Akemi była ubawiona, widząc dawno niewidziany herb, a już czasy, kiedy ostatnio miała go na piersi, wydawały się odległym i mglistym, nic nieznaczącym wspomnieniem. I tylko na sekundę uśmiech nieco zbladł, gdy przypomniała sobie słowa Kimiko. "Spadłaś, Akemi". Ale zaraz się rozpogodziła.
− Mylisz się, dziewczyno − szepnęła do swojego odbicia. − Ja dopiero teraz sięgam nieboskłonu, w końcu wyrwana z tej sieci.
Przy okazji zaczepiła służbę z pytaniem, czy znalazłoby się również kimono z monem rodziny Kuchiki, jeżeli tak, to żeby zanieśli je Miho. Młoda na pewno się ucieszy. Skoro już są na etapie odzyskiwania dziedzictwa, to jej też się należało.
Kimiko w swojej komnacie pozwalała się ubierać i czesać trochę nieobecna. Była nieobecna, od kiedy zobaczyła mon. Starała się o tym nie myśleć, nie pamiętać, ale nie potrafiła. Jeszcze ta niedawna wyprawa do Tokio, widok zburzonej rezydencji, kimono jej babki. Wszystko wracało − dzieciństwo spędzone na gonitwach w ogrodach, lata nastoletnie spędzone na ćwiczeniach u boku babki, pierwsze kroki w dorosłość w koszarach dziewiątego oddziału i w końcu koniec jej świata, który przyszedł razem z wybuchem, ten ostatni uśmiech babki, którym ją pożegnała. Nie mogła się rozklejać w takim momencie, więc uciekła myślami do wewnętrznego świata. I tak musiała porozmawiać z Generałami, reagowała tylko na prośby służby. Wróciła, gdy skończyli i dopiero teraz zobaczyła, jaki wzór ma kimono. Patrzyła w lustro, a stamtąd patrzyła na nią Kimiko Hashimoto z monem gwiazdy w sieci na piersi i w kimonie w srebrne modliszki polujące w trawie.
Kensei czekał na Kimiko z kwaśną miną, ewidentnie czując się zupełnie nie na miejscu, chociaż ubrany był w szarą hakamę i kosode, tak jak powinien być ubrany wojownik przydzielony do ochrony szlachetnie urodzonej. Chyba tak zinterpretowano jego słowa, że jest z Kimiko. Gdy Kimiko wyszła ze swojej komnaty, Kensei chciał chyba rzucić jakąś złośliwą uwagą, ale skończyło się tylko na otwarciu i zamknięciu ust, zaraz też odwrócił się gotowy ruszyć do jadalni, chociaż pojęcia nie miał, gdzie była. Kimiko może dojrzałaby rumieniec na uszach chłopaka, gdyby nie była zbyt zajęta własnymi myślami.
Zaraz dołączył do nich Shuuhei w yukacie i krótkim haori. Dłonie trzymał schowane w rękawach, żeby nie było widać, jak bardzo jest zdenerwowany.
− Spokojnie, poruczniku − odezwała się Kimiko, chowając usta za wachlarzem, gdy ruszyli prowadzeni przez służbę do jadalni. − Jeżeli mają zamiar coś zrobić Shiroyamie-san, zrobią to jawnie i z odpowiednią pompą, żebyśmy wszyscy mogli to zobaczyć. Jeżeli ma zginąć, zginie z przytupem godnym szlachetnie urodzonej.
− To miało być pocieszenie? − zapytał Kensei, na co Kimiko wzruszyła jedynie ramionami.
− Nie zginie − powiedział Shuuhei zdeterminowanym głosem.
Nic na to nie odpowiedzieli, chociaż w głowie Kimiko odezwał się nieco złośliwie jeden z Generałów.
Jadalnia prezentowała się równie wspaniale co reszta domu. Stoły sukcesywnie zapełniały się zastawą i daniami, coraz mniej miejsc pozostawało pustych. Głowy rodów powiadomione przez młodego Shiroyamę i zaciekawione tak nagłym wezwaniem tłumnie przybywały do rezydencji Kazemichich. Wielu z nich poczuło oburzenie, gdy dostrzegli gości władcy, wymieniali pomiędzy sobie niezbyt pochlebne uwagi pod adresem shinigamich, nie mając pojęcia, co Shizumo sobie myśli, sadzając ich przy głównym stole.
Niedługo później jadalnia zapełniła się do końca, tylko jedno miejsce po lewej Shizumo – po prawej posadził Aizena i pozostałych z ich grupy – pozostało puste. Brakowało Corrien, a wydawało się, że wszystko zaraz się zacznie.
Akemi wyglądała, jakby się doskonale bawiła, wymieniając z Aizenem szeptane uwagi za wachlarzem. Kimiko posadzona obok ciotki była czujna, jakby nie siedziała przy stole, a wkroczyła na pole bitwy, uważnie przyglądając się każdej wchodzącej osobie, próbując odgadnąć, którzy będą stanowili ewentualnie największe zagrożenie, a może przy odrobinie szczęścia udałoby jej się wychwycić, którzy są najmniej zadowoleni z zachowania swojego suzerena, może na Dworze Wiatru nie wszyscy wspierają ród Kazemichich. Siedzący dalej Kensei absolutnie nie miał pojęcia, co ze sobą począć, ani jak powinien się zachować, z jego miny doskonale dałoby się wyczytać, jak absurdalnie głupio się czuje. Natomiast siedząca obok niego Miho promieniała z dumnie wypiętą piersią, na której widniał mon rodu Kuchiki, z brodą podniesioną. Po raz pierwszy w życiu nie czuła potrzeby, żeby chować się przed czyimkolwiek wzrokiem.
Na końcu siedział Hisagi i Kira. Powiedzieć, że siedzieli w niezręcznej ciszy, to byłoby niedopowiedzenie, przynajmniej Shuuhei tak to odczuwał. Chciał się odezwać, ale nawet nie wiedział, od czego zacząć, "dobrze, że jednak żyjesz", "nieźle wyglądasz, jak na kogoś kto jeszcze do niedawna był martwy", "przepraszam, że dobierałem się do twojej ukochanej", "przepraszam, że byłem gotowy cię zabić, ale wiesz zachowywałeś się jak zombie". Był głupcem i do tego tchórzem, nic z tego nie było wielkim odkryciem. I jeszcze do tego zżerała go troska o Corrien, bo słowa Kimiko wcale a wcale go nie pocieszyły.
− Kira, ja… − zaczął, ale zaraz uciął wpatrzony w postawioną przed nim zastawę.
– Corrie mi wszystko wyjaśniła. Nie musisz przepraszać, Hisagi-san – odezwał się cicho Kira, spoglądając na przyjaciela kątem oka.
Nie brzmiał na wściekłego, choć nie była to dla niego komfortowa sytuacja. Bolało pomimo wyjaśnień, zdawał sobie jednak sprawę, że w tej chwili nie jest bez winy. Możliwe, że gdyby nie jego zachowanie, nigdy nie znaleźliby się w tym miejscu z realną groźbą śmierci najważniejszej dla niego osoby. I nie tylko dla niego, jak się domyślał.
To, że Kira nie był wściekły, było jeszcze gorsze. Shuuhei wolałby, gdyby Kira rzucił mu wiązankę, zwyzywał od najgorszych i jeszcze splunął pod nogi − chociaż żadne z tych nie wchodziło w grę, w końcu to Kira, ale mógł chociaż brzmieć na wściekłego. Zamiast tego brzmiał na głęboko zranionego.
− Nie, Kira, należą ci się przeprosiny, po prostu zdaję sobie sprawę, że cokolwiek bym nie powiedział, nie odwróci tego, co się stało. Jednak… − Odwrócił się w stronę Kiry i nie przejmując się spojrzeniami, które na siebie ściągnął, pochylił się w ukłonie. − Przepraszam za swoje haniebne zachowanie. − "I jeszcze bardziej haniebne myśli", już tylko pomyślał, bo na to by mu odwagi na pewno nie starczyło. − Nie wiem, czy kiedykolwiek mi wybaczysz, ale wiedz, że tak jak do tej pory będę wam przyjacielem i będę was wspierał − mówił wciąż pochylony.
Kira tylko nieznacznie pokręcił głową.
– Sam również powinienem przeprosić – odpowiedział. – Sprawiłem wiele kłopotów nie tylko wam dwojgu. Przepraszam, Hisagi-san. Corrie przeproszę później, może nie będzie już zła, więc wystarczy już.
Miał jeszcze coś powiedzieć, gdy drzwi jadalni otworzyły się po raz ostatni, wpuszczając do środka kolejną osobę. W pierwszej chwili może trudno było to dostrzec, ale była to Corrie w złoto-srebrnym kimonie z widocznym monem rodu Shiroyama – czarny motyl na pąku róży – z kwiatami w upiętych włosach i poważną, może nawet nieco wyniosłą miną, której nigdy nie przybierała. Nietrudno było też dostrzec na jej dekolcie sopla, jakby został wyeksponowany specjalnie. Sama postawa Corrien była całkiem inna niż dotychczas, jakby stała się częścią tego świata.
Shizumo uśmiechnął się szerzej, słysząc szepty gości, których uwaga z godzących się shinigamich przeniosła się na Shiroyamę.
– Jest i nasz ostatni gość – powiedział głośno. – Chodź, Corrien. Nie ma potrzeby stać przy drzwiach.
Nie odpowiedziała. Usiadła po jego lewej stronie na wolnym miejscu z obojętną miną i tylko w oczach można było dostrzec błysk strachu.
− Chyba powrót do domu każdemu dobrze robi − odezwała się Akemi, pochylając się nieco do przodu, żeby Corrien mogła widzieć jej absolutnie czarujący i przyjacielski uśmiech. − Wyglądasz wspaniale, moja droga, jakbyś dopiero teraz w końcu mogła być sobą. Warto było czekać na taki widok. Tym bardziej dziękujemy za zaproszenie, Kazemichi-san. − Przy ostatnich słowach skinęła głową z uznaniem.
Corrie w żaden sposób nie zareagowała, jakby nie usłyszała. Drgnęła jednak, gdy Shizumo ujął skrawek rękawa jej kimona.
– Cała przyjemność po mojej stronie, Hashimoto-san – odparł Shizumo. – Nie mógłbym pozwolić, aby Corrien w tak ważnym dniu prezentowała się niegodnie reprezentowania swojego rodu. – Przez chwilę słuchał rozmów pomiędzy gośćmi, którzy upewnili się, że córka Shiroyamów rzeczywiście wróciła i wyłapali nazwisko "Hashimoto". – Moi drodzy – zwrócił się do gości – wiem, że jesteście nieco zdezorientowani, ale może czas zapomnieć o bolesnej przeszłości.
– Z całym szacunkiem, Shizumo-sama, ale zapraszanie tu kogoś od Hashimoto to uderzenie we wszystko, w co dotąd wierzyliśmy – odezwał się Yukari Shiroyama.
– Zdaję sobie sprawę, jak wielką krzywdę Hashimoto wyrządzili rodowi Shiroyama, Yukari-kun. Myślę, że nasi goście również. – Spojrzał z uprzejmym uśmiechem na Akemi ciekawy, jaką wersję tej historii kobieta zna.
Akemi wstała, by wszyscy mogli ją sobie obejrzeć, jak również po to, by spojrzeć na Yukariego z góry, oczywiście z łagodnym uśmiechem na ustach.
− Tylko głupiec uważa kogoś za swojego wiecznego wroga albo wiecznego sojusznika. − Rozejrzała się po sali. − Wieczne zawsze były tylko i wyłącznie interesy Seireitei. Przykro mi, że w tamtym momencie uznano, że im zagrażacie. I chociaż prawdą jest, że to ród Hashimoto pierwszy stwierdził, że cały ród Shiroyama musi zostać wygnany, to sami niewiele z tym pomysłem byśmy zrobili. To przecież rodzina Kuchiki uznała tę decyzję za prawą, to rodzina Shiba naznaczyła was piętnem wygnania i to rodzina Shihouin stanęłaby pierwsza do walki, gdybyście próbowali wrócić. Nic nie stoi na przeszkodzie byście nas nienawidzili, ale spójrz. − Wskazała dłonią po zebranych na sali. − Wy siedzicie na sali wypełnionej swoimi odwiecznymi przyjaciółmi, a my odwiecznymi wrogami. Dwie ostatnie z rodu. Jedna, która sama została wygnana, za to że śmiała urodzić syna. − Spojrzała z czułością na Aizena. − I druga, dziecko jeszcze, która pewnie o niczym nie wie. Co chcesz nam zrobić? Wymierzyć sprawiedliwą karę? Czy to że nasz dom leży wśród szczątków Seiretei, czy to że nie żyją żadni nasi wasale, że zginęły wszystkie nasze matki, ciotki, babcie, siostry i kuzynki, czy to nie wystarczająca kara? Co chcesz nam jeszcze zrobić? Chyba jedyne, co by ci zostało to zhańbić nasze ciała, bo chyba już tylko to nam zostało. Jednak zważ, że hańbiąc mnie, będziesz hańbił Królową Matkę. − Siedząca obok Kimiko na chwilę wstrzymała oddech, bo jej ciotka nie raczyła w żaden sposób obronić.
Z każdym słowem Akemi Yukari był coraz bardziej purpurowy. Trudno powiedzieć, czy bardziej ze złości czy ze wstydu. Nie miał na to odpowiedzi, mógł tylko zaciskać pięści na materiale kimona, żeby się jakoś opanować.
Za to Shizumo wyglądał, jakby ta przemowa w ogóle go nie ruszyła jako przywódcy Dworu Wiatru. Wydawał się raczej rozbawiony całą tą sytuacją, nadal bawiąc się skrawkiem rękawa siedzącej sztywno Corrie.
– Hashimoto-san, wybacz za słowa Yukariego-kuna – odezwał się. – Jest nieco popędliwy, to prawda, ale nie można go winić. Władzę przejął bardzo młodo, gdy ojciec jego i Corrien, Yuto, wziął odpowiedzialność za czyny córki i powierzył swoje życie Królowi Dusz. Przemawia przez niego złość i niezrozumienie, ale trudno się dziwić. Życie pod klątwą Królowej Zmierzchu doświadczyło ród Shiroyama. Znacie tę historię? – Spojrzał na Aizena i pozostałych.
− Oczywiście wybaczam, nie jestem z tych, co chowają urazę − powiedziała Akemi, siadając z powrotem.
− Ja znam − odezwała się Miho. − Oba-san opowiadała mi to jako bajkę na dobranoc, gdy byłam mała. Lubiła mnie straszyć. Ale myślę, że dodała do niej coś od siebie.
− Myślę, że to jedna z tych opowieści, którą zawsze warto wysłuchać − dodał Aizen.
– Słuszna uwaga – odparł Shizumo. – Mam nadzieję, że nikogo nie urażę, jeśli przypomnę tę historię. Tu na Dworze Wiatru dobrze znany jest fakt, że jeszcze na długo przed tamtą bolesną wojną domową, gdy mieszkaliśmy jeszcze w białych murach Seireitei, rody eksperymentowały zarówno z magią, jak i z Zanpakutou. Z tego, co wiem, później ograniczono rodom Seireitei takie praktyki. Po wielu badaniach udało nam się stworzyć Szpony, broń silniejszą od Zanpakutou za cenę Duszy Miecza. Jedynie w rodzie Shiroyama uchował się specyficzny miecz, niby Szpon, ale z duszą. Zmierzch, którego potęgę nawet teraz trudno określić. Jak wiecie – spojrzał po przedstawicielach rodów – Szpony kobiet dziedziczą tylko kobiety, mężczyzn mężczyźni. Przyszła ta brzemienna w skutki wojna. Córka ówczesnego władcy rodu Shiroyama, Corrien, była doskonałym wojownikiem i taktykiem. Nikt nie chciał walczyć przeciwko niej, taką moc miał Zmierzch. Od tamtej pory częściej wrogowie nazywali ją Królową Zmierzchu, która nie znała litości dla nikogo, kto stanął przeciwko niej. To ona układała taktykę rodu. W ten sposób posłała na śmierć ojca, braci i ukochanego. Zaczęto więc mówić, że niesie śmierć nie tylko wrogom, ale także tym, których pokocha. Jej rozpacz wykorzystał Zmierzch, by przejąć władzę i rozpocząć w jej imieniu rzeź. Opowieści mówią, że to ówczesnemu Wszechkapitanowi udało się pokonać Królową Zmierzchu, a zwycięskie rody, w tym nowa dowódczyni rodu Hashimoto – skłonił głowę przed Akemi – postanowiły wygnać resztki Shiroyamów wraz z pokonanymi daleko za ziemie, którymi opiekowali się shinigami. W rzeczywistości Królowa Zmierzchu odzyskała nad sobą kontrolę z powodu czegoś cennego, co stało się jej powodem do życia. Spodziewała się dziecka. Tylko dzięki temu oraz opiece rodu Kazemichi Shiroyamom udało się przetrwać i wzrosnąć w siłę. Jednak jest też coś, o czym głośno się nie mówi nawet tu, na Dworze Wiatru. Prawo ustanowione przez naszych przodków nakazuje, aby ród Shiroyama przekazał rządzącym Kazemichim córkę w roli konkubiny. Zwyczajowo mówi się, że to w podzięce za okazaną pomoc. Jednak prawda jest nieco inna. To, że odsuwa się córki Shiroyamów od życia społecznego, że nie okazuje im się uczuć, nie jest dla nich żadną karą, lecz ochroną. Nie możemy pozwolić, aby Zmierzch znów kogoś opętał i skrzywdził, by znów któraś z kobiet stała się Królową Zmierzchu. Przy narodzinach pieczętuje się moce duchowe córek Shiroyamów, ale jak to pieczęć, w końcu słabnie i należy ją odnowić i tylko my, Kazemichi, wiemy jak. – Spojrzał na Kirę i Hisagiego. – Nie wiem, ile Corrien wam powiedziała o życiu tutaj, jednak nie była świadoma, że to wszystko było robione dla niej. Gdy nie miała czego stracić, nie musiałaby cierpieć, bo jeśliby pokochała, mogłoby ją to zniszczyć. Nie wiedział też o tym mój głupi brat, Ato, który zaczął się interesować Corrien i zasiał w niej bunt, a potem pomógł w ucieczce z Dworu.
Stojący niedaleko stołu mężczyzna podobny do Shizumo o długim, czarnym warkoczu, podobnych do starszego brata zielonych oczach i nieładnej bliźnie na twarzy skłonił się uprzejmie.
– Dziś wiem, jaką szkodę zrobiłem Corrien – odezwał się. – Będę pokutować przez całe życie.
Shuuhei cały drżał i ledwo powstrzymywał się, żeby czegoś nie palnąć, jednak obawiał się, że danie ujścia zbierającej się wściekłości niewiele da.
− Co za totalna gówna prawda − warknął Kensei, zrywając się na równe nogi i ciskając gromy w stronę Shizumo. − Chcesz mi powiedzieć, że wymyśliliście sobie jakąś bajkę, żeby móc trzymać kobiety w niewoli, bo im to niby pomaga? Dla ich dobra? Wiesz, co myślę, że właściciele burdelu myślą tak samo. Że niby miłość może ją zniszczyć? Że kochając kogoś, może kogoś skrzywdzić? A co, jak nie miłość, matczyna miłość, uratowało tą waszą Królową Zmierzchu? I ja się nic, a nic nie dziwię, że Corrien od was uciekła, kto by chciał być częścią takiej popieprzonej rodziny. Tylko gdyby… − nie dokończył, bo Kimiko wstała i strzeliła go wachlarzem po policzku.
− Uważaj, co i do kogo mówisz − powiedziała ostro, gdy Kensei się wyprostował i po pierwszym szoku chciał i na nią krzyczeć. − Siadaj − rozkazała tym samym pełnym mocy głosem, co Akemi i Kensei siedział szybciej, niż zdążył o tym pomyśleć. − I nie odzywaj się, gdy nikt nie pyta cię o zdanie − dodała już normalnie, siadając. Jednak w chwili gdy mogła na chwilę pochylić głowę, schowała grymas całkowitej porażki. Zaraz jednak się opanowała.
Akemi roześmiała się dźwięcznie.
− Widać nie tylko u was są młodzi i temperamentni − powiedziała ze szczerym, może nieco nostalgicznym uśmiechem.
– Młodość ma swoje prawa – odparł Shizumo. – Nie rozumieją wielu rzeczy i twierdzą, że wiedzą lepiej, ale czy Corrien naprawdę była taka szczęśliwa, gdy pozostało jej tylko wspomnienie miłości? – Spojrzał może nieco kpiąco na Kenseia.
− Wszystko zależy, co robisz z tymi wspomnieniami − odpowiedział ze wzrokiem utkwionym w swoich zaciśniętych dłoniach, żeby nie patrzeć w bok i nie zobaczyć Kimiko. Policzek palił od uderzenia. − Nic nigdy nie daje nam więcej sił do walki, jak miłość, ta, którą mamy, albo mieliśmy. Ale ja to jestem młody i głupi i się nie znam.
– To może ty nam powiesz, Corrien? – Shizumo spojrzał na Shiroyamę, która siedziała z zamkniętymi oczami ewidentnie głucha na wszystko dookoła. – Corrien? Spać w takim momencie – westchnął. – Emocje musiały wziąć górę.
Uśmiech na jego twarzy jedynie potwierdzał, że w to wszystko zamieszana jest jakaś magia. Coś zrobił i nikt nie zauważył tego aż do teraz. Byli zbyt skupieni na nim i rozmowie.
– Nic to. Ato, czyń swoją powinność.
Młodszy z braci pojawił się tuż obok Kiry i nim ktokolwiek zdołał zareagować, wbił mu nóż w kark, tak głęboko, że ostrze wyszło przodem. Po gardle spłynęła krew.
Shuuhei nie zrozumiał w pierwszej chwili, co się dzieje, ale już i tak instynktownie wycofał się. Widział więc doskonale szeroko otwarte oczy Kiry wpatrzone tam, gdzie mógłby zobaczyć Corrien, usta, które otworzyły się, by coś powiedzieć, ale zamiast słów wydobył się jedynie gulgot i krew popłynęła spomiędzy warg. Ato przekręcił nóż i wyszarpnął. Bezwładne ciało Kiry poleciało prosto na Shuuheia, a Ato rzucił zakrwawiony nóż właśnie podnoszącemu się Kenseiowi, który złapał go zupełnie osłupiały obrotem wypadków.
– Corrien, nie czas na sen – odezwał się znów Shizumo.
Niezbyt przytomnie otworzyła oczy i rozejrzała się, nie rozumiejąc, jakim cudem odpłynęła. Dostrzegła krople krwi i bezwładne ciało Kiry.
– Wybacz, nie zdążyłem go powstrzymać.
Spojrzenie Corrie odnalazło zakrwawiony nóż w dłoni ogłupiałego Kenseia i wtedy coś jakby w niej pękło. Wszystko, cały rozsądek i głos Yukikaze, pochłonęła mgła, w której istniało tylko jedno – pragnienie zniszczenia tego, co odebrało jej ukochanego. Jej oczy straciły swoją zieloną barwę na rzecz czerni, miecz w dłoni też nie był już srebrny. Zaatakowała ze wściekłością i chyba tylko cud sprawił, że nie zabiła chłopaka pierwszym ciosem.
– O to i Królowa Zmierzchu – zaśmiał się Shizumo. – Dzieciak nie ma z nią żadnych szans. Z każdym ciosem będzie mu odbierać nadzieję na wyjście z tego cało. Nic jej już nie powstrzyma. Chyba niepotrzebnie się odzywał.
Kensei w pierwszej sekundzie podziękował za rzucony mu nóż, bo chyba tylko dzięki temu jeszcze żył. Tylko zaraz po tym przeklął go, bo przecież przez to, że miał go w rękach, działo, co się działo. A działo się źle. Potrzebował trzech wymian i jednego uniku, by uświadomić sobie z ciężką świadomością, że nie ma najmniejszych szans. Przy kolejnym uniku, który był o wiele za wolny, przekonał się, że nie dostanie szybkiej śmierci. Shiroyama mogła go tym ciosem zabić, ale zamiast tego tylko zraniła. Chciała, żeby cierpiał. A to było po prostu niesprawiedliwe i Kensei miał już serdecznie dość. Królowa Zmierzchu, też coś, prędzej Królowa Dramatu z tej Shiroyamy.
− Zerwij się… − zaczął, gdy wydawało się, że udało mu się odpaść od Corrien na bezpieczną odległość, ale skończyło się to tylko bolesnym jękiem, gdy został kopnięty i posłany w powietrze. Przeleciał przez shoji i zatrzymał się dopiero na stojącym na zewnątrz drzewie.
Pewnie przed kolejnym ciosem znowu nie miałby szans się uchylić i teraz nie skończyłoby się na drobnej ranie, ale w tym momencie wszystko zasnuła gęsta mgła, za którą mógł jedynie podziękować Miho. Nadal był na nią wściekły, za… zdradę, chociaż w głębi serca wiedział, że na swój sposób okazała się lojalna wobec najważniejszej dla niej osoby.
Mgła pozwoliła mu się ukryć na tyle długo, żeby uwolnić Burzę Gromów, ale nie na tyle, żeby złapać oddech, bo mgła została rozwiana i w następnej chwili musiał parować błyskawiczne ciosy Shiroyamy. Kolejne trzy wymiany i jego próba kopnięcia uświadomiły mu, że ze Żniwiarzem czy bez, i tak zginie. Był wściekły i przerażony.
− Shiroyama, do cholery jasnej − wysapał, gdy udało mu się na chwilę uwięzić ostrze kobiety pomiędzy nożami. − To nie byłem ja!
Więcej nie zdążył powiedzieć, bo Corrien, wydając się głucha na jego słowa, pchnęła.
− A nie mieliśmy robić głupot! − warknął Kensei.
I może coś jednak do niej dotarło, albo to wściekłość dodała Kenseiowi sił, bo udało mu się w końcu wyprowadzić cios, który trafił. Zaraz też tego pożałował, bo nawałnica cięć i pchnięć, które na niego spadły, nie były warte tego małego triumfu. Krwawił z dziesiątek drobniejszych i głębszych ran − jedna biegła przez policzek i ucho. Żadna poważna, ale wszystkie razem sprawiły, że tracił siły w ekspresowym tempie, chociaż od początku ich potyczki nie minęło pewnie pięć minut.
Całkowicie skupiony na walce, nie zwracał uwagi, co się dzieje z pozostałymi. Odwrócił wzrok tylko na sekundę, gdy kątem oka dojrzał Kimiko, która posłała mu spojrzenie ponad ramieniem i… zniknęła. Nie rozumiał. Ale ta chwila wystarczyła, żeby Shiroyama skorzystała z okazji, przebiła się przez jego teraz byle jak postawioną obronę, wbiła mu ostrze w bark i przyszpiliła go do drzewa, o które wcześniej uderzył. Wrzasnął, gdy Shiroyama przekręciła ostrze i wyszarpnęła je, pozwalając Kenseiowi opaść na kolana.
− Za co, do kurwy nędzy? − warknął jeszcze przez zaciśnięte zęby, próbując wykrzesać z siebie odrobinę gniewu, która pozwoliłaby wykrzesać z siebie trochę sił, ale więcej w tym było poddania się niż jakiekolwiek walki.
Przymknął oczy, a pod powiekami mignął mu obraz pleców Kimiko i Miho przy boku Aizena i Akemi. Poczuł się beznadziejnie zdradzony i opuszczony.
− Sajō Sabaku! − krzyknął Shuuhei w ostatniej chwili, związując Corrie. − Corrie, proszę, przestań, Kensei nic złego nie zrobił − zawołał nieco zziajany po walce, jaką musiał stoczyć ze strażnikami, zanim udało mu się w końcu dołączyć do walki Corrien i Kenseia. Właśnie wyszedł z dziury po shoji, którą wybił wcześniej Kensei.
Wszystko to z zadowolonym uśmiechem na ustach obserwował Shizumo, mając ewidentnie gdzieś poruszenie ze strony swych wasali. Nie wszystkim podobało się przebudzenie Królowej Zmierzchu, bo choć znali jej szaleństwo jedynie z legend, zdawali sobie sprawę, dlaczego Kazemichi trzymali nad tym pieczę. Nikt z przywódców rodów nie ruszył, aby coś z tym zrobić. Nie chcieli narażać się Zmierzchowi ani swojemu suzerenowi, który musiał mieć jakiś powód, by do tego dopuścić.
Shizumo nie zareagował nawet, gdy jego stół opustoszał z gości. Dał jedynie znak Ato, by ten odpuścił walkę, pozostawiając ją w gestii strażników. I tak nie trwała długo, skoro osią wszystkiego była Królowa Zmierzchu.
– Zdaje się, że słowa już do niej nie docierają – powiedział, przystając w progu i nieco krzywiąc się na myśl, że wypielęgnowany ogród zostanie zdewastowany. To jednak mała cena za możliwość ukarania Corrien. – Obawiam się, że Corrien, którą znaliście, już nie istnieje.
Ze spokojem obserwował, jak kobieta bez większego trudu oswobadza się z łańcuchów i rusza do kolejnego ataku. Przy tym całkowicie zignorowała Hisagiego, całą uwagę skupiając na Kenseiu. Tym razem jednak było widać, że walka zmierza ku końcowi. Jeden z kolejnych ciosów miał być ostatnim, jakby uznała, że odebrała chłopakowi całą nadzieję.
– Przykra śmierć – mruknął Ato, przystając obok brata i obserwując, jak po raz kolejny czarne ostrze opada, tym razem prosto na głowę Kenseia.
Kimiko czuła się podle, gdy odwróciwszy wzrok od walczącego Kenseia ruszyła za Akemi i Aizenem. Wyraz jego twarzy przedstawiał czyste niezrozumienie. Nie miała czasu, żeby mu wyjaśniać, a nawet gdyby miała, to nie była pewna, czy by potrafiła.
Wiedziała, że musi zareagować, gdy dostrzegła, jak Akemi z Aizenem opuszczają jadalnię i wyglądało na to, że w zamieszaniu, jakie wybuchło, po tym jak Corrien zaatakowała Kenseia, a Shuuhei rzucił się na Ato, by później wdać się w walkę ze strażnikami, we mgle, którą uwolniła Miho, nikt nie zwrócił na nich uwagi. Albo to Akemi swoim Głosem odsuwała kolejnych, którzy mogliby wejść jej w drogę. Pewnie tej samej sztuczki użyła, by zabrać ze sobą młodego Shiroyamę.
Kimiko nie musiała ich dokładnie śledzić, by wiedzieć, dokąd zmierzają. Czegokolwiek Akemi szukała w skarbcu Dworu Wiatru, nie wchodziło w grę, żeby odeszła bez tego. Co to było i do czego miało służyć, Kimiko nawet nie próbowała się domyślać, jednak z dotychczasowego postępowania ciotki i jej syna, można było zakładać, że nic dobrego dla ogółu świata z tego nie wyniknie. Jedynie słowa jej babki o Akemi − "miała zachłanność królowej" − mogły być jakąś podpowiedzią.
Dotarła przed skarbiec, gdy Akemi i Aizen właśnie z niego wychodzili. Aizen niósł prostą niczym niezdobioną skrzynkę.
− Trochę szkoda, że jednak okazał się takim idiotą − mówiła Akemi − w sumie przez chwilę miałam cichą nadzieję, że uda się go jakoś wyko… − przerwała, dojrzawszy Kimiko. Uśmiechnęła się. − Proszę, proszę. Przyznam szczerze, że zastanawiałam się, czy do nas dołączysz.
− Kto powiedział, że przyszłam do was dołączyć − powiedziała chłodnym tonem, odpinając z włosów srebrną siateczkę. − Jako ostatnia z rodziny, przyszłam cię osądzić, Hashimoto Akemi, za twoje wystąpienie przeciwko wszystkim tradycjom rodziny. Spadłaś, zburzyłaś mosty i zerwałaś sieci. Wykorzystałaś Głos, żeby kłamać. Straciłaś swój honor i zapomniałaś, co to znaczy być Hashimoto.
Z początku Akemi słuchała z uprzejmym uśmiechem, ale przy ostatnich słowach nie wytrzymała i roześmiała się.
− Cóż za ironia − powiedziała wciąż rozbawiona − że oskarżasz mnie akurat o to. Widzisz, dziewczynko, jestem, bodaj, jedyną Hashimoto, która nie zapomniała, kim nas uczynił Król. A co do Głosu… sama całkiem miło go użyłaś. Biedny Kensei, pewnie nawet nie wie, co go uderzyło.
Kimiko na wspomnienie swojego wybuchu, tylko zacisnęła mocniej dłoń na siatce.
− Nie jesteś wiele lepsza od tej całej Królowej Zmierzchu. Sprowadzasz chaos, gdziekolwiek się pojawisz, krzywdzisz lub wykorzystujesz każdego, kto się do ciebie zbliży. Jednak ona w przeciwieństwie do ciebie, walczy, a nie ucieka jak szczur, chowając się za cudzymi plecami. Kto by chciał żyć pod rządami takiej królowej jak ty? − ostatnie słowa prawie wykrzyczała.
Akemi przewróciła oczami zniecierpliwiona.
− Ja bym chciała − odpowiedziała na pytanie Miho, stając pomiędzy Kimiko i Akemi z uwolnioną Kroplą Wody w dłoni.
− To nie jest kwestia, która cię dotyczy, Miho − powiedziała Kimiko oschle.
− Ależ dotyczy, Miko-chan, bo widzisz… Może przedstawię ci się jeszcze raz. − Zniknął z jej ust dziecięcy uśmiech, wyprostowała się i spojrzała na Kimiko z pewną powagą. Teraz było widać, jak podobna jest w istocie do swojej matki i tylko kolor oczu odziedziczyła po ojcu. − Nazywam się Kuchiki Miho i Prawem nadanym mojemu rodowi przez Króla, potwierdzam, że Hashimoto Akemi jest Królową regentką, aż do czasu, gdy prawowity Król zrodzony z jej rodu zasiądzie na tronie. Więc przychodząc tutaj, Miko-chan, i grożąc Królowej, występujesz przeciwko Prawu i za to, jako przedstawiciel rodu Kuchiki, jestem zmuszona cię ukarać. − Skierowała ostrze miecza ku ziemi i puściła miecz. − Rozpostarcie, Milion Kropel Wody w Morzu Gorzkich Łez.
Kimiko wiedziała, że nie ma żadnych szans, gdy z obu stron wyrosły wysokie na dwadzieścia metrów fale wody, które zaraz z hukiem na nią opadły.
