Corrie odwróciła się nieco na łóżku jeszcze w półśnie, po chwili jednak zerwała się do siadu i rozejrzała nerwowo. Była sama w pomieszczeniu, które rozpoznała jako nieco zaniedbaną sypialnię. Odruchowo sięgnęła po sopel i z ulgą znalazła go na szyi. Z jakiegokolwiek powodu Kira ją tu zabrał, nie uznał, by było konieczne pozbawiania jej Zanpakutou. Choć to raczej decyzja osoby, która za nim stała. Prawdopodobnie została uznana za niegroźną. Powoli wracały do niej szczegóły tego chwilowego przebudzenia, ta kobieta była zbyt rzeczywista, by uznać ją za marę, ale w tej sytuacji niczego nie była pewna.
Na zewnątrz trwała noc, musiało minąć wiele godzin od porwania, więc pewnie Hisagi już zauważył jej zniknięcie. Musiał być wściekły za ten numer i nawet nie próbowała mu tego odmawiać. Miał prawo, w końcu umawiali się całkiem inaczej, ale to nie zmieniło jej postanowienia o samotnej próbie rozwiązania problemu. Nie, kiedy w grę mógł wchodzić Dwór Wiatru, o którego istnieniu Shuuhei nie miał pojęcia. Drugi raz zrobiłaby to samo. Potem go przeprosi. O ile wróci żywa, a taka obawa coraz bardziej w niej kiełkowała. O cokolwiek może chodzić, sprawa stawała się z każdą chwilą poważniejsza.
– Yuki?
Odpowiedzi nie było, choć czuła obecność Zanpakutou w Wewnętrznym Świecie. Bardzo obrażoną i niezadowoloną. Chcąc nie chcąc, musiała przyznać jej rację, cała ta samotna wyprawa była głupotą z jej strony, ale to właśnie Yukikaze powinna najlepiej zrozumieć powody tej decyzji. Tylko czy naprawdę tego oczekiwała od tego wrednego miecza?
Próbowała wyczuć obecność Kiry bądź tej kobiety, ale wszystko było rozmyte. Tak samo jak dalekie echo reiatsu Hisagiego. Nie trudno było zrozumieć, że w grę wchodzi potężna magia. Nie Dworu Wiatru, co przyjęła z ulgą. Mimo to obca, nigdy wcześniej się z nią nie spotkała. Wychodziło na to, że to nieznajoma stoi za tym wszystkim. Skoro postawiła tak potężną barierę, ogłupienie Kiry nie stanowiło problemu. Kimkolwiek była, stanowiła niebezpiecznego przeciwnika, choć może większą kwestią był tu element zaskoczenia.
Nie znajdzie jednak odpowiedzi, jeśli nadal będzie siedzieć w jednym miejscu. Słusznie założyła, że skoro pozostawiono jej możliwość obrony, drzwi również nie zostały zamknięte, bo nie miałoby to sensu. Mimo to zachowała ostrożność. Trudno powiedzieć, co czeka za progiem. Wystarczająco głupot dziś zrobiła, by dodawać do tej listy kolejną. Tym razem szczęście może nie dopisać.
Co ją zaskoczyło, to kompletna cisza dookoła. Dom musiał być opuszczony przez jego wcześniejszych mieszkańców, a ci obecni prawie w ogóle nie zostawiali śladów swojej obecności. Przynajmniej tak to w pierwszej chwili wyglądało, gdy cicho rozsunęła drzwi. W ciemności dojrzała wewnętrzny ogród przypominający te, które pamiętała z Seireitei. Dom musiał być tradycyjną rezydencją, podobną stylistyką do tych, które znała z Soul Society. Wiedziała, że w Świecie Ludzi nadal istnieją takie miejsca. Ktokolwiek więc wybrał je na swoją kryjówkę, musiał pochodzić z Soul Society. Ktoś, kto przetrwał Upadek i dotąd się nie ujawnił.
Corrie przeszedł zimny dreszcz na tę myśl. Najchętniej wyniosłaby się stąd jak najszybciej i pewnie by tak zrobiła, gdyby nie to, że gdzieś tutaj mógł być Kira. Była tego więcej niż pewna. Nie potrafiła go porzucić, odwrócić się i odejść, choć wzbudzi tym jeszcze większą złość Yukikaze i Hisagiego. Gdyby tak zrobiła, choćby tylko po to, by ustalić jakiś plan, miałaby do siebie żal. Nie potrafiła się wycofać, nie teraz.
Tylko to sprawiło, że postanowiła się rozejrzeć. Liczyła, że znajdzie coś pomocnego, może rozwiązanie. Potrzebowała tylko odrobiny szczęścia.
Ostrożnie przemierzała cichy dom, zaglądając do kolejnych pomieszczeń. Kilka wyglądało na niedawno używane, inne były dużo bardziej zaniedbane, jednak całość prezentowała się całkiem nieźle. Żadne tam luksusy, raczej względna normalność, na którą przez tak długi czas shinigami nie mogli sobie pozwolić. Nie trudno było poczuć ukłucie zazdrości wobec mieszkańców, gdy jedynym bezpiecznym wyjściem była tułaczka z kryjówki do kryjówki.
Nie znalazła jednak niczego interesującego. Ani żywej duszy, co ją jednocześnie martwiło i uspokajało. Nie porzuciła ostrożności, to mogłoby się źle skończyć.
Zajrzała do kolejnego pomieszczenia. To było większe od reszty i kompletnie puste. Z wyjątkiem postaci siedzącej na środku z mieczem u boku.
– Izuru…
Światło księżyca wpadające przez okno oświetlało jego sylwetkę. Jasne włosy zdawały się być srebrne, głowę miał spuszczoną, więc nie mogła dostrzec twarzy, ale nie miała wątpliwości co do jego tożsamości. Powstrzymała się jednak przed wejściem. To mogła być pułapka. Nie, to z pewnością była pułapka, choć nie dostrzegła obecności kogoś jeszcze.
– Izuru – zawołała go cicho.
Nie zareagował. Jakoś jej to nie zdziwiło. Gdzieś z tyłu głowy usłyszała komentarz Yukikaze, ale zignorowała ją. Wbrew rozsądkowi postawiła krok, oczekując ataku z każdej możliwej strony. Nic się jednak nie wydarzyło, więc weszła śmielej, kątem oka rozglądając się po pomieszczeniu, którego układ był dość znajomy. Dawniej mogło tu być dojo, ten wniosek wzbudził na nowo tęsknotę za utraconym.
Zatrzymała się krok przed Kirą i kucnęła przed nim gotowa w każdej chwili uskoczyć, gdyby jednak postanowił znów zaatakować.
– Izuru?
Nadal nie było odpowiedzi. Westchnęła ciężko. Nie było wyjścia, musiała znaleźć osobę, która przejęła nad nim kontrolę, i wymusić, żeby go uwolniła. Wątpiła, żeby sama to przełamała, nie robiąc Kirze krzywdy.
– Tylko po co to wszystko? – mruknęła do siebie.
− Dla pokoju na świecie oczywiście − powiedziała stojąca w wejściu do dojo kobieta. − Albo pieniędzy, albo władzy. Wybierz sobie, przyczyny i tak mają znaczenie tylko dla osób słabych.
To była ta sama kobieta, co wcześniej. W ciemnoszarej garsonce i białej koszuli wysokiej klasy i doskonale skrojonej nawet bardziej niż za pierwszym razem wyglądała władczo. Chociaż teraz ten ucisk reiatsu nie był tak obezwładniający, ale nadal wpychał w jakąś poddańczą formę − wrażenie, że stało się przed królewskim majestatem.
− Chłopcze, jakbyś mógł otworzyć shoji i trochę przewietrzyć − poleciła, nie spuszczając spojrzenia z Corrien.
Kira zareagował bez ociągania. Wstał i podszedł do wychodzących na ogród shoji. Otworzył.
− Nie mieszkam tutaj na co dzień − mówiła w tym czasie starsza kobieta − ale uznałam, że w takich okolicznościach będziesz czuła się lepiej, panienko Shiroyama − ostatnie słowa wypowiedziała z pobłażliwym uśmiechem. − Prawie jak w domu.
To właśnie tę scenę zobaczył Kensei z Miho. To Kensei obserwował tę część, dojrzał jakiś ruch w dojo, ale przez matowe wypełnienia nie dało się dojrzeć dokładnie postaci. Miho dołączyła do niego chwilę wcześniej, po tym jak z jej strony zobaczyła jedynie zaparkowany na podjeździe luksusowy samochód, ale nic poza tym. Więc oboje widzieli, jak Kira otwiera shoji i oboje jednocześnie dojrzeli kobiety w głębi pomieszczenia, ale tylko Miho natychmiast rozpoznała tę starszą. Dla Kenseia jej szept:
− Oba-san.
Był zupełnie bez sensu, przecież jedyna oba-san, jaką znali, była zasuszoną staruszką, a nie tą kobietą. Nie zdążył jej chwycić, gdy zrobiła błyskawiczny krok w stronę domu, po prostu ruszył za nią, klnąc w myślach.
Kimiko widziała to z dalszej części ogrodu, gdy próbowała podejść do budynku, który wyglądał jak ten, w którym przeprowadzało się ceremonię parzenia herbaty, a w którym, wydawało jej się, ktoś był. Widziała, jak Miho wpada przez właśnie otwierane przez kogoś od środka shoji z wołaniem pełnym ulgi i dziecięcego wzruszenia.
− Oba-san.
Miho zupełnie ignorując wszystko dookoła, przylgnęła do kobiety, wtuliła twarz w pierś, objęła ramionami w pasie jak stęsknione dziecko, które odnalazło matkę. Płakała, zupełnie się z tym nie kryjąc.
Kobieta nie wyglądała na zaskoczoną, pogłaskała dziewczynę po głowie.
− Proszę, proszę, czy to nie mój ukochany szczurek się znalazł.
− To niemożliwe − odezwał się, stojący jeszcze na zewnątrz Kensei, patrząc na kobietę szeroko otwartymi oczami. Nie rozumiał Miho do momentu, gdy kobieta nazwała ją szczurkiem, to właśnie tak wołała na Miho to wciąż było niemożliwe. Oba-san zginęła podczas Upadku, tak samo jak jego matka i Naoko-san. Jeżeli byłaby to oba-san, to dlaczego ona żyła, a jego matka nie. − Kim ty, do cholery jasnej, jesteś!?
− Hashimoto Akemi − odpowiedziała za kobietę Kimiko, która stanęła dwa kroki za Kenseiem z równie niedowierzającym co on wyrazem twarzy. − Siostra mojej babki.
Akemi uśmiechnęła się tylko.
Corrie zmarszczyła brwi, gdy zobaczyła pojawiające się jedno po drugim dzieciaki. Kompletnie nie rozumiała, skąd w nich tyle zmieszania, ale to mogła pozostawić na później. Przywołała miecz, który skierowała w stronę Akemi.
– Co masz na myśli, mówiąc, że będę się tu lepiej czuła? – zapytała. – Bo jakoś nie wyobrażam sobie, żebyś miała na myśli Seireitei.
Akemi nie przejęła się zbytnio bronią, za to zrobiła to Miho, która w jednej chwili się otrząsnęła i obróciła, zasłaniając kobietę i patrząc na Corrien z wyraźną wrogością. Kira za to z zupełnie obojętnym wyrazem twarzy, ale z mieczem w dłoni, stanął obok Akemi.
− Och, w Seiretei raczej nie mieszkałaś w takiej rezydencji − powiedziała Akemi. − Miałam na myśli rezydencję twojej rodziny, musisz za nią tęsknić.
– Z kimś mnie mylisz – odparła tylko lekko podenerwowana. – Rukongai raczej pełne było prostych domów.
Akemi parsknęła śmiechem i pokręciła głową.
− Doprawdy, dziecko, zbyt długo żyję i zbyt dużo wiem, by można mnie było w ten sposób próbować okłamać. Bo rozumiem, że swój wisiorek to skąd wzięłaś? Mam rozumieć, że to wcale, a wcale nie jest ten sam, który kobiety z twojego rodu oddają mężczyźnie na znak swojej wierności. − Spojrzała na stojącego obok Kirę, wyciągnęła dłoń i pogładziła go po policzku. − Powiedz, chłopcze, dała ci ten wisiorek?
− Tak − odpowiedział Kira i tylko na chwilę jego spojrzenie, w którym błysnął jednak ślad emocji, wylądowało na Corrien.
W międzyczasie Shuuheiowi udało się dostać do rezydencji od innej strony i teraz stał w cieniu wejścia do dojo, za plecami Akemi, mając nadzieję, że kobieta go jeszcze nie wyczuła.
Corrie mocniej zacisnęła dłoń na rękojeści miecza. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co wtedy zrobiła i skąd sopel w ogóle się wziął. Ten jeden jedyny raz postąpiła zgodnie z zasadami, które jej wpojono. Nie dlatego, że tak trzeba, ale chciała tego. Kira nie miał pojęcia, jakie to ma dla niej znaczenia, ale był to jej dowód miłości. Najprawdziwszy, jaki mogła mu dać.
Nikt nie powinien tego wiedzieć, nikt nie powinien znać prawdziwego znaczenia tego symbolu, a już na pewno nie wróg.
– Nawet jeśli dałam go Kirze, to powód nie jest twoją sprawą – warknęła. – I lepiej, żebyś go wypuściła.
− Wypuściła? − Zdziwiła się z teatralnym oburzeniem Akemi. Spojrzała na Kirę, później na Corrien. Uśmiechnęła się niezwykle zadowolona. − Ale ja przecież nikogo nie trzymam na siłę.
Podeszła do stojącego obojętnie Kiry, oplotła go ramionami w piersi, oparła podbródek o ramię i zza chłopaka patrzyła na Corrien.
− Sam do mnie przyszedł. − Pogładziła Kirę po policzku, ten wciąż nie reagował. − Dobrze, żeby nie skłamać, za pierwszym razem nieco go przetrzymałam wbrew jego woli, ale udało mu się uciec, przy moim łaskawym przyzwoleniu, ale! − Zrobiła niezwykle zbolałą minę i pogłaskała Kirę po włosach ze współczuciem. Widać było, że doskonale się przy tym bawi. − Jakie było jego zaskoczenie, jaki ból, gdy dotarł na miejsce, gdzie wyczuwał obecność swojej ukochanej. Przybył wraz z burzą, nikt go nie zauważył w ciemności. Nie zauważyła go również para na pewnym dachu zbyt zatopiona w romantycznym pocałunku. Biedactwo, jego serce musiało roztrzaskać się boleśnie na części, których nie dałoby się już poskładać. Wrócił więc do mnie. − Spojrzała na Corrien. − I powiedział, że teraz wszystko mu jest obojętne i jeżeli jestem w stanie sprawić, że nie będzie nic pamiętać, to mogę zrobić z nim, co zechcę. Zatem sama widzisz, Corrien-chan, nie zrobiłam nic złego.
Stojący wciąż w cieniu Shuuhei zbladł i schował się głębiej w korytarz, teraz mając nadzieję, że Corrien również go nie zauważyła, że nie będzie musiał patrzeć jej w oczy. Co on najlepszego zrobił?
Corrie opuściła uzbrojoną rękę, słysząc jej słowa. Dotąd nie myślała o tamtej nocy, stało się i nie należało tego roztrząsać. Teraz poczuła wstyd. Może to tylko pocałunek, ale wciąż kochała Kirę, wciąż nie potrafiła pożegnać się z tym uczuciem, a pozwoliła na taki wyskok. To nie tak, że nie zorientowała się, co chce zrobić Hisagi, ale nie zareagowała, dopóki przez myśl nie przeszło jej, że to jak zdrada. Nic to, że w tamtym momencie była przekonana, że Kira nie żyje. To jej nie usprawiedliwiało i mogła się domyśleć, co mężczyzna poczuł, widząc ich w tej sytuacji.
Gdyby nie ostrzegawczy syk Yukikaze, pewnie by się nie uspokoiła na tyle, by odpowiedzieć.
– Więc w ramach tej, jak twierdzisz, umowy, postanowiłaś posłać go przeciwko shinigamim?
− Shinigami? A po co mi oni. − Prychnęła urażona. − Posłałam go po ciebie, bo potrzebuję, byś mi otworzyła drzwi do skarbców Wygnanych Rodów. Czy taki powód cię satysfakcjonuje? − zapytała nieco znudzonym tonem.
– Czyje skarbce?
Akemi wzruszyła ramionami.
− Aha, czyli nie jesteś mi w takim razie potrzebna, tak samo jak on. − Odsunęła się od Kiry. − Zabij się − poleciła i chociaż rozkaz był skierowany do Kiry, to każdy w zasięgu głosu poczuł przez chwilę impuls, by sięgnąć po broń i skierować ją przeciwko sobie. Shuuhei złapał się na tym, że już trzymał nóż skierowany w swoją stronę.
Kira zareagował na rozkaz bez chwili wahania, ukląkł, obrócił miecz i przystawił sobie do gardła.
– Nie! – krzyknęła Corrie, nim pomyślała o tym, co robi.
− Stój − powiedziała już z uśmiechem satysfakcji Akemi.
Kira zastygł, ale sztych miecza zdążył przeciąć skórę, po szyi pociekła krew.
Corrie przymknęła na moment oczy, słysząc wściekły bluzg Yukikaze. Dała się sprowokować, emocje wzięły górę i teraz nie mogła już nic z tym zrobić. Stało się, pozwoliła się schwytać w tę pułapkę.
– Nie wiem, czy Dwór Wiatru w ogóle przetrwał Upadek.
Nie wątpiła, że jednak Wygnane Rody są w lepszej kondycji niż oni. Bariera wokół była dużo trwalsza niż cokolwiek innego, samo wyrwanie się stamtąd udało się jedynie dzięki łutowi szczęścia. Zresztą wolała nawet nie wiedzieć. Na samą myśl, że musi tam wrócić, spięła się. Wiedziała, co ją czeka, jeśli zostanie odkryta, i to ją przerażało.
− Gdybym nie wiedziała, że przetrwali, to bym nie marnowała na ciebie swojego czasu i energii, ale dobrze wiedzieć, jak sprawić, byś zaczęła współpracować. Schowaj ten mieczyk i tak nic nim nie zdziałasz − poleciła i odwróciła się w stronę korytarza. − A ty też mógłbyś wyjść i tak wszyscy wiemy, że tam jesteś, smarku.
Shuuhei słyszał, ale nie ruszył się miejsca. Patrzył na mężczyznę, który szedł korytarzem. W garniturze wyglądał trochę inaczej, ale końcem końców nie dało się go z nikim pomylić. Minął Shuuheia, nawet na niego nie patrząc.
− Smarku? − odezwał się Aizen Sosuke, wchodząc do pomieszczenia. − Myślałem, że zasłużyłem na inny przydomek, matko.
Corrie miecza nie schowała, uniosła go znowu, gdy tylko rozpoznała Aizena. Zalała ją fala wściekłości wraz ze wspomnieniami tego, co po sobie zostawił, gdy rozpoczął tę swoją durną batalię o panowanie nad Soul Society. Teraz też nie dał im spokoju, z jego powodu Akira zaatakował swoich towarzyszy z drużyny. Zrozumiała też, skąd Akemi wiedziała o jej prawdziwej tożsamości. Ten jeden fatalny, jak się lata później okazało, błąd teraz zbierał swoje żniwo. Była jeszcze w Akademii, Aizen prowadził zajęcia z kaligrafii, na które nieomal się spóźniła i wpadła na niego. Po lekcji zamiast zmyć jej głowę za bieganie po korytarzach, zapytał o Wygnane Rody, które kojarzył z jakiś starych ksiąg, jak powiedział, a ona zamiast trzymać się wersji o Rukongai, potwierdziła, że jest z Dworu, ale nie utrzymuje kontaktu ze swoim rodem. Co ona narobiła?
Shuuhei patrzył na Aizena i im dłużej patrzył, tym bardziej początkowy strach zmieniał się w zimna furię. Nigdy, przenigdy nie zapomni uczucia, które towarzyszyło mu, gdy wbijał miecz w głowę potwora, w którego zmienił się kapitan Tousen. Nigdy nie wymaże z pamięci widoku rozrywanego ciała swojego mentora, gdy ten już leżał pokonany. I nigdy, nigdy nie zapomni tego zadowolonego uśmieszku na ustach Aizena. Ten człowiek, jak nikt inny, zasługiwał na śmierć.
Shuuhei skoczył, mierząc w kark Aizena, ten nawet się nie poruszył, ale i tak cios nigdy nie dotarł do celu. Stal uderzyła o stal, a Shuuhei spojrzał w oczy Kenseia.
Corrie przeniosła spojrzenie na Hisagiego, gdy dotarł do niej dźwięk stali. Wcześniej dostrzegła kątem oka, jak Kensei rusza w kierunku Aizena, ale nie przyszłoby jej do głowy, że w takim celu. To dodatkowo ją wzburzyło. Na moment przestała liczyć się Akemi trzymająca w swej woli Kirę. Gniew znalazł inną ofiarę, bo nie mogła i nie chciała znaleźć powodu, dla którego chłopak chronił ich wroga. Zwłaszcza tego wroga.
– Co ty wyrabiasz, Saga? – zapytała tak lodowatym głosem, że wydawało się, iż temperatura w pomieszczeniu obniżyła się gwałtownie.
− Nie twoja sprawa, Shiroyama − warknął Kensei, nie spuszczając spojrzenia z Hisagiego, który zaskoczony cofnął się o dwa kroki.
− Ja ci odpowiem, Shiroyama-san − powiedziała Miho jak zwykle z uśmiechem, chociaż oczy wciąż miała czerwone po płaczu. Stanęła między Corrien a Akemi. − Bronimy swojej rodziny. Aizen nazwał oba-san matką, to nam wystarczy.
Akemi zaśmiała się.
− Zawsze byłaś moją ulubienicą, szczurku − powiedziała z czułością.
Shuuhei patrzył na Kenseia i czuł się zdradzony − chyba zaczynał przyzwyczajać się do tego uczucia.
− Naprawdę? − zapytał, wciąż stojąc w defensywnej pozie, z nożem uniesionym. − Ten… ten morderca jest dla ciebie bliższą rodziną niż ja?
Przez twarz Kenseia przemknął grymas, ciężko było określić czego było w nim więcej − gniewu czy smutku.
− Teraz sobie przypomniałeś? − powiedział drżącym od emocji tonem. − Teraz?! Ale jak wiele razy wcześniej szukałem w tobie ojca, to jakoś nie byłeś skory o tym pamiętać! − krzyczał. − Ale teraz ci wygodnie, co nie! Teraz nagle się znalazł! W dupie mam takiego ojca! − Z tym oświadczeniem zniknął w błyskroku.
Shuuhei w ostatniej chwili podniósł ramię, żeby ochronić się przed kopnięciem w głowę, ale siła ciosu i tak posłała go w powietrze. Przeleciał przez shoji i wylądował w ogrodzie przygotowany na kolejne ciosy. Co by nie mówić, Kensei, tak samo jak swój imiennik, był naprawdę dobry w hakudzie.
Corrie zgrzytnęła zębami z wściekłości. Aizen znowu to zrobił, znowu za jego sprawą stawali przeciwko sobie. Tak jak przed niedoszłą egzekucją Rukii i w tamtym dniu, gdy Seireitei stanęło w ogniu walk pomiędzy towarzyszami broni. A wszystko z jego powodu, za jego przyczyną Hinamori wyciągnęła miecz przeciwko kapitanowi Hitsugayi, Kira przeciwko Rangiku-san, a ona sama skrzyżowała ostrze z Renjim, gdy ten przedzierał się przez członków Szóstego Oddziału, by zmierzyć się z kapitanem Kuchiki. I teraz znów zamiast się jednoczyć przeciwko wrogowi, stają przeciwko sobie.
– Aizen – warknęła, robiąc krok w jego stronę.
W tym samym momencie, gdy zrobiła krok do przodu, opadło na nią obezwładniająco ciężkie reiatsu, jakby sam firmament nieba − nocnego, bezksiężycowego, zimnego − spadł jej na głowę. Nogi wbrew woli odmówiły posłuszeństwa, kolana się poddały, po karku spłynął zimny pot, powietrze stało się tak gęste, że ciężko było oddychać, kości wibrowały od mocy. Było w tym reiatsu coś starego i martwego − dokładnie jak gwiazdy, które już dawno umarły, ale wciąż lśnią.
− Twoja krótkowzroczność sprawia, że chce mi się rzygać − powiedziała Akemi, stojąc nad Corrien. − Potrafię czekać, ale do głupoty nie mam za grosz cierpliwości. − Pokręciła głową zniesmaczona i spojrzała w bok, na wciąż stojącą bez ruchu i bacznie obserwującą Kimiko. Nacisk reiatsu skierowany wyłącznie na Corrien nie zelżał. − A ty na co czekasz?
Kimiko spojrzała Akemi w oczy.
− Sprawdzam, czy to co widzę, jest prawdziwe − powiedziała wydawałoby się spokojnie, ale już po uśmiechu Akemi wiedziała, że się zdradziła lekkim drżeniem wzruszenia.
Od momentu kiedy rozpoznała starszą siostrę swojej babki, zastanawiała się, czy nie śni i czy na pewno się nie pomyliła. Akemi znała z portretu, który może i ją przedstawiał, ale absolutnie nie oddawał tego, jaka była w rzeczywistości. Dopiero teraz Kimiko zrozumiała słowa babci, gdy Kimiko zapytała ją o jej siostry. Tamiko była "piękna i łagodna", a Akemi "miała zachłanność królowej". Ta kobieta przed nią musiała być Hashimoto Akemi, to że obok niej stał Aizen Sosuke było drugorzędne dla Kimiko, ona była w stanie myśleć tylko o jednym − w końcu nie była sama, był ktoś inny i starszy, kto może ją poprowadzić. Ale teraz już sama nie była pewna, czy był to powód do radości.
− Ciekawe − mruknęła Akemi z lekkim uśmiechem, spojrzała w stronę ogrodu, w którym właśnie Shuuhei wpadł w krzaki. − Może masz jakiś sposób, żeby ich powstrzymać, zanim zrujnują mi cały ogród?
Kimiko również zerknęła na walczących mężczyzn. Kensei był już w kilku miejscach ranny, ale już po tych ranach było widać, że porucznik Hisagi wstrzymuje się z atakami.
− Nie sądzę, żeby było to potrzebne. Przyda im się, jak wyjaśnią sobie parę spraw.
Shuuhei nie zdążył na czas sparować kopnięcia, które posłało go w krzaki − rozproszył go widok klęczącej na podłodze Corrien − ale udało mu się na czas unieść nóż, żeby sparować skrzyżowane ostrza Kenseia. Shuuhei leżał na ziemi za jakimiś krzakami − nie było widać stąd pokoju − Kensei przygniatał go. Skrzyżowane ze sobą noże zgrzytały między nimi. Shuuhei już chciał skopać z siebie chłopaka.
− Dlaczego chciałeś dać się zabić? − zapytał Kensei szeptem bardziej zraniony niż wściekły. − Co chciałeś osiągnąć?
To nieco zbiło Shuuheia z tropu.
− Nie wygramy z nimi w otwartej walce − mówił dalej Kensei szybko, żeby wszystko z siebie wyrzucić. − Nie wiem, o co chodzi z Shiroyamą. Dlaczego oba-san wygląda, jak wygląda, ale to na pewno ona. Nie wiem, dlaczego Aizen nazywa ją matką, ale nie zgadzam się z Miho. Nie mam zamiaru go bronić, ale nie mam też zamiaru dać się zabić jak idiota. W tej chwili mamy dwie opcje − spieprzać, ale wtedy raczej nie pomożemy Shiroyamie, albo grać pod nich i szukać innego wyjścia.
Shuuhei w końcu skopał Kensei w bok i ponownie zaatakował, chłopak przez chwilę wyglądał, jakby miał zamiar znowu się wkurzyć, ale Shuuhei kiwnął głową w stronę domu, chłopak chyba zrozumiał.
− A co z Miho? − zapytał Shuuhei przy kolejnej wymianie ciosów.
− Ona mogła być szczera z tym bronieniem − odpowiedział Kensei, robiąc przy tym kwaśną minę. − I o ile dobrze zrozumiałem, oba-san jest też jakąś rodziną dla Kimiko, więc z nią też bym uważał. − Kopnął Hisagiego, tak że ten poleciał na drzewo, i wbił jeden z noży obok jego głowy. − Tak czy siak, ja jestem po waszej stronie. Tylko, żeby nie było wątpliwości − powiedział na powrót głosem drżącym od gniewu. − Moja wściekłość nie była udawana.
Hisagi tylko kiwnął głową i ponownie zaatakował. Jakkolwiek sama myśl o powstrzymaniu się przed kolejnymi atakami na Aizena, była ohydna, to Kensei miał rację. Jedyne, co byłby w stanie osiągnąć, to śmierć. W tej chwili też pojawiła się o wiele bardziej przerażająca myśl − Aizen używający swojej iluzji i zmuszający go do zabicia kogoś innego − aż zimny dreszcz przeszedł mu po plecach. Zatem będzie grał, byle tylko dostać się do Corrie, móc ją z tego wszystkiego wyciągnąć. I Kirę, dodał w myślach z lekkim opóźnieniem, od którego Kazeshini zaśmiał się ubawiony.
Wymiany ciosów zaprowadziły ich z powrotem w tę część ogrodów widzianą z dojo. Shuuhei nie miał problemów z udawaniem, że poprzedni naprawdę celny kopniak w brzuch go zabolał.
− Kensei − powiedział, patrząc chłopakowi w oczy − cokolwiek by się nie działo… jesteś moim synem.
− Już ci mówiłem − warknął Kensei − w dupę se to możesz wsadzić. − Rzucił nożem. Shuuhei chciał się zasłonić, ale ostrze wraz z łańcuchem okręciło się wokół nadgarstka. − Droga Niszczenia numer jedenaście. Pętający Piorun.
Jeżeli to było udawane, to Shuuhei nie chciał wiedzieć, jak by wyglądał Kensei, gdyby walczył z nim na poważnie. Padając, zaczął się zastanawiać, czy rozmowa przed chwilą nie była zwykłym kłamstwem.
− Już raczej nie będzie sprawiał problemów, oba-san − powiedział Kensei, stawiając stopę na plecach Hisagiego i przygniatając go jeszcze do ziemi.
Akemi uśmiechnęła się matczynie i dopiero w tym momencie zwolniła nacisk reiatsu na Corrien.
− Ach jak miło, że nasz mały domek będzie teraz tak pełen życia − powiedziała niezwykle z siebie zadowolona.
Gdy nacisk zniknął, Corrie niemal zachłysnęła się powietrzem. Nie podniosła głowy, nie sięgnęła po leżący w zasięgu dłoni miecz. To i tak nie miało sensu, niczego nie zmieni. Może tylko czekać na rozwój wypadków i mieć nadzieję, że jakoś się z tego wykaraskają. Ta jednak była marna, w tym układzie sił nie mogła zrobić niczego. Przegrała, a jeszcze nie dotarła do Dworu.
– Takie myślenie do ciebie nie pasuje – usłyszała Yukikaze.
Spojrzała na nią bujającą się na huśtawce na tle pochmurnego nieba. Nie była już zła, raczej zaniepokojona.
– Nie mamy z nimi szans – odparła cicho.
– Z takim nastawieniem powinnaś wbić sobie miecz w gardło i oszczędzić mi tych płaczy.
Corrie spuściła spojrzenie. Nie wiedziała, co ma zrobić, jak się zachować. Była przerażona. Bardziej niż gdy Kira ją zaatakował za pierwszym razem. Minęło kilkanaście godzin, a jej wydawało się, że to było dawno temu.
– Co mam robić? – zapytała. – Przecież…
– Nie daj im tej satysfakcji z wygranej. Są jeszcze rzeczy, które możesz wykorzystać, Corrien z Dworu Wiatru.
Shiroyama spojrzała na swoją Zanpakutou.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Będę szczera, skoro nie mamy czasu na zabawy. Źle dobierasz sobie cele. Jeśli chcesz pokonać tych dwoje, zapomnij. Nie damy rady. Ale nie o to przecież chodzi, prawda? – uśmiechnęła się uroczo. – Mamy inne priorytety. Ocalić tych dwóch, czyż nie?
– Ale jak?
– Zacznij myśleć, moja pani. Poddając się strachowi, tylko dajesz im broń do ręki.
Nie mogła nie przyznać jej racji. To psotne spojrzenie srebrnych oczu pozwoliło jej odzyskać spokój i siłę do walki.
– A co jeśli nie dam rady? – zapytała.
– Podejrzewam, że to nasza ostatnia bitwa. Jednak nawet jeśli mamy zginąć, to jako zwycięzcy. Ocalimy ich, moja pani, ale wszystko zależy od ciebie. Przypomnij sobie to, co zagrzebałaś głęboko w sobie. Użyj ich broni przeciwko nim. Masz tylko jedną szansę, ale jeśli nie zaryzykujesz, nikogo nie ochronisz.
Corrie kiwnęła głową. Pozwoliła gniewowi odejść, przegoniła strach. Wrócił spokój, pojawiła się determinacja. Miała cel i zamierzała go zrealizować. Jej życie się nie liczyło, była gotowa poświęcić się za najbliższych. Zrobi wszystko, co tylko może. Teraz wystarczy tylko podjąć walkę.
– Yukikaze, użyczysz mi swej mocy? – zapytała.
– Głupia. Moja moc narodziła się z twojej ciemności, z beznadziejnego tchórzostwa. Pędzisz, nie oglądając się za siebie. Jak mogłabym nie stanąć obok ciebie w tej ostatniej walce? – Uśmiechnęła się kpiąco.
– Dziękuję, Yuki.
– Wynoś się, bo się rozkleisz.
Nadal nie podnosiła głowy. Czekała ze spokojem na twarzy i obojętnością w oczach. Zrobi wszystko, by zwyciężyć, by ich ochronić. Nawet jeśli ma sprzedać duszę.
Przesunęła dłoń w stronę miecza, ale tylko po to, aby zapieczętować Zanpakutou z powrotem w sopel. Zacisnęła na nim palce, co wyglądało jak przejaw strachu i pogodzenie się z porażką. Drugi raz już nie zaatakuje, bo przecież nie ma szans.
Akemi przyglądała się Corrien przez dłuższą chwilę, ale w końcu uśmiechnęła się widoczne zadowolona ze swoich obserwacji.
− Nawet nie wiecie, jak raduje się moje matczyne serce, widząc, że doszliśmy do porozumienia − powiedziała tonem ociekającym ironią. − Tak czy inaczej, rozgośćcie się, w spiżarni powinny być zapasy na jakiś obiad. Jakbyście mieli ochotę, możecie też przeprowadzić ceremonię parzenia herbaty, o ile oczywiście potraficie. Wrócimy niebawem, więc nie tęsknijcie za bardzo. Szczurku, jedziesz z nami? − zwróciła się do Miho. Dziewczyna pokiwała głową z uśmiechem i podbiegła do Akemi cała w skowronkach.
− Oba-san − zawołał Kensei, kiedy kobieta odwracała się do wyjścia. Akemi zerknęła na niego ponad ramieniem. − Jakim cudem przeżyłaś upadek? − zapytał, wbijając w kobietę przenikliwe spojrzenie.
− Mam swoje spo... − zaczęła, ale zaraz zrozumiała. − Ach. Nie o to pytasz. Tak, mogłam uratować twoją matkę. Nawet chciałam, ale powiedziała, że bez ciebie nie idzie. Gdybyś przybył wcześniej, to pewnie byście jeszcze zdążyli, ale cóż… − Rozłożyła bezradnie ramionami ze zbolałą miną, ale niezbyt przejęła się reakcją Kenseia, który chyba nieco zbladł i zrobił dwa kroki do tyłu.
Akemi podeszła za to Kiry. Chwyciła za podbródek, pogładziła po policzku.
− Jakby Corrien Shiroyama próbowała uciekać, zabij się − powiedziała czule. − Do zobaczenia, dzieciaczki, bądźcie grzeczne, jak dorosłych nie będzie.
Aizen przepuścił matkę i Miho w wyjściu z dojo, spojrzał po pozostałych, uśmiechnął się przelotnie i wyszedł. Po chwili dało się usłyszeć odgłos odjeżdżającego samochodu.
− Wydawał się szczęśliwy − odezwała się Kimiko. − Aizen, znaczy się. Widać odnalezienie rodziny nawet największego zbrodniarza potrafi uradować. − Zerknęła na Corrien. − Wybaczcie, zerknę na ten zestaw do parzenia herbaty, o którym wspominali. − Poszła w stronę ogrodu.
Shuuhei podniósł się już ziemi, otrzepał, odprowadził Kimiko wzrokiem i zaraz podszedł do Corrie. Chciał coś chyba powiedzieć, ale spojrzał na Kirę i zrezygnował. Podrapał się tylko w tył głowy.
Corrien poczuła zawód, choć nawet ją to zdziwiło. Nie spodziewała się, że Hashimoto ich tu zostawi, zamiast od razu ruszyć na Dwór Wiatru, ale szybko zrozumiała, co miało to oznaczać. Powstrzymała się jednak przed zgrzytnięciem zębami. Może ten czas uda się wykorzystać na przygotowanie jakiegoś sensownego planu, bo wciąż nie miała pomysłu, jak wyciągnąć z tego Kirę.
Podniosła się z kolan, choć nadal nie była pewna nóg. Ile to już lat minęło, odkąd ktoś ją w ten sposób sobie podporządkował? Dotąd mogła sprawiać wrażenie silnej, ale dobrze wiedziała, że to tylko kwestia lat pracy i mocy Yukikaze. Bez niej byłaby nikim, ledwo szeregowym shinigami. Zbyt dobrze znała swój brak talentu.
– Powinieneś wykorzystać ten czas i wyprowadzić stąd tę dwójkę – powiedziała Hisagiemu, lecz nawet na niego nie spojrzała.
Nie miała złudzeń, co do tego, że nie słyszał kwestii związanych z Dworem Wiatru. Może nie do końca rozumiał, o co chodzi, ale fakt tego, że przekłamała swoje pochodzenie, z pewnością był dla niego jasny. I tego się właśnie obawiała.
Shuuhei nie był pewien, co dokładnie w słowach i zachowaniu Corrien sprawiło, że poczucie winy zmieniło się w głębokie poczucie odrzucenia. Może była to kwestia, że to kolejny raz, gdy Corrie dawała do zrozumienia, że Shuuhei nie jest jej potrzebny, a może nawet będzie tylko przeszkadzał. Rozdrapywała tym samym to miejsce w jego duszy, które myślał, że już zaleczył dzięki naukom kapitana Tousena. Różnica była taka, że wtedy chciał zrezygnować ze swojej pozycji, a pozwolono mu zostać, teraz chciał walczyć, a odsuwano go na bok. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze świadomość, że Corrien przez cały czas kłamała. O Wygnanych Rodach wiedział tyle, że było coś takiego, ale wydawało mu się, że jest w tym więcej legend i straszenia dzieciaków niż prawdy. Pewnie, gdyby Corrie podzieliła się z nim prawdą o swoim pochodzeniu w jakichkolwiek innych okolicznościach, nie miałoby to takiego znaczenia, w końcu była jego przyjaciółką i tylko to się liczyło. Jednak wychodziło, że tylko on tak myślał, bo Corrien nawet nie ufała mu na tyle, żeby być wobec niego szczera.
− Rozumiem − powiedział i było w jego głosie i spojrzeniu coś zimnego i okrutnego. − Oczywiście zniknę ci z oczu. Przepraszam, że nie zrozumiałem aluzji wcześniej i plątałem ci się pod nogami, myśląc, że pomagam. Wystarczyło powiedzieć wprost, że mam cię zostawić w spokoju. Ciekawy tylko jestem, czy kiedykolwiek byłaś ze mną szczera i czy Kira wiedział. Nie musisz odpowiadać, pewnie i tak nie będzie to prawda. − Kazeshini śmiał mu się w duszy, rechotał jak głupi, tocząc się po ziemi w tą i z powrotem. A Shuuheiowi jednocześnie chciało się rzygać i czuł mściwą satysfakcję ze swojego głupiego okrucieństwa. − A teraz, pani wybaczy, wyprowadzę z pani posiadłości niechcianym gości. − Ukłonił się i po prostu zwiał, zanim powiedziałby coś jeszcze.
− Wow − odezwał się Kensei. − To wrodzony talent, czy kończy się jakiś kurs? Na to jak skutecznie zniechęcać do siebie ludzi, którym na tobie zależy? − Pokręcił głową i pobiegł za ojcem.
Został tylko milczący Kira, który znowu klęknął na środku dojo i nawet wyglądał na zadowolonego ze swojego położenia.
Wiedziała, że będzie bolało, ale nie spodziewała się, że aż tak. Chciała go tylko ochronić, przynajmniej chciała w to wierzyć, kłamstwo o swoim pochodzeniu chroniło jedynie ją. Dobrze o tym wiedziała. Pragnęła akceptacji, egoistycznie zatrzymać przy sobie tych, od których tę akceptację otrzymała. Teraz została za to ukarana. Zasłużyła sobie na to w pełni, bo tylko siebie mogła winić. Siebie i swoje tchórzostwo.
Zacisnęła pięści w bezsilności. Yukikaze milczała, w każdej innej sytuacji zaczęłaby z niej kpić, ale nie tym razem. Teraz w ciszy wsłuchiwała się w myśli swej shinigami, w której znów się coś posypało. Nie była stworzona do ranienia innych, wyrzuty sumienia wypalały w niej wiarę w to, że postąpiła słusznie. Po chwili pojawił się też gniew na samą siebie, a który znalazł ujście, gdy dostrzegła zadowolenie na twarzy Kiry.
– I co cię tak cieszy, co? – zapytała ze złością. – Zadowolony jesteś, że mnie ukarałeś?
Podeszła do niego gotowa go uderzyć, byle się na czymś wyżyć. Opuściła jednak rękę uniesioną do ciosu, moment gniewu zniknął, pozostał tylko smutek.
– To i tak nie ma sensu, bo ciebie to nawet nie obchodzi – stwierdziła z rezygnacją i wyszła do ogrodu.
Nie widziała spojrzenia, jakie posłał za nią Kira, bo choć pozostawała w zasięgu jego wzroku, całkowicie ignorowała jego obecność.
Oparła się o samotne drzewo persymony i zsunęła po jego pniu, przyciągając do siebie kolana. Yukikaze przysiadła na gałęzi, która od razu pokryła się szronem. Gdzieś zniknął cień uśmieszku, który zawsze błąkał się po jej twarzy.
– Powinnam ci powiedzieć, że to nie ma znaczenia w obliczu wyprawy na Dwór Wiatru – odezwała się.
– To i tak boli.
– Chcesz za nim iść – stwierdziła Zanpakutou.
– Nie mogę. Jeśli opuścił już teren rezydencji, Kira potraktuje to jako ucieczkę. Nie mogę być w dwóch miejscach jednocześnie, a chciałabym. Nie chcę, żeby Shuuhei wspominał mnie z nienawiścią.
– Jeśli stąd odszedł, osiągnęłyśmy jeden cel. Nie pójdzie z nami na Dwór Wiatru i będzie bezpieczny, lecz ciebie to nie pociesza, bo w Wewnętrznym Świecie nadal leje. Gdyby wiedział, znał całą prawdę, zrozumiałby, dlaczego postąpiłaś tak głupio.
– Ale nie będę miała szansy mu wyjaśnić. Może ja naprawdę jestem Królową Zmierzchu?
Spojrzała z rozpaczą na Zanpakutou. Pomiędzy gałęziami persymony widziała jaśniejące niebo. Zbliżał się świt. Może dla niej ostatni.
– Może naprawdę jestem przeklęta i powinnam zostać sama?
– Gdybyś była przeklęta, nie miałabyś tego wszystkiego: miłości blondasa, przyjaźni Shuuheia-samy i innych, domu. Nie umiałabyś kochać i bronić. I nigdy nie będziesz sama, bo ja cię nie opuszczę. – Yukikaze zeskoczyła z gracją z gałęzi i kucnęła przed Corrie. – Jestem częścią ciebie, tą, która narodziła się z twojej ciemności, z beznadziejnego tchórzostwa, z pragnienia chronienia najpierw siebie, a potem także innych. Choćby wszyscy się od ciebie odwrócili, ja pozostanę do samego końca. Nigdy już nie będziesz sama. Shuuhei-sama w końcu zrozumie, że chciałaś go chronić. Byłby głupcem, gdyby ci tego nie wybaczył.
– Yuki…
Zanpakutou uśmiechnęła się delikatnie i pogłaskała Corrie po mokrym policzku.
– Nie płacz już. Mamy jeszcze blondasa do wyciągnięcia z tej całej historii, a potem niech się dzieje, co chce. Pędź jak zawsze, nie wahaj się, a ja będę osłaniać twoje plecy. Niszczyć twych wrogów i chronić tych, których kochasz.
Poczucie winy nie zniknęło, nadal wypalało ją od środka, a okrutne słowa Hisagiego odbijały się w sercu raz po raz. Gdyby tylko mogła mu wyjaśnić… Tylko czy posłuchałby? Uwierzyłby? Nie była pewna.
Wróciła do dojo i usiadła, opierając plecy o te należące do Kiry. Dawniej często tak siadali, dawało im to poczucie bliskości, które nie było zbyt nachalne. Teraz też przyjemnie było poczuć jego ciepło, choć w żaden sposób nie zareagował.
– Zastanawiam się, czy Hashimoto powiedziała ci, skąd pochodzę – odezwała się. – Powinnam wam powiedzieć, ale nie chciałam tego wszystkiego zniszczyć. Tego, co mieliśmy. Pamiętasz, jak mówiłam wam o tym, jak trafiłam do Akademii? Naprawdę bałam się shinigamich. Dwór Wiatru ich nienawidzi, zaszczepili mi tę obawę, choć okazała się ona bezpodstawna. Seireitei nigdy nie przypominało tego z opowieści, stało się dla mnie domem, choć w Rukongai tak bardzo się obawiałam, że zostanę odkryta. – Uśmiechnęła się krzywo. – Nie wiem, czemu ci to mówię. Ciebie to i tak nie obchodzi. Pewnie nawet nie wiesz, o czym mówię, bo nie pamiętasz przeszłości.
Nie otrzymała żadnej reakcji. Było tak i dawniej. Kira nigdy nie wchodził jej w słowo, gdy mu się z czegoś zwierzała. Czasami zdawało się, że nie słucha, ale to było tylko wrażenie. Pozwalał jej na to, by powiedziała wszystko, co leży jej na sercu i dopiero potem odpowiadał. Nie zdarzało się przecież często, by Corrie zrzucała na innych swoje problemy, słabości i obawy. Częściej widzieli jej uśmiech i pogodę ducha.
Teraz Corrie nie miała pewności, czy jakiekolwiek jej słowo do niego dociera, ale miała potrzebę wygadania się, choćby i przed nim. Nie szkodzi, że nie dostanie reakcji. Przynajmniej uwolni się od tych słów, mogła być szczera, skoro nikogo postronnego w pobliżu nie było. Nikt nie wykorzysta tego przeciwko niej, a nawet jeśli, to i tak nie ma już znaczenia. Może przy odrobinie szczęścia te słowa zostaną przekazane też Hisagiemu, skoro sama nie może mu wyjaśnić.
– Gdy uciekłam z Dworu Wiatru, cały czas miałam wrażenie, że wszyscy dookoła doskonale wiedzą, kim jestem i skąd przyszłam. Starałam się być jak inni, nie wyróżniać się. Potem zostałam shinigami. Złamałam tak wiele zasad Dworu, ale żadnego wyboru nie żałuję. Nareszcie ktoś widział we mnie Corrie, nie Shiroyamę, nie marionetkę, którą można wykorzystać. Znalazłam dom i nie chciałam tego burzyć. Bałam się, że kiedy powiem wam prawdę o swoim pochodzeniu, zobaczycie we mnie wroga. Nie chciałam was ranić, wzbudzać wątpliwości, czy to wszystko nie było tylko grą. Zwłaszcza po tym co się wydarzyło. Wiem, to egoizm, bo nie chciałam stracić akceptacji, miłości i przyjaźni. Zawsze byłam tchórzem, więc milczałam. Teraz ponoszę za to karę. Dwór mi nie wybaczy, Shuuhei mnie nienawidzi, a ty… – Westchnęła z rezygnacją. – Ty też jesteś głupcem, Izuru. Powinieneś we mnie bardziej wierzyć, bo sądziłam, że we mnie wierzysz. Że odzyskałeś wiarę w innych po śmierci Ichimaru. Ale wiem, co sobie wtedy pomyślałeś, gdy nas zobaczyłeś. Zbyt dobrze cię znam, żeby się tego nie domyślić. – Uśmiechnęła się krótko. – Minęło tyle czasu, opłakałam cię i poszłam dalej. Może nawet udało nam się z Shuuheiem odzyskać szczęście, więc czemu miałbyś się wtrącać? Do tego poczułeś się zraniony, bo oczekiwałeś czegoś innego. Głupi jesteś. To jeden pijacki wybryk. Nie potrafiłabym ci tego zrobić, choćby minęło osiemset lat, a nie tylko osiem. Powinieneś się ujawnić, ale to nie byłbyś ty, prawda? Wiecznie uważasz siebie za nic nieznaczącego, niegodnego uwagi. Wkurzasz mnie tym. Wiecznie to samo. Nawet nie pomyślałeś o tym, że nie potrafię pogodzić się z twoją śmiercią, że cierpię. Po prostu wróciłeś do Hashimoto i dałeś się przerobić na marionetkę. Wiedz jedno. Może i zginę, gdy wejdę na Dwór Wiatru, może i Shuuhei będzie mnie nienawidził do końca swych dni, ale ja tak tego nie zostawię. Zrobię wszystko, żebyś znowu był sobą, żeby cię uwolnić spod wpływu tej szmaty, żeby ochronić cię przed Dworem Wiatru. A jeśli mi się to uda, powiedz Shuuheiowi, że przepraszam. Może to nie będzie nic znaczyć, niczego nie zmieni, ale to jedno słowo jestem mu winna. I tobie też. Przepraszam, Izuru.
Zamilkła. Powinna pomyśleć nad sposobem uwolnienia Kiry, ale cały czas łapała się na myśli, jak bardzo skrzywdziła Shuuheia. Bo może i był okrutny w swych słowach, ale wiedziała, że ten atak był jedynie wyrażeniem tego, jak go zabolało, że go od siebie odsunęła. Tak jak ona chciała chronić jego, on chciał chronić ją. Rozumiała to i przez to czuła się z tym jeszcze gorzej.
Zanim jeszcze Shuuhei doszedł do bramy posiadłości, cała złość z niego uleciała i zostało jedynie zmęczenie i rezygnacja. Uderzył jeszcze pięściami we wrota, ale nie było w tym ognia, zwiesił głowę. Nie żeby miał jakiekolwiek plany opuszczania posiadłości i zostawiania Corrien, więc sam nie rozumiał, skąd się wzięły jego wcześniejsze słowa. Może miał nadzieję, że Corrie go zatrzyma, zaprzeczy. Był doprawdy beznadziejny.
Uderzył raz jeszcze w bramę i dopiero wtedy poczuł delikatne łaskotanie magii demonów. Spojrzał w górę i na boki, dostrzegając delikatną pajęczynę bariery. Wyciągnął telefon z kieszeni, sprawdzając zasięg − brak. To tyle jeżeli chodziło o ich swobodę czy możliwość wezwania posiłków. Nie żeby był szczególnie przekonany, czy wciąganie w to kogokolwiek jeszcze było najlepszym planem, ale na pewno zmniejszało już i tak nieliczne możliwości. Shuuheia zaczynała boleć głowa.
− Co teraz? − zapytał stojący kawałek dalej Kensei.
− Chyba nie ma sensu się teraz nad tym zastanawiać − powiedział spokojnie. − Proponuję się zdrzemnąć, jesteśmy na nogach całą noc. Miejmy nadzieję, że Akemi z Aizenem nie wrócą jutro, a wyspani i najedzeni może będziemy mieli lepsze pomysły.
Kensei kiwnął głową, ale minę miał nietęgą.
− Dlaczego właściwie ci na niej tak zależy? − wypalił. − Ewidentnie ma wszystkich i wszystko w dupie. Wkurza mnie.
Shuuhei uśmiechnął się przelotnie, raczej niewesoło.
− Jeżeli ci to jakoś pomoże, to ona za tobą też nie przepada − powiedział i westchnął. Spojrzał na Kenseia. − Niektórzy ludzie po prostu tak mają, ilekroć byś nie wyciągał do nich ręki, odtrącą ją − mówił, chyba bardziej by sobie samemu przypomnieć, niż wyjaśnić Kenseiowi. − Czy to z dumy, czy z obawy by nie pociągnąć kogoś za sobą. I przez jakiś czas to działa, ale w końcu kiedyś upadają w gęste błoto, z którego samemu nie da się wyjść, trzeba się na kimś wesprzeć, komuś zawierzyć. − Spojrzał w stronę rezydencji. − Pójdź po Kimiko i znajdźcie jakieś miejsce do spania − powiedział i przechodząc obok chłopaka, klepnął go w ramię.
Miał zamiar porozmawiać z Corrien, może tym razem na spokojnie.
Z apartamentu na najwyższym piętrze rozciągał się widok na miasto oświetlone wschodzącym słońcem. Miho stała przy szybie, ale nie patrzyła na budzące się miasto, a na widoczne w szkle odbicie Akemi, która siedziała w fotelu z głową opartą na dłoni i z twarzą napiętą bólem, przymkniętymi oczami. Dopiero, gdy Aizen podszedł do niej ze szklanką whisky, zerknęła na niego.
− Doprawdy nie rozumiem, po co się męczysz − powiedział, siadając na drugim fotelu. − Rozumiem, że Głos ma swoje ograniczenia, ale wystarczyłoby puścić chłopaka Gina i zapanować nad Shiroyamą.
Akemi uśmiechnęła się słabo.
− Mój drogi, nie odmawiaj mi tego, by pobawić się nimi. Nigdy nie miałam i nigdy nie będę mieć prawdziwej władzy, więc chociaż się pobawię w królową, chociażby z takimi płotkami. Poza tym ból pojawił się niedawno, musi próbować go wyciągnąć, że zaczął walczyć. Nic, nad czym nie mogłabym zapanować. Nie martw się, już niedługo przestaną nam być potrzebni.
Zapatrzyła się w okna, jednak nie na widok ścielącego się na dole miasta, a na niebo, na którym było widać jedynie kilka najjaśniejszych gwiazd, bo resztę skryła łuna miasta. Uśmiechnęła się do swoich myśli.
