Wiedźmińska krew ma inny zapach niż ludzka, ale tylko wiedźmini o tym wiedzą. Tylko oni mają dość czuły węch, by wyczuć różnicę. Krew wytoczona z brzucha wieśniaka ma mdły, pospolity smród. Wiedźmińska jucha przypomina zapachem krew potworów. Czuć w niej siarkę i zioła, i magię. Beltan odwykł od tego zapachu.
Krew, która ciekła mu po policzku, pachniała mocno. Gęstą, gorącą strugą spływała mu po szyi, za kołnierz pancerza. Kiedy dotarła do jego piersi, do miejsca, w którym upiorzyca wypaliła swój znak, poczuł ni to pieczenie, ni łaskotanie. Uśmiechnął się szeroko.
Problem z zabijaniem ludzi zamiast potworów polegał na tym, że po pewnym czasie nuda stawała się nieznośna. Nie było człowieka, który mógł dotrzymać wiedźminowi pola, choć niektórzy próbowali. Bywali rycerze, bywały i gromady wieśniaków z kosami i widłami. Wszystkich zabijało się tak samo. Beltan nie tęsknił za smrodem i brudem polowania na potwory, nie żałował marnej monety ani marniejszej jeszcze wdzięczności, jakie czekały po wykonaniu zlecenia. Z rzadka tylko myślał z rozrzewnieniem o tej ślepej euforii, która pojawiała się czasem w samym sercu walki z potworem wraz z myślą, że oto stoi właśnie w rozkroku między życiem i śmiercią. Tego jednego mu brakowało.
Dlatego teraz szeroko, z uznaniem uśmiechał się do Wilka. Beltan potrafił docenić dobrego przeciwnika. Ostre cięcie, przed którym nie zdążył się całkiem uchylić, rozpłatało mu policzek niemal do kości. Wilk zasłużył na jego aprobatę.
Nie przestając się uśmiechać, zamachnął się do szerokiego cięcia z boku. Celował w żebra, ale Wilk odczytał jego zamiar na czas, zrobił krok w tył i gładkim ruchem obrócił miecz. Klinga zagrzechotała głucho o stylisko topora. Teraz to Beltan zrobił krok w tył, szarpnął topór ku sobie, próbując ostrzem zagarnąć klingę miecza i wytrącić go Wilkowi z rąk. Był ciekaw, czy Wilk mu na to pozwoli, ale nie - zwarli się na moment z brzękiem i zgrzytem broni, Wilk łypnął na niego ponuro, naparł, a potem zrobił ostry półobrót i wyswobodził klingę. Beltan uchylił się przed gwałtownym sztychem, zamachnął się do ataku z góry. Stylisko raz jeszcze zagrzechotało o klingę i ześlizgnęło się po niej ze zgrzytem. Wilk zmarszczył się i ciął po skosie, ale tym razem źle wymierzył. Beltan przełożył rękę na stylisku na szeroki chwyt i osłonił nim pierś, tak że klinga uderzyła z grzechotem w sam środek styliska. Naparł silnie na broń, a potem gwałtownie się cofnął, by wytrącić Wilka z równowagi, zaskoczył za jego plecy i zamachnął się potężnie. Wilk rzucił się do ostrego uniku, ale spóźnił się o mgnienie oka. Ostrze topora z chrobotem wgryzło się w jego lewy bark. Wilk zatoczył się na moment, ale zaraz odzyskał równowagę. Spod naramiennika ciemną, gęstą strugą ciekła mu krew. Dyszał ciężko, chmurnym, czujnym wzrokiem obserwując przeciwnika. Beltan na moment opuścił topór i uśmiechnął się jowialnie.
- Naprawdę mi się nie przedstawisz, Wilku? - zapytał z serdeczną pretensją. Po twarzy Wilka przebiegł cień. Beltan podrzucił topór nieco wyżej, poprawiając chwyt, i zrobił krok naprzód. - Szkoda, bo lubię wiedzieć, kogo zabijam - dodał, unosząc topór do szerokiego zamachu.
Wilk przysiadł nisko na nogach, wychylił się w tył, a potem wymierzył płaskie poziome cięcie. Kiedy znów zwarli się na moment, spojrzał Beltanowi w oczy. W oczach miał zimną, wściekłą pogardę, która nieco rozbawiła Beltana.
- Wieśniaków, których mordowałeś, też pytałeś o imiona? - odezwał się Wilk niskim, matowym głosem. Beltan uśmiechnął się, a potem odepchnął go silnym kopnięciem.
- Pytam tylko o imiona, które warto pamiętać. Możesz czuć się wyróżniony, Wilku – powiedział wesoło. Wilk zatrzymał się na chwilę, jak gdyby rozważał tę odpowiedź. Jego poorana bliznami gęba stężała jak pokracznie ciosana maska. Potem nagle, bez ostrzeżenia rzucił się do ataku, szybciej i bardziej zażarcie niż wcześniej.
- Sulik - warknął niemal bezgłośnie przy pierwszym ciosie. - Garad. Czedrog. Niska. Ana. - Kolejne ciosy były coraz ostrzejsze, coraz bardziej gwałtowne, a wraz z nimi pojawiały się kolejne, mamrotane ostrym szeptem imiona. Martwe imiona, należące do martwych, zapomnianych ludzi, o których Beltan nie dbał. Stal dźwięczała i zgrzytała. Wilk miał w oczach czystą wściekłość. W końcu nadeszło ostatnie imię - Wszebora - i Wilk zaatakował ze szczególną zajadłością, prostym, silnym cięciem znad głowy. Beltan, któremu ledwie udało się sparować ten cios, zaśmiał się wesoło pod nosem.
- Wy, Wilki, macie w sobie coś takiego. Jakąś sentymentalność. Wzrusza mnie to - oświadczył z uśmiechem. Wilk patrzył na niego chmurnie, z mieczem w opuszczonej ręce.
- Ty kurwi synu - warknął cicho, kręcąc głową.
Beltan patrzył na niego, nieporuszony, z jowialnym uśmiechem. Jakby dali sobie umówiony znak, na moment walka zamarła. Zapadła cisza. Wilk i Niedźwiedź przyglądali się sobie bez słowa. W końcu to Wilk przerwał ciszę.
- Co wam obiecała upiorzyca? - zapytał cicho, bezbarwnym, matowym tonem. Wyglądało na to, że jego wściekłość już się wypaliła. Beltan wciąż się uśmiechał, ale milczał. Wilk zmarszczył się, raz jeszcze pokręcił ponuro głową.
- Cokolwiek wam obiecała, będziecie żałować - odezwał się znowu, wciąż tym samym, ponurym, pozbawionym wyrazu głosem. Beltanowi zdawało się, że Wilk patrzy na niego teraz niemal z litością. Uśmiechnął się szerzej.
- Nie rozumiesz, Wilku - powiedział spokojnie. - Czy znajdę waszą dziewczynę i zabiorę jej moc, czy zginę od twojego miecza albo oddam ducha wampirzycy… To wszystko jedno. Bez znaczenia.
Wilk patrzył na niego zmrużonymi oczami.
- Więc po co to wszystko? - zapytał cicho.
Beltan zaśmiał się pod nosem i pokręcił lekko głową, jak gdyby Wilkowi umykało coś zupełnie oczywistego. Wskazał brodą na topór, który trzymał w opuszczonej ręce. Po ostrzu spływały powoli połyskliwe, ciemne strugi krwi. Wilk na chwilę podążył za jego spojrzeniem, a potem znów spojrzał mu w oczy. Beltan uśmiechnął się do niego.
- Ile lat już ci przyszło chodzić po tej ziemi, Wilku? - zapytał spokojnie, pogodnie, jak gdyby siedzieli w karczmie, dzieląc dzban z winem, a nie stali naprzeciw siebie z pokrwawioną bronią. - Nie znużył cię jeszcze szlak, nie zbrzydły ci jucha i niedola?
Wilk zmarszczył się w ponurym grymasie, co sprawiło, że prawa część jego twarzy zbiegła się jak ściągnięta krzywymi szwami. Nic nie odpowiedział, ale mimo to Beltan skinął głową, jak gdyby był pewien, że dzielą dokładnie te same doświadczenia. Potem zrobił krok naprzód, unosząc jednocześnie topór.
- Trzeba człekowi czegoś, co go wyrwie z letargu - dodał. - Czy to będzie moc, czy mogiła… to jeden diabeł.
Zamachnął się do ciosu, Wilk uniósł miecz i przysiadł nisko na nogach, gotowy, by wyjść mu naprzeciw. Zanim jednak skrzyżowali broń, gdzieś głęboko pod kamienną posadzką rozległ się przeciągły, głuchy ryk, od którego z murów posypał się kurz, a spod sklepienia umknęło z wrzaskiem kilka nietoperzy. Beltan zamarł w połowie ruchu, zawahał się. Spojrzał pod nogi, na spękany, zmatowiały marmur, który wciąż zdawał się drżeć, mimo że dudniące echo już ucichło. Na długość jednego oddechu zapadła cisza, a potem ryk rozległ się znowu, ale tym razem nie ucichł, tylko zaczął narastać, jak zwielokrotniane, wibrujące echo. Beltan rozglądał się czujnie wokół siebie, szukając źródła dźwięku. Spojrzał na Wilka, ale jego przeciwnik stał z podniesioną gardą, chmurny i spięty, podobnie jak on wodząc wzrokiem wokół siebie. Drżenie posadzki pod ich stopami z każdą chwilą się wzmagało. Ryk, który się spod niej wydobywał, wciąż przybierał na sile. Teraz był to już ogłuszający łoskot, od którego drżały otaczające ich stare mury. Beltana nawiedziło nagle przelotne wspomnienie sztormów, które szalały wokół kasztelu Kaer Mavr. Przypomniał sobie stalowoszare fale, które z wściekłym wyciem waliły w mury zamku, i huk grzmotów, który niósł się po wodzie. Ryk, który wstrząsał tymi ruinami, brzmiał jak echo jednej z tamtych morskich burz. Beltan uśmiechnął się do tego wspomnienia. Zamarł w oczekiwaniu.
Na mgnienie oka znów zapadła cisza, jak gdyby jakiś bóg wiatru, który do tej pory dął nieprzerwanie w kamienne mury, zrobił sobie przerwę na oddech. Wszystko na chwilę zamarło, a potem Wilk i Niedźwiedź spojrzeli na siebie w tej samej chwili. Beltan poprawił chwyt na toporze i uniósł go w szerokim zamachu. Na twarzy miał szeroki uśmiech. Czuł, że po plecach wspina mu się znajomy dreszcz, budzi się dawno uśpiona euforia. Ostrze topora odbiło się z brzękiem od klingi miecza. Posadzka pod ich stopami znów zaczęła drżeć, rozwibrowana narastającym hałasem. Beltan zaatakował znowu. Miał ochotę roześmiać się w głos. Dla tej chwili, dla tej walki warto było podpisać każdy cyrograf z każdym przeklętym upiorem.
Zrobił krok naprzód, by wymierzyć silny cios z góry, ale w tej samej chwili kamienna posadzka pod jego stopami rozpękła się z ogłuszającym łoskotem. Ze szczelin wylała się ogromna powódź zieloności, która w okamgnieniu zalała komnatę. Beltan patrzył, jak skotłowana zielona fala, szeleszcząc, szumiąc i skrzypiąc, rozbija się o kamienne mury i kolumny, wspina się po nich, oplata je i pożera. Długie gałęzie, przypominające wyglądem szponiaste palce, pełzły już w stronę sklepienia. Beltan cofnął się o kilka kroków, z trudem utrzymując równowagę. Pod jego nogami gęsta zieloność kotłowała się i przelewała, urastała coraz gęściej, coraz bardziej dziko. Niedźwiedź widział wokół siebie już nie zrujnowaną komnatę, ale ogromną, dyszącą życiem łąkę. Wszędzie wokół niego z szelestem wyrastały splątane kłęby koniczyny, ostre kępy łopianu i ostu czepiały się jego butów i płaszcza. Ogromne krwawnice i malwy strzelały giętko ku sklepieniu, szumiały wielkie kępy turzycy. Przez wyrwy i szpary w kamiennych murach do komnaty wlewały się zwoje bluszczu, ruchliwe i szeleszczące jak plaga robactwa. Największe były jednak paprocie, soczyście zielone i wilgotne. Powietrze napełniło się gęstym, cierpko-słodkim zapachem.
Nagle Beltan wyłowił z wszechobecnego szelestu inny dźwięk, niski i rytmiczny. Dźwięk zbliżających się szybko kroków. Obrócił się gwałtownie, unosząc topór. Stal zadźwięczała o stal. Beltan uśmiechnął się do Wilka, który patrzył na niego z ponurą zaciętością zza swojej klingi.
- Ładny teatr dała mała Wilczyca - stwierdził Beltan z uznaniem.
Wilk zmarszczył brwi i Beltanowi zdawało się, że znów widzi w jego spojrzeniu litość, trwało to jednak tylko przez mgnienie oka. Potem Wilk naparł na klingę, by go odeprzeć, i zaatakował znowu, raz i drugi, szybkimi, ostrymi cięciami. Był wyraźnie zdeterminowany, by zakończyć walkę, ale szumiąca wokół nich, ruchoma, wonna zieloność rozpraszała jego uwagę. Beltan dostrzegł szansę. Cofnął się o krok i zamachnął się szeroko, celując poniżej łokcia, w miejsce, gdzie dostrzegł lukę w gardzie przeciwnika. Topór świsnął śpiewnie, a potem nagle umilkł. Beltan zatrzymał się gwałtownie i zachwiał, nie rozumiejąc jeszcze, co go powstrzymało, dlaczego jego atak urwał się w pół ruchu. Wzrokiem wciąż śledził jednak ruchy Wilka. Wiedział, co zaraz się stanie, zanim się to stało.
Kiedy jego cios nagle się zatrzymał, oczy Wilka na moment rozszerzyły się w zdziwieniu. Nie zmarnował jednak okazji. Cofnął się o krok, zrobił szybki półobrót, by nabrać impetu, i wymierzył silne, ostre cięcie po skosie. Beltan patrzył na ten atak z uznaniem, wiedząc, że nie zdąży go odeprzeć ani się uchylić. Klinga świsnęła ostro. Na gęstą zieloność, w której brodzili już niemal po kolana, bryznęła krew. Wilk dyszał ciężko. Opuścił miecz i cofnął się o krok. Patrzył na Beltana spode łba, ponuro, ale bez satysfakcji.
- Ta moc nie należy do Ciri - powiedział cicho. - To nie jej szukaliście… Tylko chłopaka. To jego moc.
Beltan patrzył na przeciwnika przez chwilę, rozważając spokojnie jego słowa. Potem spojrzał w dół. Jego nogi od kostek aż po kolana oplatały gęste, splątane warkocze polnych chwastów. Ostre jak stalowe żyłki łodygi i mięsiste kłącza wiły się i pełzły z szelestem po jego butach jak żarłoczne robactwo. To one schwyciły go jak królika we wnykach i nie pozwoliły wymierzyć ciosu, który - był tego pewien - dosięgnąłby Wilka. Beltan uśmiechnął się. Na piersi czuł pulsujące ciepło uciekającej z niego krwi. Wreszcie spojrzał znów na Wilka, który stał wciąż naprzeciw niego z mieczem w opuszczonej ręce i przyglądał mu się ponuro.
- Chłopak, mówisz? W takim razie bardziej ogary z was niż wilki - powiedział Beltan z wesołością. - Węszycie magiczną krew w dzieciakach jak psy zwierzynę w lesie.
Wilk zmarszczył się, spochmurniał, ale nie rzekł nic. Beltan raz jeszcze potoczył spojrzeniem wokół, a potem znów spojrzał na przeciwnika. Na ustach miał uśmiech, którego nie wymuszał - uśmiech pełen ciekawości, zaintrygowania.
- Kolejne dziecko przeznaczenia? Jak ta mała dziewczyna? - zapytał.
Wilk westchnął ciężko. On także rozglądał się wokół, ale w jego spojrzeniu nie było zainteresowania ani podziwu. Było ciężkie i pełne znużenia. Nie patrząc na Beltana, odparł:
- Nie. Po prostu zwykły dzieciak.
Beltan zaśmiał się pod nosem, pokręcił lekko głową.
- Zwykłe dzieciaki mają smarki pod nosem, a nie taką moc.
Wilk milczał przez długą chwilę. W końcu odwrócił się powoli w stronę Beltana, spojrzał mu w oczy.
- Wiesz, czego wieśniacy szukają po lesie w równonoc, Niedźwiedziu? - zapytał cicho.
- Klechdy mi będziesz teraz opowiadał, Wilku? - odpowiedział pytaniem, nie przestając się uśmiechać. Rana na piersi pulsowała i piekła i krwawiła, w nogach oplecionych ciasno przez chwasty powoli budził się tępy ból, a mimo to nie robił nic, by się wyswobodzić i dokończyć walkę. Słuchał Wilka cierpliwie, rozbawiony i zaciekawiony, jak gdyby rozwiązywał przy jego pomocy interesującą zagadkę.
- Szukają kwiatu paproci - odpowiedział Wilk na własne pytanie. Patrzył wciąż na Beltana kamiennym, ponurym wzrokiem. - Klechdy mówią, że temu, kto go znajdzie, kwiat paproci spełni życzenie. I da władzę nad naturą.
Na chwilę zapadła cisza. Beltan rozglądał się znów wokół siebie, z uśmiechem kiwając lekko głową. W końcu znów spojrzał na Wilka.
- Klechdy mówią wiele tym, którzy w nie wierzą, Wilku - powiedział spokojnie. - Jedni szukają kwiatu paproci, inni miecza zatopionego w skale albo kamienia, który każdy metal przemieni w złoto. Wiesz, co łączy te bajania? - Zawiesił głos, a kiedy Wilk nie odpowiedział, dodał: - Pragnienie mocy. Marzenie o sile, która wyrwie człeka z tego kurwiego dołka i da mu w zamian coś lepszego.
Znów przez chwilę milczeli. Beltan wciąż rozglądał się wokół siebie, uśmiechnięty, zafascynowany, jak gdyby oglądał przedstawienie. Wreszcie odezwał się niemal wesoło:
- Jeśli mogę ci coś wyznać, Wilku, to nigdy nie wierzyłem w te bajdury. Jest na świecie magia, myślałem, ale nie taka, co to by czekała, żeby się człekowi ofiarować w darze. Za piękne by to było, a jednak… - Pokręcił głową i zaśmiał się, patrząc z fascynacją na roślinność, która szeleściła i szumiała wokół nich, rosła i pęczniała, karmiona dziką, witalną mocą. - Zdradź mi, Wilku, bo bardzo jestem ciekaw - czemu ze wszystkich, którzy szukają, akurat chłopak miał być tym, który znajdzie?
Wilk milczał przez długą chwilę. W końcu powiedział cicho:
- Sam to powiedziałeś. - Kiedy Beltan uniósł brwi w uprzejmym zdziwieniu, dodał: - Pragnienie mocy.
Beltan patrzył na niego z zaciekawieniem.
- Wielu pragnie mocy, ale akurat jemu sprzyjało szczęście - zauważył spokojnie.
Wilk pokręcił powoli głową.
- Nie sprzyjało mu szczęście.
- Znalazł moc, o której mówią legendy. Wielu by powiedziało, że to szczęście.
Spojrzenie Wilka było zimne i nieruchome.
- Nie szukał tej mocy ani jej nie chciał. Nie potrzebował jej. To wy go do niej doprowadziliście.
Beltan uśmiechnął się, uniósł brwi.
- Jakże to? - zapytał.
Wilk zrobił krok naprzód. Jego spojrzenie, do tej pory ponure i nieruchome, pociemniało, zlodowaciało od gniewu i nienawiści.
- Wyrżnęliście mu wioskę - warknął cicho, z bliska patrząc Beltanowi w oczy. - Napuściliście na niego głodnego krwi upiora. Zmusiliście go, by zostawił wszystko, co zna, i uciekał. Wiesz, co go prowadziło do tej mocy, Niedźwiedziu? - Zawiesił na chwilę głos.
Oczy miał zmrużone, nozdrza rozdęte wściekłością. - Gniew i strach. I potrzeba zemsty. Gdybyście nie urządzili masakry, nadal byłby zwykłym dzieciakiem.
- A więc zrobiliśmy mu przysługę - Beltan uśmiechnął się pod nosem, podniósł rękę i zrobił nią szeroki gest, wskazując szalejącą wokół nich zieloność.
- Daliście mu przekleństwo. - Głos Wilka przeszedł w niski, zimny pomruk. - Dzieciak nie będzie z tą mocą szczęśliwszy.
Beltan zaśmiał się, pokręcił lekko głową.
- Żadna moc nie jest od tego, by czynić ludzi szczęśliwszymi. Długo żyjesz na tym świecie, Wilku, powinieneś to już rozumieć.
Wilk patrzył na niego bez słowa. Beltan uśmiechnął się i raz jeszcze potoczył wokół spojrzeniem.
- Wspaniała moc - powiedział z uznaniem. - Naprawdę wspaniała… - Ostatnie słowo ugrzęzło mu w gardle. Beltan uchwycił jakieś drobne drgnienie na twarzy Wilka i w tej samej chwili poczuł, że w gardle wzbiera mu krew, gorąca i metaliczna. Znak wypalony na jego piersi zapiekł, jak gdyby ktoś przyłożył do niego na mgnienie oka rozpalone żelazo. Beltan spojrzał w dół i zobaczył, że z jego piersi, jak białe larwy, wystają kościane szpony. Poczuł szarpnięcie i szpony zniknęły. Powoli obejrzał się za siebie.
Za jego plecami, uśmiechając się lekko, stała nawia. Lewą dłoń trzymała przy bladych ustach i powoli, z namaszczeniem zlizywała z niej krew. Kiedy Beltan na nią spojrzał, uśmiechnęła się do niego, a potem szepnęła, wskazując coś nad ich głowami:
- Kiedy zadzwonią dzwony.
Beltan spojrzał w górę. Dzika roślinność, która opanowała komnatę, wspięła się już po ścianach i kolumnach aż do sklepienia i utworzyła pod nim wilgotną, szeleszczącą kopułę z łodyg, gałęzi i kwiatów. Beltan wędrował spojrzeniem coraz dalej, aż w końcu zatrzymał je na olbrzymiej kiści kwiatów, która kołysała się na sklepieniu dokładnie nad jego głową. Były to dzwonki - fioletowe dzwonki rapunkuły. Beltan patrzył na kwiaty przez długą chwilę, aż w końcu wybuchł głośnym, serdecznym śmiechem, jak gdyby ktoś opowiedział mu wspaniały dowcip. Śmiał się i śmiał aż do momentu, gdy krew zabulgotała mu w gardle i pociekła po brodzie, a wokół zapadła ciemność.
