Białowłosy Gryf posługiwał się magią jak czarodziej, ale Ciri szybko się przekonała, że miecz także nosił nie od parady. Walczył spokojnie i pewnie, z nonszalancją, która irytowała Ciri, bo mimo tej pozornej niedbałości nie była w stanie go dosięgnąć i zakończyć walki. Gryf obserwował jej starania z drobnym, kpiącym uśmiechem. Bez wysiłku przewidywał i odpierał większość jej ciosów, a jeżeli zbliżyła się za bardzo do tego, by przebić jego gardę, odrzucał ją złożonym błyskawicznie znakiem Aard albo Igni. Ilekroć turlała się po ziemi, odrzucona wybuchem magii, Gryf uśmiechał się szerzej i podjudzał ją niedbałymi drwinami. Ciri zaciskała zęby i siłą woli zmuszała się, by zachować spokój. Wiedziała, że musi znaleźć sposób, by skończyć tę walkę i ruszyć dalej. Obiecała Eskelowi, że znajdzie dzieciaka. Im dłużej pozwalała, by Gryf się z nią bawił, tym mniejsza była szansa, że znajdzie go żywego.

Zadając kolejne ciosy i robiąc uniki, Ciri nie przestawała nasłuchiwać. Kamienne mury wciąż niosły echem grzechot i zgrzyt broni, co musiało znaczyć, że Eskel nadal walczy ze swoim przeciwnikiem. Ale była jeszcze wiedźminka, ostatnia z tego parszywego trojga. Ciri widziała, jak tamta wymyka się przez czarne przejście na końcu komnaty. Czuła pod skórą, że tym, co zwabiło Żmiję, musiał być chłopak. Być może już zrozumiała, że to jego szukają. Może właśnie w tej chwili skradała się, by poderżnąć mu gardło.
Ciri zaatakowała ostrym sztychem i zaklęła pod nosem, kiedy Gryf po raz kolejny gładko skontrował jej cios.

- Jeżeli to jest ta moc, po którą tu przyszliśmy, to szkoda na ciebie mojego czasu - powiedział spokojnie. Ciri zacisnęła zęby i zaatakowała znowu. Broń dźwięczała i grzechotała. Gryf uśmiechał się kpiąco.

Kiedy posadzka pod ich stopami nagle zadrżała, jak gdyby po grzbiecie góry przebiegł dreszcz, Gryf przestał się uśmiechać. Zmarszczył brwi i spojrzał pod nogi, a potem zerknął czujnie na Ciri, która wciąż stała naprzeciw z uniesioną bronią. Posadzka zadrżała znowu, tym razem gwałtowniej, a razem z nią zatrzęsły się kamienne mury, ze sklepienia posypał się kurz. Na moment zapadła cisza, a potem z trzewi zamku wydobył się niski, głuchy ryk. Gryf rozejrzał się wokół siebie, a później znów spojrzał na Ciri. Oczy miał zmrużone, brwi ściągnięte w zamyśleniu.

- To nie ty - wymamrotał, opuszczając bezwiednie miecz, a Ciri dostrzegła swoją szansę. Zrobiła krok naprzód i uniosła miecz, a potem w krótkim rozbłysku magii przeniosła się za plecy Gryfa. W tym samym momencie białowłosy wiedźmin odwrócił się gwałtownie, składając palce w znak Aard, i ugodził ją prosto w pierś. Zabrakło jej tchu, na moment wszystko pociemniało.

Kiedy się ocknęła, była w komnacie sama. Kamienne mury wokół niej drżały, strząsając jej na twarz suchy, szary pył. Posadzka wibrowała od nieprzerwanego, niskiego ryku. Ciri zakaszlała i dźwignęła się na kolana, a potem powoli się podniosła. Rozejrzała się wokół siebie z krótkim wahaniem, a potem rzuciła się w stronę ciemnego portalu na końcu komnaty. Przebiegła przez ciemny, duszny korytarz i wdrapała się po rumowisku z cegieł i kamieni do małej, zasnutej pajęczynami komnaty. Tutaj przystanęła i zaczęła nasłuchiwać. Zza zbutwiałych drzwi, które miała naprzeciw, nie dochodziły żadne odgłosy walki, nie słyszała też żadnych głosów. Dobiegał ją jedynie dziwny, stłumiony szum albo szelest, którego źródła nie potrafiła odgadnąć. Zacisnęła palce na rękojeści miecza i powoli, ostrożnie pchnęła drzwi.

Wchodząc do kolejnej komnaty, na moment oniemiała. Ze wszystkich stron otoczyło ją wilgotne zielone kłębowisko, które szumiało, szeleściło i poruszało się jak żywa istota. Ciri wodziła wokół szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Czuła się tak, jak gdyby znalazła się we wnętrzu ogromnego gniazda, uwitego z pędów, łodyg i gałęzi, z których każda żyła własnym życiem. Na dalekim końcu komnaty, w samym sercu tego dzikiego gąszczu, dostrzegła chłopaka. Siedział tyłem do niej, ze spuszczoną głową, unurzany po pas w gęstej roślinności. Wyglądało na to, że jest sam. Ciri ruszyła szybko w jego stronę. Idąc, rozglądała się czujnie i nasłuchiwała, jednak poza wszechobecnym szelestem nie dobiegały jej żadne dźwięki - ani zgrzyt broni, ani szelest kroków. Nigdzie nie dostrzegała choćby śladu małej wiedźminki. Dopiero gdy znalazła się o kilka kroków od chłopaka, kątem oka schwyciła jakiś ruch, być może ledwie drgnienie cienia. Uniosła głowę.

Wysoko, pod zielonym, wilgotnym sklepieniem z pędów, kwiatów i łodyg, kołysało się miarowo drobne ciało w wiedźmińskim rynsztunku. Mała Żmija zawisła na grubej brzozowej witce jak na szubienicy, wiotka i bezwolna jak szmaciana laleczka. Ciri przystanęła i patrzyła na nią przez chwilę. Wiedźminka miała zsiniałą twarz i szkliste, wytrzeszczone oczy. Srebrny medalion na jej szyi rzucał w zielonym gąszczu jasne rozbłyski.
W końcu Ciri oderwała od niej wzrok i zwróciła się w stronę chłopaka. Zdawało się, że wciąż nie jest świadomy jej obecności. Nie podniósł głowy ani się nie odwrócił na dźwięk jej kroków. Kołysał się w przód i w tył, powoli i miarowo, tak jak może kołysać się
człowiek półprzytomny lub oszołomiony. Ciri pochyliła się i z wahaniem wyciągnęła do niego rękę, musnęła palcami jego ramię.

- Miron? - zapytała cicho.

Na dźwięk swojego imienia chłopak wstrząsnął się gwałtownie, jak obudzony z głębokiego snu. Rozejrzał się wokół, a potem powoli obejrzał się na Ciri. Spojrzenie, które w niej utkwił, było wystraszone i zagubione. Ciri wyciągnęła dłoń, by pomóc mu wstać. Ręka, którą jej podał, przypominała w dotyku chropowate, twarde drewno, a palce i grzbiet dłoni porastał soczyście zielony mech. Oczy, które wciąż wpatrywały się w nią niepewnie, z oszołomieniem, były okrągłe i żółte jak u sowy, ale mimo to Ciri się do niego uśmiechnęła. Po świecie chodziły różne potwory, ale to wciąż był tylko zagubiony dzieciak.

- Chodźmy stąd - powiedziała cicho. Chłopak skinął powoli głową. Ciri zamknęła oczy i pozwoliła, by poniósł ich rozbłysk magii.