Pomian nie lubił, gdy w jego gospodzie zjawiali się obcy. Za obcymi zawsze szło złe - burdy i awantury, po których trzeba było zamiatać skorupy naczyń z klepiska i wytaczać obitych ludków na podwórzec. Pomian nie lubił awantur, był już na nie za stary. Dlatego krzywym okiem patrzył na obcych.
Gdy w drzwiach jego karczmy któregoś dnia stanęło dwóch przybyszów w grubych podróżnych płaszczach, pod którymi wyraźnie rysowała się broń, Pomian spochmurniał i jął przyglądać im się podejrzliwie zza szynkwasu. Obcy przystanęli u wejścia do izby i rozglądali się za wolnym stołem, ale gospoda była tego dnia pełna i gwarna. Pomian miał po cichu nadzieję, że dadzą pokój i pójdą w swoją stronę, ale przybysze zamiast tego ruszyli do szynkwasu. Pomian mrużył na wpół ślepe oczy, próbując zajrzeć im w gęby, ale obaj obcy mieli kaptury naciągnięte głęboko. Ściągnęli płaszcze dopiero, gdy stanęli naprzeciw. Pomian rozchmurzył się naraz, rozpoznając w jednym z przybyszów znajomego wiedźmina. Powitał go serdecznie i zakręcił się za kontuarem, by zgotować napitek. Uwinął się szybko i wkrótce na ladzie stanęły dwa spienione suto kufle. Pomian wsparł się łokciem o szynkwas i wyszczerzył w uśmiechu nieliczne zęby, jakie mu jeszcze zostały.
- No, no, panie wiedźmin, dawno, oj, dawnośmy was tu nie gościli! - zagadnął wesoło.
Wiedźmin skinął głową, sięgnął po kufel i upił z niego słuszny łyk. Potem podsunął drugi kufel swojemu towarzyszowi. Pomian zerknął na niego ciekawie. Wiedźmin dotąd, jak lata długie, zawsze zjeżdżał do jego gospody sam, toteż karczmarz zachodził w głowę, kto też mógł mu tym razem towarzyszyć. Nowy kompan wiedźmina wyglądał Pomianowi na młokosa. Miał czarne, sterczące, zwichrzone włosy i rzadki koper szczeciny na szczęce. Wyciągnął rękę po kufel i teraz popijał z niego powoli, nie podnosząc wzroku i nic nie mówiąc. Pomian patrzył na niego jeszcze przez chwilę, ale w końcu zwrócił się z powrotem do wiedźmina:
- Cóż to, panie wiedźmin, was przywiało tym razem?
Wiedźmin dopił grog ze swojego kufla, odstawił go na ladę i otarł usta wierzchem dłoni. Cicho wymienił nazwę wsi. Pomian zmarszczył się i machnął szeroko ręką.
- At! Czegóż wy tam chcecie szukać, co? - zapytał, wspierając się bochniastymi ramionami o szynkwas. - Mówiłem wama przecie siła razy, że nic tam nie ma! Aby tylko mór i susza! Djaboły jakie, upiory tam pono tańcują. Klątwa jaka leży na tych polach, odkąd ludki pannę leśną ubili. Tyla lat już, hen!
Na te słowa towarzysz wiedźmina odstawił swój kufel, a zrobił to tak zamaszyście, że niedopite piwo chlusnęło na szynkwas. Pomian wziął się pod boki i schmurzył czoło, gotów do łajania, ale gdy napotkał spojrzenie chłopaka, zabrakło mu języka w gębie.
Przy pobliskich stolikach ludki zaczęli trącać się łokciami i poszeptywać. Wiedźmak nie był dla nikogo żadną nowiną, ale ten dzieciak, który stał obok i teraz patrzył gniewnie na karczmarza - to była inna historia.
Chłopak oczy miał żółte i okrągłe jak u jakiego dzikiego ptaszyska, a gdy ściągnął rękawice, okazało się, że kułaki u niego zielone i sękate, jakby je kto ciosał z omszałego pniaka. Najdziwniejszy był jednak zapach, który wokół siebie roztaczał, dobrze wyczuwalny nawet w gęstym, dusznym powietrzu karczmianej izby. To nie mógł być zapach żadnego pachnidła. Tak pachniał las po deszczu albo jabłoniowy sad wczesnym rankiem. Ludzie miewali różne zapachy, pachniali albo śmierdzieli, ale z taką wonią Pomian nie spotkał się nigdy. Żółte oczy chłopaka wpatrywały się w niego z gniewną natarczywością.
- Nie będzie już więcej suszy. Nie będzie już więcej upiorów - wymamrotał. - Będzie urodzaj. Będzie spokój.
Pomian pokiwał skwapliwie głową, jak gdyby rozumiał doskonale to dziwne obwieszczenie i się z nim zgadzał, choć po prawdzie nie rozumiał ni w ząb. Zerknął ukradkiem na wiedźmina, ale ten milczał, zapatrzony w zamyśleniu w pusty kufel. Zapadła cisza.
Chłopak dopił okowitę, odstawił kufel na blat i bez słowa opuścił izbę. Pomian raz jeszcze spojrzał na wiedźmina, otworzył usta, by coś powiedzieć, ale nic mądrego nie przyszło mu do głowy, więc zamknął je z powrotem. W końcu wiedźmin wysupłał z mieszka kilka monet, skinął mu głową i odszedł. Pomian patrzył przez okno izby, jak wsiadają na konie i odjeżdżają - wiedźmin i dziwny, dziki chłopak.
Wkrótce potem do jego karczmy ludki zaczęli zwozić nowiny.
Obwoźny kupiec, dziobaty i ryży jak licho, przechylił się pewnego dnia przez szynkwas i zagadnął z błyskiem w oku:
- Słyszał żeś, jakie dziwy? W tej opuszczonej wsi o dzień drogi stąd obrodziły ponoć pola. Tyle lat chwast nawet nie chciał się imać tej ziemi, psiakrew, a teraz urodzaj.
Pomian słuchał i kiwał głową. W dwa dni potem do gospody wpadło z wrzaskiem dwóch chłopów.
- Ziemniaki! Rzepak! - zakrzyknął jeden. - Pszenica jak złoto! Nikt nie siał, a obrodziło! Ludzie, co za plony! Jakie plony!
Drugi z chłopów trzymał się tylko oburącz za czepiec i kręcił głową, mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem. Wkrótce wszyscy już mieli na ustach nazwę opuszczonej wsi, w której martwa, jałowa ziemia samowolnie wydała wspaniały plon. Jedni gadali, że po latach biedy i suszy bogi zlitowały się w końcu i dały urodzaj. Inni szeptali, że jakiś czarownik czy druid zmógł wreszcie klątwę, co ciążyła na polach. Jeszcze inni mówili, że ziemię odczarował chłopak - dziwny, zielonopalcy chłopak, który przyszedł do wsi wespół z wiedźminem. Pomian słuchał tego gadania i kiwał głową, chociaż w nic nie wierzył.
Różne rzeczy ludzie bajali.
