Droga na Dwór Wiatru nie była tak długa, jak mogła się wydawać, choć i tak ciągnęła się w nieskończoność. Dawno opuścili znajome tereny, jeszcze gdzieniegdzie widzieli skutki Upadku, lecz z czasem i te zanikły. Zniknęły również ślady ludzkiej obecności – las otoczył ich ze wszystkich stron, zasłaniając także zachmurzone niebo.
Nikt nie odzywał się niepotrzebnie, odkąd opuścili rezydencję. Tam zresztą też nie byli rozmowni. W końcu nie udało się wyrwać Kiry spod wpływu Akemi i nie było innego wyboru, jak wyruszenie na Dwór Wiatru. Był to jedyny plan, który Corrie miała, choć nawet Hisagiego nie wtajemniczyła w szczegóły. W pobliżu kręcili się Kensei i Kimiko, a im nie ufała ani trochę. Wolała nie ryzykować, że przekażą choćby słowo Aizenowi. To by całkowicie przekreśliło jakiekolwiek szanse na przeżycie. Te i tak były niewielkie.
Zdawać się zresztą mogło, że w rzeczywistości nie miała żadnego planu. Wyglądała jak cień samej siebie – blada, z głębokimi cieniami pod oczami, lekko przygarbiona, pozbawiona energii. Z każdym krokiem zbliżającym ich do Dworu Wiatru jakby się kurczyła, zapadała w sobie. To był jasny przekaz, jak bardzo nie chciała tam iść. Przez cały czas utrzymywała dystans wobec reszty grupy.
Była zmęczona. Nie zmrużyła oka i ledwo przełknęła kilka kęsów. Dławiły ją strach i poczucie winy, które nie zniknęło pomimo szczerej rozmowy z Hisagim. Nie powiedziała mu wszystkiego. Na temat Królowej Zmierzchu zabrakło jej odwagi, wytrącił jej też wszystkie argumenty, by odszedł. Wiedziała, że mimo "przepraszam" coś bezpowrotnie odeszło i jeszcze bardziej ją dobijało.
Shuuhei szedł tuż za Akemi, Aizenem i Miho. Cała trójka wyglądała, jakby wybrała się na rodzinną przechadzkę do lasu, a Shuuheia aż skręcało. Nie rozumiał Miho, wciąż nie potrafił uwierzyć, że oba-san i Akemi to jedna i ta sama osoba, a Aizena chciał po prostu zabić, chociaż wiedział, że nie ma szans. Raz na jakiś czas zerkał przez ramię na resztę grupy i zaraz odwracał się z powrotem, gdy jego wzrok padał na Corrien. Porozmawiali, niby wszystko sobie wyjaśnili, padły przeprosiny z obu stron, ale to było niewystarczające. Nagle pomiędzy nimi pojawiła się przepaść. Dlatego teraz nie podchodził, nie próbował rozmawiać − już sam nie wiedział, jakich słów mógłby użyć. Więc szedł skupiony na trójce przed nim, mając jakąś dziecięcą nadzieję, że może przez przypadek genialny plan na rozwiązanie całej tej chorej sytuacji pojawi się sam.
Jakoś przy obejściu kolejnego drzewa Kensei odłączył się od Kimiko i znalazł się bliżej Corrien. Nie wrócił od razu do Hashimoto, a ta nawet odeszła kawałek dalej.
− Chciałbym powiedzieć, że cię kompletnie nie rozumiem − odezwał się nieco naburmuszonym głosem ze wzrokiem wbitym w drogę przed sobą z rękoma w kieszeniach. − Ale chyba nie do końca byłaby to prawda. Chodzi mi to, jak gardzisz pomocą porucznika Hisagiego. Może gardzisz to złe słowo, chociaż tak to właśnie dla mnie wygląda − mówił szybko, jakby chciał powiedzieć wszystko, co wcześniej sobie przygotował. − Co chciałbym powiedzieć to, że zaakceptowanie, że jesteśmy dla kogoś tak drodzy, że jest gotowy poświęcić dla nas wszystko, jest o wiele trudniejsze, niż samemu się poświęcić. Ale kiedy już się to zaakceptuje, to jest łatwiej. Moja matka uratowała mnie podczas Upadku − powiedział nieco nieśmiało, pogładził się po przedramieniu, gdzie wciąż były widoczne blizny. − Trzymała mnie w ramionach, gdy… Czułem, jak znika. − Nabrał powietrza. − Bolało, że to ona uratowała mnie, a nie ja ją. Ale w końcu zaakceptowałem, moja matka oddała za mnie życie i tylko wdzięcznością jestem w stanie jakoś odpłacić za jej poświęcenie i miłość. Wiem, że… Ja jestem tutaj dla porucznika, on dla ciebie, ty dla porucznika Kiry. Doskonały materiał na bardzo kiepską tragedię. I jeżeli miałbym jakąkolwiek możliwość, żeby sprawić, by ojciec się dla ciebie nie poświęcił, jeżeli sprawy obiorą zły obrót, to bym to zrobił, ale… zaakceptowałem, że jest w stanie poświęcić dla ciebie bardzo dużo. Więc jedyne, co mogę zrobić, to prosić cię… Po prostu nie róbmy głupstw, to może wszystkim uda się wrócić w jednym kawałku. − Spojrzał na Corrien bez grama kpiny. Przy okazji widać było, gdy był trochę spokojniejszy, jak bardzo podobny jest do Shuuheia, skóra ściągnięta z ojca. Tylko oczy, chociaż w tym samym kolorze i kształcie, były widocznie młodsze, mniej zmęczone, jeszcze z nadzieją. − Tak… tyle, co chciałem powiedzieć − dodał szybko i nagle zażenowany dogonił Kimiko w błyskawicznym kroku.
Akemi już dłużej nie musiała wskazywać drogi. Corrie poczuła obecność Dworu Wiatru przed nimi. Skuliła się jeszcze bardziej, a wszystko w niej krzyczało, żeby uciekała. Zerknęła najpierw na Kirę, potem na Hisagiego. Dałaby wszystko, żeby ich tu nie było. "I dasz" – przeszło jej przez myśl.
Wysunęła się naprzód i po kilkunastu metrach zatrzymała. W pierwszej chwili można było zastanawiać się, dlaczego, bo las nadal się ciągnął. Jednak jeśli lepiej się przyjrzeć, można było zobaczyć delikatne światło bariery.
– Nienaruszona – szepnęła do siebie. – Z Dworu Wiatru jeszcze żaden shinigami nie wrócił. – Spojrzała na swoich towarzyszy.
− Och, jak dobrze, że nie jestem shinigami − powiedziała z uśmiechem Akemi, podchodząc do bariery. − Piękna robota − westchnęła ze szczerym podziwem. − Seireitei straciło taką wiedzę, takie możliwości, wyrzucając te rody, ale cóż taka jest cena pokoju − powiedziała, przewracając oczami. − Zatem, gospodyni pierwsza − zwróciła się do Corrien z uprzejmym uśmiechem.
Sądziła, że nie pamięta zaklęcia, ale z łatwością przyszło jej szepnąć tych kilka słów. Bariera lekko zafalowała, po czym delikatnie rozsunęła się na kilkanaście centymetrów. Za nią Corrie zobaczyła fragment uliczki i drzewo cytrynowe. Uśmiechnęła się do siebie niewesoło, łapiąc się na myśli, że dokładnie w tym samym miejscu powstała wyrwa, dzięki której uciekła.
– Migiem, bo zauważą gości – mruknęła i sama przekroczyła granice bariery. – Witaj w domu – szepnęła już do siebie.
Odczekała, aż cała grupa za nią podąży i zamknęła wyrwę. Miała nadzieję, że nikt jeszcze nie zauważył ich wejścia na Dwór i uda im się jakoś dotrzeć do posiadłości niezauważenie. Wiedziała, że to próżna nadzieja, nie znała nowego rozkładu straży, więc wszystko było możliwe.
Gdy się rozejrzeli, ich oczom ukazał się kompletnie inny świat. Jakby wyciągnięty ze Społeczeństwa Dusz. Tradycyjne domy, brukowane uliczki, widoczne zza murów ogrody, pojedyncze drzewa umieszczone przy drogach. Istny raj. Z oddalenia doszedł ich zwyczajny, codzienny gwar, gdzieś grała muzyka, lecz w najbliższej okolicy panowała cisza. Nikogo nie było w pobliżu, ani jednego mieszkańca, żadnego strażnika.
– Idziemy – poleciła ponuro Corrie.
Trzymała się bocznych dróg, przejść pomiędzy domami, by jak najpóźniej można było ich dostrzec. Im bliżej była rodzinnej posiadłości, tym szybciej szła, więc reszta nie miała czasu, by się trochę rozejrzeć. Cały czas Corrie towarzyszył niepokój. Może i mieli szczęście, ale dotąd nawet z daleka nie widziała ani jednego strażnika. To było dziwne. Wątpiła, że wszyscy są nagle w całkiem innym miejscu, ale może zaczynała już wariować od tego napięcia? Może dotrą do rezydencji, Hashimoto dostanie to, co chce i będą mogli stąd odejść, nie niepokojąc nikogo. "Wolne żarty" – przeszło jej przez myśl.
Zatrzymała się i wyjrzała za róg. Brama rezydencji nie zmieniła się ani odrobinę, dwóch strażników rozmawiało o czymś cicho, nie słyszała słów. Wiedziała, że nie powinna wpuszczać tam wrogów. Odejście to jedno, zdrada drugie. Przez moment miała ochotę wyjść naprzeciw strażnikom i wywołać zamieszanie. Niech Dwór wie, że ma intruzów, że Hashimoto – jedna z tych, którzy skazali ich na wygnanie – tutaj jest. Niech za to zapłaci.
Wycofała się i weszła pomiędzy dwa niskie budynki, wskazując, by reszta podążyła za nią. Ostrożnie okrążyła posiadłość, unikając wyjścia na otwarty teren. Nie sądziła, że tak łatwo znajdzie wyrwę w murze. Przez myśl przeszło jej, że to dziwne, że dotąd nikt jej nie załatał, ale czy to miało jakieś znaczenie? Wątpiła, żeby ktoś się domyślił, jak uciekła. W końcu do tej części ogrodu nie miała wstępu, więc skąd mogła wiedzieć?
Z trudem przeszła przez wyrwę. Urosła czy może ktoś tu coś jednak robił? Oparła się o pień drzewa i rozejrzała. Nikogo. Ogród był cichy i spokojny. Tylko strumyk szemrał w pobliżu. W nos uderzył ją zapach wiecznie kwitnącej wiśni. Uśmiechnęła się do siebie. To właśnie tam po raz pierwszy spotkała Ato. "Skup się" – syknęła na siebie w myślach. Piękno tego miejsca nie może jej rozproszyć. Skupiła się na wyczuciu obecności mieszkańców. W ogrodzie nikogo. Wiedziała, że z rezydencji nikt ich nie dostrzeże, jeśli nie będą się zbliżać, ale dostać się do skarbca tak łatwo raczej nie będzie. Tam na pewno kogoś spotkają.
– Yuki – szepnęła. – Poprowadź nas.
Zanpakutou zmaterializowała się i wykrzywiła w stronę Aizena, ale nic nie powiedziała. Ruszyła przed siebie, pozostawiając jedynie delikatne, śnieżne ślady, po których mogli przejść bezpiecznie. Corrie nawet nie obejrzała się na resztę, poszła za Zanpakutou, ostrożnie stawiając kroki.
Budynek, do którego się zbliżali, wyglądał jak pawilon do ceremonii parzenia herbaty. Niczym się nie wyróżniał spośród pobliskich zabudowań. Gdzieś w pobliżu coś zamruczało, ale Corrie nie poświęciła temu ani chwili. Yukikaze siedziała na drewnianych schodkach i uśmiechała się uroczo.
– Gdzie strażnicy?
– Nie było żadnych. Przynajmniej nie ludzi.
Shiroyama zmarszczyła brwi. Dziwne, zawsze się tu ktoś kręcił. Ta cisza w rezydencji była całkiem normalna, ale coś jeżyło jej włoski na karku. Nie do końca to rozumiała. Spojrzała na Zanpakutou, ale nic nie powiedziała. Ta tylko wzruszyła ramionami i zniknęła.
– Kiedy otworzę skarbiec, nie będziemy już potrzebni. – Spojrzała na Akemi. – Tak po prostu pozwolisz nam odejść?
Zarówno Akemi ani Aizen nie wyglądali ani trochę na przejętych tą ciszą na dworze, czego nie można było powiedzieć o reszcie ekipy. Akemi nawet wygląda na rozbawioną tym całym skradaniem, a teraz zafascynowana patrzyła na drzwi skarbca.
− Oczywiście − odpowiedziała z lekką urazą, jakby inna opcja nie wchodziłą w grę, zaraz jednak uśmiechnęła się. − Chyba, że sami zechcecie zostać i być częścią czegoś większego, mieć cel, zamiast biegania dookoła jak kury z obciętymi głowami. − Tutaj zerknęła na Kimiko i Kenseia, kładąc dłoń na głowie Miho. − Ja nikogo na siłę nie trzymam i zawsze pozostawiam wybór. A teraz, kochana, czyń honory. − Wskazała dłonią na skarbiec.
– Czcze gadanie – stwierdziła Yukikaze, ale tylko Corrie ją słyszała.
Sama też nie wierzyła w ani jedno słowo Akemi. Bo i czemu miałaby? Pomijając kwestię jej związku z Aizenem, kobietom Hashimoto nie należało ufać. Już raz zdradziły tych, którzy walczyli po ich stronie. Zrobią to ponownie, gdy tylko pionki przestaną być potrzebne.
Powstrzymała się przed spojrzeniem na Kirę czy Hisagiego, choć ją korciło. Nie chciała dawać sobie nadziei na cokolwiek. Wzięła głęboki oddech, żeby się trochę uspokoić. Nie otworzy skarbca w takim stanie, zabezpieczenia na to nie pozwolą. Dopiero, gdy była pewna, położyła dłoń na drzwiach.
– Czerń motylich skrzydeł jasność zaburzyła, Zmierzchu czas już nastał, królewskie prawo mnie nadane, by chronić swego Króla. Krwi wybrana wrota otwórz, wpuść swe dziecię, niech nie stoi już na deszczu – wyrecytowała. – Me imię Shiroyama, mego Króla wierna sługa.
Jeszcze przez chwilę nic się nie działo. Corrie wstrzymała oddech. Czyżby coś pomyliła albo była pozbawiona możliwości wejścia do środka? Tego chyba nawet Hashimoto nie przewidziała, co zresztą było doskonale widoczne po grymasie, jaki przemknął po twarzy kobiety, ale raczej była to chwilowa konsternacja, niż szczególny niepokój. Co jeśli wyrzeczenie się rodu ma tu znaczenie? "Błagam" – pomyślała Corrien.
Drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Corrie odetchnęła z ulgą. Miała gdzieś, że Dwór uzna to za kolejną zdradę. Dopóki jej nie dorwą, to nieważne. Przyszła tu w konkretnym celu i zamierzała poświęcić wszystko, co pomoże, by go osiągnąć.
Pchnęła drzwi, środek pomieszczenia rozświetliły pochodnie o łagodnym świetle.
– Moja część umowy wypełniona, teraz ty – zwróciła się do Akemi.
Nim jednak uzyskała odpowiedź, wokół pojawili się obcy w jednolitych strojach z bronią w ręku. Tylko jeden z nich się wyróżniał – młody mężczyzna o brązowych włosach związanych w krótką kitkę i zielonych oczach, bardzo znajomych, w drogim, bogato zdobionym kimono. Jego twarz wykrzywiała wściekłość, spojrzenie utkwił w Corrie, która skuliła się jeszcze bardziej.
– Shizumo-sama miał rację, mówiąc, że kiedyś tu wrócisz – warknął. – Nie sądziłem jednak, że będziesz tak bezczelna i spróbujesz wpuścić do skarbca tych przeklętych shinigamich, siostro.
Corrie chwyciła Hisagiego za rękę, dostrzegając, jak sięga po nóż.
– Nie – szepnęła bezgłośnie.
Wiedziała, że jeśli mu na to pozwoli, skończy się to jego śmiercią. Nie zdążyła zrobić nic więcej, gdy została chwycona za gardło i uderzyła o zamknięte znów drzwi skarbca. Teraz już trudno nie było zauważyć podobieństwa pomiędzy nią a mężczyzną.
– Yukari… – wykrztusiła.
– Powinienem cię zabić za tę hańbę, ale należysz do Shizumo-samy i to on cię osądzi. Tak jak tych shinigamich.
Chwilę później stał na swoim miejscu, Corrie zaś łapała oddech niezdolna, by zrobić cokolwiek innego. Wiedziała, teraz się z tego nie wykaraskają, ale może to samo będzie dotyczyć również Aizena i Akemi. Do tej pory tylko się przyglądali, nawet Kiry Hashimoto nie posłała przeciwko ludziom Dworu, a przecież właśnie straciła szansę na wejście do skarbca Shiroyamów. Czy chodziło o coś więcej? Bo wątpiła, żeby kobieta zamierzała grzecznie dać się zaprowadzić przed oblicze władcy tego miejsca.
− Czuję się nieco urażona, że wrzucasz mnie i mojego syna do jednego worka z shinigami − odezwała się Akemi tylko odrobinę zirytowana nagłą zmianą sytuacji tuż przed tym, jak wreszcie znalazła się tak blisko zdobycia tak ważnego w jej planach elementu. − Przyznam szczerze, że dla wszystkich o wiele mniej kłopotliwe byłoby, gdyby udało się nam wziąć, to po co przyszliśmy bez wzbudzania takiego zainteresowania. Podejrzewam, że nawet nie zauważylibyście, że coś zniknęło. Może jest to propozycja trochę spóźniona, ale może odłóżcie broń i dogadajmy się − powiedziała, wkładając w ostatnie słowa tą samą moc rozkazu, która trzymała Kirę na uwięzi.
Większość strażników opuściła miecze i łuki, kilku tylko spoglądało to na Akemi, to na Yukariego, nie wiedząc, co powinni zrobić. Mężczyzna zaś zmrużył oczy, przyglądając się Hashimoto.
– Nie sądziłem, że kiedykolwiek zobaczę efekt tej legendy na własne oczy – stwierdził, posyłając własną energię duchową w stronę strażników. – Nie dajcie się zwieść magii tych przeklętych Hashimoto. Jak nisko można upaść, Corrien? Zresztą nieważne, nie mam zamiaru z wami rozmawiać.
Chwycił za miecz dotąd spoczywający u jego boku. Nim jednak wyciągnął go do końca, w zasięgu spojrzenia pojawił się jeszcze ktoś.
– Yukari-kun, jak zwykle za szybko wyciągasz wnioski.
– Shizumo-sama…
Strażnicy padli na kolana, Yukari zgiął się w formalnym ukłonie. Nowo przybyły poprawił kosmyk czarnych włosów opadający na twarz, w niebieskich oczach dojrzeć można było rozbawienie całą tą sytuacją.
– Wstańcie – polecił. – Dobrze jest szanować zasady, ale w tym przypadku wystawiacie się przeciwnikom jak na widelcu. Chociaż chyba nie zamierzali tak po prostu zaatakować.
Spojrzał na "gości", uśmiechając się uprzejmie. Corrie cofnęła się instynktownie za Shuuheia, choć to niewiele jej pomogło.
– Shizumo-sama, co tutaj robisz?
– Postanowiłem osobiście powitać Corrien i jej przyjaciół. Od dawna oczekiwałem tego spotkania, choć jestem nieco zaskoczony. – Uśmiechnął się, widząc niezrozumienie na twarzy Yukariego. – Nadal ubolewam nad śmiercią waszego ojca, Yukari-kun. Cóż, wziął odpowiedzialność za zachowanie Corrien, ale nas wszystkich napawa to smutkiem. Nie zdążył cię odpowiednio przygotować do objęcia funkcji głowy rodu, a to sprawiło, że pewna rzecz ci umknęła, Yukari-kun. Przypatrz się naszym gościom jeszcze raz. Czy teraz zauważyłeś?
Początkowo Shiroyama nie wyglądał, jakby rozumiał, o czym Shizumo mówi, ale po kilku chwilach spojrzał zaskoczony na przywódcę, a potem znów na towarzyszy Corrie.
– Widzę, że już rozumiesz – stwierdził z uśmiechem Shizumo. – My, ukochani podwładni naszego nieodżałowanego Króla Dusz, nie mogliśmy go ochronić przed śmiercią z rąk ludzi. Shinigami pozbawili nas możliwości kontaktu z naszym ukochanym władcą. Wciąż jednak w rodach istnieje pewne "wspomnienie", które przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Dzięki niemu instynktownie wiemy, kiedy mamy do czynienia z Królem. – Spojrzał na Aizena, nie przestając się uśmiechać. – Choć przykre jest to, że nowy Król Dusz wywodzi się od zdradzieckich kobiet Hashimoto. Ależ, gdzie moje maniery? – zapytał, jakby się właśnie zorientował, że popełnił gafę. – Najmocniej proszę o wybaczenie, nie przedstawiłem się jeszcze, a zapewne Corrien nie opowiadała za wiele o miejscu, w którym się urodziła. Jestem Shizumo Kazemichi, dwudziesta czwarta głowa rodu Kazemichi oraz szesnasty przywódca Dworu Wiatru stworzonego przez rody, które shinigami nazywają Wygnanymi. Witajcie w moich skromnych progach. Chciałbym, aby stosunki pomiędzy Dworem a Królem Dusz nadal były dobre. Jestem również wdzięczny za opiekę nad Corrien. Mam nadzieję, że nie robiła zbyt wielu problemów, potrafi być naprawdę niesforna. – Uśmiechnął się, patrząc na Shiroyamę. – Jednak to dobra dziewczyna i wszyscy za nią tęskniliśmy. Prawda, Yukari-kun?
– Oczywiście, Shizumo-sama. Czy jednak nie powinniśmy…?
– Nie bądź niegościnny, Yukari-kun. – Spojrzał na niego pobłażliwie, na co Shiroyama nieco się zmieszał. – Rozumiem emocje, które tobą targają. Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio widziałeś swą starszą siostrę. Tyle się wydarzyło. Do tego przedstawiciele rodu Hashimoto, który tak was skrzywdził. Jednak stare waśnie mogą doprowadzić do kolejnej bezsensownej wojny, a tego byśmy sobie nie życzyli. Mam rację?
Yukari kiwnął głową. Nagle przestał być tak bojowo nastawiony, straż też schowała już broń, jakby uspokojona przybyciem władcy.
– To jednak tyczy się obu stron. To bardzo niemiłe przychodzić do cudzego domu, brać cudze rzeczy i nawet się nie przywitać z gospodarzem. Jednak myślę, że możemy porozmawiać na temat sprawy, z którą tu przyszliście, drodzy goście. Co prawda rezydencja Shiroyamów jest wspaniała, przypominająca tą, którą rodzina Hashimoto im odebrała tuż po wygnaniu, ale chciałbym zaprosić was do mojej własnej, w której zostaniecie ugoszczeni równie po królewsku. Czy mogę liczyć na ten zaszczyt?
Jak tylko pojawił się Shizumo i zaczął mówić, Akemi wyglądała na naprawdę zaskoczoną i może nieco zirytowaną faktem, że przegapiła coś takiego. Jednak wystarczyło jej jedno spojrzenie na twarz swojego syna, żeby się uspokoić. Tylko Miho stojąca najbliżej mogła usłyszeć jej szept i pogodną odpowiedź Aizena.
− Wiedziałeś.
− Cóż, nie chciałem psuć ci zabawy.
Uśmiech znowu zagościł na ustach Akemi. Każdy, kto mógł spojrzeć na Sosuke i Akemi stojących obok siebie, mógł z łatwością odgadnąć ich pokrewieństwo, po samym kształcie ust i tym uśmiechu.
Aizen zaproponował matce ramię, z którego skorzystała. Codzienne ubrania, chociaż dobrej jakości, trochę psuły efekt, jednak ciężko by było tej dwójce odmówić ich królewskiego majestatu.
− Z przyjemnością przyjmiemy twoje zaproszenie, Kazemichi-san − powiedział Aizen. − Ale dla twojej wiedzy, nie mógłbym się narodzić z żadnego innego rodu. − Akemi podniosła nieznacznie głowę. − Ale o tym, jak o tym, co nas sprowadza w progi Dworu Wiatru, możemy porozmawiać w przyjemniejszych warunkach. − Rozejrzał się po otaczających ich żołnierzach, którzy może już w nich nie celowali, ale wciąż byli w gotowości.
− Tylko − wtrąciła się Akemi i spojrzała przez ramię na resztę drużyny. − Nie chciałabym być niesłowna. Tak jak obiecałam, jesteście wolni, nie musicie nam towarzyszyć, ale tak samo jak mówiłam, wciąż z przyjemnością przywitam wszystkich, którzy chcą zobaczyć odległy cel, ten sam, który my widzimy.
Spojrzała po kolei po wszystkich, ale tylko Miho pozostała przy jej boku. Shuuhei bardziej skupiał uwagę na otaczających ich żołnierzach i dwóch mężczyznach, szukając drogi ucieczki z tej nieciekawej sytuacji. Kensei skrzywił i wyglądał przez chwilę, jakby chciał splunąć. Kimiko odpowiedziała twardym spojrzeniem.
− Spadłaś, Akemi-san − powiedziała twardo. − Zerwałaś sieci i spaliłaś mosty, nie masz honoru i nic już nie widzisz. Nigdzie za tobą nie pójdę.
Akemi zaśmiała się na te słowa, ale zaraz westchnęła teatralnie zawiedziona.
− Szkoda. Ach i jeszcze… − Wyciągnęła dłoń w stronę Kiry, a ten podszedł do niej. Pogłaskała go po policzku. − Czyń, jak wola twoja, chłopcze. Kupili twoją wolność, oby potrafili sobie z nią poradzić. − Od razu odwróciła się w stronę Kazemichiego.
Kira, wolny od zaklęcia, spojrzał na Corrie i Hisagiego. Doskonale zdawał sobie sprawę z tych wszystkich rzeczy, które się wydarzyły do tej pory. Nim jednak zdążył choćby ułożyć sobie w głowie jakieś dobre przeprosiny, odezwał się Shizumo:
– Corrien, twoi przyjaciele również są mile widziani, bo chyba nie zamierzają nas tak szybko opuścić?
Zabrzmiało to tak, jakby oczywistym było, że Shiroyama nigdzie nie pójdzie. Ta przełknęła nerwowo ślinę. Kątem oka widziała, jak Kira na nią patrzy, chciała do niego podejść i usłyszeć, że wszystko jest już w porządku, ale w tej chwili wiedziała, jak wielkie to ryzyko.
– Zrobią, co będą chcieli – odpowiedziała z pozorem spokoju. – Wątpliwe, by zamierzali się nadal bratać z wrogiem, za którego powinni mnie uważać. Nie ma powodu, by zajmować się kilkoma szczurami, które nawet nie wiedzą, co czynią.
Shizumo nie wyglądał na przekonanego jej słowami. Nadal uśmiechał się irytująco, ale przeniósł spojrzenie na pozostałych shinigamich.
– Czyżby jakaś kłótnia? – zapytał. – Naprawdę chciałbym ugościć tych, którzy przez te czterdzieści lat opiekowali się Corrien. Odrzucicie moje zaproszenie, shinigami?
Shuuhei jeszcze przeliczył ich szanse w obecnej sytuacji. Oczywiście nie wiedzieli, jakie właściwie wyszkolenie mieli tutejsi strażnicy, ani jakim zestawem umiejętności dysponowali ich dowódcy, ale tak czy siak wątpliwe, żeby przy obecnym układzie wszystkim udało się wyjść bez szwanku. Poza tym jasne było, że nie pozwolą odejść Corrien. Decyzja więc była prosta, chociaż przemknęła przez głowę myśl, że teraz ma z powrotem Kirę − na przyjaciela tylko zerknął, zaraz odwrócił wzrok zawstydzony − więc może wyjść z roli rycerza na białym koniu. Zanim jednak zdążył się odezwał, Kimiko zrobiła dwa kroki do przodu.
− Z chęcią skorzystam z prawa gościnności twojego dworu, Kazemichi-sama − powiedziała z prawdziwie uroczym uśmiechem, rozłożony wachlarz wyciągnięty, nie wiadomo kiedy i skąd, dotykał policzka. − Chciałabym się przekonać, czy nie ustępuje mojemu rodzinnemu. Mam nadzieję, że będę mogła poczuć się jak w domu.
− Zgłupiała − mruknął Kensei. − Ja jestem z nią − rzucił głośniej zirytowany, wskazując na Kimiko. − Jednak zginiemy wszyscy − dodał już do siebie.
Shuuhei usłyszał ostatnią uwagę chłopaka i zupełnie absurdalnie podniosła go na duchu. W sumie, jakby miał ginąć, to tylko walcząc w obronie tych ostatnich najbliższych mu osób.
− Idziemy z tobą, Corrie − powiedział pewnie − czy ci się podoba czy nie. Jaki byłby ze mnie przyjaciel, gdybym cię… − Spojrzał jeszcze raz na Kirę. − Gdybym was teraz zostawił.
– Żywy – mruknęła Shiroyama.
Nikt jednak nie dosłyszał tej uwagi. Przez jedną krótką chwilę miała ochotę złapać całą czwórkę za fraki i wykopać z terenu Dworu, ale podejrzewała, że i tak zaraz by wrócili. Zbyt dobrze ich znała, żeby łudzić się, że grzecznie odejdą. Gdzieś na dnie serca też poczuła się szczęśliwa, że nie została w tym miejscu sama, choć mieli pełne prawo zostawić ją na pastwę losu za te wszystkie kłamstwa, co podkreśliła dobitnie Yukikaze, szczerząc zęby.
– Jestem naprawdę uradowany tą zgodnością – stwierdził z zadowoleniem Shizumo. – Yukari-kun, mógłbyś poinformować innych przywódców rodów o spotkaniu, na które ich zapraszam? Nie wspominaj jednak o naszych gościach. Zamierzam zrobić im niespodziankę.
– Oczywiście, Shizumo-sama.
– Doskonale.
Raźno poprowadził ich do rodowej rezydencji Kazemichich, która swą okazałością dorównywała posiadłościom Czterech Rodów w Seireitei. Gdy tylko weszli do środka, pojawiła się służba gotowa na każde skinienie władcy. Ten przykazał przygotowanie posiłku, a także zaopiekowanie się gośćmi, którzy mają za sobą długą drogę i z pewnością chcieliby się odświeżyć, nim przejdą do rozmów. Poprowadzono ich więc na odpowiednie kwatery, dość wcześnie oddzielając od nich Corrien. Nie odebrano im broni, jedynie zadbano, aby dobrze się prezentowali na uczcie. Ludzkie ubrania zostały zamienione na najlepszej jakości szaty, dla obu Hashimoto znalazły się nawet stroje ozdobione ich rodowym monem.
