Siedzący na gałęzi kruk zakrakał, a Orviell odpowiedział mu obelgą w starszej mowie. Ptak przekrzywił głowę, jak gdyby rozważał tę obrazę, a potem poderwał się do lotu. Orviell śledził go ponurym spojrzeniem, dopóki ptak nie zginął w gęstwinie, a potem spojrzał z ukosa na Beltana, który jechał tuż obok. Mimo że mała wiedźminka się im wymknęła, Beltan nie zdradzał oznak gniewu. Podążał szlakiem wyznaczonym im przez upiorzycę ze spokojem człowieka, który jest pewny tego, co robi, i nie widzi powodu, by wątpić w swoje decyzje.

Orviell nie podzielał tego przekonania. Nie rozumiał, co skłoniło Beltana do paktu z nawią. Żadna moc tego świata, żadne bogactwo nie było warte sprzedawania krwi trupojadom - to była pierwsza rzecz, której był pewny. Druga natomiast była taka, że potworom należy ufać równie mało co ludziom, bo mają niemal równie jak oni parszywą naturę. Orviell był pewien, że w pakcie zawartym z upiorzycą kryje się jakieś szachrajstwo. Zgodził się jednak zapolować na małą wiedźminkę, ponieważ to nie on ten pakt zawarł, nie jego krew była na szali. Mimo całej irytacji i pogardy, jaką miał w tej chwili dla towarzysza, był ciekaw, jak rozwinie się całe przedstawienie.

Kiedy wyjechali z lasu na porośnięty chwastami rozłóg, Orviell znów pochwycił spojrzeniem samotnego kruka. Ptaszysko prowadziło ich już tak drugi dzień. Upiorzyca nie raczyła zdradzić, jak daleko będą wędrować w poszukiwaniu małej wiedźminki, która tak sprytnie się im wymknęła. Obiecała tylko, że na pewno ją znajdą.

Za zakrętem drogi ujrzeli na horyzoncie wysoką, porośniętą lasem górę, a na jej szczycie majaczące w czerwonawym świetle zmierzchu kamienne ruiny. Orviell raz jeszcze wymamrotał pod nosem obelżywe przekleństwo. Jakby nie dość było, że musiał znosić obecność upiorzycy, jej trupi smród, musiała ich jeszcze prowadzić w jakieś stęchłe, zapomniane przez bogów ruiny. Orviell niewielu rzeczy nienawidził tak jak zimna i wilgoci. Nachmurzony, spojrzał z ukosa na jadącego obok Beltana.

- Oby to było tego warte - burknął.

Beltan spojrzał na niego spokojnie, uśmiechnął się.

- Będzie - powiedział z przekonaniem.

Orviell parsknął lekceważąco.

- Zobaczysz, będziesz miał z tego tyle, że jakaś kikimora odgryzie ci w tych ruinach dupę - mruknął pod nosem, na co Beltan zaśmiał się wesoło i pokręcił głową.

- Zobaczymy, przyjacielu. Zobaczymy.

W ruinach zamku, tak jak Orviell się spodziewał, zastali wyłącznie robactwo i stęchły odór wilgoci. Stanęli w wysokiej, pogrążonej w sinawym półmroku komnacie i wsłuchiwali się w ciszę przerywaną świstem wiatru. Wydawało się, że w ruinach nie ma nikogo poza nimi. Orviell rozejrzał się bez zainteresowania, a potem zerknął z ukosa na Beltana.

- Skąd wiesz, że upiorzyca sobie z ciebie nie zadrwiła? Czego ta mała wilczyca miałaby szukać w tej kupie kamieni? - zapytał, marszcząc nos.

- Czego miałaby szukać? - powtórzył spokojnie Beltan, a potem spojrzał na towarzysza pobłażliwie, jak gdyby odpowiedź była najbardziej oczywista na świecie. - Nas, przyjacielu. Dla zemsty za tę wioskę, którą wyrżnęliśmy. Dla nagrody. Dla przetrwania.

Orviell milczał przez chwilę, rozważając jego słowa. W końcu powiedział cicho:

- W takim razie nie przyjdzie sama.

Beltan uśmiechnął się jowialnie, z serdecznością, którą Orviell uważał za odpychającą.

- Niech sprowadzi choćby całą watahę.

Jak gdyby w odpowiedzi na słowa Beltana drzwi po drugiej stronie komnaty uchyliły się powoli, z przeciągłym, jazgotliwym zgrzytem. Wbrew życzeniu Beltana nie wyłoniła się z nich jednak z wrzaskiem i chrzęstem broni żadna wroga banda. W otwartych drzwiach stanął samotny wiedźmin. Ujrzawszy ich, przystanął na moment, przyjrzał się krótko każdemu z osobna, a potem ruszył wolno w ich stronę.

Orviell przekrzywił głowę, z zaciekawieniem mierząc przybysza wzrokiem. Nie był to, ku jego rozczarowaniu, słynny Geralt z Rivii, Biały Wilk. Orviell miał nadzieję zobaczyć na własne oczy, ile jest prawdy w plotkach o Rzeźniku z Blaviken, tym bardziej że sam nie zamierzał z nim walczyć. Ten obcy też jednak miał na szyi medalion z wilkiem. Szedł w ich stronę spokojnym, pewnym krokiem, z mieczem w opuszczonej ręce. Jego pocięta bliznami gęba miała chmurny, zacięty wyraz.

Beltan uśmiechnął się na widok obcego wiedźmina i zrobił krok naprzód, jak gdyby z kurtuazją chciał wyjść przybyszowi naprzeciw. Skłonił głowę w geście uprzejmego powitania i odezwał się serdecznie:

- Witaj, bracie. Kultura nakazuje się przedstawić, zanim skrzyżujemy broń. Ten kawaler za mną to Orviell, krasna niewiasta obok to Egle, a mnie wołają Beltan.

Wilk nic na to nie odpowiedział. Wciąż szedł ku nim przez komnatę, a jego kroki niosły się dudniącym, głuchym echem w kamiennych murach. Beltan cierpliwie na niego oczekiwał, nie przestając jowialnie się uśmiechać. Orviell podszedł do jednej z kamiennych kolumn i wsparł się o nią z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Oderwał na moment wzrok od zbliżającego się wiedźmina, by zerknąć w stronę Egle. Tak jak się spodziewał, przycupnęła w mrocznym kącie komnaty, czekając na rozwój wydarzeń. Kiedy powoli pochyliła się w przód, przyczajona jak mała, oślizgła żmija, w sinym mroku przez moment błysnęły ostrza dwóch zakrzywionych sztyletów. Orviell wiedział, że Egle czeka na sposobność, by zatopić je Wilkowi w plecach. Sam nie dobył dotąd żadnej broni. Jeden Wilk nie był wart jego zachodu, dlatego na razie Orviell czekał i obserwował.

Wilk zbliżał się powoli. Gdy dzieliło go od nich już zaledwie kilkadziesiąt kroków, Beltan wyciągnął zza pasa topór i powoli ruszył przeciwnikowi na spotkanie. Wilk gwałtownie przyspieszył kroku i uniósł miecz. Stal zadźwięczała przenikliwie, rozwibrowana silnym zderzeniem. Wilk odskoczył w tył, by uchylić się przed potężnym zamachem topora. Okrążył Beltana i zaatakował z boku, niskim, ostrym ciosem z ugiętych nóg. Beltan obrócił się zwinnie, topór zagrzechotał w zderzeniu z ostrzem miecza. Beltan uśmiechnął się z aprobatą, cofnął się o krok i złożył palce w znak Aard. Rozległ się niski, głuchy huk. Wilk przetoczył się do tyłu, lądując na jednym kolanie o kilkanaście kroków od Orviella. Zerknął czujnie przez ramię, spodziewając się ataku, ale Orviell tylko uśmiechnął się pod nosem i wzruszył ramionami.

Nie zamierzał ułatwiać Beltanowi tej walki. Wymiana tych kilku ciosów, którą zdążył zobaczyć, powiedziała mu, że Wilk nie wypadł sroce spod ogona. Był skupiony i czujny, a ciosy, które wymierzał, były szybkie i dokładne. Topór Beltana jeszcze ani razu go nie dosięgnął. Było jasne, że Wilk potrafi dotrzymać Niedźwiedziowi pola. Przynajmniej dopóki walczyli jeden na jednego. Gdyby Orviell zdecydował się dołączyć do walki, Wilk znalazłby się w potrzasku. Ale Orviell nie zamierzał dołączać do walki. Zerknąwszy w stronę Egle, zorientował się, że ona najwyraźniej też nie.

Mała żmija, do tej pory przyczajona w cieniu, skąd wodziła czujnym wzrokiem za walczącymi, zrobiła kilka kroków w stronę kamiennego portalu na końcu komnaty. Żółte, ponure oczy miała zmrużone i utkwione w jego ciemnym wnętrzu. Na moment spojrzała na Orviella, a potem szybko i bezszelestnie przemknęła przez portal i zniknęła w mroku. Orviell odprowadził ją wzrokiem, a potem raz jeszcze spojrzał bez zainteresowania na walczących. Przez chwilę rozważał, co będzie ciekawsze - czekać na to, aż poleje się pierwsza krew, czy sprawdzić, co zwabiło Egle. Po chwili oderwał się od kolumny, strzepnął ubranie i ruszył niespiesznie śladem towarzyszki.

Za jego plecami stal dźwięczała i zgrzytała, dźwięczała i zgrzytała.