Opadające ostrze Corrien zostało sparowane i zaraz odbite przez Shuuheia, który tylko przez chwilę wahał się, czy iść na pomoc Kenseiowi, czy może jednak najpierw poderżnąć gardła Shizumo i Ato.

− Corrien, proszę, starczy już − powiedział błagalnym tonem, chociaż w głębi serca wiedział, że słowa na nic się nie zdadzą. Wiedział i nienawidził tej świadomości, że znowu będzie musiał stanąć do walki z cenną dla niego osobą. I tym razem wiedział, że przegra, bo nie wyobrażał sobie kiedykolwiek skrzywdzić Corrie. Jedynie na, co mógł liczyć, to, że uda mu się zająć tą Królową Zmierzchu na tyle długo, żeby już dała Kenseiowi spokój. − Zetnij ją, Śmiercionośny Wietrze.

Wewnętrzny Świat nigdy wcześniej nie był tak spokojny. Błękitne niebo bez ani jednej skazy, nieruchome jezioro, miękka, soczysta trawa. Prawdziwy raj, w którym czegoś brakowało. Nie wiedziała, czego i chyba niewiele ją to obchodziło. Gdzieś zniknęły wszelkie emocje, wspomnienia, pozostał tylko spokój. I niewielki dyskomfort, którego źródło było nieuchwytne.

Leżała wpatrzona w niebo, choć jakaś myśl uporczywie próbowała zburzyć ten spokój. Chyba powinna być przerażona, że niczego nie pamięta, ale teraz była chroniona przed całym światem na zewnątrz. Tylko, że…

Podniosła się i rozejrzała. Coś było nie w porządku. Jakaś część tego miejsca zniknęła, nie pozwalając jej się w pełni zrelaksować.

Skąd ta mina, moja pani? – Usłyszała.

Tuż przy niej pokazał się mężczyzna w czerni. Długie włosy zebrane w kucyk, oczy, zdobne kimono. I tylko jego skóra była blada jak u trupa. Kompletnie obcy i niepokojący.

Kim jesteś? – zapytała.

Twym obrońcą.

Przed czym?

Przed tym, co cię rani i doprowadza do płaczu. Przed tym, co złe i bolesne. Przed tobą samą, która nie potrafiła poradzić sobie z tym, co zrzucili na ciebie inni.

Dlatego odebrałeś mi wspomnienia? Ogołociłeś ten świat?

Spójrz na niebo, moja pani. Jeszcze do niedawna przysłaniały je chmury tak gęste, że wszystko się na nich kończyło. Teraz jest czyste. Już zawsze takie będzie.

Nie masz prawa niczego mi odbierać – warknęła. – Wycofaj się w tej chwili.

Dłoń mężczyzny dotknęła jej policzka. Była lodowata, aż przeszły ją dreszcze i czym prędzej się odsunęła.

Wszyscy cię zawiedli, moja pani. Niszczą cię kawałek po kawałku, doprowadzając do coraz większej rozpaczy. Nie mogę na to patrzeć. Będę jedynym twym obrońcą, zniszczę wszystko, co cię rani, nie pozwolę, by ktoś jeszcze cię skrzywdził.

Ostatnie słowa rozbrzmiały w jej głowie jakby podwójnie. Ktoś to już wcześniej powiedział. Świadomość tego sprawiła, że wszystko do niej wróciło.

Shuuhei – szepnęła, bo przecież to były jego słowa. Rozejrzała się. – Gdzie jest Yukikaze?

Zanpakutou nie pokazała się do tej pory, a powietrze w Wewnętrznym Świecie było nieruchome. Zawsze czuła delikatne muskanie wiatru, woda w jeziorze nigdy nie była tak gładkim lustrem. Bez Yuki to miejsce było niekompletne.

Już jej nie potrzebujesz. Masz mnie, moja pani.

Spojrzała na niego ze złością.

Yukikaze jest moją partnerką, nikt inny – powiedziała twardo. – Gdzie ona jest?

Nie odpowiedział od razu, spoglądając na Corrie z wyższością. Gdy tylko wróciły do niej wspomnienia, stała się niespokojna, a wraz z nią jej Wewnętrzny Świat. Coraz więcej chmur zasnuwało niebo, na poszarzałą trawę spadły już pierwsze krople deszczu.

Nie potrafiła cię ochronić – odezwał się w końcu. – Znowu wszystko ci odebrano, obietnica została złamana przy pierwszej okazji. Nie zamierzam tego tolerować. Jesteś moją Królową i zniszczę wszystko, co cię dotyka.

Zrozumiała, co chce przez to powiedzieć. To ją przeraziło. Nie rozumiała, skąd Zmierzch nagle miał tyle mocy, by zamknąć ją tu i przejąć kontrolę, bo czuła, że na zewnątrz doszło do walki z jej udziałem. Wiedziała za to jedno – jeśli będzie mu na to dłużej pozwalać, Zmierzch zabije ostatnią osobę, na której jej zależy. Jej własnymi rękami.

Przez chwilę przed oczami znów miała martwe, zakrwawione ciało Kiry. Myśl, że go straciła, nim zdążyła naprawdę odzyskać, wbijała się w jej świadomość jak tępy nóż. Nie miała pojęcia, jak to się stało. Słyszała legendę o Królowej Zmierzchu, a potem przeprosiny Shizumo. Zakrwawiony nóż w czyjejś dłoni. W czyjej? Już nie wiedziała, wszystko pochłonęła rozpacz, która ją oślepiła. Jak miała to znieść?

Zmierzch wyciągnął do niej dłoń.

Pozwól, że to zabiorę. Nie będziesz już cierpieć.

Nie! – Odskoczyła, zrywając się na równe nogi. – Nie dotykaj mnie! Niczego mi nie odbierzesz. Nie pozwolę ci.

Jesteś osłabiona, moja pani. Nawet stąd nie wyjdziesz. Nie bądź uparta.

Miał rację. Nie była w stanie samodzielnie pokonać Zmierzchu i odzyskać kontroli. Sama nie potrafiła nikogo ocalić, nie miała na to sił.

Yukikaze! – wrzasnęła z rozpaczą. – Pomóż mi!

Rozejrzała się z iskrą nadziei, że zobaczy Zanpakutou gdzieś obok. Jednak nigdzie jej nie było. Dostrzegła za to coś innego, czego wcześniej tu nie było. Jezioro zawsze ciągnęło się aż po horyzont, ale wyspa musiała pojawić się niedawno.

Yuki. – Czuła z tamtego miejsca energię Zanpakutou. Z daleka majaczyła się klatka. – Uwięziłeś wiatr? – Spojrzała na Zmierzch. – Niezależny i wolny wiatr, który zawsze robi, co chce, sam decyduje, co jest dla niego słuszne i z kim przystać? Nie wolno go ograniczać.

Yukikaze jest wypaczeniem – odparł Zmierzch. – Nieposłusznym, samolubnym, pełnym żądzy krwi, której tak bardzo się brzydzisz. Niedługo zniknie całkiem zapomniana. Już jej nie potrzebujesz.

Było w jego słowach wiele racji. Corrie nie znosiła wielu cech swojej partnerki, narzekała na nią i zarzekała się, że przy pierwszej okazji pozbędzie się jej. W końcu Yukikaze często była utrapieniem, dogadywała za każdym razem, gdy wiedziała, że to uderzy w jej shinigami, a te jej eskapady do Zewnętrznego Świata po uzyskaniu bankai przynosiły więcej szkody niż korzyści. To jednak były tylko słowa.

Yukikaze jest nieodłączną częścią mnie – powiedziała. – Narodzoną z mojej ciemności, z beznadziejnego tchórzostwa, z chęci chronienia najpierw mnie samej, a potem także tych, dzięki którym narodziło się moje serce. To ciebie nie potrzebuję. Nigdy nie będę Królową Zmierzchu i nie pozwolę ci przelać krwi tych, których pragnę ochronić.

Na jeziorze pojawiła się wąska ścieżka z lodu. Corrie uśmiechnęła się lekko, Yukikaze była po jej stronie. Z nią mogła osiągnąć to, co sobie zaplanowała. Bez wahania weszła na cienki lód.

Nie zrobisz tego, Królowo. Nie pozwolę ci.

Sam się zaraz przekonasz. – Posłała mu zimne spojrzenie i ruszyła biegiem w stronę Yukikaze.


Kimiko leżała na ziemi mokra i półprzytomna z bólu. Prawa ręka na pewno była złamana i nie była pewna, czy i żebra jej nie pękły, bo każdy oddech był katorgą, również przez palące gardło − jeszcze przed chwilą wymiotowała słoną wodą. Czarny Książę leżał kilka metrów od niej, ale nie była pewna, czy starczyłoby jej sił, żeby się podnieść nawet na tyle, żeby się do niego doczołgać. Mogła jedynie wyciągnąć do niego zdrową rękę w desperackiej próbie udowodnienia, że jeszcze żyje, że jeszcze nie skończyła walczyć.

Widziała tylko but, który nadepnął na trzon buzdyganu i skraj kimona − Miho.

− Wiesz, Miko-chan − odezwała się dziewczyna, naciskając mocniej na Czarnego Księcia. − Mój ojciec mnie porzucił i odebrał całe należne mi dziedzictwo z przyczyn, których nigdy nie poznałam. Corrie-chan uciekła od swojej rodziny, bo ta chciała ją po prostu uwięzić i wykorzystać. Ty masz pretensje do wszystkich dookoła, że twoją rodzinę ci odebrali, chociaż ta jedyne, co ci dała, to jakieś durne zasady. Kensei jest w stanie oddać życie za Shuu, tylko dlatego, że tamten jest jego ojcem, chociaż tak naprawdę jest po prostu obcym człowiekiem. Tak patrzę na to wszystko i myślę sobie, że rodzina jest jak sieć, w której jak te muchy szarpiemy się na wszystkie możliwe sposoby. I nawet, jeżeli uda nam się uciec, to co najwyżej z jednym skrzydłem. I tak sobie myślę, że dopiero ta sieć nam bliska, którą sami sobie upleciemy. Trochę szkoda, że ta, którą zaczęłaś zaplatać, właśnie rwie się w strzępy. Właśnie dlatego tak bardzo cię nie lubię, Miko-chan − dokończyła słodkim głosem i w końcu nadepnęła na czarne drewno z taką siłą, że Czarny Książę złamał się w pół.

Kimiko widziała, jak odchodzi i dołącza do stojących kawałek dalej Akemi i Aizena. Widziała, jak się oddalają. Widziała klęczącego przy wejściu do skarbca młodego Shiroyamę, który chyba właśnie odzyskał zmysły i dotarło do niego, co zrobił. I przez chwilę, zanim straciła przytomność, wydawało jej się, że widzi kogoś jeszcze. Kobietę w zielonym kimonie ze srebrnymi modliszkami polującymi w trawie i mężczyznę w kapitańskim haori o czarnych wysoko upiętych włosach i arystokratycznej twarzy. Stali nad złamanym Czarnych Księciem, który właśnie zmienił się w poszarpaną srebrną siatkę, na chwilę przed tym, jak Kimiko straciła w końcu przytomność.


Hisagi osiągnął cel. Corrie całą uwagę poświęciła jemu, choć już nie tak łatwo było jej zapanować nad pojedynkiem. Jednak wątpliwe było, by miała się uspokoić i szybko skończyć. Shizumo po raz kolejny gestem uspokoił strażników, kiedy któryś z ataków przeszedł niebezpiecznie blisko władcy.

– Zawsze chciałem zobaczyć możliwości Królowej Zmierzchu – stwierdził, obserwując, jak po raz kolejny Corrie unika z wdziękiem wrogiego ostrza. – Aż miło mieć taką zabawkę.

– Nie dla ciebie ona, bracie – odezwał się Ato.

Shizumo nie zdążył zareagować, gdy z piersi wyszedł mu miecz młodszego brata. To było na tyle niespodziewane, że dworzanie Wiatru na moment zamarli.

– Ty żmijo – wysyczał.

– Nie martw się, zaopiekuję się Corrien i Dworem. W końcu po to ją wypuściłem. Inaczej nigdy nie stałaby się Królową Zmierzchu.

W momencie, gdy martwe ciało Shizumo upadło u stóp Ato, zdarzyły się dwie rzeczy – Corrie odwróciła się niespodziewanie w uniku tak, że ostrze Zanpakutou Hisagiego rozorało jej biodro, a trawa zaczęła pokrywać się szronem.

– I za to jestem ci wdzięczna.

Lód pokrył zranienie na nodze Shiroyamy, która przez chwilę nie podnosiła głowy. Jedynie wbiła srebrne ostrze w ziemię.

– …akt ostatni – dosłyszeli szept. – Srebrny pocałunek. – Dopiero wtedy podniosła zielone spojrzenie na Hisagiego. – Czas stąd spadać. I tak nadużyliśmy gościny.

Shuuheiowi chyba pierwszy raz w życiu zrobiło się słabo z ulgi.

− Tak, chyba dworskie zabawy nie przypadły mi do gustu − powiedział i podbiegł do rannego Kenseia, który starał się stanąć na nogi i nawet mu się udało, przy drobnej pomocy drzewa, o które się oparł. − Spadamy stąd.

Chciał chwycić Kenseia pod rękę, ale to on chwycił go za dłoń.

− Kimiko poszła za Akemi i Aizenem i nie wróciła.

– Naprawdę myślicie, że możecie tak po prostu odejść? – zapytał Ato, unosząc brew.

Jednocześnie dał znać swoim podkomendnym, żeby zaatakowali. Ci jednak zostali odrzuceni chłodnym powiewem wiatru. Corrie wyciągnęła z włosów klamrę, która je spinała. Pozostały tylko kwiaty, które zdążył pokryć lód. W tej chwili bardziej przypominała Yukikaze niż samą siebie.

– Naprawdę sądzisz, że będziemy pytać cię o zdanie? – przedrzeźniła go. – Choć wykorzystałeś mnie dla własnych celów, jestem ci wdzięczna za nauczenie mnie odwagi, by odejść z Dworu Wiatru, bo dzięki temu narodziło się moje serce, a ja nauczyłam się, czym jest troska o innych i jak to jest kochać. Przyjmij więc mój podarunek – zniszczenie, bo do tego wskrzesiłeś Królową Zmierzchu.

Wokół już panował chaos. Ludzie dusili się zimnym powietrzem, budynki, ziemia, rośliny – wszystko zamarzało, a lód szedł dalej.

– Te sztuczki na mnie nie działają, Corrien.

Uśmiechnęła się tylko, a wszystko dookoła pochłonęła gęsta, zimna mgła, w której większość straciła zmysł postrzegania energii duchowej. Corrie spojrzała na Hisagiego.

– Idźcie przodem do posiadłości rodu Shiroyama – poleciła. – Zapewne tam wrócili. Bariera też was nie zatrzyma, Ato nie zdążył postawić nowej.

Hisagi się zawahał.

− Nic tu po nas − powiedział słabym głosem Kensei. − Nie zostaniesz jej rycerzem na białym koniu, bo poradzi sobie sama. − I tylko nie chciał do końca przyznać, że naprawdę chciał się jak najszybciej znaleźć jak najdalej od Corrien.

Shuuhei spojrzał jeszcze na Corrie, ale w końcu kiwnął głową. Kenseia niemalże sobie zarzucił na plecy i zniknął w błyskawicznym kroku.

Odczekała chwilę. Wiedziała, że Yukikaze zadba, aby znaleźli drogę w tej mgle. Sama musiała zrobić jeszcze jedną rzecz. Minęła Ato, który nawet jej nie zauważył, i uklęknęła przy ciele Kiry. Wiedziała, za późno na ratunek. Gdyby nie Zmierzch, może byłaby jakaś szansa.

– Wybacz – szepnęła. – Znów nie potrafiłam nic zrobić, by cię ocalić, a pozwoliłam tarmosić się na wszystkie strony. Śpij dobrze, Izuru.

Pocałowała go w czoło, słysząc, jak pierwsze budynki zapadają się z potwornym hukiem. Nie zostało już wiele czasu, więc jeśli się nie pośpieszą, oni również zginą. Spojrzała jeszcze raz na Kirę, po czym zniknęła, ruszając w ślad za Hisagim.

To Kensei zobaczył leżącą na ziemi Kimiko i pomimo ran podbiegł do niej, przez chwilę naprawdę przerażony. Hisagi tym razem Kimiko wziął na plecy. Kensei jeszcze w ostatniej chwili dojrzał leżący w trawie łańcuszek, zabrał go i powlókł za Hisagim, zaciskając zęby.

Kimiko odzyskała przytomność, gdy już byli blisko miejsca, gdzie wcześniej stała bariera.

− Coś ty znowu wymyśliła, Hashimoto − powiedział Kensei, siląc się na uśmiech.

Kimiko odwróciła od niego wzrok, chowając twarz w szyi niosącego ją Hisagiego.

− Kimiko − szepnęła. − Mam na imię Kimiko, a nazwiska… nie mam.

Hisagi z Kenseiem wymienili tylko zaniepokojone spojrzenia. Chyba wszyscy podczas tej wyprawy coś stracili.

Ale może z czasem zorientują się, że również coś zyskali.