Hogwarcie.

Kiedy zegar pokazał siódmą rano, Riki mu przerwał. Powiedział, że najlepiej będzie, jeśli opuści Departament, zanim niewymowni się tu pojawią. Harry niechętnie posłuchał. Strasznie żal mu było mężczyzny, który wydawał się taki… samotny i nieszczęśliwy.

Gryfon postanowił znaleźć sposób, żeby mu pomóc.

HPHPHPHPHPHP

Zanim Harry transportował się z powrotem w okolice Dziurawego Kotła, deaktywował zaklęcie Oscuro i założył pelerynę niewidkę. Na dworzec King's Cross dotarł dopiero przed dziewiątą. Wciąż było dosyć wcześnie i na peronie 9 i trzy czwarte nie było żywego ducha. Na szczęście pociąg już stał. Wsiadł do ostatniego przedziału i postanowił zająć czas przeglądaniem rzeczy swojej matki. Już nie tylko chodziło mu o to, żeby ją lepiej poznać czy zaspokoić ciekawość. Nie miał pojęcia, co tam znajdzie, jednak był przekonany, że będzie to coś, co miało związek z Departamentem Tajemnic. A był pewien, że coś z tym miejscem było nie tak. Nie wszystko wyglądało tak prosto, jak opowiedział mu Ghost. Postanowił, że odkryje co to było i w jakiś sposób uwolni Rikiego.

Powiększył swój kufer do oryginalnych rozmiarów i otworzył go. W środku panował bałagan, jednak Harry nie spodziewał się niczego innego.

Wziął do ręki pierwszą z brzegu książkę. Ktoś mógłby ją nazwać opasłym tomiskiem, jednak według Harry'ego było to zdecydowanie niedopowiedzenie. Nawet Hermiona nie nazwałaby jej czymś lekkim do czytania. Na pierwszej stronie znalazł cytat: „Magia jest w każdym z nas. Nic nie dzieje się bez powodu." Pod tym cytatem widniały inicjały RR.

Przerzucił kartkę i uniósł brwi. Książka była pełna danych. Linijka po linijce, widniały tam nazwiska, daty urodzenia, śmierci, status. Harry uniósł brwi. Czyżby miał w ręku spis wszystkich czarodziei i charłaków, zarówno tych czystokrwistych, jak i mugolaków jacy istnieli od — Harry zerknął na pierwszą datę – od 968 roku?

Postanowił przyjrzeć się bliżej tej księdze, kiedy będzie mieć więcej czasu. Odłożył ją z powrotem do kufra. Następnie wyjął kilka pogniecionych pergaminów, z których pierwszy okazał się listem do jego ojca, Tobiasza. Spojrzał na datę. 21 sierpnia 1980 roku. Dzień po tym, kiedy został adoptowany przez Potterów. Harry uniósł brwi i czym prędzej zaczął czytać.

Najdroższy Tobiaszu,

Proszę, nie wyrzucaj tego listu, zanim go nie przeczytasz.

Mimo że przysięgałam przed Bogiem, że Cię nie opuszczę, zrobiłam to. Błagam, wybacz mi, że od Ciebie odeszłam i odebrałam Ci syna.

Wiem, że nie jesteś złym człowiekiem, jednak alkohol cię niszczy. Zarzekałeś się tysiące razy, że z tym skończysz, jednak to było zawsze silniejsze od Ciebie. Mimo wszystko, trwałam przy Tobie przez te wszystkie lata. Mimo tego, co robiłeś mnie i Severusowi. Jestem świadoma, jak bardzo go skrzywdziliśmy. Ty swoim postępowaniem, a ja tym, że na to wszystko przyzwalałam. Tak bardzo Cię kochałam, że nie potrafiłam od Ciebie odejść. Nawet dla niego.

Nie wiem, w jakim stopniu Severus wini mnie za swoje dzieciństwo. Być może myśli, że byłam po prostu słaba i nie odeszłam, bo bałam się, że nie poradzę sobie bez Ciebie, nie poradzę sobie jako samotna matka. I może to lepiej, żeby tak myślał, ponieważ dużo bardziej by go zabolało to, że ja nie chciałam odejść, bo Cię po prostu za bardzo kochałam. Nie chciałam żyć bez Twojej miłości i zawsze wybierałam Ciebie. Nie jego.

Jednak to wszystko bardzo źle się potoczyło. Nasz syn zaczął szukać akceptacji u innych. I to w najgorszym z możliwych miejsc. Wspominałam Ci kiedyś o Czarnym Panu i jego zwolennikach. Możesz nazwać ich nazistami magicznego świata. Nasz syn stał się jednym z tych potworów.

Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży z Harrym, nie mogłam pozwolić, żeby historia się powtórzyła. Żeby Harry przeżywał to, co jego brat i skończył tak, jak on. Dlatego postanowiłam odejść. Tym razem wybrałam nasze dziecko. I mimo że wiem, że uważasz, że nie miałam prawa Ci tego robić, nie dać Wam szansy się poznać, uważałam, że słusznie postąpiłam.

Szukałam pracy. Nie zajęło mi to długo. Osoby z naszego ministerstwa poprosiły mnie o pomoc w badaniach. Wiązało się to również z badaniem eliksirów, a wiesz, jak ja je kocham. Myślałam, że udało mi się, że zacznę nowe spokojne życie z Harrym.

Kiedy dowiedziałam się, że u mnie w departamencie prowadzone są badania nad Mrocznym Znakiem, czymś, co Czarny Pan używa do przywiązania do siebie swoich zwolenników, uznałam, że mam szansę, by uwolnić naszego Severusa!

Jednak to wszystko poszło nie tak. Podjęłam bardzo złą decyzję, odchodząc od Ciebie. Wszystko tylko skomplikowałam. Ci ludzie, dla których pracowałam… oni wcale nie byli dobrzy. Tobi… oni prowadzą badania na ludziach, nawet na dzieciach. Tak, wbrew ich woli. To, co tam się działo i dzieje jest przerażające. Nikt im nie patrzy na ręce, nikt nie ma pojęcia, że to się dzieje.

Nie wszyscy pracownicy są oczywiście wtajemniczeni w to wszystko. Jednak część tak. Ja się dowiedziałam kilka dni temu. I mój Boże. To jedna z niewielu odważnych decyzji, jakie podjęłam. Wykradłam dokumentację z badań. Może da się to wszystko jakoś upublicznić, czy coś z tym zrobić.

Może i nasz Sev na tym skorzysta, może uda mu się za ich pomocą usunąć Mroczny Znak, jeśli kiedyś będzie chciał odejść.

Jednak naraziłam przez tą decyzję wszystkich, siebie, Ciebie i Harry'ego. Oni mnie podejrzewają i prawdopodobnie nie pozostało mi wiele czasu, Tobi.

Podjęłam kroki, żeby Was ochronić. Nikt się nie dowie o tym liście, jest tak zaczarowany, żeby pojawił się u Ciebie w chwili mojej śmierci i by nikt nie dowiedział się, że dostałeś kufer, w którym są dokumenty i list. Nie będziesz w stanie nikomu tego powiedzieć, nikt nie będzie w stanie wyczytać tego z twoich myśli.

Muszę jeszcze raz prosić Cię o wybaczenie, że zdecydowałam bez Ciebie, jednak chcę, żeby Harry miał lepsze dzieciństwo niż Sev.

Pamiętasz Lily? Tą ładną koleżankę Severusa?

Wyszła za mojego kuzyna. Brat mojej matki bardzo późno został ojcem, długo czekali z Doreą na niego, dlatego James jest w wieku Severusa. Zgodzili się zaadoptować Harry'ego. W końcu to rodzina.

Jeszcze raz proszę Cię, wybacz mi, Tobiaszu.

Kocham Cię najmocniej na świecie,

Wiem, że bardzo Cię skrzywdziłam i żywię głęboką nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz.

Żegnaj,

Eileen

Harry zamknął oczy. W ręku trzymał prawdopodobnie ostatni list swojej matki —ostateczny dowód na pokrewieństwo z Tobiaszem i na to, że Severus Snape jest jego bratem. Że wszystko to nie było tylko kolejną intrygą uknutą przez Dumbledore'a. Po prawdzie już jakiś czas temu przestał to kwestionować, jednak teraz miał już pewność.

Kiedy jednak myślał już, że historia i motywy jego adopcji przez Potterów nie mogły być bardziej skomplikowane, okazało się zupełnie inaczej. Z listu wynikało, że jego matka została zamordowana za to, że była w posiadaniu dokumentów, które właśnie trzymał w ręku.

Spojrzał na kolejny pergamin:

Obiekt #84

Imię: Tomas

Nazwisko: Nott

Data urodzenia: 28.09.1973

Status: Charłak

Cel: Sprawienie, by obiekt wygenerował magiczny rdzeń, a w razie niepowodzenia, przeszczep magicznego rdzenia od obiektu #85

Harry nie mógł uwierzyć w to, co czytał. Kiedy doszedł do końca strony, był biały jak kreda, w oczach miał łzy i wydawało mu się, że serce rozpadnie mu się zaraz na kawałki.

Schował wszystkie dokumenty do kufra, wiedział, że w przeciwnym razie, nie będzie w stanie pozbierać się do czasu odjazdu pociągu.

Na peronie pojawili się już pierwsi uczniowie. Podekscytowani nowym rokiem żegnali się ze swoimi rodzicami i wymieniali ostatnie uściski.

Jak on im zazdrościł beztroski.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

W końcu ukończyłam pierwszą część. Zajęło mi to niemało czasu - 13 lat!

Chciałabym podziękować wszystkim, którzy mieli swój udział w tworzeniu tego ficzka - betom Zilidyi, Justusi7850, a w szczególności Jasmin Kain, która była ze mną od 5 rozdziału, włożyła w to mnóstwo pracy poprawiając błędy, styl i krytykując dziwne rzeczy które czasami mi wychodziły. Dzięki niej udało mi się ukończyć to w takiej jakości jaką widzicie.

I oczywiście dziękuję wszystkim komentującym: Freyi, Mahakao, Starej Czarownicy, ChrisUSA, lilyflower50, Zilidyi, fantasystar78, takayy, WomenInBlue, zywkowi, zxc, Bezimiennemu, Snaperusowi, Rudej098, kasias122, Majordomusowi, Misi5000, , złamanemu groszowi, k0towi, kasidumle, kouix, Liluain i wszystkim gościom!