Corrie westchnęła z ulgą, gdy została sama. Nie mogła odmówić słowom Kimiko prawdziwości, przez tyle lat żyła z cieniem obawy, że ktoś pozna jej prawdziwą tożsamość albo Dwór się o nią upomni. Kłamstwa, całe życie zbudowane na kłamstwie i fałszywym uśmiechu, na udawaniu idiotki. Ironią byłoby, gdyby musiała stanąć przeciwko nim teraz, w tym zniszczonym świecie po Upadku.
– Nie wiesz, czy to oni – odezwała się Yukikaze, pojawiając u jej boku.
– Bardziej martwi mnie, że skojarzyła Dwór. Nie ufam Kimiko na tyle, by się tym nie przejmować, arystokracji nie wolno ufać, kiedy zaczynają te swoje polityczne gierki, a jeśli z mojego powodu… – zawahała się, a to tylko utwierdziło ją w decyzji. – Shuuhei nie może z nami iść. Absolutnie.
– No ty chyba oszalałaś. Pójdziesz sama i dasz się poszatkować blondasowi. Zapomnij, że ci na to pozwolę, a teraz marsz doprowadzić się do porządku – warknęła Zanpakutou i zniknęła.
Corrie westchnęła. Yukikaze doskonale wiedziała, czym się skończy spotkanie z Dworem Wiatru, a jednak się upierała. Z troski o własną shinigami była w stanie poświęcić innych, tak perfidnym mieczem była. Gdyby mogła, zakazałaby jej poszukiwań Kiry i zrobiłaby wszystko, żeby utrzymać ją tutaj, u boku pozostałych, pozornie bezpieczną.
Corrie rozumiała ten gniew, nie popisała się za pierwszym razem i nie było pewności, czy nie powtórzy tego błędu, ale nie mogła narażać innych z powodu własnego tchórzostwa. Skoro jest realna szansa, że we wszystko zostanie wmieszany Dwór Wiatru, musiała odciąć od tego shinigamich, by nie doprowadzić do kolejnej tragedii. I tak wiele ryzykowała przez te przeszło czterdzieści lat.
– Szlag by to wszystko trafił – warknęła, ruszając na spotkanie ze swoją drużyną.
Może w tym czasie wymyśli coś, żeby jakoś poprawić sytuację, bo na razie wszystko zdążyło się sypnąć.
Tak jak się spodziewała, Shohei zdążył przygotować sobie całą tyradę, a fakt, że Miho wspomniała mu o starciu, pogorszył tylko sytuację. Słuchała tego jednym uchem, jeszcze raz analizując wcześniejsze wydarzenia i słowa Kimiko. Potrzebowała planu działania, a naprawdę nie wiedziała, czego się spodziewać. W jednym tylko nie mogła zgodzić się z Hashimoto – Kiry na pewno nie przysłał nikt z Dworu. Ich nienawiść do shinigamich była tak wielka, że nie było o tym mowy. Nawet żeby ją ukarać. Prędzej zabiliby go na jej oczach, niż kontrolowanego posłali, by ją zaatakował. Zresztą z pewnością nie czekaliby tyle czasu od Upadku, żeby w nią uderzyć. Pozostawała możliwość, że ktoś wie o Wygnanych Rodach i chce coś osiągnąć. Tylko kto i co? Tego najbardziej się obawiała, choć chyba bardziej powinna skupić się na celu – wyciągnięciu Kiry z tego bagna.
Shohei w końcu dał sobie spokój, widząc, że Corrie i tak go nie słucha. Nie spodziewał się niczego więcej. Odkąd została dowódcą Szóstej Drużyny, zawsze tak było. Robiła, co chciała, a on się martwił. W ogóle nie potrafił do niej dotrzeć.
– To kiedy ruszamy? – westchnął.
– Dokąd?
– Za porucznikiem Kirą.
– Wy zostajecie w bazie. Raz, że nie będę was narażać, dwa, że to nie jest wasza sprawa – wyjaśniła spokojnie. – I cokolwiek powiesz, Shohei, nie zadziała. Tu jest wasze miejsce.
Nie czekając na jego odpowiedź, zajęła się sobą. Musiała doprowadzić swój wygląd do porządku i przestać straszyć. Do tego zamierzała wyruszyć od razu. Im szybciej, tym większa szansa, że Hisagi tego nie zauważy. Nie mogła go narażać, w przeciwieństwie do niej miał za dużo do stracenia. Wiedziała, że nie będzie chciał tego zaakceptować nawet, gdyby powiedziała mu prawdę, czego robić nie zamierzała. Nie zrozumiałby. Poza tym czuł się za nią odpowiedzialny, więc wyperswadowanie mu wyprawy z góry skazane było na porażkę. Z faktem dokonanym nie będzie mógł już tak dyskutować.
Mycie garów okazało się niezwykle dobrym zajęciem w obecnym stanie Hisagiego. Skupiony na szorowaniu garnka, na którego dnie przypaliło się nieco ryżu, mógł się uspokoić. Odegnać szyderczy śmiech Kazeshiniego gdzieś w tył głowy. A nawet wyłączyć się na chwilę − myślenie o tym wszystkim teraz i tak mijało się z celem. Oczywiście nadal pozostawało pytanie, od czego w ogóle zacząć szukać, ale nad tym też mogą się zastanowić z Corrien razem.
Skupił się na szorowaniu jednego miejsca, więc pierwszych wołań nie usłyszał. Dopiero:
− Tato!
zwróciło jego uwagę. Zaskoczony i nieco wystraszony spojrzał w końcu na Kenseia.
− Dobrze wiedzieć, jak zwrócić pana uwagę, razy wołałem − powiedział chłopak z lekkim, chyba ciepłym uśmiechem, od którego Shuuheiowi zrobiło się głupio.
− Wybacz, sporo mam na głowie.
− Chodzi o tę walkę? Właściwie… − Kensei się zaciął, podrapał się zmieszany po karku. − To o co właściwie chodziło? Znaczy rozumiem, że zaatakował nas porucznik Kira, który zachowywał się nieco dziwnie, ale o co chodziło Shiroyamie? Poza tym, że porucznik Kira powinien być martwy.
− Na długo przed Upadkiem byli parą − wyjaśnił spokojnie Shuuhei i wrócił do szorowania garnka. Jego własne słowa go ukuły i sam nie był pewien dokładnego powodu.
− Yhym − mruknął Kensei i zamilkł na dłuższą chwilę. − Poruczniku − odezwał się znowu trochę niepewnie. − A czy… Bo Miho zadała dziwne pytanie, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem skłonny przyznać jej rację… Ale… Sam nie wiem, jak to ująć. Czy dla pana, poruczniku, porucznik Kira też pachniał domem? − zapytał i zobaczył zupełnie nierozumiejącą minę Hisagiego. − Dobra, nieważne − rzucił zirytowany, zabierając umyte naczynia. − To było głupie, proszę zapomnieć.
Shuuhei odprowadził chłopaka wzrokiem, wciąż nie za bardzo wiedząc, o co mogło mu czy Miho chodzić. Jedyne, czego był pewien względem Kiry, to że nie zachowywał się jak on. I na pewno nie pachniał jak dom. W końcu pokręcił głową i wrócił do garnka.
W tym czasie Miho siedziała na dachu budynku, w którym normalnie nocowali. Klęczała z pochyloną głową − czarne włosy przysłaniały twarz − skupiona, spokojna, w cieniu, tak by trudno było ją dostrzec. Przykryła twarz dłońmi, ale i tak pomiędzy palcami dałoby się dojrzeć biel maski. Trzymanie swojego reiatsu w ryzach w tej formie było trudne, a jeszcze trudniejsze było używanie przy tym techniki pesquisa. Ale Miho opanowała tę sztuczkę. Tylko dzięki temu była w stanie namierzyć osoby z wysoką mocą duchową, nawet jeżeli się ukrywały. Teraz była szczególnie skupiona na jednym.
Uśmiechnęła się pod maską. Jakkolwiek trudna by to nie była sztuczka, zawsze sprawiała Miho ogromną frajdę. Czuła się jak drapieżnik na polowaniu. Czekała na ruch Corrien. Miała zamiar użyć kobiety, żeby dotrzeć do tego, kto posłał Izuru Kirę. Bo Kensei i Kimiko mogli nie być przekonani, ale Miho była pewna. Gdy Kropla Wody do niej wróciła, po tym jak próbowała utopić mężczyznę, przyniosła ze sobą powidok reiatsu, które pachniało jak dom.
Ciemniało, gdy Corrie wymknęła się z budynku gotowa do wyprawy. A może tylko dobrze przekonana co do celu. Nie poświęcała jednak temu zbyt dużo myśli. Teraz to nie miało sensu. Zatrzymała się w cieniu na granicy terenów fabrycznych, gdzie ukryta była baza, jakieś samotne drzewo wykorzystała na kryjówkę i skupiła się na próbie wyczucia Kiry. W Seireitei zawsze była w stanie określić jego obecność, nawet najdelikatniejszy dotyk reiatsu był dla niej zauważalny. Jednak po Upadku to się zmieniło. Wątpiła, by przez osiem lat przez cały czas tak dobrze się krył, zresztą nie było żadnego powodu, by to robił. A przecież próbowała w jakiś rozpaczliwych chwilach tęsknoty i za każdym razem nie dawało rezultatu. Wnioski nasuwały się dwa: albo rzeczywiście był wielce udaną iluzją, która oszukiwała wszystkie jej zmysły albo ktoś go krył. To mogło oznaczać pułapkę, w którą wchodziła z premedytacją, ale nie potrafiła tego tak zostawić.
Warknęła pod nosem, gdy jej działania nie przyniosły rezultatów. Nawet słabego powidoku, najdelikatniejszego cienia. Była zbyt daleko? Chroniła go jakaś bariera? Od czego w takim razie zacząć?
Zignorowała niezadowolony pomruk Yukikaze, że powinna wrócić po Hisagiego i przestać głupio ryzykować. I bez jej pomocy miała jeszcze kilka opcji, które mogła wykorzystać. Na razie wyciszyła reiatsu bardziej niż zwykle, wolała nie ryzykować jakiś niespodzianek, po czym ruszyła na miejsce starcia z Kirą. Od tego miejsca będzie łatwiej zacząć jakiekolwiek poszukiwania, choć dobrze wiedziała, że to więcej pobożne życzenia niż fakty.
– Yuki?
Zanpakutou pojawiła się obok z naburmuszoną miną.
– Nie pomogę ci w poszukiwaniach. Radź sobie sama – oznajmiła pochmurnie. – Zresztą czemu miałabym, wiedząc, że blondas zachowuje się jak nawiedzony?
– Więc wolisz narazić Shuuheia na spotkanie z Dworem Wiatru? Albo na inne nieprzyjemności? – Spojrzała na nią z ukosa.
– Razem bylibyście bezpieczniejsi. Chyba łatwiej walczyć nawet z groźnym przeciwnikiem, kiedy ma się zabezpieczone plecy, co? Nie tego cię uczyli?
– Daruj.
– Powinnam cię zatargać z powrotem. To, co chcesz zrobić, to głupota.
– Od kiedy jesteś moim głosem rozsądku?
– Odkąd ten rozsądek straciłaś – warknęła Yukikaze i zniknęła.
Corrie westchnęła. Jej partnerka już dawno nie była tak wściekła jak dziś. Nie miała pewności, czy rzeczywiście chodziło tylko o to "lekkomyślne" zachowanie czy może o coś innego, ale postanowiła teraz tego nie roztrząsać. Im szybciej znajdzie Kirę i rozwiąże sprawę, tym lepiej.
Bez problemu znalazła miejsce, w którym kilka godzin temu trwała walka. Z tego, co pamiętała, jeden z Generałów Kimiko mówił, że Kira podążył na północ. Na dachu wyrysowała znaki jak do Tropiącego Wróbla, ale użyła nieco innej inkantacji – jednej z tych należących do Dworu Wiatru, które poznała całkiem przypadkiem i starała się ich nie używać bez powodu, by nie zwracać na siebie uwagi. Teraz mogła się tym nie przejmować, skoro w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby zacząć zadawać pytania.
Energię zaklęcia skierowała na północ, by się nie rozpraszać. Chwila minęła, nim otrzymała jakieś rezultaty. Skrzywiła się, to tylko ledwo widoczny powidok, który już się rozpraszał. Nie zostało jej wiele czasu, by wykorzystać ten ślad. Jeśli go nie dogoni, potem będzie musiała zdać się na intuicję.
Nie uszła zbyt daleko, gdy w jej stronę poleciała kula czerwonego ognia. Odskoczyła raczej odruchowo, po czym odwróciła się, by zobaczyć agresora. Na moment wstrzymała oddech, przed nią stał Kira, którego zupełnie nie wyczuła wcześniej. Znowu. Nie miała jednak czasu, by się nad tym zastanawiać, bo znów musiała uskoczyć.
– Nie będę z tobą walczyć – powiedziała dobitnie. – Przestań traktować mnie jak wroga.
Opanowanie się wymagało od niej więcej sił, niż była w stanie przyznać. A jeśli chciała coś zdziałać, musiała zachować spokój. Tym razem raczej nikt nie stanie w jej obronie, jeśli spanikuje.
Kira zdawał się nie słyszeć jej słów, bo nadal atakował, nie pozwalając kobiecie na zbyt duże uniki. Tak jakby przewidywał, gdzie odskoczy, nim wykona jakikolwiek ruch. Nie dał też Corrie czasu na ułożenie jakiejś strategii, przez co łatwo dała się zagonić pod ścianę jakiegoś budynku. Instynktownie zasłoniła się klingą przed ostrzem Wabisuke.
– Wystarczy. Izuru, proszę, przestań już – spróbowała ponownie.
– Gadaniem nic nie zdziałasz – usłyszała komentarz Yukikaze gdzieś z tyłu głowy.
Odepchnęła Kirę tylko po to, by przeskoczyć na dach pobliskiego budynku. Nie dał się jednak oszukać i już na nią czekał. Usunęła mu się spod miecza, czując, jak narasta w niej irytacja na tę sytuację.
– Dosyć! – krzyknęła. – Odezwij się! Wyjaśnij! Cokolwiek, ale nie…
Przerwał jej wybuch zaklęcia tuż obok, odrzuciło ją na kilka metrów. Ból na chwilę przysłonił inne bodźce, miecz wyślizgnął się z palców. Nieudolnie próbowała wstać poganiana przez Yukikaze. Po chwili padł na nią cień Kiry, ale nie zaatakował. Podniosła na niego spojrzenie. Chciała coś powiedzieć, nie zdążyła. Obraz przed jej oczami rozmazał się. Tuż przed utratą przytomności zrozumiała, że to Obezwładniająca Biel.
Kira przez chwilę stał nad nieprzytomną Corrie, przyglądając jej się z obojętną miną. Dopiero coś, może jakiś impuls, sprawił, że przerzucił ją sobie przez ramię i ruszył w drogę powrotną.
Corrie przebudziła się tylko na chwilę, ale i tak nie mogłaby się poruszyć przyciskana do łóżka − czuła pod plecami miękki materac − ciężkim, ale nie do końca nieprzyjemnym reiatsu − jak firmament wysokiego, gwiaździstego nieba. Była w stanie otworzyć oczy tylko na chwilę, by zobaczyć siedzącą na brzegu łóżka postać. Kobietę w trudnym do określenia wieku, ale wciąż piękną, albo raczej przystojną, gdy była młodsza jej uroda musiała wręcz oszałamiać. Granatowe włosy przetykane były srebrnymi pasmami − jak ślady po spadających gwiazdach na nocnym niebie − a w szarozielonych oczach, którymi spojrzała na Corrien, szalał sztorm. Był w niej naturalny majestat.
− Patrzcie, patrzcie − powiedziała, uśmiechając się tajemniczo. Pogładziła dziewczynę po włosach. − Ale jeszcze nie jesteś nam potrzebna, możesz pójść spać dalej. − W jej głosie był rozkaz i troska jednocześnie, którym nie dało się oprzeć.
Gdy głowa Corrien przechyliła się sennie, zobaczyła jeszcze kogoś, ale zabrakło sekund, żeby rozpoznać mężczyznę, na którego spojrzała, który uśmiechał się niezwykle podobnie do tej kobiety. Zasnęła.
Shuuhei szedł za szybko niknącym śladem Corrie. Gdyby nie Miho, nawet tego by nie mieli. Pytanie, dlaczego dziewczyna śledziła Corrie, zostawił na później. Teraz po prostu się cieszył, że tak się stało. Rozumiał również, dlaczego Miho nie wtrąciła się do walki, za to wysłała im wiadomość o tym, co się dzieje. I tak ślad często się rwał i kilka razy go tracili i chyba tylko fartem trafiali na niego z powrotem. Całkiem spory kawał drogi przebyli, był już środek nocy. Równie sporym fartem było to, że nie trafili na żadnych żądnych ich krwi Fullbringerów.
Teraz czekali na Miho, która wyskoczyła do przodu na zwiad. Shuuhei nie końca rozumiał, dlaczego Kensei i Kimiko również za nim poszli, ale nie miał zamiaru marnować czasu na próby przekonania ich, żeby zostali.
− To co powiem, będzie raczej niestosowne − odezwała się Kimiko chyba lekko zirytowana − zważywszy, że Shiroyama-san jest pana przyjaciółką, ale zaczynam powątpiewać w inteligencję tej kobiety. Zupełnie nie rozumiem, co chciała osiągnąć i co udowodnić, chyba że najdurniej rozumianą dumę.
Czy był zaskoczony, że Corrien postanowiła pójść sama? Bynajmniej. Czy był zły? Owszem. Chociaż chyba bardziej zraniony. Wychodziło na to, że Corrien miała o nim i jego umiejętnościach naprawdę niskie mniemanie. Oczywiście rozumiał jej tok myślenia: "pójdę sama, żeby nikogo innego nie narażać", ale to właśnie oznaczało, że uważała, że Shuuhei nie będzie potrafił obronić się sam.
− Nie wiem, czy jesteś najlepsza osobą do wygłaszania takich opinii, Hashimoto − wtrącił Kensei. − Przypominam sobie sytuację, gdzie dokonałaś równie durnego wyboru.
− Przypominam, że zrobiłam to, żeby ratować twój tyłek − fuknęła Kimiko.
− Bo czego się nie robi dla ukochanego − podsumowała Miho, która pojawiła się przed nimi. − Ślad urywa się przy starej rezydencji z ogromnym ogrodem − mówiła dalej dziewczyna, nie przejmując się spojrzeniami Kimiko i Kenseia, którymi ją obdarzyli po wcześniejszej uwadze. − Wygląda na zamieszkałą, ale nikogo nie dojrzałam.
− Właśnie − odezwał się Kensei. − Zauważyliście, że okolica generalnie nie wygląda na zamieszkałą, ale ani widu ani słychu żywej duszy. Ba, martwych też nie spotkaliśmy. Jakby coś wszystkich konkretnie wystraszyło.
− Magia − powiedziała z namysłem Kimiko. − Potężna bariera, tak mi się wydawało, że ją przekroczyliśmy. Działa na ludzi, ale nie na shinigami. Tylko to była jedna z tajemnic rodziny Umari, która dbała o magiczne zabezpieczenia rezydencji rodziny Hashimoto. Oczywiście nie wykluczam, że ktoś jeszcze dysponuje podobnymi technikami. − Kimiko coraz bardziej przekonywała się, że we wszystkim palce maczają Wygnane Rody, a Shiroyama mogła sobie zaprzeczać, ile chciała. − Proponuję daleko posuniętą ostrożność.
O ile Shuuhei najchętniej rzuciłby się na pomoc przyjaciółce od razu, bo nie wiadomo, jaka krzywda mogła ją spotkać, to sam nie mógł pozbyć się niepokoju. Ktokolwiek za tym wszystkim stał, był potężny.
− Dobrze przyczajmy się na chwilę i poobserwujmy uważnie tę rezydencję. Gdy ktoś coś zobaczy, niech da znać. I uważajcie.
Wszyscy kiwnęli głowami i rozbiegli się, szukając dobrych miejsc do obserwacji.
