Egle wolała słuchać zapachów niż ludzi, bo mówiły jej ciekawsze rzeczy niż oni i rzadziej kłamały. Ten zapach, za którym podążała teraz, także mówił jej wiele, choć nie potrafiła go do końca zrozumieć. Była w tym zapachu cierpka, bagienna woń, kojarząca jej się z zapachem paproci moknących na deszczu. Była też jednak nuta słodyczy, przywodząca jej na myśl nagrzaną letnim słońcem łąkę albo jabłoniowy sad wczesnym świtem. Była też w tym zapachu woń magii, ale nie takiej magii, jaką roztaczali wokół siebie magia pachniała żywo i świeżo, trochę jak powietrze tuż przed burzą. Egle nie rozumiała tego zapachu, nie znała go, ale wiedziała, że tak jak każdy inny zapach, ten także nie może jej okłamać. Dlatego podążała za nim, ciekawa, dokąd ją doprowadzi.
Wiedźmin z pociętą bliznami gębą, który wyszedł im naprzeciw w ruinach zamku, miał na sobie ten zapach, ale był to zaledwie ślad. Tak jak człekowi, który wychodzi z karczmy, zapach jadła i dymu osiada na skórze i ubraniach, tak wokół wiedźmina unosiło się stłumione echo tej obcej woni. Egle szukała więc dalej. Węszyła. Lekki podmuch wiatru, który wpadł do komnaty przez wyrwę w zapadniętym sklepieniu, przyniósł jej nowy, ulotny strzęp zapachu. Ruszyła jego śladem. Skradała się przez pogrążone w mroku ruiny, tropiąc nitki dziwnej woni na wilgotnych murach i kępach bluszczu. Słyszała, że Orviell podąża jej śladem, ale niewiele sobie z tego robiła.
W końcu dotarła na odsłonięty z dwóch stron taras, który musiał stanowić zrujnowaną pozostałość narożnej komnaty. Egle przystanęła, obracając twarz w kierunku wiatru i łowiąc w jego podmuchach strzępy zapachu, którego szukała. Za sobą słyszała kroki Orviella. Piżmowa woń jego perfum kręciła ją w nosie. Orviell również przystanął i tak jak przewidywała, wystarczyła zaledwie chwila, by znudził się i zniecierpliwił.
- Czego tu szukasz? - zapytał beznamiętnie, stając tuż za jej plecami. Nie odpowiedziała, skupiona nadal na tropieniu swojego zapachu. Kolejny podmuch wiatru przyniósł nowy, świeży ślad woni, a po chwili coś jeszcze - echo zbliżających się kroków.
Egle odwróciła się w stronę ciemnego przejścia na drugim końcu komnaty, a Orviell poszedł jej śladem. Czekali. Po chwili z mroku wyłoniła się jasnowłosa wiedźminka, ta sama, która umknęła przed nimi z tamtej wsi. Ta, której przyjścia spodziewał się Beltan. Orviell wyszedł jej naprzeciw, ale Egle pozostała z tyłu, węsząc w ła tę dziwną woń od białowłosej wiedźminki już wtedy, na klifie. Podobnie jak Beltan, założyła, że to właśnie ona jest źródłem zapachu, a więc też źródłem mocy, którą obiecała im upiorzyca. Teraz jednak Egle zrozumiała, że zapach mówi jej co innego, a zapachy nigdy, przenigdy przecież nie kłamią. Wokół białowłosej wiedźminki wyczuwała tylko strzępy paprociowej woni. Podobnie jak wiedźmin z bliznami na twarzy, dziewczyna miała zapach na sobie, była blisko jego źródła i dotknęła go, ale nie ona nim była.
Egle zmrużyła oczy, pogrążona w rozmyślaniach. Patrzyła na Orviella, który uderzeniem znaku posłał właśnie małą wiedźminkę w powietrze. Zastanawiała się przez moment, czy powiedzieć mu, co odkryła. Zdecydowała jednak, że nie ma powodu, żeby to zrobić. Nie byli przecież kompanami. Byli jedynie trojgiem wiedźminów, którzy postanowili razem rabować i mordować ludzi. Nie była im nic winna.
Wymknęła się chyłkiem z komnaty i ruszyła dalej śladem zapachu. Przeszła przez na wpół zawalony korytarz. Na jego końcu wdrapała się po rumowisku z cegieł i kamieni do małej wyrwy w sklepieniu. Znalazła się w pogrążonej w mroku, spowitej pajęczynami i kurzem komnacie. Przymknęła na moment oczy i wzięła głęboki oddech. Zapach, którego szukała, był tutaj, snuł się nad ziemią jak opar mgły, mieszał się z gorzką wonią kurzu. Egle przeszła przez komnatę i pchnęła zbutwiałe drzwi, które ustąpiły z cichutkim skrzypnięciem. W twarz uderzył ją wilgotny chłód.
Ściany komnaty, w której się teraz znalazła, podparte wysokimi, smukłymi kolumnami, pogrążone były w niebieskawym cieniu. Jedyna smuga bladego światła wpadała przez wysokie okno na krańcu komnaty. W tej samotnej plamie światła siedział czarnowłosy chłopak, a obok niego klęczała dziewczyna z jasnym warkoczem.
Egle przystanęła. Zapach, za którym podążała, był tutaj silniejszy, tak przenikliwy, że na moment uderzył jej do głowy. Wiedziała już, że dotarła do źródła. Zapach nie kłamał - nie należał do jasnowłosej wiedźminki, tylko do tego chłopaka, tego samego, który był z nią wtedy na klifie. To ten chłopak, a nie wiedźminka, miał zieloną krew, o której mówiła upiorzyca. To jego powinni byli tropić. Egle ruszyła cicho w jego stronę.
Skradała się, skryta w sinawym, chłodnym cieniu. Gruba warstwa pyłu pokrywająca spękaną posadzkę tłumiła jej ostrożnie stawiane kroki. Obserwowała uważnie chłopaka i jego towarzyszkę. Żadne z nich jak dotąd nie zauważyło jej obecności. Chłopak siedział odwrócony do Egle tyłem, nie mogła więc wyczytać nic z jego twarzy. Wiedziała jednak, że jest zdenerwowany albo przestraszony. Mówiły jej to jego napięte, zgarbione ramiona, jego szybki i płytki oddech. Egle zdawało się, że chłopak kręci lekko głową i coś szepcze, ale była jeszcze zbyt daleko, by zrozumieć słowa.
Siedząca naprzeciw niego dziewczyna nie mówiła za to nic, tylko lekko się uśmiechała. Egle była pewna, że nigdy wcześniej jej nie widziała. Dziewczyna była ubrana w spłowiałą, postrzępioną sukienkę, miała chude, kościste ramiona, a na twarzy czerwone dzioby po ospie. Trzymała dłoń chłopaka w obu bladych rękach i wpatrywała się w niego łagodnymi jasnymi oczami.
Egle przystanęła za jedną z kolumn. Zapach stawał się coraz silniejszy, osnuwał ją jak gęsta mgła, oszałamiał ją i mącił jej myśli. Egle zacisnęła na moment powieki i potrząsnęła lekko głową. Gdy z powrotem otworzyła oczy, napotkała jasne spojrzenie obcej dziewczyny. Choć Egle była dotąd pewna, że nie została zauważona, dziewka patrzyła wprost na nią, wciąż spokojna i łagodnie uśmiechnięta. Egle zamarła z rękami zaciśniętymi na sztyletach. Dziewczyna przez chwilę patrzyła jej prosto w oczy, a potem powoli obejrzała się za siebie, w kierunku ogromnego, pustego okna. Egle też spojrzała w tamtą stronę. W tej samej chwili zza chmur wyjrzała okrągła, blada tarcza księżyca w pełni i zalała komnatę światłem. Jasnowłosa dziewczyna odwróciła się z powrotem i znów spojrzała na Egle, a ona, choć zabiła w życiu setki potworów i przelała morze krwi, poczuła, że na ten widok cierpnie jej skóra. Oczy dziewczyny nie były już niebieskie i łagodne, tylko żółte, nieludzkie i dzikie. Dziewczyna uśmiechnęła się do Egle, a potem spojrzała w dół. Egle, jak gdyby ktoś kierował jej ruchami, znów podążyła za jej spojrzeniem. Ze szczeliny w spękanej kamiennej posadzce w plamie księżycowego światła wyrastał drobny kwiat o przejrzystych, perłowych płatkach. Egle poczuła, że cierpko-słodka woń jeszcze się wzmaga, dusi ją, wypełnia komnatę jak połyskliwa mleczna mgła. "Kwiat paproci" - w jej głowie znikąd pojawiła się pusta, bezsensowna, pozbawiona źródła myśl. "Szukaliśmy kwiatu paproci". Dziewczyna o żółtych, sowich oczach sięgnęła w stronę kwiatu, a Egle nagle oprzytomniała. Schwyciła mocniej oba sztylety i błyskawicznie rzuciła się naprzód. Była już o krok od chłopaka, zdążyła jeszcze unieść ostrze nad jego karkiem, gdy zobaczyła, jak dziewczyna zrywa kwiat i zamyka go w dłoni, a potem wkłada go w otwartą, drżącą lekko rękę chłopaka.
W tej samej chwili gdzieś głęboko z trzewi zamku wydobył się niski, głuchy ryk, jak gdyby we wnętrzu góry rozpętała się burza. Kamienna posadzka pod nogami Egle zadrżała i popękała jak skorupka jajka, z którego coś się wykluwa. Za jej plecami rozległ się suchy świst, podobny do trzasku bicza. Nim zdążyła się odwrócić, coś chwyciło ją za szyję i zacisnęło się wokół niej jak garota. Jeden ze sztyletów wypadł jej z ręki i zagrzechotał o posadzkę. Sięgnęła rozpaczliwie w stronę gardła. Komnata wokół niej zdawała się poruszać i falować, jak gdyby coś śpiącego pod zamkiem przebudziło się i zaczęło oddychać. Egle napotkała spojrzenie jasnowłosej dziewczyny, znów niebieskie i pełne łagodnego smutku. Z gardła wydobył jej się bulgoczący charkot. W skroni dudnił jej puls. Próbowała chwycić to coś, co zaciskało się na jej szyi, ale jej palce tylko ślizgały się i drapały bezradnie. Egle zamrugała. Komnata wokół niej to znikała za białą mgłą, to pojawiała się z powrotem, ruchoma i niewyraźna. W jednym z kątów, w plamie czarnego cienia, dostrzegła pomarańczowy błysk. Spojrzała w tamtą stronę i dopiero wtedy zrozumiała, że w komnacie jest - od początku był - ktoś jeszcze. Z mrocznego zaułka patrzyła na nią rudowłosa upiorzyca. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, zjawa uniosła siną rękę jak gdyby na powitanie i uśmiechnęła się. W tej samej chwili Egle poczuła, że to coś, co ściska ją za szyję, oplata się wokół jej gardła jeszcze ciaśniej, boleśnie, odbierając jej oddech. Potem coś szarpnęło ją gwałtownie i uniosło w powietrze. Wszystko wokół niej na moment stało się zielone, a potem zapadła ciemność.
