Yukikaze obserwowała od kilku chwil swoją shinigami z drwiącym uśmiechem na ustach, choć ta zupełnie nie zwracała na nią uwagi ze wzrokiem utkwionym w trenujących Hisagim i Kenseiu. Wyglądało na to, że rany tego drugiego zdążyły się już zagoić, skoro sobie na to pozwolili. Skrzywiła się na myśl, skąd się w ogóle wzięły.

– Bo jeszcze sobie coś pomyślą – odezwała się w końcu Yuki. – Chyba nie będziesz ich unikać przez resztę życia?

Corrie spojrzała na nią kątem oka, słysząc to oskarżenie. Zdawało się, że Zanpakutou odmawiała jej prawa do kilku dni próby poukładania sobie tego wszystkiego. Że przy okazji unikała towarzystwa Hisagiego, to inna sprawa. Chyba obojgu ta przerwa była potrzebna, przynajmniej miała taką nadzieję.

– Nie bądź tchórzem – dodała śpiewnie Zanpakutou. – Sama mówiłaś, że nie chcesz już nim być.

– Zejdź ze mnie – warknęła Corrie. – Wiem, co mam robić.

Yukikaze tylko zachichotała, po czym zniknęła. Shiroyama za to westchnęła i weszła do pomieszczenia, opierając się o futrynę.

– Saga, pozwól na moment.

Kensei wyłożył się jak długi, zupełnie zaskoczony atakiem Hisagiego. Shiroyama wołająca go na bok była wystarczającym czynnikiem rozpraszającym. Hisagi zresztą też spojrzał na Corrie nieco zaskoczony i może… zawiedziony.

− Że ja? − zapytał Kensei z podłogi, ale pozbierał się. Jednak było widać, że przynajmniej ta najpoważniejsza rana na barku jeszcze daje mu się we wznaki. Zerknął przez ramię na Hisagiego, gdy już podszedł do Corrien. Trzymał się jednak od niej na wyraźny dystans. − To o czym chcesz rozmawiać?

Przez chwilę miała ochotę wyprowadzić chłopaka na zewnątrz, ale wątpiła, czy by za nią poszedł. I wcale mu się nie dziwiła po tym, co wydarzyło się na Dworze Wiatru. Może i nigdy za nim nie przepadała, ale to jeszcze nie powód, by go atakować. Cóż, Zmierzch miał na ten temat całkiem odmienne zdanie.

Zgięła się w oficjalnym ukłonie.

– Przepraszam za to, że próbowałam cię zabić i ukarać za coś, czego nie zrobiłeś – powiedziała poważnie. – To się nie powinno nigdy wydarzyć, a ja nie powinnam pozwolić, aby z mojego powodu narażał się ktokolwiek. To tylko świadczy o mojej niekompetencji.

Było słychać, ile kosztuje ją przyznanie się do winy. Nie oczekiwała wybaczenia, wątpiła, czy w ogóle na nie zasługuje po tym wszystkim. Sama sobie nie potrafiła wybaczyć, ale przynajmniej było ją stać na to, by stanąć przed Kenseiem i powiedzieć "przepraszam".

Gdy się ukłoniła, zrobił dwa szybkie kroki w tył i patrzył na nią mocno podejrzliwie. Na koniec jednak poczuł się co nieco zażenowany sytuacją. Podrapał się po karku, rozejrzał na boki. Czy bał się Shiroyamy? Owszem. Walka z nią uświadomiła mu, jak niewiele potrafi. Nawet podczas walki z tamtym Arrancarem w Tokio nie czuł się tak bezsilny. Tam przegrał, owszem, ale mógł mieć jakąś nadzieję na zwycięstwo. A na Dworze Wiatru od samego początku był bezsilny i zdany na jej łaskę. Odruchowo dotknął gojącej się rany na barku, pewnie zostanie po niej blizna. Chciał się wściekać na Shiroyamę, ale wszystko, co się wydarzyło, sprawiło jedynie, że czuł się zmęczony.

− Wiem, jak to jest − powiedział właśnie takim zmęczonym tonem − czuć gniew tak silny, że oślepia, że przestaje się nad sobą panować. Oczywiście ja mam po prostu mniejsze możliwości destrukcyjne, ale wiem. Tylko zastanawiam się, czy zareagowałabyś tak samo, gdyby rzucili nóż komukolwiek innemu. − Schował dłonie do kieszeni bluzy i spojrzał na nią. − Za co ty mnie tak nie znosisz? Zwłaszcza, że jeżeli którekolwiek z nas miałoby być o cokolwiek zazdrosne, to chyba ja mam do tego większe prawo. − Zerknął na Hisagiego, który ze wszystkich sił starał się wyglądać, jakby rozmowa go w ogóle nie interesowała. − Ja nigdy nie będę dla niego tak ważny jak ty.

Corrie wyprostowała się, patrząc gdzieś w bok. Też ją to zastanawiało.

– Wątpię, żeby Shizumo wybrał na kozła ofiarnego inną osobę – odpowiedziała po chwili milczenia, ignorując wzmiankę o Hisagim. Nie chciała o nim rozmawiać, bo nawet nie wiedziała, co miałaby odpowiedzieć chłopakowi. – Zdążył się zorientować co do relacji pomiędzy nami wszystkimi. Tamten moment w tej opuszczonej rezydencji, gdy osłoniłeś Aizena, pewnie przeważył.

− W dupie miałem wtedy Aizena − powiedział w końcu z jakimiś emocjami. − Jedyne, o co mi chodziło, to żeby ojciec nie rzucał się na niego! Przecież to było głupie, nie żeby to, co wydarzyło się później było wiele lepsze, ale naprawdę musicie? I ty i on, robić jedną głupotę za drugą? Dlaczego nie możecie… − Wyrzucił ramiona w górę w bezsilnej złości. − Bo ja wiem, zachowywać się rozsądnie. Dlaczego w ogóle nikomu o niczym nie powiedziałaś? Dlaczego ktoś kiedyś wymyślił, że kłamstwo jest lepsze od prawdy? Że niby to kłamstwo ma kogokolwiek uratować. Powiem ci, Shiroyama, że to gówno prawda. Tak samo, jak nie wiem, kto kiedy i komu wmówił, że doskonałym pomysłem jest odrzucać od siebie wszystkich, którzy próbują pomóc, bo nie daj, coś im się stanie. I co z tego? Przecież od tego jesteśmy dla siebie nawzajem. Od tego ma się rodzinę, tych najbliższych ludzi, żeby, do cholery jasnej, wspierali się nawzajem, żeby mówić im tę nawet najboleśniejszą prawdę. Bo jeżeli nie oni, to kto? Mam po prostu dość. Unikania się, nie mówienia o tym, co nas boli. Mnie na przykład boli i to bardzo to, jak mnie wzięłaś i pocięłaś. Boli mnie, że Hashimoto coś się stało, gdy wtedy poszła za Akemi i też nikomu o tym nie mówi. Czy to naprawdę jest takie trudne? Przyznać się do tego, że żadni z nas bogowie, że nie potrafimy żyć sami, że potrzebujemy siebie nawzajem, zwłaszcza gdy jesteśmy słabi? − Nabrał powietrza, żeby kontynuować, ale chyba dotarło do niego, co właściwie przed chwilą powiedział i w jednej chwili zrobił się cały czerwony. Wpakował z powrotem dłonie do kieszeni bluzy i spuścił wzrok. − Zresztą nieważne.

Corrie zaczęła się śmiać i sama nie była pewna powodu tej nagłej wesołości. Próbowała się opanować, ale żadna próba nie przyniosła odpowiedniego efektu, choć widziała, że Kenseiowi jej reakcja w ogóle się nie podobała. Pewnie pomyślał, że zaczęła się z niego nabijać.

– Masz rację – powiedziała w końcu. – Strach, gniew, duma wystarczą, żeby zacząć popełniać błędy i gnać przed siebie, zostawiając za sobą spalone mosty. Boimy się, że nasze lęki sprawią, że zostaniemy odrzuceni, jedno kłamstwo rodzi lawinę kolejnych, bierzemy na siebie za dużo, a efekty wszyscy widzieliśmy. – Zerknęła na Hisagiego, ale zaraz odwróciła wzrok speszona. – Zdaję sobie sprawę, że do całej tej głupiej sytuacji doszło z mojej głupoty. Jedno, nawet nie kłamstwo, a zatajenie prawdy, głupiego szczegółu, sprawiło, że stoimy tu jak jacyś durnie. Jedno z poczuciem winy, drugie z poczuciem odrzucenia, trzecie z gniewem i zmęczeniem. Mogę jedynie ponownie przeprosić, bo cóż pozostało? Ale chyba mi ulżyło – dodała, spoglądając gdzieś ponad Kenseia. – Przez cały ten czas żyłam w strachu, że ktoś się dowie o tym, kim jestem i stracę to, co zyskałam. A przecież naprawdę nic z tego do mnie nie należało, skoro zbudowałam to na kłamstwie.

Przypomniała sobie słowa, które kiedyś powiedziała Hisagiemu, gdy zwątpił we wszystko, w co wierzył po zdradzie Tousena – że wierzy, że jeśli na kłamstwie zbuduje się coś prawdziwego, to tego należy się trzymać. Chyba wyszła na straszną hipokrytkę w oczach przyjaciela i nie wiedziała, jak ma mu spojrzeć w twarz.

− No przeprosiny zawsze są miłe, ale ja bym się jeszcze nie obraził za jakieś jedzenie. W sumie ty i twoja drużyna wisicie nam obiad. Proponuję, żebyś obgadała to z porucznikiem Hisagim, a ja może, skoro tak ładnie mi idzie moralizatorstwo, idę poszukać Hashimoto, jej też powiem co nieco i będziemy mogli być jedną, kochającą się rodzinką. − Tylko przez chwilę stracił rezon, gdy przypomniał sobie, że nie będzie z nimi Miho, którą przecież uważał za tę pierwszą rodzinę. − I ma być mięso. Muszę w końcu odbudować siły − rzucił jeszcze i wycofał się na z góry upatrzone pozycje, zostawiając Corrien sam na sam z Hisagim.

– Jakby się zgadał z Yukikaze – westchnęła.

Postawiła krok, jakby zamierzała wyjść, ale ostra reprymenda ze strony Zanpakutou zatrzymała ją w miejscu. Odwróciła się do Shuuheia, ale zaraz uciekła spojrzeniem.

– Już dawno nikt mnie tak nie zrugał – mruknęła, żeby tylko nie zostać z nim w niezręcznej ciszy. – Ostatni był chyba Renji, jeszcze przed pojawieniem się nowych kapitanów. Tylko że jego miałam ochotę trzepnąć w ten ryży łeb – zamilkła, czując, że gada od rzeczy.

Przetarła twarz dłońmi, otworzyła nawet usta, żeby coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle. Pokręciła tylko głową na własne beznadziejne zachowanie.

– Idiotka ze mnie – mruknęła jakby do siebie.

− Owszem − przyznał bez chwili wahania. − I muszę podziękować Kenseiowi za to, że cię tak zrugał i może jak zrobię to samo, to też się tak zaśmiejesz. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się śmiałaś.

Podszedł blisko, tak że stał krok od niej.

− Corrien… − zaczął, zaciął się, odetchnął. − Corrie, żebyś nie miała wątpliwości, nie jestem na ciebie zły, tylko… − Uśmiechnął się przelotnie. − Boli mnie, gdy okazuje się, że mi nie ufasz. Przepraszam, że nie zrobiłem nic, co mogłoby uratować Kirę. Ale jeżeli tym razem mi pozwolisz, jeżeli nie będziesz wszystkiego ukrywać, może będę mógł zrobić coś więcej. Cokolwiek. Nie powiem, nie bój się, bo sam boję się cały czas, ale Kensei miał rację. Jesteśmy tylko ludźmi i nie ma nic złego, żeby komuś zawierzyć. Nie zawsze skończy się to dobrze, może ktoś zostanie zraniony przy okazji, ale nie jesteśmy nieomylni. I czasem dobrze jest popełniać te błędy wspólnie. − Przez cały czas patrzył na nią bardzo uważnie, jego spojrzenie czułe i ciepłe przeskakiwało po jej twarzy, jakby próbował zapamiętać każdy szczegół. − I proszę, nie zostawiaj mnie z tyłu. − Wyciągnął dłoń i założył jej za ucho kosmyk włosów.

Przytrzymała jego dłoń, nim ją zabrał i dopiero teraz podniosła spojrzenie. Wciąż pełne wątpliwości i strachu przed odrzuceniem.

– Przepraszam, Shuuhei – powiedziała szczerze. – I dziękuję – wtuliła się w niego – że mnie nie zostawiłeś z tym wszystkim samej pomimo kłamstw i wszystkich durnot, które zrobiłam, odkąd rozsypał nam się cały świat. Dziękuję ci, że jesteś.

Objął ją, przyciągnął do piersi w odrobinę desperackim geście, że może jednak zaraz mu zniknie.

− Zawsze i o każdej porze jestem do twojej dyspozycji − szepnął z odrobinę niepewnym uśmiechem. Wybaczył jej kłamstwa i durnoty, chociaż wątpliwe, by zupełnie zapomniał, ale to nic, czego nie dałoby się naprawić, jeżeli od tej pory będą ze sobą naprawdę szczerzy. − I zgodzę się jeszcze w jednej kwestii z Kenseiem. Zjadłbym coś.

Zaczęła się śmiać na sugestię Yukikaze, która powtarzała z uporem maniaka "Zawsze i o każdej porze". Odsunęła się i odwróciła ze splecionymi za plecami rękoma, żeby nie zobaczył jej nieco cwaniackiego uśmiechu.

– Nie omieszkam wykorzystać tego "zawsze i o każdej porze". – Zaśmiała się. – Żebyś tylko nie pożałował, żeś się tak zaofiarował, bo gotowa jestem zrobić sobie z ciebie tarczę.

Na moment spoważniała ze świadomością, że nadal nie uporała się ze Zmierzchem i tylko jedna, ledwo trwała rzecz sprawia, że jeszcze nie postradała całkiem zmysłów. Już miała powiedzieć o tym Shuuheiowi, ale powstrzymała się.

– To idę szukać tego mięsa dla Kenseia. Może znajdzie się też coś dla nas, dorosłych – dodała i zniknęła za drzwiami.

Niedługo później Shohei zawołał Szesnastą Drużynę na kolację. Musieli być nieco zaskoczeni, gdy chłopak wskazał im dach jednego z budynków. Wieczór może nie należał do najcieplejszych, ale był na tyle ładny, by mogli spędzić ten czas na zewnątrz. W nosy uderzył ich aromatyczny zapach, od którego od razu ciekła ślinka.

– Pomyślałam, że możemy zjeść na świeżym powietrzu – powiedziała Corrie znad garnka, w którym coś jeszcze doprawiała. – Chociaż luksusów nie oczekujcie.

Koce miały im zastąpić zarówno stół, jak i poduszki. Za to okazało się, że Corrie postarała się również o deser i dwie butelki dobrego sake.

Kensei szybko podryfował w stronę garnka, żeby zajrzeć Corrien przez ramię, chociaż zachował − świadomie czy nie − bezpieczną odległość.

− Nie no, jak tak mam być goszczony, to możesz mnie od czasu do czasu pociąć. Co prawda nie wiem, czy będzie smakować jak u mamy, ale widać, że się starasz, więc dam ci nieco fory.

− Czymkolwiek by nas nie uraczyła Shiroyama-san, na pewno będzie lepsze od tego, co ty byłbyś w stanie zrobić − skomentowała Kimiko z uśmiechem.

Chyba faktycznie Kensei miał dobry dzień na prawienie morałów, cokolwiek powiedział Kimiko, zadziałało, bo dziewczyna była w widocznie lżejszym nastroju, chociaż widać było, że cokolwiek ją gnębiło, nie zostało do końca rozwiązane.

− Też coś! Moja kuchnia jest w porządku, to ty masz cholerne arystokratyczne podniebienie − obruszył się Kensei, siadając na kocu, na którym już usiadł Shuuhei.

– Ostrożnie z tymi zalotami – rzuciła półżartem Corrie, podając kolejno porcje. – A ty sobie pomarz, Kensei. Gotowanie w tych warunkach to katastrofa. Gdybym odzyskała własną kuchnię albo chociaż… – urwała, pochmurniejąc i nie zamierzając kończyć.

– Porucznik Abarai to nawet wodę na herbatę potrafił przypalić – stwierdził Shohei, uważnie obserwując swoją dowódczynię.

– Nawet mi nie przypominaj – mruknęła Corrie. – Na dzień dobry myślałam, że kapitan poszatkuje nas oboje. A zresztą Shuuhei dobrze gotuje. Wystarczy go odpowiednio poprosić. – Uśmiechnęła się wrednie na wspomnienie, jak niewiele wystarczyło, ledwo luźne stwierdzenie Matsumoto, że jest głodna, by Hisagi znalazł się w kuchni.

Na uwagę o zalotach Kensei nic nie odpowiedział nagle zainteresowany chmurami, Kimiko chyba się nie zorientowała, że uwaga w ogóle jej dotyczy. Usiadła po drugiej stronie Hisagiego.

− Hmmm wydawało mi się, że nawet kiedyś taka prośba w stronę porucznika padła − powiedziała z poważnym zamysłem. I Kensei, i Shuuhei spojrzeli na nią nieco zdziwieni, chyba żaden sobie sytuacji nie przypominał. − Chociaż z drugiej strony chyba potrzeba by było sporych umiejętności czytania pomiędzy wierszami, żeby zrozumieć tę prośbę, tak uprzejmie ukrytą w słowach… jak to było? "Sam coś ugotuj, albo wypierdalaj", połączonych z rzuca… − nie dokończyła, bo Kensei przechylił się za Hisagim i zakrył jej usta dłonią.

− Czy możesz chociaż raz sobie darować, Hashi… Kimiko?

− Skoro tak ładnie prosicie, to przygotuję wam kiedyś romantyczną kolację − powiedział Hisagi.

− Tato! − To był Kensei, który cały poczerwieniał.

− Poruczniku! − To była lekko oburzona sugestią Kimiko.

Shuuhei tylko się uśmiechnął i z tym samym ciepłym uśmiechem spojrzał na Corrien.

− Jakie w ogóle są dalsze plany? − zapytał Kensei, wracając na swoje miejsce. Widocznie speszony swoim wcześniejszym okrzykiem. − Pewnie będziemy musieli się niedługo rozejść, żeby nie ryzykować, że w końcu Fullbringerzy sobie o nas przypomną. Nam by się pewnie przydało uzupełnić skład. W trójkę będzie trochę ciężko.

– Jakby nie było, nas też została tylko trójka – stwierdził Shohei, gdy Corrie też w końcu usiadła. – A chyba o wiele milej jest spędzać czas z ludźmi, których się zna i którym się ufa.

Spojrzał na Shiroyamę, która wyglądała na bardziej zainteresowana jedzeniem niż rozmową. Odpowiedziała jednak:

– Im mniejsza drużyna, tym łatwiej się prześlizgnąć.

– Do tej pory jakoś sobie radziliśmy – odparł Kimura. – A to chyba nie jest głupi pomysł. Co ty na to, Ayase?

Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, do czego blondyn dąży.

– To nie zależy tylko od nas – zauważyła.

– Widzisz, Corrie-san. – Uśmiechnął się Shohei. – Teraz wystarczy tylko, żebyś obgadała z porucznikiem, jak będziecie rządzić.

Nim Corrie się odezwała, tuż za nią pojawiła się Yukikaze z szerokim uśmiechem na ustach i uwiesiła się swojej shinigami na ramionach.

– Tylko nie mów, że nie chcesz, bo zostałaś przegłosowana, nim nasza drużyna w ogóle się odezwała – oznajmiła dobitnie, jakby z triumfem. – A ja lojalnie ostrzegam, że nie zostanę tylko z tobą i z nim. – Postukała w klamrę, którą Corrie spinała włosy od kilku dni – tę samą, którą miała na Dworze Wiatru – co było nieco niespodziewaną nowością, skoro Shiroyama wolała kawałek wstążki.

− Nic na siłę, możemy jeszcze... − zaczął Shuuhei, widząc, że Corrie nie jest jakoś entuzjastycznie nastawiona do pomysłu.

− Właśnie! − wtrącił się Kensei. − Kto w ogóle powiedział, że którekolwiek z nich powinno dowodzić. Jak do tej pory średnio się sprawdzali. Proponuję jakiś przewrót. Zgłaszam siebie na nowego dowódcę.

− Marzenia ściętej głowy − szepnęła Kimiko teatralnie.

− I ty przeciwko mnie! − oburzył się Kensei, ale zaraz zwrócił się w stronę szóstki. − Ale wy to mnie poprzecie, prawda?

– Już się twoi. – Zaśmiała się Yukikaze.

– Ej, ty tu nie rządzisz – prychnęła Corrie. – A tym bardziej za nikogo decydować nie będziesz.

– W sumie zmiana dowodzenia nie byłaby taka głupia – stwierdził Shohei. – Ale czy ja wiem, czy takiemu młokosowi możemy powierzyć dowództwo?

Ayase tylko pokręciła głową, pozostawiając decyzję w gestii pozostałych.

– A czemu nie? – zapytała Yukikaze i dla odmiany uwiesiła się na Kenseiu. – Dajmy mu się wykazać.

Jak tylko Yukikaze się na nim uwiesiła, Kensei widocznie się spiął.

− I tak radziliście sobie większość czasu bez mojego dowodzenia − stwierdził Shuuhei ze wzruszeniem ramion. − W tej kwestii niewiele by się zmieniło − dodał odrobinę zawstydzony. − Jestem na tak.

− To był żart! − wykrzyknął Kensei, wstając gwałtownie. − Co wy? Nie macie żadnej woli walki o swoją pozycję? − Spojrzał na Corrie z nadzieją. − Nie żebym był przywiązany do pomysłu… − powiedział już ostrożniej, z lekką obawą zerkając na ducha.

– Yukikaze, przestań.

Zanpakutou wykrzywiła się, ale wróciła do wieszania się na Shiroyamie, która już zaczęła czuć chłód od towarzyszki. Nic jej jednak nie powiedziała, skoro to nigdy nie dawało efektu.

– W sumie racja. Dowódcy z nas ostatnio żadni – stwierdziła. – Ale może tym razem zapracujemy na to zaufanie? – Spojrzała pytająco na Shuuheia.

Shuuhei w pierwszej chwili wyglądał na zaskoczonego, ale zaraz uśmiechnął się z prawdziwą ulgą i może odrobiną wdzięczności.

− Kiedy ostatnim razem chciałem zrezygnować z roli oficera, kapitan Tousen mnie powstrzymał i w sumie jestem mu za to wdzięczny. Po Upadku chyba zapomniałem, co to znaczy dowodzić, ale może czas najwyższy sobie przypomnieć. Więc jeżeli dostanę od was drugą szansę, to postaram się spełnić wasze oczekiwania. − Spojrzał na Kenseia i Kimiko, a potem na Shoheia i Ayase. − Myślę, że możesz usiąść, Kensei, jeszcze będziesz musiał się postarać, zanim dostaniesz awans. A teraz jedz − polecił.

Kensei w pierwszej chwili się cały rozpromienił, ale zaraz nieco zawstydzony się opanował.

− A co ty, moja matka, że pilnujesz, czy zjadłem? − zapytał teatralnie naburmuszony.

− Matka może nie − Shuuhei zawahał się tylko na sekundę − ale ojciec już tak. − Uśmiechnął się trochę niezręcznie, ewidentnie nie czuł się jeszcze z tą rolą do końca dobrze. − I jak właśnie ustaliliśmy, twój dowódca i jako taki mam obowiązek dbać o twoje zdrowie i wartość bojową − dodał od razu służbistym tonem.

Pomimo tego, że Kensei próbował ukryć twarz za miską z jedzeniem, nie dało się nie zauważyć szczerego wzruszenia w oczach.

Kimiko, patrząc na to wszystko, przypomniała sobie słowa Miho i musiała przyznać im rację.

− "Dopiero ta nam sieć bliska, którą sami sobie upleciemy" − szepnęła z lekkim uśmiechem.