Wycie burzy urwało się nagle. Ciri otarła rękawem mokrą od deszczu twarz i zamrugała. Błysk magii Myszowora, która ich tu przeniosła, na chwilę ją oślepił, dlatego jako pierwsze dotarły do niej zapachy, przede wszystkim stęchły smród wilgoci i pleśni. Potem pojawiły się dźwięki - gdzieś blisko, tuż obok, kapanie wody, chrobotanie i szelesty, wycie wiatru gdzieś z oddali. Ciri zamrugała raz jeszcze. Jej oczy powoli i opornie przyzwyczajały się do panującej wokół gęstej ciemności. "Lochy", pomyślała. "Jesteśmy w lochach". Gdzieś po jej prawej stronie rozległa się seria chrzęstów i trzasków, a potem krótki syk i stukot. Po posadzce potoczyła się zapalona przez Eskela petarda błyskowa, rzucając na omszałe kamienne mury migotliwe błyski. Ciri zobaczyła, że znajdują się u wylotu długiego, niskiego korytarza. Petarda zatrzymała się w połowie jego długości. Czerwonawa łuna oświetliła podnóże wyszczerbionych kamiennych schodów.
Ciri spojrzała na stojącego obok niej Eskela. W drżącym świetle petardy blizny na jego policzku rzucały dziwaczne, zniekształcone cienie. Eskel w milczeniu skinął głową w kierunku schodów. Gdy stanęli na ich szczycie, w twarze smagnął ich niespodziewanie podmuch zimnego wichru. Ciri zmrużyła oczy i rozejrzała się wokół siebie. Jedna ze ścian komnaty, w której się znaleźli, zawaliła się wraz z fragmentem żebrowego sklepienia. Przez wyrwę w murze widać było zasnute chmurami nocne niebo i czarną połać lasu. Ciri zrobiła kilka kroków naprzód.
-To tutaj? - zapytała cicho.
Eskel początkowo nic jej nie odpowiedział. Wyminął ją wolnym krokiem i stanął na brzegu wyrwy ze splecionymi na piersi ramionami, zadzierając lekko głowę do góry. Po chwili ciszy potwierdził:
- To tutaj.
- Skąd wiesz?
Eskel, nie odwracając się, wskazał na coś palcem. Ciri podeszła do niego i podążyła spojrzeniem za tym, na co wskazywał. Zobaczyła kołującą na niebie, nieprawdopodobnie olbrzymią chmarę kruków. Wielkie czarne ptaki to unosiły się, to opadały z przenikliwym wrzaskiem, zataczając kręgi nad zamkiem. Jeden z kruków odłączył się od reszty i z trzepotem skrzydeł przysiadł na suchej gałęzi niedaleko wyrwy w murze, przez którą wyglądali. Przekrzywił głowę, łypiąc na nich paciorkowatym okiem, a potem nagle wydał z siebie pojedynczy skrzek. Ciri mimo woli poczuła na plecach dreszcz zimna, jak gdyby owionął ją podmuch wiatru. Tłumiąc ogarniające ją poczucie niepokoju, oderwała wzrok od kruka i spojrzała na Eskela.
- Co my tu właściwie robimy? - zapytała cicho. Eskel odwrócił głowę, by też na nią spojrzeć.
- Szukamy dzieciaka - odpowiedział.
Ciri zmarszczyła brwi.
- A jak go już znajdziemy?
Eskel uśmiechnął się ponurym, pozbawionym humoru uśmiechem.
- Wtedy zrobimy to, co powinni robić wiedźmini. Zabijemy potwory - mruknął, po czym odwrócił się i ruszył w głąb pogrążonej w cieniu komnaty. Zanim podążyła jego śladem, raz jeszcze obejrzała się za siebie. Gałąź, na której jeszcze przed mgnieniem oka siedział samotny kruk, była pusta i nieruchoma.
Po drugiej stronie komnaty, pod zwojami ciężkich od kurzu pajęczyn i gęstego bluszczu znaleźli zapadnięte, spróchniałe drzwi, zawieszone niepewnie na jednym przerdzewiałym zawiasie. Eskel pchnął je lekko i drzwi ustąpiły z przeraźliwym skrzypieniem, otwierając się na pusty dziedziniec. Pokrywająca go kamienna posadzka popękała i skruszała od wiatru i deszczu. Ze szczelin w kamieniu wyrastały gęste kępy perzu i pokrzyw, które w chłodnym świetle nocy wyglądały raczej na srebrne niż zielone. Dziedziniec niegdyś był okolony dwupiętrowym, łukowatym krużgankiem, ale niektóre z kolumn zawaliły się, zostawiając w misternej konstrukcji wyrwy i szczerby. Te kolumny, które wciąż stały, rzucały na krużganek długie czarne cienie. W mroku, pod splątanymi kłębami bluszczu i wina, dało się dostrzec zarysy kamiennych portali. W niektórych wciąż tkwiły drewniane odrzwia podobne do tych, przez które właśnie przeszli. Inne ziały czarną pustką. Poza wyciem wiatru nie dało się dosłyszeć nic. Eskel przystanął i uważnie rozejrzał się wokół. Potem spojrzał na Ciri.
- Rozdzielmy się - zaproponował cicho.
Ciri skinęła głową. Eskel rozejrzał się raz jeszcze i odezwał się znowu:
- Jeśli znajdziesz chłopaka, zabierz go stąd i nie wracaj.
Ciri raz jeszcze skinęła głową, choć oboje wiedzieli, że i tak wróci. Lekko klepnęła Eskela w ramię, a potem odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w głąb krużganka. Kiedy zerknęła w stronę dziedzińca, zobaczyła, że na jednej z zawalonych kolumn siedzi, obserwując ją uważnie, samotny kruk. Skrzywiła się.
- Zaraza… - mruknęła do siebie, popychając wierzchem dłoni pierwsze drzwi, do których dotarła. Zmurszałe drewno skrzypnęło, a potem z głośnym trzaskiem zerwało się z zawiasów. Ciri osłoniła twarz przed chmurą pyłu i mrużąc oczy, weszła w mrok.
Znalazła się w na wpół zawalonej komnacie, niemal w całości zawłaszczonej przez kępy powojnika i bluszczu. Poza kilkoma nietoperzami, które zerwały się ze sklepienia, spłoszone hałasem, nie było tu nikogo. Ciri przesunęła wzrokiem po ciemnych kątach komnaty, a potem przez wyrwę w murze przecisnęła się ostrożnie do sąsiedniego pomieszczenia. Spod jej stóp czmychnęło z chrobotem i piskiem kilka szczurów. Tutaj również nie znalazła nic poza gruzowiskami z wyszczerbionych cegieł i kamieni. Chciała już przejść do następnej komnaty, kiedy z czujnego skupienia wyrwał ją daleki, stłumiony przez ceglane mury zgrzyt stali. Ciri zamarła, nasłuchując. Kolejne dźwięczne uderzenia stali o stal niosły się głuchym echem. Potem na moment zapadła cisza, po której nastąpił stłumiony huk i kolejne odgłosy krzyżującej się broni. Ciri zacisnęła zęby. Miała chęć się wycofać i ruszyć Eskelowi na pomoc, ale wiedziała, że musi najpierw znaleźć dzieciaka. Przed sobą miała ziejące ciemnością, niskie, łukowate przejście.
Wyciągnęła miecz i powoli, starając się robić jak najmniej hałasu, przeszła przez pogrążony w mroku i cuchnący stęchlizną korytarz. U jego wylotu w twarz uderzył ją zimny podmuch wiatru. Wyszła na pustą, zalaną perłowym księżycowym światłem przestrzeń. Kiedyś musiała to być obszerna komnata, być może sypialna. Dwie zewnętrzne ściany zawaliły się jednak, co uczyniło z komnaty coś na kształt ogromnego tarasu, po którym swobodnie hulał wiatr. Ciri zrobiła jeszcze jeden krok naprzód, a potem przystanęła. Po przeciwnej stronie zrujnowanej komnaty, opierając się ramieniem o pozostałość ceglanego muru, stał jasnowłosy mężczyzna. Tuż obok niego przycupnęła drobna kobieta o bladej twarzy. Jedno spojrzenie wystarczyło Ciri, by rozpoznać w tym dwojgu wiedźminów, których spotkała na klifie za zmasakrowaną wsią. Ostatniego z bandy, tego z toporem, nie mogła nigdzie dostrzec. Zastanowiła się przelotnie, czy to z nim Eskel właśnie walczył.
Na widok Ciri jasnowłosy wiedźmin przekrzywił lekko głowę, uśmiechnął się i machnął ręką w geście nonszalanckiego powitania. Wiedźminka patrzyła na nią nieruchomo, niemal nie mrugając.
- Mała wilczyca. Kawał drogi kazałaś za sobą łazić. Tym razem nie będziesz nam uciekać? - zapytał mężczyzna, robiąc kilka wolnych kroków w jej stronę.
Nie wyciągnął dotąd żadnej broni. Szczupłe, upierścienione ręce trzymał zatknięte za pasek. Ciri zmrużyła oczy.
- Tym razem się was pozbędziemy - powiedziała cicho. Wiedźmin parsknął z rozbawieniem.
- Ty i kto? Ten chuchrowaty dzieciak? A może ten Wilk, którego Beltan porąbał już pewnie na płaty słoniny?
- Zostawicie ich w spokoju - warknęła.
Wiedźmin, nie przestając się uśmiechać, przystanął i skinął na nią ręką.
- Chodź - powiedział. - Zobaczmy, co jest warta ta słynna moc.
- Z chęcią ci pokażę - wycedziła przez zaciśnięte zęby i rzuciła się do ataku. Wiedźmin wciąż stał nieruchomo, w nonszalanckiej, swobodnej pozie, przyglądając jej się z krzywym uśmieszkiem. Uniosła miecz i zamachnęła się z szerokiego półobrotu. W tej samej chwili wiedźmin zrobił ręką drobny gest, w którym rozpoznała znak Aard. Rozległ się huk i Ciri poczuła, że olbrzymia fala energii uderza w nią jak cios obuchem i porywa ze sobą. Uderzenie było na tyle silne, że wyrzuciło ją w powietrze i cisnęło o posadzkę kilka metrów dalej, wyduszając jej oddech z piersi. Ciri zakaszlała, usiłując dźwignąć się na ramieniu. Nigdy nie widziała, by jakikolwiek wiedźmiński znak miał tyle mocy. Taką energię mogło skupić w sobie silne zaklęcie, ale nie znak. To nie było możliwe. Ciri splunęła gęstą śliną i zagryzła w ustach przekleństwo.
Jasnowłosy wiedźmin zbliżał się do niej wolnym krokiem, nie przestając się uśmiechać. Za jego plecami mała wiedźminka odwróciła się i bezszelestnie zniknęła w ciemnym przejściu na drugim końcu komnaty. Wiedźmin jedną rękę wciąż trzymał zatkniętą niedbale za pasek. Drugą nakreślił w powietrzu Igni. Ciri, wciąż półleżąc na posadzce, patrzyła, jak mknie ku niej z głuchym rykiem ogromna fala ognia.
