Rozdział pierwszy (cz. 2)
NOC PEŁNI

30 czerwca 1996 roku, późne popołudnie.

***
– Remus?! Remus! O, Boże... Żyjesz?!
Histeryczny kobiecy krzyk przedarł się do świadomości Lupina. Z trudem otworzył oczy. Czuł, że krew płynie mu po prawym boku, od pachy w dół, do biodra i jednocześnie straszny ból rozrywał jego prawą rękę. Uświadomił sobie, że leży twarzą do ziemi. Odwrócił z trudem głowę, w nos załaskotało go źdźbło trawy.
„Co to było?" – pomyślał. – „Coś mnie uderzyło..."
– Nie ruszaj się! – kobieta przyklękła przy nim i dotknęła go, delikatnie przesuwając palcami po plecach.
– W porządku – westchnęła z ulgą. – Wydaje mi się, że kręgosłup nie jest naruszony. Chris! – zawołała – Pomóż mi!
W polu widzenia Lupina pojawiła się para męskich butów i granatowe nogawki spodni.
– A może to jest ten wampir? – odezwał się gburowaty męski głos.
– Przestań! – kobieta wyraźnie okropnie się zirytowała. – Nie widzisz, że zupełnie nie przypomina tej mordy z listu gończego? Poza tym, to mój dobry znajomy, chyba szedł właśnie do mnie... A jak już koniecznie chcesz wiedzieć, to nie wampir, tylko wilkołak! Dzisiaj pełnia...
– Twoje żarty są doprawdy zabójcze! Ciężkie jak ołów! – mężczyzna odciął się zjadliwie. – Lepiej zadzwonię po pogotowie!
– Nie trzeba. Zdążę zawieźć go do szpitala zanim tu przyjadą. Przecież to bardzo blisko. Ja go teraz opatrzę, a ty w międzyczasie wytrzyj czymś opony mego samochodu z tego oleju, na którym się poślizgnęłam. Potem pomożesz mi ułożyć go na siedzeniu.
Remus poczuł, jak miękkie, ciepłe dłonie zrywają z niego koszulę. Trzask dartej materii uderzył go w uszy. Usłyszał jeszcze, jak kobieta stanowczym głosem zażądała aby ten mężczyzna – Chris, podał jej pled. Spać... Jak bardzo chce mu się spać... Głos... Ten melodyjny kobiecy głos wydał się Lupinowi znajomy, choć prawie zapomniany. Nie mógł jednak skojarzyć twarzy ani imienia...

***
Poczuł na twarzy ciepły powiew... Chyba na moment stracił przytomność. Na moment?! Lupin otworzył oczy. Ogarnęła go panika. Nie mógł się ruszyć, coś go trzymało, a nad głową miał niebo, z którego urągliwie świecił na niego Księżyc w pełni! Szarpnął się, ale nic to nie dało, był mocno spętany. Jęknął zdesperowany. W jego polu widzenia pojawiła się kobieca twarz. Znana mu, ale wciąż bezimienna.
– Remus, uspokój się! Zaplątałeś się w koc. Zaraz ci pomogę wstać, tylko przestań się rzucać!
Coś pstryknęło i Księżyc zniknął. Zastąpiło go sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej.
Zorientował się, że leży na podłodze, na jakimś bardzo wygodnym materacu. Kobieta uklękła przy nim.
– Spróbuj przekręcić się na lewy bok... Dobrze! Zegnij lewą nogę w kolanie... Lewą rękę podłóż pod głowę... Teraz oprzyj się na łokciu i powoli usiądź – komenderowała. – Świetnie! – pochwaliła go, gdy udało mu się zablokować ciało w pozycji siedzącej. Zauważył, że ma na sobie tylko slipki, a prawa ręka i tors są owinięte bandażami.
– Co teraz? – mruknął, patrząc na nią niepewnie.
– Oprzyj się na mnie i wstań. Dasz radę!
Miała rację. Dał radę, choć wszystko go bolało. Łazienka była tuż obok pomieszczenia, w którym spędził noc, więc z pomocą gospodyni jakoś do niej dobrnął. Na szczęście z obsługą niemagicznych urządzeń sanitarnych nie miał problemów. Często był zmuszony wynajmować mugolskie mieszkania i posiadał niezbędną wiedzę w tym temacie. Kobieta zdjęła mu bandaże, po czym wspólnie obejrzeli „piękną" kolekcję sińców, pokrywających prawą rękę i prawy bok Remusa. Na ramieniu Lupina ujrzeli krwawą szramę, otoczoną fioletową plamą. Gospodyni pokiwała głową z wymownym wyrazem twarzy. Zanim wyszła z łazienki, podała Remusowi komplet kolorowych ręczników. Na każdym z nich był stylizowany smok. Z czymś mu się te smoki kojarzyły, ale silny ból głowy nie pozwalał teraz mężczyźnie jasno myśleć. Zimny prysznic pomógł Lupinowi opanować zawroty głowy i odzyskać odrobinę równowagi psychicznej. Dopiero teraz uważnie obejrzał pomieszczenie. Najwłaściwszym dla niego określeniem było – pokój rekreacyjny. Prysznic, olbrzymia wanna, sofa zarzucona poduszkami, fotele, przyrządy do ćwiczeń siłowych i jakaś dziwna drewniana kabina. Urządzenia sanitarne były osłonięte szklaną ścianką. Niemal wszędzie znajdowały się lustra i mnóstwo świeżej zieleni. Tylko usytuowane wysoko, tuż pod sufitem okno, przez które widać było kawałek trawnika, sugerowało jednoznacznie, że jest to piwnica. Usłyszał pukanie.
– Mogę wejść? Przyniosłam ci ubranie.
– Proszę!
Gospodyni z impetem wkroczyła do łazienki. Remus z wdzięcznością sięgnął po swoje rzeczy. Wszystko było czyste, wyprasowane i pachniało świeżością, a buty wypucowano na błysk.
– Zanim się ubierzesz założę ci świeże bandaże – powiedziała stanowczo kobieta i sięgnęła do szafki.
Lupin z rezygnacją odłożył trzymaną już w ręku koszulę. Na szczęście gospodyni umiała zakładać opatrunki, więc szybko się z tym uwinęła, nie sprawiając mu prawie wcale bólu. Poczuł się trochę lepiej. Kobieta pomogła mu się również ubrać, gdyż z trudem poruszał prawą ręką.
Wrócili do pomieszczenia, w którym spał; było wielkie i prawie puste. Nieliczne sprzęty stały pod ścianami.
– To pokój rekreacyjny, sala do tańca i ćwiczeń gimnastycznych – wyjaśniła mu, widząc że się rozgląda.
– Aha... – mruknął.
– Wejdziesz sam po schodach? – spytała z troską. – Przygotowałam śniadanie gdy byłeś w łazience, jadalnia jest piętro wyżej, na parterze, ale jeśli nie dasz rady, przyniosę jedzenie tutaj.
– Spróbuję! – oznajmił dziarsko.
Jakoś się udało. Remus brnął po stopniach, kurczowo trzymając się poręczy i klął w duchu swoją słabość. Znów kręciło mu się w głowie, ale nie upadł. Z ulgą jednak przyjął pomocną dłoń kobiety.
– Nie gniewaj się – westchnął, gdy wreszcie znaleźli się w jadalni. – Nie mogę sobie przypomnieć, skąd cię znam...
Zachichotała wdzięcznie, mrużąc figlarnie oczy.
– O tym porozmawiamy za chwilę, dobrze? Zaparzę kawę.
Lupin skinął głową i usiadł w wygodnym krześle z wysokim oparciem. Obserwował gospodynię krzątającą się po kuchni połączonej z jadalnią i dyskretnie rozglądał się po otoczeniu. Spory pokój umeblowano solidnymi i eleganckimi meblami. Duże okno przez które widział ogród, połączone było z przeszklonymi drzwiami prowadzącymi na taras, wyłożony kamiennymi płytami. Na ścianie wisiały dwa obrazy – jeden przedstawiający słynny londyński most Tower, tonący we mgle unoszącej się nad Tamizą, a drugi – lawendowe pola Prowansji. Lawendowe pola...
Mocny zapach kawy uderzył go w nozdrza. Gospodyni postawiła na stole dzbanek z aromatycznym napojem i uchyliła nieco okno.
– Widzę, że wciąż mnie nie poznajesz? – jej pytanie zawisło w powietrzu. Remus uważnie przyglądał się pięknej kobiecie, siedzącej naprzeciwko niego przy suto zastawionym stole. Wolno pokręcił głową.
– Znam cię... I pamiętam twój głos. Ale nie przypominam sobie, gdzie i kiedy...
– No, tak – przerwała mu – Właściwie to nic w tym dziwnego. Kiedy się poznaliśmy, ty byłeś już prawie mężczyzną, miałeś siedemnaście lat i od niedawna się goliłeś. Od tego czasu przybyło ci trochę zmarszczek i siwych włosów, ale poza tym – niewiele się zmieniłeś. A ja byłam dzieckiem. Rozumiem. Trudno rozpoznać w dorosłej kobiecie, mężatce z dwojgiem prawie dorosłych dzieci, tamtą trzynastoletnią smarkulę, z którą bawiłeś się piłką na plaży! A mój głos... Mam teraz prawie taki sam głos, jak moja matka!
– Riwiera... – szepnął Lupin, sięgając pamięcią kilkanaście lat wstecz.

– Ruszaj się, Wilczku! Świetnie!
– Dopadnę cię, Stokrotko!
– Ouu! Szybki jesteś! Ale nie tak, jak ja!
– Mam cię!
– Fajny jesteś! Lubię cię!
– Ja też cię lubię!
– Łap!
– A teraz ty! Goń mnie!
– To nie fair! Masz dłuższe nogi!
– Ale szybciej się męczę!
– Oddaj piłkę!
– No, to mnie złap!
– A mam cię! Aha!!
............
Mała Margherita. Stokrotka... Spędzał z rodzicami lato na Riwierze. Chyba ostatnie takie szczęśliwe lato. Wynajęli na dwa miesiące wakacji mały domek z obszerną piwnicą. Ojciec sprawdził dokładnie czy drzwi są mocne, i czy kraty w piwnicznych oknach solidnie osadzono. W czasie tych wakacji Księżyc dwukrotnie był w pełni. Pierwszy raz – czwartego dnia po ich przyjeździe do Francji. Następnego ranka po przemianie leżał wyczerpany na tarasie. Swymi wyostrzonymi, wilkołaczymi zmysłami łowił mocny, otumaniający zapach lawendy, napływający z wszechobecnych w tej części Francji, lawendowych pól. Nagle usłyszał czyjeś lekkie kroki i owionął go aromat świeżego ciasta. Był tak intensywny, że aż kichnął. Otworzył oczy. Ujrzał dziwne „zjawisko" i zastanowił się, czy nie śni. Przed nim stała dziewczynka w złocistej, jedwabnej sukience. Na jasnych włosach miała wianek z polnych kwiatów, w którym najwięcej było stokrotek. Trzymała w dłoniach srebrną tacę – na niej pysznił się talerz wypełniony ciastkami, któremu towarzyszyły: czajniczek, porcelanowe chińskie filiżanki, malowane w smoki i takaż cukiernica. Ślinka sama napłynęła mu do ust. Dziecko zachichotało radośnie.
– Wstawaj! – powiedziała to po angielsku, choć z wyraźnym francuskim akcentem.
Jego matka, zwabiona śmiechem wyszła na taras i ujrzała dwoje rozbawionych nastolatków, opychających się świeżymi ciastkami i popijających aromatyczną, jaśminową herbatę. Pani Lupin nie musiała zadawać żadnych pytań. Mała Francuzka paplała radośnie, wyrzucając z siebie słowa szybciej, niż najlepszy auror byłby w stanie miotać zaklęcia. Mieszała trochę język angielski z francuskim, ale dawało się ją zrozumieć bez problemu. Bez żadnych starań ze swojej strony Melissa Lupin dowiedziała się, że mademoiselle Margherita de Chevalier mieszka w sąsiednim domu – tu mała, wypielęgnowana dłoń wskazała piękną willę, ledwie widoczną zza drzew; tylko z mamusią, która jest właścicielką wytwórni kosmetyków i sieci bardzo wytwornych salonów piękności. To, że salony są bardzo wytworne, zostało podkreślone z dużym naciskiem. Dziewczynka poinformowała ich także, że ma dorosłego brata, który mieszka za granicą. Oprócz willi na Riwierze rodzina ma duży dom w Paryżu i mieszkanie w Oslo, gdyż mamusia jest współwłaścicielką fabryki szamponów i proszków do prania w Norwegii, więc posiadanie tam mieszkania jest bardzo wygodne. A tak w ogóle, to zaraz zrobi Remusowi manicure, bo to wstyd, żeby taki przystojny i elegancki, młody mężczyzna miał aż tak strasznie połamane i poobgryzane paznokcie! Swoją „groźbę" zrealizowała zresztą natychmiast, a kompletnie ogłupiony Remus nie zdołał nawet zaprotestować. Zajmując się dłońmi chłopaka, Margherita zdążyła opowiedzieć o swoim ukochanym kotku i małym koniku, na którym jeździła – niedaleko Paryża była stadnina koni, należąca do przyjaciółki Nicole de Chevalier, czyli matki Margherity. Dziewczynka opowiedziała o swoich koleżankach w szkole, a także, jak strasznie się ucieszyła ujrzawszy Remusa, bo tu bardzo brakuje jej towarzystwa. Zanim odeszła, wręczyła Melissie zaproszenie od swojej matki dla całej trójki Lupinów na kolację. Napisane było ręcznie na czerpanym papierze i znajdowało się w równie wytwornej kopercie, pachnącej Chanel N°5. Jego matka używała tych samych perfum.
Remus uśmiechnął się do swoich wspomnień.
Kolacja u madame Nicole de Chevalier okazała się niezwykle sympatycznym spotkaniem, głównie dzięki talentom konwersacyjnym pani Lupin. Ku zdumieniu i uldze jego ojca, byli jedynymi zaproszonymi gośćmi. Wbrew obawom pana Lupina nie było tłumu lokajów, a w holu przywitała ich sama gospodyni...
Jedli w oranżerii, oświetlonej chińskimi lampionami ozdobionymi motywami smoków, a na stole nakrytym białą, jedwabną serwetą, paliły się świece, osadzone w świeczniku mającym kształt rogogona węgierskiego.
Oranżeria była niezwykła. Rosły tu egzotyczne rośliny; nad głowami ucztujących zwieszały się kwitnące storczyki o niesamowitych barwach, oraz przepiękne liście nieznanych Remusowi roślin. Obrazu dopełniały dwie kaskady wodne, akwarium z pięknymi rybkami i ustawiona na honorowym miejscu, wspaniale wyeksponowana, kolekcja miniaturowych drzewek. Gospodyni z dumą wyjaśniła, że są to japońskie bonsai, które otrzymała w prezencie.
Rozmowa toczyła się wartko, głównie między paniami, które z miejsca gorąco się polubiły. Mała mademoiselle zabawiała obu panów, a jej paplanina przyprawiała Remusa o zawroty głowy. Rozbawiony pan Lupin wtrącał od czasu do czasu jakieś pytanie, na które natychmiast otrzymywał odpowiedź, choć nie zawsze na temat, bo mała Margherita nie wszystko rozumiała. Ale własne błędy tylko pobudzały ją do śmiechu.
Na kawę, ciastka i francuski deser – który okazał się typowo francuski i składał się z kilkunastu rodzajów serów i czerwonego wina – przenieśli się do ogrodu. Usiedli przy stole z kamiennym blatem, ozdobionym barwną mozaiką, przedstawiającą chińskiego smoka. Drugi chiński smok owijał się wokół ceramicznej misy, z której mały wodospad przelewał się do niewielkiego stawku. Przez to oczko wodne przepływał strumień, a nad nim przerzucono kładkę. Obok wejścia na ten mały mostek szczerzył zęby norweski kolczasty. Wytrzeszczał na nich szklane oczy, a jego emaliowane łuski błyszczały w świetle ogrodowych latarni. Dom madame de Chevalier był zaskakująco „zasmoczony". Mnóstwo wizerunków tych gadów wisiało na ścianach, siedzieli na poduszkach haftowanych w smoki i jedli na „smoczych" talerzach. Trudno było tego nie zauważyć. Zaintrygowany Remus w końcu o to zapytał, zanim zdążył się zastanowić, że może to być odebrane jako nietakt z jego strony. Ale nikt się na niego nie obraził, a odpowiedź okazała się bardzo prosta – madame w dzieciństwie uwielbiała baśnie i legendy o smokach, i już wtedy zaczęła zbierać ich wizerunki. Miała sporą kolekcję i chętnie pokazywała gościom co ciekawsze eksponaty...
Remus westchnął głęboko wracając do rzeczywistości. Przed nim na stole stał talerz ozdobiony chińskim ogniomiotem, a trzonki noży i widelców miały kształty walijskich zielonych.
– Widzę, że zainteresowanie smokami jest dziedziczne – zażartował.
Margherita nie uśmiechnęła się.
– Owszem – powiedziała z naciskiem. – Smokowatość jest w mojej rodzinie dziedziczna. W linii żeńskiej.
– Co masz na myśli? Smokowatość jest dziedziczna?
– Zainteresowanie smokami. Ja też lubię smoki i zbieram ich podobizny.
– To pewnie matka podarowała ci niektóre swoje eksponaty, żebyś miała od czego zacząć kompletować własne zbiory – Remus powiedział to z uśmiechem, wciąż z sympatią wspominając Nicole.
– Oddała mi wszystko. Moja matka nie żyje, Remusie.
Madame Nicole nie żyje? Lupin poczuł się, jakby dostał pięścią w twarz.
– Strasznie mi przykro... – szepnął.
– Zamordowano ją. Kilka lat temu – powiedziała Margherita.
– To okropne – spojrzał na nią smutno.
– Tak. To było potworne. Nie pytaj o nic więcej! Proszę...
– Nie będę.
– A... Twoi rodzice? Co z nimi?
– Żyją. Niestety, rzadko ich widuję – Remus zawahał się.
Co może powiedzieć Marghericie? Jego rodzice mieszkali wśród mugoli, dobrze ukryci. Tęsknił za nimi, ale nie mógł odwiedzać ich zbyt często, jego obecność ściągnęłaby na nich niebezpieczeństwo, to było aż nazbyt pewne.
– Pozdrów ich ode mnie przy najbliższej okazji.
– Zrobię to – obiecał.
Przez chwilę milczeli, oboje pogrążeni w niewesołych myślach. Nagle Lupin przypomniał sobie coś i zesztywniał z przerażenia. Minionej nocy była przecież pełnia!
Kobieta zauważyła jego przestrach.
– Coś ci się...
– Powiedz mi – przerwał jej gwałtownie. – Co się ze mną działo dziś w nocy? I wcześniej? Wieczorem?
– Właśnie chciałam ci opowiedzieć – odpowiedziała spokojnie.
Remus zacisnął dłonie usiłując ukryć ich drżenie.
– Nie mam eliksiru tojadowego, ani niestety, nie potrafię go uwarzyć. Zresztą, byłeś nieprzytomny, więc i tak nie mogłabym ci go podać. Ale w tym domu jest przecież porządna piwnica. Widziałeś. Zapewniłam ci bezpieczeństwo podczas przemiany. Naprawdę!
Lupinowi zrobiło się słabo z ulgi.
– Ty... Wiedziałaś... – wykrztusił zdumiony.
– Oczywiście. Moja mama zauważyła od razu. Dlatego posłała mnie wtedy do ciebie z ciastkami i zaproszeniem na kolację. Niestety, nie mogę ci wyjaśnić, dlaczego żyłyśmy wśród mugoli... Gdy wynajęliście ten domek obok nas, mama strasznie się ucieszyła, że choć w czasie wakacji będę miała towarzystwo młodego czarodzieja... Chociaż nie jestem pewna, czy zdecydowałaby się na to, gdyby oboje twoi rodzice byli czarodziejami. Myślę, że na jej decyzji zaważył fakt, że twoja matka jest mugolką... Od razu cię polubiłam i naprawdę bardzo współczułam. Maman dokładnie wyjaśniła mi, czym jest likantropia i jak bardzo cierpisz. No i musiałam obiecać, że nie będę z tobą rozmawiać o twojej chorobie.
– A ja myślałem, że jesteś mugolką!
– Wiem. Miałam już wtedy ogromną wprawę w udawaniu. Musiałam udawać że nie jestem czarownicą, proszę, nie pytaj, dlaczego... Ale mama miała nadzieję, że może będziemy mogły się przed wami ujawnić, że należymy do tego samego świata co wy. Dlatego coś niecoś twemu ojcu zasugerowała... Szkoda, że nasze kontakty się urwały. Nie było w tym winy nikogo z nas. Zdziwisz się pewnie, ale... trochę przez przypadek, śledziłam twoje losy. Tak się złożyło, że co pewien czas otrzymywałam o tobie jakieś informacje. Zawsze żałowałam, że... – Margherita urwała i spochmurniała.
– Że nie spotkaliśmy się później? – spytał łagodnie.
– Spotkaliśmy się. Parę razy, przelotnie... Ja cię poznałam, ale ty mnie nie. Niestety, nie mieliśmy żadnej szansy, by zamienić choć słowo. Szkoda.
– Szkoda... Trudno, to już minęło. Nie cofniemy czasu. Ale powiedz mi, co się stało wczoraj wieczorem? Co to było, u licha? Co to za facet? Dlaczego posądzał mnie, że jestem wampirem? Czy ty potrąciłaś mnie samochodem?
– Trochę za dużo pytań na raz – Margherita uśmiechnęła się. – Odpowiem po kolei, od ostatniego do pierwszego, jeśli tylko o jakimś po drodze nie zapomnę, dobrze?
– Dobrze – Lupin też się uśmiechnął.
– Faktycznie, potrąciłam cię samochodem. Jakieś auto zgubiło olej, a ten, który je prowadził albo tego nie zauważył, albo po prostu nie chciało się leniuchowi sprzątnąć. Nie pomyślał, że to może spowodować wypadek. Niestety, tak się stało. Wjechałam w tę plamę oleju, bo za późno ją zauważyłam i wpadłam w poślizg. Ty nie miałeś szansy na ucieczkę, bo byłeś odwrócony do mnie tyłem. Wpadłam na chodnik i uderzyłam cię lewym błotnikiem. Szczęście w nieszczęściu, że jechałam bardzo wolno, więc nie oberwałeś zbyt mocno, ale wystarczająco, żebyś szybko stracił przytomność. Wyglądało to dość groźnie. Mocno krwawiłeś.
– Aha, rozumiem... – mruknął Remus.
– Odpowiedź na kolejne pytanie – ten facet to mój sąsiad. Jest policjantem. A „wampir", o którym mówił, to nie prawdziwy wampir, tylko seryjny gwałciciel. Tak określają w żargonie policyjnym tego typu przestępców. Grasuje tu od trzech miesięcy. Gliny szału dostają. Nie mogą go złapać, choć mają jego dokładny rysopis. Zapewniam cię, że absolutnie nie przypominasz tego przestępcy. Listy gończe wiszą chyba na każdym słupie, ale jak na razie bez rezultatu...
– Kto mówi, że bez rezultatu?! – zagrzmiał od strony okna męski głos. – Właśnie go złapaliśmy!
– Chris! – ucieszyła się Margherita. – Wejdź! Napijesz się kawy? Opowiadaj!
– Za kawę dziękuję – powiedział mężczyzna, wchodząc do pokoju przez taras.
– Poznajcie się – gospodyni przypomniała sobie o formach towarzyskich. – Pan John Moon – wskazała na Remusa, – a to mój sąsiad, pan Christopher Sheen. Mów! – zażądała, patrząc na policjanta wyraźnie podekscytowanym wzrokiem. – No! – ponagliła.
Mężczyzna się roześmiał i usiadł na krześle naprzeciwko Remusa. Sprawiał wrażenie zmęczonego, jego mundur był mocno wymięty, ale biło od niego zadowolenie i ulga.
– Tak naprawdę, to wpadłem spytać, jak się pan czuje, ale widzę, że chyba nieźle – powiedział, przekornie mrugając do Margherity. – Byłem wcześniej w szpitalu – dodał wyjaśniająco. – Tam powiedzieli mi, że pana obrażenia nie były wcale poważne, więc tylko założyli panu opatrunki i zgodzili się, żebyś zabrała ofiarę wypadku do domu – odwrócił się do gospodyni.
– Czuję się całkiem dobrze, dziękuję – Lupin skinął głową.
– To znakomicie! A tego łajdaka złapaliśmy właściwie dzięki panu!
– Jak to? – zdumiał się Remus. Margherita pochyliła się do przodu, opierając łokcie na stole. Wyglądała, jak uosobienie ciekawości.
– Podczas ostatniego napadu, wczoraj po południu, bandyta uszkodził sobie miskę olejową. To z jego samochodu wyciekł olej, na którym się poślizgnęłaś, Margherito. Coś mnie tknęło, i jak zabrałaś pana Moona do szpitala, wziąłem próbkę tego oleju i zawiozłem do laboratorium. Reszta była już prosta. Ekspertyzę przeprowadzono błyskawicznie, dziś w nocy zrobiliśmy zasadzkę i złapaliśmy drania! – zakończył tryumfalnie.
– Nareszcie! No, popatrz, John, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Wszystkie kobiety z dzielnicy bały się wychodzić z domów, teraz odetchniemy. Duże brawa dla policji, ale przede wszystkim, dla ciebie, Chris! – szczerze mu pogratulowała.
Usatysfakcjonowany pochwałami Sheen dał się namówić na kawę i śniadanie. Zanim zjedli, opowiedział im dokładnie o zasadzce i przebiegu całej akcji. Trzeba przyznać, że znalazł w nich wdzięcznych słuchaczy. Chłonęli jego słowa z ogromnym zainteresowaniem, co mu ogromnie pochlebiło, więc dowiedzieli się wszystkiego ze szczegółami.
– A najbardziej zaszkodził łajdakowi księżyc w pełni! Noc była przez to bardzo jasna. Nagraliśmy film video i facet nie będzie mógł się wyprzeć! Alice... No, pan jej nie zna, ale Margherita tak, odegrała rolę ofiary. Dał się nabrać...
– Alice jest policjantką – wtrąciła Margherita. – Wygląda jak niewinny aniołek, ale znakomicie opanowała sztuki walki i świetnie włada bronią. Bardzo ją podziwiam!
– Rzucił się na nią, a ona go – cap! Za chwilę my wkroczyliśmy do akcji i zanim się obejrzał, już miał na rękach kajdanki i siedział w naszym samochodzie!
– Poczekaj, Chris, jedno jest dla mnie niejasne. W czym wam pomogły te próbki oleju? – spytała Margherita.
– Analiza porównawcza – policjant pobłażliwie się uśmiechnął. – Od trzech miesięcy sprawdzamy wszystkie możliwe samochody. Tak naprawdę, namierzyliśmy faceta już dawno, ale niestety, nie było dowodów. Portret pamięciowy nigdy nie jest dokładny, do rysopisu pasowało najpierw kilkudziesięciu mężczyzn, potem kilkunastu, a w końcu krąg podejrzanych zawęził się do kilku osób. Dzięki temu, że zabrałem próbkę oleju, wiedzieliśmy już na pewno, że to ten, a nie inny samochód. A ponieważ wiedzieliśmy też do kogo należy, dlatego nam się udało. W takich sprawach często trzeba sprawdzić tysiące osób, zanim wyłowi się tą jedną, winną. A bywa, że się jej nie znajdzie... No cóż, nie tym razem!
– I bardzo dobrze! – z satysfakcją oznajmiła gospodyni.
– Mam jeszcze małe pytanie... – powiedział Chris lekkim tonem. – Taka zawodowa ciekawość... Pan ma na imię John, a ty wczoraj powiedziałaś „Remus", dlaczego?
Lupin się roześmiał, próbując tym pokryć zmieszanie.
– Och... Widzi pan, urodziłem się w Rzymie i tak mnie nazwały pielęgniarki w szpitalu. Nie wiem, dlaczego. Nie mam brata bliźniaka, jestem jedynakiem. Wie pan, Remus i Romulus...
– Wiem, bracia wykarmieni przez wilczycę! A Romulus zabił Remusa i założył Rzym... To stąd się wziął twój niemądry dowcip – spojrzał z wyrzutem na Margheritę. – Widzi pan, Margherita nazwała pana wczoraj wilkołakiem!
– Chyba słyszałem... Ale nie bardzo kojarzyłem... – Remus łypnął na kobietę spode łba
– Masz rację, Chris, to był głupawy żart, ale byłam naprawdę zdenerwowana! – westchnęła z udawaną skruchą.
– Moim rodzicom to imię się tak spodobało, że wszyscy nazywają mnie Remus – dodał Lupin.
– Ja musiałam sobie przypomnieć, że Remi naprawdę ma na imię John – wtrąciła Margherita.
– Sam czasem nie pamiętam, jak mam na imię – roześmiał się Remus – Jestem dla pana pełen podziwu, że pan to zauważył.
– W moim zawodzie trzeba zwracać uwagę na szczegóły. Nawet te pozornie nieistotne mogą okazać się szalenie ważne! Życzę powodzenia i cieszę się, że pana poznałem.
– Do widzenia! – Remus uścisnął wielką dłoń Chrisa. „Ten człowiek może być niebezpieczny" pomyślał.
Kiedy zadowolony Chris wyszedł, Remus parsknął śmiechem.
– John Moon! Ale wymyśliłaś!
– Źle?
– Wręcz przeciwnie. Wspaniale!
– No, to dobrze. Chris nam przeszkodził, ale dowiedzieliśmy się od niego dużo ważnych rzeczy i na swoje następne pytanie masz już odpowiedź. Teraz – co ci się stało. Ucierpiałeś w wypadku – miałeś ranę na prawym ramieniu, stłuczoną rękę i pęknięte dwa żebra. Na szczęście żadnych obrażeń wewnętrznych, ani wstrząsu mózgu. Bałam się, że jest gorzej, ale w szpitalu okazało się, że w sumie nic groźnego. Zeszyli ci ranę na ramieniu i założyli opatrunki. Lekarze chcieli cię zatrzymać na obserwacji, ale oczywiście nie mogłam się na to zgodzić. Przywiozłam cię tutaj i przelewitowałam do piwnicy. Zamknęłam drzwi i na wszelki wypadek obserwowałam twoją przemianę. Na szczęście dzisiaj Księżyc pojawił się na niebie dopiero o czwartej nad ranem, a jego wpływ minął gdy wzeszło Słońce, więc przemiana trwała bardzo krótko. Jak tylko wróciłeś do ludzkiej postaci, sprawdziłam w jakim jesteś stanie. No cóż... Wilkołactwo ma swoje plusy, bo twoje rany są już prawie zagojone. Zdjęłam ci szwy i założyłam nowe opatrunki. Jeśli chcesz, możesz u mnie zostać kilka dni...
– Chciałbym, ale niestety nie mogę.
– Rozumiem i nie nalegam. Ale zanim cię odwiozę do domu, muszę ci coś powiedzieć. I coś ci dać. To bardzo ważne!
– Słucham.
– Po pierwsze: przypomnij sobie zaklęcia, których cię uczyłam tamtego lata. Mam przeczucie, że niedługo mogą ci się bardzo przydać.
– Zaklęcia?! To jednak były naprawdę zaklęcia?!
– Tak. Tu masz je spisane – podała mu zwój pergaminu. – Powtórz je i naucz się na pamięć. Przy każdym podałam wskazówki odnośnie wymowy i ruchów różdżką. Przypomnij sobie wierzbę, którą zabiła sól!
Wierzba, którą zabiła sól... Przed oczami Remusa pojawiły się obrazy z przeszłości. Martwe drzewo na wydmach. Margherita w jedwabnej sukience w kwiaty. Drobne dłonie łamią gałązki wierzby. Dziewczynka podaje mu patyk oczyszczony z kory...
– To będzie różdżka! Powtarzaj moje ruchy!
– Co to jest, Stokrotko?
– Smocze zaklęcia! Jak cię napadnie smok, to będziesz mógł go nimi odpędzić, a nawet zabić!
– To nie „smocze", raczej „antysmocze"!
– O... Masz rację!

Zastanawiał się wtedy, co to wszystko znaczy. Czyżby Nicole i jej córka były czarownicami? Te smoki w domu, zabawy niby–różdżką... Ale dlaczego się przed nimi nie ujawniły? Coś w tym było dziwnego! Cierpliwie powtarzał bezsensowne frazy i machał wierzbowym patykiem. Margherita była bardzo zadowolona i twierdziła, że teraz już żaden smok mu nie zagrozi... Wieczorem powiedział ojcu o swoich podejrzeniach. Okazało się, że pan Lupin miał podobne. Co ciekawe – matka również. Długa, nocna rozmowa Lupinów zaowocowała decyzją, że Melissa spróbuje delikatnie wybadać sytuację. Pani Lupin miała wybitne talenty dyplomatyczne, no i nie była czarownicą, więc madame de Chevalier – jeśli nie jest czarownicą, nie powinna niczego podejrzewać. A jeśli jest – to pewnie się przyzna...
Niestety, rozmowa Melissy z Nicole ani nie rozwiała wątpliwości, ani ich nie potwierdziła. Madame Nicole strasznie się śmiała, gdy pani Lupin opowiedziała jej o „czarowaniu", jakie uprawia jej córeczka. Wyjaśniła Melissie, że przez parę lat mieszkał niedaleko nich stary, bardzo bogaty dziwak. Marghericie żal było samotnego staruszka i często go odwiedzała. Zaprzyjaźniła się z nim i godzinami mogła słuchać zwariowanych opowieści starego mężczyzny. Twierdził, że jest czarodziejem i uczył małą „zaklęć". Kazał Marghericie zrobić sobie „różdżkę" z wierzby i bardzo był zmartwiony, że, jak mówił: „Nie tryskają iskry". Madame Nicole pozwalała na te spotkania, bo starzec nie wydawał się groźny. Sama go także darzyła sympatią. Nigdy nikogo nie skrzywdził, a jego gospodyni twierdziła, że jest hojny i miły. Polubił je obie i to on podarował Nicole wiele wizerunków smoków i te drzewka bonsai. Zmarł kilka miesięcy temu i cały swój majątek – dość spory – zapisał Marghericie, bo – jak się okazało, nie miał żadnej rodziny. Szczególnie podkreślał wartość ksiąg. Rzeczywiście, miał spory księgozbiór. Były tam bardzo ciekawe rzeczy, niektóre bardzo stare... Margherita dostanie wszystko, jak skończy osiemnaście lat, a księgi trzeba będzie dać do oceny jakiemuś znawcy, bo niektóre są bardzo dziwne. Ale jej córka od dwóch lat interesuje się historią i zabytkami, więc na pewno zrobi dobry użytek z tego niespodziewanego daru. A „zaklęcia"? Chyba to nic nie szkodzi? Dzieci lubią ubarwiać rzeczywistość i wierzą w czary. Niestety, niektórzy dorośli także... Potem rozmowa zeszła na inne tematy. Madame Nicole z dumą podkreślała, że jej córka ma dobre serce i jest bardzo wyczulona na cudzą krzywdę. Niedawno pobiła starszego i silniejszego od niej chłopca za to, że kopał psa. No i jest bardzo zdolna, doskonale się uczy! Oczywiście pani Lupin nie omieszkała w tym momencie pochwalić Remusa i – jak to matki i kobiety – przez długie godziny rozmawiały o dzieciach, przepisach kulinarnych, modzie... „Czarowanie" zostało zakwalifikowane jako nieszkodliwe figle.
Pan Lupin nie znalazł więc żadnego punktu zaczepienia do dalszych rozważań. Czy madame Nicole rzeczywiście była mugolką? No i... czy warto było tego dociekać? Pewnie nie, choć mimo wszystko wątpliwości pozostały. Może ten stary czarodziej rzeczywiście odnalazł jakiś potencjał w Marghericie? Jeśli jest czarodziejką, to pewnie jej zdolności się ujawnią, ale jeśli staruszek się pomylił, to nic się nie stanie. A księgi... Madame Nicole z wyraźną przyjemnością pokazała je panu Lupinowi, nawet nie musiał ją o to prosić. Niestety, nie wyglądały na czarodziejskie, raczej na nieudolne, mugolskie kopie grimoirów. Niektóre zawierały kronikarskie zapiski, a większość z nich to były chyba jakieś średniowieczne woluminy, zawierające treści interesujące najprawdopodobniej jedynie dla historyków...
Margherita uważnie przyglądała się milczącemu, pogrążonemu w myślach Remusowi.
– Myślałeś, że to zabawa, prawda? – spytała cicho.
Mężczyzna westchnął.
– Tak. Podejrzewałem, że nie jesteś mugolką, rozmawiałem o tym z rodzicami, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że jednak nie jesteś czarownicą. Udawałaś genialnie!
– Nie dałam ci wtedy TEJ WŁAŚCIWEJ różdżki. Teraz nadrabiam zaniedbanie. Proszę! – na stole zmaterializowało się podłużne pudełko z sandałowego drzewa. Lupina już nie zdziwiły wizerunki smoków wyrzeźbione na ściankach. Uniósł ostrożnie wieczko. W środku pudełko było wyłożone czerwonym aksamitem. Leżąca wewnątrz różdżka wyglądała na pierwszy rzut oka całkiem zwyczajnie. Jednak, gdy po nią sięgnął, poczuł gwałtowne uderzenie mocy. Wierzbowa gałązka niemal sama wskoczyła mu w dłoń. Przez całe jego ciało przepłynęła fala ciepła.
– To z tej wierzby – poinformowała go Margherita z naciskiem. – Rdzeń zawiera włókienko z serca smoczycy i włos z grzywy pewnego szczególnego jednorożca. Specjalnie do tych „antysmoczych" zaklęć. Schowaj ją dobrze, zawsze miej przy sobie i nikomu, nawet Dumbledore'owi, nie pokazuj! No, chyba że będziesz musiał... Ale lepiej nie. Nawet jemu!
Popatrzył na nią uważnie. Ich oczy się spotkały. W jej wzroku było coś, co sprawiło, że przeniknął go dziwny chłód.
– Mówiłaś, że masz przeczucia... Jesteś wieszczką? – spytał z wahaniem.
– Poniekąd tak. Niestety, zawsze przeczuwam jedynie niedobre wydarzenia. Nadchodzą złe czasy, Remus. Bardzo złe.
– Wiem. I nie muszę być wieszczem, żeby to wiedzieć.
– Dzisiejsza noc nie tylko dla ciebie była straszna.
– Co się stało?!
– Dowiesz się, ale nie ode mnie. Nie znam szczegółów. Dumbledore ci powie. I przeczytasz w „Proroku" – nazwę gazety Margherita wypowiedziała okropnie zjadliwym tonem.
– No, cóż... – podjęła po chwili przerwaną rozmowę. – Czy czujesz się na tyle dobrze, by wsiąść do samochodu? Zawiozę cię, gdzie zechcesz.
– To jedźmy na Pokątną.
Remus sięgnął po swoją kurtkę wiszącą na wieszaku przy drzwiach wejściowych i zdębiał.
– Coś ty zrobiła? – zdumienie prawie odebrało mu głos. Kurtka była jak nowa!
– Była rozdarta i zakrwawiona, więc ci ją naprawiłam! Twoją koszulę musiałam niestety wyrzucić, ale w zamian dałam ci taką samą mojego męża, tylko zmieniłam jej kolor na niebieski, pamiętam, że to twój ulubiony. Nie zauważyłeś, że to nie twoja? O co chodzi?
– O nic... Po prostu... jestem zaskoczony! Dziękuję ci. Za wszystko.
– No, dobrze. A! Masz tu jeszcze jego sweter. Niestety, czarny, ale to możesz przecież zmienić. Wiem, że jest trochę na ciebie za duży, ale go sobie dopasujesz. Włóż, bo jest bardzo zimno.
– A... mój?
– Wyrzuciłam. Był do niczego. Kochałeś ten łach? Nigdy nie zrozumiem mężczyzn! Kiedyś moje ślubne szczęście zrobiło mi piekło o starą flanelową koszulę, którą nosił dziesięć lat i z pietyzmem naprawiał. Ja się do niej nawet nie dotykałam! Więcej tam było łat i dziur, niż całych kawałków i rozłaziła się w rękach. Ale jak chciałam ją wyrzucić, to najpierw wydarł mi ją z rąk, a potem wydarł się na mnie! – Margherita wygłosiła tę tyradę z gwałtowną irytacją. Remus wybuchnął śmiechem.
– Kochałem, ale odżałuję – wykrztusił. – Naprawdę!
– Dobra, to jedziemy.
Remus nieco się zdziwił gdy zobaczył samochód Margherity. To był terenowy Citroen z wysokim zawieszeniem i potężnymi zderzakami. Zrozumiał teraz dlaczego uderzyła go w bok i rękę, a nie w biodro. Miał rzeczywiście dużo szczęścia! Gdyby to był samochód osobowy mógłby mieć połamane nogi... No i bardzo wygodnie się w nim siedziało – miał obszerne wnętrze i komfortowe wyposażenie.
– Do tego wozu można wejść nawet w tiarze lub cylindrze na głowie – Margherita zachęciła go gestem by wsiadł. – Mój mąż jest bardzo wysoki i zawsze strasznie narzeka na małe samochody, więc dopiero jak kupiłam ten, to przestał wreszcie marudzić.
Powoli przejechali przez dzielnicę luksusowych willi i wydostali się z plątaniny wąskich dróg osiedlowych. Margherita przez chwilę skupiła całą uwagę na prowadzeniu samochodu. Przebijanie się przez zatłoczone londyńskie ulice nie było prostą sprawą.
– Przepraszam cię za ten slajd na suficie – powiedziała nagle nie odwracając głowy. – Ja lubię latać w czasie pełni...
Slajd? Latanie w czasie pełni? Spojrzał na nią zszokowany.
– Czy ty jesteś... Animagiem? Ptakiem? – spytał cicho.
Margherita odwróciła na chwilę głowę i popatrzyła na niego z ironią. Prychnęła rozbawiona.
– Ech! Czarodzieje! Nie tylko ptaki mają skrzydła. Słyszałeś kiedyś o samolotach? Szybowcach? Lotniach?
Zawstydzony przygryzł wargi. Westchnął ciężko. W tym momencie przypomniał sobie, co to jest „slajd" i „rzutnik". Przecież przez pięć lat uczył się w mugolskiej podstawówce! Na szczęście nie wszystko wywiało mu z głowy... Margherita mogła zmieniać sobie dowolnie dekorację pokoju, posiadając to urządzenie zwane rzutnikiem i kolekcję zdjęć do wyświetlania, czyli właśnie slajdów. Co to jest samolot też nie musiała mu tłumaczyć. Mugole świetnie sobie radzili bez magii!
– Masz własny samolot? – spytał z wahaniem.
– Nie, ale mam licencję pilota i często latam w Aeroklubie Londyńskim. Posiadam za to motolotnię. To cudowne uczucie – oglądanie ziemi z lotu ptaka... – powiedziała rozmarzonym głosem. – Odcinanie się od świata mugoli jest dużym błędem, Remus.
– Też tak uważam! – przytaknął energicznie z najgłębszym przekonaniem.
– Cieszę się, że jesteśmy zgodni w tej kwestii. Ale niewielu naszych tak myśli.
– To głupie!
– Tak... Remus... Jeszcze jedno...
Stali już pod Dziurawym Kotłem.
– Dam ci dobrą radę. Naprawdę dobrą. Wahałam się, czy ci to powiedzieć, ale... wydaje mi się, że jednak powinnam.
– Tak?
– Pogódź się z Severusem Snape'em. Zrób, co tylko możesz, aby dojść z nim do porozumienia. Na przyjaźń jest może za późno, ale nie musicie być wrogami.
– Nie jestem jego wrogiem!
NIE?! Oj, Remus... Nie obraź się za to, co teraz ci powiem... Popełniłeś w szkole ogromny błąd. Zaprzyjaźniłeś się z niewłaściwymi osobami, a odtrąciłeś tego, który jest naprawdę coś wart! A zaczęło się już w pociągu do Hogwartu, gdy po raz pierwszy jechaliście do szkoły. Nie pamiętasz?
Niestety, Remus pamiętał. I poczuł zalewający go wstyd. Przypadek sprawił, że usiedli we czwórkę w jednym przedziale – James, Syriusz, Peter i on... Szybko się dogadali – już wtedy, podczas tego pierwszego spotkania, zaczęła kiełkować między nimi sympatia, która później przerodziła się w przyjaźń. Niestety, szybko znudziło im się siedzenie w przedziale i granie w karty i gargulki. Postanowili przejść się po pociągu. Siedzący samotnie, czytający książkę czarnowłosy chłopak nie wzbudził zainteresowania Remusa, ale James uznał go za świetny obiekt do żartów i rzucił na niczego nie spodziewającego się chłopca zaklęcie zwiotczające mięśnie. Dlaczego, do diabła, on – Remus – wtedy nie zaprotestował? To było pierwsze spotkanie Huncwotów z Severusem. Niby nic złego się nie stało, to był tylko żart, ale... James swoim czynem sprowokował Syriusza, który nie chciał być gorszy i rzucił zaklęcie powodujące drgawki. Nie wiadomo, jak dalej rozwinęłaby się ta „zabawa", gdyby nie przegonił ich przechodzący akurat białowłosy siódmoklasista, Lucjusz Malfoy. Kto to jest, dowiedzieli się oczywiście dopiero później, od Syriusza, którego kuzynka Narcyza przyjaźniła się z Malfoy'em. Lucjusz zdjął zaklęcia z Severusa i usiadł z nim w przedziale, a oni poszli dalej...
Remus wrócił ze wspomnień do teraźniejszości i zdumionym wzrokiem spojrzał na Margheritę.
– Wiesz? Skąd? Od kogo? – spytał cicho.
– Nie wystarczy ci, że wiem?
– Masz rację, wystarczy...
„Nie będę już o nic pytał" – pomyślał. Znów poczuł zawroty głowy... Nie były to tylko skutki wypadku. Wyczuł zawoalowane w słowach Margherity ostrzeżenie przed okazywaniem zbytniej ciekawości. I tak dowiedział się bardzo wiele. A to, czego się dowiedział, dawało mu dużo do myślenia.
– Żegnaj, Remus. Mam przeczucie, że już nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Niezależnie od naszych planów i chęci.
– Mimo wszystko... Do widzenia Margherito. Postaram się... pogodzić z Severusem.
Skinęła mu głową. Zanim wszedł do Dziurawego Kotła, jej samochód zniknął w strumieniu innych pojazdów.