Rozdział 1 (cz.3)
NOC PEŁNI
***
Na jednym z londyńskich przedmieść ludzie, jak co dzień, spieszyli do swych zajęć. Nikt nie zwracał uwagi na stojący na wzniesieniu dom, znacznie oddalony od ulicy, jak wszystkie w tej dzielnicy. Pomimo chłodnego poranka nikt nie zwracał też uwagi na szeroko otwarte okno w pokoju na parterze. Jednak gdyby ktoś mógł przez nie zajrzeć, ujrzałby młodego mężczyznę w okularach, krążącego niespokojnie po pomieszczeniu i wykrzykującego do siebie urywane zdania.
Okularnik nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat. Właściwie można by go określić jako chłopca. Chodził po pokoju i głośno klął. Co chwila przystawał, wyłamując palce z wyraźną rozpaczą.
– Pieprzony Knot! – uderzył się dłonią w czoło. – Zabiłem! Zabiłem człowieka! – wybuchnął.
W swojej wędrówce po pokoju zatrzymał się przed gładką szklaną taflą.
Ależ jestem idiotą. Stoję przed lustrem i nie mogę spojrzeć sobie w oczy. Tak. Jestem idiotą do entej potęgi. Tak powiedziałaby profesor Vector... Z numerologii miałem najwyższe oceny. I OWTM–y zdałem na „W"... No i co? I co z tego, kretynie?! Numerologia! Przewidywanie przyszłości, rzeczywiście! Gdzie się podziała moja, ponoć dziedziczna, intuicja?! No, gdzie?! Jak mogłem tak zgłupieć?! Pieprzony Knot!
– Dobra, dosyć tych rozważań. To i tak nie pomoże – wycedził głośno. – Tkwię w tym przez moją własną głupotę, ambicję i zaślepienie.
No! Powiedział to sobie wreszcie. Sam. Wystarczająco dobitnie, żeby nie musiał tego powtarzać. A teraz powinien wziąć się do roboty.
Jeszcze raz spojrzał na swoje odbicie.
– Piśnij choć słowo, a – rozbiję! – zagroził.
Lustro przemilczało tę uwagę. Okularnik był wściekły i było to widać. Spełniłby swą groźbę. Na pewno.
Chłopak zatoczył się nagle i chwycił za głowę.
– Zabiłem człowieka! Zamordowałem... – szepnął i dodał ze zdziwieniem w głosie. – Jestem mordercą...
Rozejrzał się dokoła z niedowierzaniem, jakby po raz pierwszy oglądał swój pokój, po czym chwiejnym krokiem ruszył do stołu, zawalonego jakimiś pakunkami.
– No, dobra... Mam masę pracy – powiedział do siebie cicho z pozornym spokojem. Pozornym, bo ręce mu się trzęsły. Nie tylko ręce. Dygotał cały.
Odwrócił się. Podszedł do okna i przez kilka minut patrzył w dal. Nie widział ani ulicy, ani sąsiada, który przechodząc pozdrowił go wesoło. Mężczyzna poszedł dalej pogwizdując. Na szczęście nie zauważył że na parapecie otwartego okna wylądowały trzy kruki. Chłopak spojrzał ponuro na czarne ptaki, a później skierował wzrok na zachmurzone niebo.
Znów pewnie pójdę do łóżka po wschodzie Słońca... Eee, tam. Słońce już dawno wzeszło, tyle, że go nie widać.
Zwały chmur znad Atlantyku i Morza Północnego nadal zasłaniały szczelnie horyzont. Tylko w zenicie niebo było względnie czyste. Stanął w oknie i patrzył na pełnię, Księżyc był wciąż doskonale widoczny, pomimo Słońca, teoretycznie obecnego na niebie. Wschód Księżyca nastąpił o czwartej rano. Słońca – około trzeciej. Nie chciało mu się sprawdzać teraz w kalendarzu dokładnej godziny. W rzeczywistości jednak dopiero około wpół do szóstej dzienna gwiazda raczyła objawić się nad Londynem. Nagle pomyślał o Lupinie. Wilkołak... Jak przeżył dzisiejszą noc? Z tego, co pamiętał z lekcji OPCM–u wpływ Słońca niweczył wpływ Księżyca, zatem Lupin nie powinien był się dziś przemienić. Ale teoria była teorią, a życie życiem. Zwarte chmury ciemną plamą zalegały nisko nad horyzontem i ciągle przesłaniały tarczę Słońca. Dopiero około piątej rano zaczęło się rozjaśniać. Wcześniej tylko Księżyc rozpraszał nocny mrok, ale za to robił to bardzo skutecznie. Chyba więc Lupin się dziś przemienił, ale na bardzo krótko...
Czy to ważne, że właśnie teraz o nim pomyślałem? Muszę wreszcie zacząć słuchać podszeptów intuicji. Przecież moją antenatką była druidka – wiedząca.
„Ale to było ponad tysiąc lat temu!" – szepnął przekornie jakiś głos w jego głowie.
Ale wszyscy jej potomkowie w mniejszym lub większym stopniu posiadają te zdolności, a wielu z nich było wieszczami. Nie tak, jak ta oszustka Trelawney! Prawdziwymi wieszczami! – sprzeczał się sam ze sobą. – Dlaczego właśnie teraz pomyślałem o Lupinie?
Chłopak odszedł od okna i znów zaczął krążyć niespokojnie po pokoju.
Niestety, nie mógł się jeszcze położyć. Chociaż, to i tak nie miałoby sensu. Pewnie znów by nie zasnął. Ostatnio prawie wcale nie sypiał. Ale i tak wolał zwalające z nóg zmęczenie wywołane bezsennością, niż koszmarne sny. To, co się działo na jawie, wcale nie było lepsze, ale przynajmniej wiedział, że to rzeczywistość.
Zamordowałem...
Bardzo chciał, żeby to był sen. Niestety, realność tamtego wydarzenia znów wdarła się do jego świadomości.
Padł na kolana i zaniósł się szlochem. Łkał jak małe dziecko.
Kiedy po dłuższej chwili uspokoił się nieco, podniósł się i po raz kolejny cofnął się myślami w niedaleką przeszłość.
Minęły miesiące... Ile? Czyżbym tracił poczucie czasu? Może... To było chyba po ucieczce Dumbledore'a... Tak. Dwa dni potem. A raczej – dwie noce potem. Co mnie zaniosło tamtej nocy nad to cholerne jezioro?! Jaki diabeł zdołał mnie podkusić, żebym wybrał się fotografować łabędzie?! Fotografować. Łabędzie!
Przygotowywał się do tego kilka dni. Zgodnie z książkowymi zaleceniami przyrodników wybudował domek z trzcin, by się w nim ukryć przed obiektami fotograficznego „polowania" – czyli ptakami. Dorzucał codziennie po kilkanaście wiązek, żeby łabędzie przyzwyczaiły się do obecności czegoś nowego w swoim otoczeniu. Taak... Całkiem dobrze mu szło.
Niby przez przypadek zachodził wieczorami do gospody w TYM miasteczku. Przed samym sobą udawał, że fakt, iż ONA mieszka trzy domy dalej, to również jest przypadek. Nie mógł zrozumieć, dlaczego z nim zerwała? Powiedziała, że jest naiwny, że się po nim nie spodziewała takiego zachowania! A przecież robił to wszystko także dla NIEJ! Nie chciał pogodzić się z jej decyzją.
Czy kierowała nim irracjonalna nadzieja, że JĄ spotka? Czy chciał JEJ zaimponować tymi fotografiami? Co go napadło? A może właśnie to ta cholerna intuicja tak przewrotnie dała o sobie znać? Przecież nie był Colinem Creevey'em, który na świat patrzył przez obiektyw aparatu fotograficznego!
JEJ nie było. Nie mogła pojawić się w nocy nad jeziorem, bo i po co? Za to pojawił się tam ktoś inny. A on chciał tylko fotografować łabędzie. No i sfotografował. Ale nie łabędzie, tylko SAM – WIESZ...
A, tam! Do cholery z tym! Koniec z tymi bzdurami. Tom Riddle! On się TAK nazywa! I nie jest żadnym lordem. Nikt nie obdarzył go tytułem – bo niby za co – więc on nie ma do niego żadnego prawa!
Wciąż myślał nad tym, dlaczego Riddle urządził swoje „spotkanie towarzyskie" właśnie tam, nad tym cholernym, łabędzim jeziorem, kilka jardów od jego kryjówki. Zastanawiał się wtedy, jakim cudem go nie zauważyli. Czemu nie przeszukali terenu? Co prawda rzucił Silencio, żeby ptaki go nie usłyszały, ale jak śmierciożercy mogli być aż tak nieostrożni? Czy może po prostu byli tak zadufani i pewni siebie?
Ależ byłem niemądry... Mentor... To właśnie tam zetknąłem się po raz pierwszy z tym człowiekiem. Nigdy nikogo nie podziwiałem bardziej! Miałem szczęście po trzykroć! Po pierwsze – to właśnie ON zabezpieczał teren spotkania, bo wśród śmierciożerców cieszy się niezwykłym zaufaniem. Wolę nie dociekać, jak na nie zasłużył... Po drugie – potraktował mnie jak człowieka godnego zaufania i zamiast poczęstować mnie Obliviate zaproponował współpracę w walce z Riddle'em, a po trzecie – odnosi się do mnie z sympatią... Wiem, że nie udaje. Czuję to!
Zużył wszystkie pięć filmów, które zabrał na tę eskapadę. To był pierwszy raz... Ileż takich spotkań „śmierciojadów" z ich panem sfotografował potem – nie liczył.
A tej nocy zabiłem człowieka... Zabiłem. I nie pomoże żadne usprawiedliwianie się. Czy musiałem to zrobić?! Może wystarczyłoby tylko... Nie. Oszukuję sam siebie. Gdybym go nie zabił, Shacklebolt zginąłby z ręki mojej ofiary...
Potarł czoło i ze zdumieniem wyczuł pod dłonią zimne kropelki potu.
Zabiłem człowieka w obronie innego człowieka. Zabiłem śmierciożercę... Nie użyłem nawet różdżki. Ja! Zastrzeliłem go z rewolweru... Jeszcze niedawno nie miałem pojęcia o istnieniu czegoś takiego, jak broń palna. Jestem przecież czarodziejem. Nie uczyłem się nawet mugoloznawstwa... Ależ byłem głupi!
– Jak mogłem być aż tak naiwny?! – wrzasnął gniewnie chłopak, zrywając się na równe nogi. – Kretyn, kretyn!!! – zawył.
Podbiegł do stołu. Z zaciętą miną zaczął rozwijać i przekładać leżące na blacie paczki. Ręce mu już nie drżały.
Rozłożył na stole akcesoria do utrwalenia plonów dzisiejszej nocy. Musiał dopilnować, aby Dumbledore, Knot i „Prorok Codzienny" otrzymali za kilka godzin kolejną przesyłkę ze zdjęciami. Trzy olbrzymie czarne kruki siedziały na parapecie okna i czekały, aż skończy swoją robotę i włoży listy do specjalnych woreczków, umocowanych na ich grzbietach. Miał już w tym wprawę – wysyłał je z takimi „prezentami" wielokrotnie. Jego ręce poruszały się machinalnie, wykonując znane czynności, przed oczami miał jednak wciąż skrwawioną twarz mężczyzny, któremu wpakował kulę w mózg, przystawiając lufę do skroni...
Skończył i czarne ptaki obciążone przesyłkami poleciały tam, gdzie zwykle. Znały swoje zadania i był pewien, że wywiążą się z nich doskonale – jak wiele razy wcześniej. Chłopak wiedział też, że za kilka godzin znów do niego wrócą. Usiadł ciężko na łóżku i skrzywił się złośliwie, przypominając sobie, jak Knot otrzymał pierwszą paczkę ze zdjęciami z zebrania śmierciożerców nad łabędzim jeziorem. Obserwując wtedy ministra zobaczył wreszcie to, czego nie zauważył wcześniej, a właściwie czego nie chciał zauważyć – że jest on zadufanym w sobie głupcem, zdecydowanym nie przyjmować do wiadomości oczywistych faktów. Wysiłki Knota, żeby nie uznać zdjęć za autentyczne – tylko za głupie starania Dumbledora, żeby jego, ministra, przestraszyć „tymi żałosnymi fotomontażami" – ukazały całą małość i totalne zidiocenie tego człowieka, którego przerosła sytuacja w jakiej się znalazł.
– Trzeba go wywalić na zbity pysk! – warknął chłopak.
Najwyższy czas! – dodał mściwie w myślach. No tak, najłatwiej oskarżać kogoś. Niestety, wyrzuty sumienia nie tak łatwo dają się zagłuszyć...
Jego posłańcy polecieli. Miał wolny dzień, bo wczoraj pracował osiemnaście godzin bez przerwy i szef dał mu na dzisiaj urlop. Chciał jednak pójść do pracy. Może tam ta straszna twarz choć na chwilę opuści jego myśli?
Maska martwego śmierciożercy potoczyła się pod nogi Shacklebolta.
Auror nie mógł mnie zobaczyć – byłem przecież niewidzialny – ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jednak mnie jakoś rozpoznał. No i co z tego! Jeśli nawet?! Nie może mieć żadnej pewności, że to byłem ja...
Morderca. Nie jestem od nich lepszy. Mogłem go tylko zranić... Shacklebolt tych dwóch pozostałych śmierciojadów obezwładnił i związał! A ja zabiłem... Zabiłem. Musiałem?! Może wystarczyłoby po prostu rąbnąć go w głowę? Postrzelić w rękę? Nie...
Nieubłagana pomięć podsuwała mu wciąż obraz tego, co się zdarzyło w podziemiach Ministerstwa Magii. Shacklebolt walczący z trzema śmierciożercami. Dwaj zamaskowani napastnicy leżący na podłodze i trzeci – podnoszący różdżkę. Skoczył ku niemu, tak jak go uczył Mentor. Odbezpieczony rewolwer trzymał w ręku. Przystawił śmierciożercy lufę do skroni i pociągnął za spust. Mężczyzna zdążył krzyknąć: „Avada..." i upadł...
Nie myślałem, że to takie łatwe. Takie proste... Jeden ruch palcem i z człowieka wyciekło życie. Różdżka wymknęła mu się z bezwładnych palców... Czy te oczy będą mnie prześladować do końca życia?!
Trzask aportacji przyciągnął uwagę krążącego po pokoju chłopaka. Drgnął przerażony, ale po chwili na jego twarzy pojawiła się ulga. Nawet się blado uśmiechnął. Na środku pomieszczenia zmaterializował się młody mężczyzna, mniej więcej w wieku gospodarza, średniego wzrostu, brązowowłosy i brązowooki. Miał na sobie mugolskie dżinsy i podniszczoną flanelową koszulę w kratę. Taki niepozorny facet, z rodzaju tych, których się nie zapamiętuje i na jakich nikt nie zwróciłby uwagi w miejscu publicznym. Przez ramię miał przewieszoną przybrudzoną, płócienną torbę na zakupy z jednego z największych londyńskich supermarketów.
– Witaj, Mentorze – powiedział ciepło gospodarz lokalu.
– Witaj – odpowiedział przybysz. – Prosiłem cię, żebyś mnie tak nie nazywał! – dodał z irytacją.
– To jak mam się do ciebie zwracać? – spytał z lekkim sarkazmem okularnik. – Nie przedstawiłeś mi się przecież.
– To doprawdy nie ma najmniejszego znaczenia, jak się do mnie zwracasz – warknął brązowowłosy. – Prawdziwego imienia i tak ci nie podam! Niech będzie... Stanley. Nieważne... Co się stało? Wyglądasz jakby cię napadło stado wampirów, taki jesteś blady!
Gospodarz przez chwilę milczał. Drżał na całym ciele. Zacisnął pięści.
– Zabiłem człowieka – jęknął. Zakrył twarz dłońmi. Spomiędzy palców pociekły mu łzy.
Przybysz podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu.
– A więc masz to już za sobą – powiedział cicho, z wyraźnym współczuciem. – Mówiłem ci – to jest wojna, przyjacielu. Nie da się iść do walki z założeniem, że nikomu nic się nie stanie. Jesteśmy na pierwszej linii frontu. Musisz nauczyć się zabijać, albo sam zostaniesz zabity. Bo nasi wrogowie są bezwzględni. Wiesz o tym. Nie możesz być trochę w ciąży...
Okularnik parsknął histerycznym śmiechem.
– W ogóle nie mogę być w ciąży! – wychrypiał.
– Jasne... Zapomniałem, że ty nie masz poczucia humoru – zadrwił brązowowłosy. – To była tylko metafora – wyjaśnił łagodnie.
– Wiem, do cholery! Ale ja zabiłem! Rozumiesz?! Zabiłeeem!!! Człowieka! I co z tego, że był sługą tego obrzydliwego bydlaka?! Może był pod Imperiusem?! Może miał żonę, dziecko, starych rodziców?!
– Ja też dziś zabiłem – powiedział cicho „Stanley". – Nie jednego. Kilku ludzi. Musiałem. Broniłem życia kogoś, kto jest po naszej stronie. Nigdy nie zapomnę, jak zabiłem pierwszy raz. Ani tych, którym odebrałem życie potem. Ale gdybym nie zabił ja – zabiliby oni. Mnie, moją żonę, tego człowieka, którego dziś broniłem i wielu innych. Ciebie też to dotyczy. Nie łudź się.
Gospodarz spojrzał ze zdumieniem na swego gościa.
– Ty masz żonę?!
– Mam. Widzisz? Jestem wytrącony z równowagi i chlapnąłem za dużo. Nie wolno tego robić! Musimy panować nad językiem, nad tym, co mówimy. A ja właśnie przed chwilą złamałem tę zasadę. Najlepsze opanowanie oklumencji i wszelkie zabezpieczenia nie pomogą, jeśli nie będziemy bez przerwy mieć się na baczności!
– Taa... Jak mawia Szalonooki Moody: „Stała czujność"!
– Szalonookiemu też to nic nie dało – dopadli go dwa lata temu. Każdy z nas musi być na to przygotowany!
Gospodarz jakby odrobinę się uspokoił. Wciąż drżały mu ręce, ale już od pewnego czasu łzy nie płynęły po jego twarzy.
– Musisz się opanować – powiedział cicho gość. – Mam specjalny eliksir na uspokojenie. Tłumi emocje, a mimo to pozwala trzeźwo myśleć.
– Dawaj!
Chłopak chwycił fiolkę z mieniącą się zielono–błękitno zawartością. Chciwie wypił eliksir. Na jego twarzy pojawiła się ulga.
– Dziękuję – szepnął. – To chyba już działa...
– Oczywiście. Efekt jest natychmiastowy. Teraz musimy się zastanowić, co robić dalej. – „Stanley" westchnął i wyciągnął z torby kilka pergaminów. – Masz, przejrzyj to. Czy dzisiaj udało ci się coś wynieść z tajnego archiwum ministerstwa?
– Nie. Niczego dzisiaj nie wykradłem, miałem inne problemy...
– Mów!
Brązowowłosy wysłuchał opowieści okularnika z zaciśniętymi wargami.
– Więc śmierciojady również zaplanowały akcję w ministerstwie na dzisiejszą noc – skomentował ze złością. – Ciekawe, czego szukał tam Shacklebolt – dodał z zastanowieniem.
– Ja też nie rozumiem, co on tam robił! Nie szedł do archiwum, bo pomieszczenia archiwum są ukryte pod lochami z prawej strony, a on ostukiwał różdżką ścianę po lewej! Jakby szukał ukrytego przejścia! Trzymał jakiś pergamin. Podkradłem się do niego i spojrzałem na to. Całe szczęście, że odpowiednim zaklęciem wyciszyłem sobie buty – nie było słychać moich kroków. Inaczej tak dobry auror, jak Shacklebolt nie pozwoliłby pewnie podkraść się do siebie na tyle blisko, żeby można mu było zajrzeć przez ramię. Miał w ręku plan najniższego poziomu gmachu ministerstwa. Archiwum było na nim zaznaczone bardzo wyraźnie, a dodatkowo na tym planie ktoś czerwonym atramentem ręcznie dorysował równoległe pomieszczenia, a przy tej ścianie, którą sprawdzał Kingsley – wyraźny znak zapytania!
– A więc wiedzą o tych ukrytych pomieszczeniach – westchnął gość z wyraźną irytacją.
– O kim mówisz? Kto „wie"? – spytał gospodarz – Możesz mi wyjaśnić?
– Dumbledore, oczywiście. I jego ludzie. A jak sądzisz, kto inny mógł posłać tam Shacklebolta, żeby szukał tajemniczych, ukrytych pomieszczeń?
– To tam naprawdę coś jest?! – wykrzyknął okularnik. – Byłem tego pewien, niech to diabli! A ten idiota Knot twierdził, że na najniższym poziomie jest tylko archiwum!
– Czy myślisz, że Shacklebolt cię nie zauważył?
– Użyłem tych zaklęć niewidzialności, których mnie nauczyłeś i byłem bardzo ostrożny.
– Ale jak zastrzeliłeś tego śmierciojada, to już wiedział, że nie był tam sam... Chodzi mi o to, czy jednak nie zorientował się wcześniej, że stoisz obok niego.
Gospodarz zastanowił się nad odpowiedzią.
– Nie jestem pewien... Wciąż się rozglądał podejrzliwie. Ale to mogło wynikać z sytuacji, przecież był tam nielegalnie... A jak ci śmierciożercy się tam aportowali, to wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zadziałałem odruchowo.
– Wiesz co? Zastanawiam się, czy Knot kiedykolwiek będzie w stanie uwierzyć, jaką żmiję wyhodował na swoim łonie?! – zapytał szyderczo brązowowłosy.
– Myślał, że będę jego marionetką. Niedoczekanie! – zachichotał drwiąco okularnik. – Jestem ci wdzięczny, bo to ty otworzyłeś mi oczy. Ależ byłem zaślepiony! – dodał z rozgoryczeniem.
– No, cóż.. Niestety, każdy może popełnić błąd. Cieszy mnie, że mi ufasz. Ale teraz musimy się zastanowić, co dalej. Knot jest skończony, chyba to rozumiesz?
– Aż za dobrze... I co twoim zdaniem powinienem zrobić?
– Starać się zachować obecną posadę – powiedział stanowczo brązowowłosy.
– Chyba żartujesz! Po usunięciu Knota – nikt mnie nie zatrzyma na tym stanowisku! Wyleją mnie i powiem ci, że wcale mnie to nie martwi! Wręcz przeciwnie!
– Wiem, ale ja muszę mieć agenta właśnie tam, w ministerstwie. Dobrze zakonspirowanego, którego nikt nie będzie podejrzewał. Kogoś takiego, jak ty.
– A ja nie podejrzewam cię o naiwność! Sądzisz, że nowy minister nie przesłucha wszystkich pod Veritaserum?! – prychnął drwiąco gospodarz.
– Oczywiście, że to zrobi – gość wzruszył ramionami. – Ale dam ci specjalne antidotum i przygotuję na to przesłuchanie. Będziesz musiał teraz intensywnie trenować oklumencję. Jeszcze bardziej niż dotychczas.
– Jasne... – ponuro mruknął chłopak. – Wcale mi się to nie podoba!
– Mamy wojnę – przypomniał zgryźliwie gość. – Czy będziesz stał z boku, czy nie, dopadnie cię i tak. A uciec nie ma gdzie. Lepiej się postarać i wygrać, albo zginąć w walce, niż iść jak baran na rzeź! Nie uważasz?
– Uważam. I dlatego jestem z tobą i robię co każesz – odparł gniewnie okularnik.
– Wiem, że to były truizmy – warknął brązowowłosy. – Niestety, są prawdziwe. Warto o tym pamiętać.
Obaj zamyślili się na moment.
– Pójdę jednak do pracy – powiedział zdecydowanie gospodarz, przerywając milczenie
– Idź, ale nie zaraz. Poczekaj na Czarną Czeredę.
– Zaraz wrócą... Dwa i Trzy już lecą. Tylko Raz przyleci później – chłopak wskazał na okno.
Dwa czarne kruki z głośnym łopotem skrzydeł wleciały do pokoju.
– Ona miała najdalej. Dlaczego właśnie ją wysyłasz do Dumbledore'a? – zaciekawił się gość.
– Bo jest najbardziej godna zaufania.
– Chyba masz rację... No dobrze. Jeszcze jedna ważna sprawa, ale sam jej nie załatwisz. Nawiasem mówiąc, twoja komórka się wyładowała – powinieneś lepiej dbać, by do tego nie dochodziło.
– Ouć... Słusznie – przyznał potulnie chłopak. – Rozumiem, że mam gdzieś zadzwonić?
– Do NIEJ. Powiedz, żeby poszła do Arthura Weasley'a, albo do Billa. Musi im powiedzieć, że Charlie Weasley powinien jak najszybciej wrócić do Anglii. I on musi przypomnieć sobie wszystko, co wie o rogogonach węgierskich. Wszystko!
– No tak... – mruknął ponuro gospodarz. – Ja tego nie mogę zrobić... A o co chodzi z tymi smokami?
– Dowiesz się. W pracy ci powiedzą. Zobaczymy się jutro – brązowowłosy skinął na pożegnanie głową i zdeportował się z cichym trzaskiem.
Okularnik przez chwilę bezmyślnie wpatrywał się w dywan. Potem potrząsnął głową i wyszedł z pokoju. Eliksir Mentora miał dobroczynne działanie, chłopak odsunął od siebie myśli o tym, co zrobił. Odkręcając kran nad wanną zastanawiał się, jak rozegrać swoją kampanię o pozostanie na posadzie. Sprawa wydawała się beznadziejna. Rozważając i odrzucając kolejne pomysły, chłopak doszedł do wniosku, że będzie działać dostosowując się do rozwoju wydarzeń. Wszystko zależy zresztą od tego, kto zostanie nowym ministrem magii...
***
„PROROK CODZIENNY" – wydanie wieczorne z dnia 1 lipca 1996 roku (poniedziałek) – donosi:
Atak smoków na rezydencję znanego śmierciożercy!
Rezydencja starego czarodziejskiego rodu – Malfoy Manor – została dziś nad ranem, tuż po wschodzie Księżyca, niespodziewanie zaatakowana przez stado smoków.
Posiadłość jest własnością Lucjusza Malfoy'a, który po czerwcowym udziale w ataku na Ministerstwo Magii został zidentyfikowany jako śmierciożerca, schwytany i osadzony w Azkabanie.
Doniesienia co do ilości napastników są sprzeczne – wiadomo tylko jedno – smokom przewodził olbrzymi węgierski rogogon. Mieszkańcom rezydencji udało się odeprzeć atak, ale straty materialne są szacowane na bardzo wysokie. Doszczętnie zniszczone zostały także park i sad otaczające dwór. Minister Magii, Korneliusz Knot, wysunął przypuszczenie, że atak mógł być zainicjowany poleceniem SAMI–WIECIE–KOGO. Być może w ten sposób postanowił ukarać swego sługę, który go zawiódł. Rzecznik Ministerstwa stwierdził, że pomimo przestępczej działalności jej właściciela, atak na rezydencję Lucjusza Malfoy'a zostanie poddany przez aurorów starannemu śledztwu.
Profesor Dumbledore odłożył gazetę na biurko. Wypowiadane przez Knota brednie zirytowały go okropnie. Sięgnął po komunikator i wezwał członków Zakonu Feniksa na nadzwyczajne zebranie.
Coś zatrzepotało. Przez szeroko otwarte okno do gabinetu wleciał wielki czarny kruk.
***
Grimmauld Place 12 – siedziba Zakonu Feniksa. 1 lipca 1996 rok – późny wieczór
Bill Weasley wkroczył do ponurego hallu domu na Grimmauld Place 12 straszliwie zdenerwowany i wściekły na cały świat. Miał dziś wyjątkowo ciężki dzień. A zaczęło się jeszcze w nocy... No, nie. Bądźmy sprawiedliwi. Nie w nocy. Nad ranem. Mężczyzna zastanawiał się, czy jego zły nastrój jest wywołany jedynie zmęczeniem, czy też ma w tym swój udział także niepokój drążący go od wielu dni. A może była to po prostu reakcja na to, co się stało? Samo wspomnienie tamtych wydarzeń wprawiało w drżenie tego, zahartowanego przecież w oglądaniu różnych okropności, człowieka. Kilka osób w Zakonie uważało, wbrew logice, że Dumbledore przesadza wznawiając warty w domu Arabelli Figg. Na szczęście Bill się do tych niedowiarków nie zaliczał. Ale ta mała Tonks, oczywiście tak! Ośmieliła się zaprotestować. Niestety, to stary Dumbel miał rację. Co się właśnie dziś okazało. A podobno zaklęcia chroniące dom Dursley'ów miały być nie do złamania!
Weasley zastanawiał się, dlaczego Harry opuścił dom tuż przed czwartą rano? Wsiadł na Hardodzioba i gdzieś poleciał. Zabrał kufer i klatkę z Hedwigą. Wyglądało to tak, jakby postanowił na dobre wyprowadzić się od ciotki i wuja. A fakt, że uczynił to ukradkiem – wskazywał na ucieczkę.
Obserwując poczynania Harry'ego mężczyzna przez chwilę żałował, że podesłał mu Hardodzioba. Po śmierci Syriusza nikt nie wiedział, co zrobić z hipogryfem. W końcu przeważyły opinie, że należy puścić zwierzę wolno – niech sobie żyje na swobodzie, albo wraca do Hogwartu, jeśli będzie miało ochotę. A Bill wpadł na pomysł, że należy je oddać Harry'emu. Początkowo nikt nie chciał się na to zgodzić, ale po zażartej dyskusji, która chwilami przechodziła w ostrą kłótnię, Bill zdołał przekonać do swego pomysłu Dumbledore'a i gwałtowne protesty pani Weasley już na nic się nie zdały. Oczywiście, to Molly była główną przeciwniczką swego syna w tym sporze. Ale gdy decyzja zapadła, kilka dobrze dobranych zaklęć sprawiło, że Hardodziob poleciał na Privet Drive 4.
Patrząc na chłopaka odlatującego w noc, najstarszy z braci Weasley, po krótkiej dyskusji z samym sobą, postanowił Potterowi nie przeszkadzać. Pomyślał, że Dursley'owie musieli mu dokuczyć już ponad wszelką miarę. Zastanawiając się, gdzie Harry poleciał, doszedł do wniosku, że w grę wchodzą tylko dwa miejsca – Nora i Hogwart. Grimmauld Place Bill po namyśle wykluczył – chłopiec nie znosił tego domu, więc zwłaszcza teraz, po śmierci Syriusza, z pewnością by się tam nie udał. Gdy Hardodziob zniknął, Weasley odczekał kilkanaście minut, po czym sięgnął po komunikator, aby powiadomić Dumbledore'a o poczynaniach Harry'ego. Przygotował się na ewentualną reprymendę, ale nie żałował swojej decyzji. A za chwilę przekonał się, jak słusznie postąpił! Nie zdążył jednak połączyć się z dyrektorem Hogwartu. Zamiast tego chwycił różdżkę leżącą na parapecie.
Kilka kroków od domu Dursley'ów pojawiło się czterech śmierciożerców. Z różdżką w prawej dłoni, lewą Bill nacisnął sygnał alarmowy na komunikatorze i aportował się za plecami złowrogich postaci w chwili, gdy mężczyźni w czarnych szatach wyłamali drzwi.
– Drętwota! Drętwota! – ryknął Bill, po czym uskoczył gwałtownie w bok. To uratowało mu życie. Udało mu się zaskoczyć dwóch śmierciojadów i powalić ich na ziemię, ale trzeci wpadł do domu, a czwarty rzucił w jego kierunku Avadę. Tylko dzięki temu, że Weasley od razu się przemieścił, zabijające zaklęcie go nie trafiło. Młody łamacz uroków spróbował rozbroić przeciwnika, ale nie trafił. Śmierciożerca też był dobrze wyszkolony i zdeterminowany. Walnął w Billa Piorunem, chybiając dosłownie o włos i wywalając wielką dziurę w ścianie. Weasley cisnął w przeciwnika Pajęczą Siecią, przetaczając się jednocześnie po ziemi, dzięki czemu uniknął kolejnej Avady. Śmierciożerca nie zrezygnował, strząsnął sieć i spróbował przygwoździć Billa Lancą do ziemi. Nie wiadomo, jak długo trwałyby te zmagania między dwoma równorzędnymi przeciwnikami, ale zostały nagle przerwane. Za plecami śmierciożercy pojawił się z lekkim trzaskiem jakiś mężczyzna w długim płaszczu. Przybysz złapał za stojącą na poręczy przy schodkach doniczkę z pelargonią i walnął nią śmierciożercę w głowę.
Tymczasem wewnątrz domu rozpętało się piekło. Słychać było jakieś wrzaski i przekleństwa. Czwarty śmierciożerca najwyraźniej nie próżnował.
Mundungus Fletcher otrzepał ręce i lekko się zatoczył. Czknął i spojrzał na Billa przekrwionymi oczami.
– Tsso... – najwyraźniej chciał o coś zapytać, ale Bill nie zamierzał tracić czasu na dyskusje z pijanym sojusznikiem. No cóż, lepszy taki sprzymierzeniec w walce niż żaden, a ten śmierdzący pijaczyna niewątpliwie przed chwilą ocalił mu życie. – Do środka! – ryknął.
Związał trzech śmierciożerców zaklęciem antyteleportacyjnym i wrzucił ich do sieni. Bał się aportować wewnątrz nieznanego mu domu, ale Fletcher oczywiście nie miał takich obiekcji. Gdy Bill wbiegł do środka, Dung był już na szczycie schodów. Aportował się tuż przed śmierciożercą celującym różdżką w Petunię Dursley, usiłującą osłonić własnym ciałem swego grubego syna. Dudley kwiczał jak zarzynany prosiak. W otwartych drzwiach sypialni leżał Vernon Dursley. Nieruchomy.
Mundungus skoczył na wroga i złapał go za gardło. Zaskoczony śmierciożerca upuścił różdżkę i zrobił krok do tyłu, co skończyło się tym że runął w dół po schodach, pociągając za sobą Fletchera. Sługa Voldemorta upadł na wznak u stóp Billa, a Dung wylądował na nim. Śmierciożerca leżał nieprzytomny – padając uderzył się w głowę, natomiast Fletcher podniósł się klnąc pod nosem. Weasley szybko rzucił na leżące bez ruchu ciało zaklęcie antyteleportacyjne i odwrócił się by podziękować Mundungusowi, ale nie zdążył powiedzieć ani słowa. W sieni rozległ się straszliwy rumor. Nymphadora Tonks potknęła się o jednego ze związanych śmierciożerców.
– Ty niezdaro! – ryknął na nią Bill dając upust furii. – Rychło w czas!
– D...daj szpokój Bbil... Nnie kszycz... Uups... – wtrącił się Fletcher usiłując ułagodzić Weasleya.
– Czego się czepiasz! – wrzasnęła Tonks zbierając się z podłogi. – Co się tu stało?
– Idiotyczne pytanie! – Bill spojrzał na nią ironicznie. – Nie widzisz?! Ślepa jesteś?!
– Szi.. cicho – jęknął Dung trzymając się za głowę. – Tsso rrobimy Bbil?
– Tonks. Zabierz tych śmierciojadów na posterunek aurorski – Bill opanował się nieco. – Są związani zaklęciem antyteleportacyjnym, nie mogą uciec. Zaraz zrobię świstoklik. Ja i Dung zajmiemy się tymi mugolami.
Tonks na szczęście nie próbowała z nim dalej dyskutować, choć trzęsła się z wściekłości. Świstoklik Billa zadziałał bezbłędnie i dziewczyna ze związanymi wrogami zniknęła Weasley'owi sprzed oczu.
Przesłuchani pod wpływem Veritaserum śmierciożercy zeznali, że mieli za zadanie porwać Harry'ego. Z jego krewnymi mogli zrobić co chcieli, postanowili się więc zabawić. Nie przewidzieli jednak, że Harry'ego nie ma w domu, ani tego, że ktoś go pilnuje. Dali się zaskoczyć. Wyznali także, że obserwowali dom na Privet Drive 4 od wielu tygodni. Voldemort przygotował specjalny magiczny czujnik i rozkazał założyć go przy ścianie domu. Czarny Pan zauważył, że ostatnio pole ochronne wokół budynku słabnie. Dziś nad ranem zniknęło całkowicie i On postanowił to wykorzystać. Chciał wreszcie skończyć z Potterem.
Ku wielkiej uldze Billa, Dursley'om nic poważnego się nie stało. Oberwali co prawda kilkoma zaklęciami, ale uzdrowiciele w szpitalu św. Munga poradzili sobie szybko z ich obrażeniami. Fletcher, pomimo że był pijany, bez trudu uruchomił samochód Dursleya. We dwóch z Billem wpakowali histeryzującą Petunię i nieprzytomnego Vernona na tylne siedzenie, ale na Dudleya musieli rzucić zaklęcie paraliżujące, bo inaczej by sobie z nim nie dali rady. Przy okazji Mundungus przypomniał sobie do czego służy różdżka i rzucił na auto zaklęcie powiększające wnętrze. Jazda do św. Munga z narąbanym, jak stos drewna do kominka, Fletcherem za kierownicą – w porównaniu z poprzednimi wydarzeniami poranka – stanowiła już dla Billa niewielką atrakcję.
Dursley'owie zostali w szpitalu, a Bill zabezpieczył ich dom, wziął szybki prysznic u pani Figg i poszedł do pracy. Niestety, jego nadzieje na to, że odpocznie przy papierkowej robocie były płonne. Okazało się, że Ministerstwo Magii pilnie zażądało od banku jakiegoś sprawozdania. I to on, William Weasley, miał je przygotować. Zrobił to, z szefem dyszącym mu w kark. Potem nastąpiło nerwowe sprawdzenie raportu, czy nie zakradły się tam jakieś błędy i poinformowano go, że on sam, osobiście, ma dostarczyć te papiery do ministerstwa.
Jakby tego wszystkiego było mało, kiedy wściekły Bill dotarł około południa do budki telefonicznej stanowiącej wejście do ministerstwa, musiał poczekać prawie pięć minut, zanim go wpuszczono. A potem jeszcze stracił bezproduktywnie cały kwadrans na zainteresowanie swoją sprawą idiotki w recepcji. Kiedy wreszcie dotarł do właściwego pokoju, okazało się, że wewnątrz siedzi Percy! Gdyby spojrzenie mogło zabijać, światu ubyłby jeden rudy osobnik, usunięty z tego padołu śmiercią ciężką i gwałtowną. Niestety, a może na szczęście – dla Percy'ego oczywiście – Bill nie był bazyliszkiem...
O dziwo Percy zachował się przyzwoicie. Bill był zaskoczony. Jego brat bez słowa przyjął sprawozdanie. Wskazał mu krzesło i ku rosnącemu zdumieniu najstarszego potomka państwa Weasleyów spokojnie zaczął przeglądać przyniesione przez niego dokumenty. Wpisywał dane do segregatorów, robił notatki na zwitkach pergaminu i układał je w jakichś pudełkach. Bill wzdrygnął się. Brr!!! Nienawidził biurokracji, a jego młodszy braciszek najwyraźniej czuł się tu, jak ryba w wodzie. Jak ktoś mógł się dobrowolnie tak zakopać w pergaminach i papierach, zabazgranych treściami nudnymi, jak flaki z olejem?! Nigdy nie potrafił zrozumieć Percy'ego.
Przyjrzał mu się i uderzyło go, że chłopak był wychudzony i sprawiał wrażenie potwornie zmęczonego. „Tak..." – pomyślał złośliwie. – „Knot wreszcie uwierzył w powrót Sami – Wiecie – Kogo i Percy nie wie, co zrobić!"
Tymczasem młody urzędnik skończył sprawdzanie dokumentów i zabrał się do wypisywania pokwitowania. Bill musiał podpisać odbiór. Pochylił się nad kwitem i nagle poczuł oddech brata przy skroni.
– Bill – Percy mówił ledwie słyszalnym szeptem. – Muszę z tobą porozmawiać. Nie tutaj... Spotkajmy się w mugolskiej knajpie Mc Donald's, to niedaleko stąd... Za kwadrans, dobrze?
– Nie – syknął Bill. Nie był przygotowany na taką rozmowę, mimo że bez trudu mógł się domyślić, czego by dotyczyła. Niech jego braciszek odpokutuje najpierw trochę swoją głupotę!
Percy nic nie odpowiedział. Skinął tylko głową i usiadł przy swoim biurku. Wychodząc Bill mocno trzasnął drzwiami.
Dalej nie było ani trochę lepiej. Wrócił do banku i zastał tam piekło. Ktoś dostarczył klejnoty z Brazylii z nieznanymi klątwami, których nikt, jak dotąd, nie dał rady rozpoznać i oczywiście nie potrafiono ich zdjąć. Weasley dołączył do kilku innych łamaczy uroków i męczyli się z tym parę godzin, ale ich wysiłki niewiele dały. W końcu, gdy jeden z czarodziejów po raz piąty porósł niebieskimi piórami – pewnie był uczulony na któreś z zaklęć na klejnotach – sprawę odłożono do następnego dnia. Bill wyszedł z pracy zmęczony i wściekły, jak wszyscy diabli. Na dodatek, gdy dotarł do domu, ojciec przekazał mu komunikat o nadzwyczajnym Zebraniu Zakonu. Zdążył się tylko przebrać i już musiał wyjść. Trudno więc się dziwić, że złość w nim kipiała jak wrzątek i w końcu znalazła ujście...
Usiłując przemknąć na palcach koło portretu pani Black, Bill powstrzymał westchnienie, wspominając poranne wydarzenia.
Rumor jaki usłyszał za plecami był mu bardzo znajomy – kojarzył się jeszcze z porankiem. Oczywiście, to Tonks po raz n–ty potknęła się o trollową nogę, pełniącą rolę stojaka na parasole. Tego już było zbyt wiele, jak na zszarpane nerwy Billa. Odwrócił się i nawymyślał dziewczynie, przy czym słowa – „Ty niezdarna idiotko!" – były jednymi z łagodniejszych określeń, padających z jego ust. Odpowiedź Tonks okazała się równie impulsywna. Dziewczyna może i była niezdarna, ale językiem operowała całkiem sprawnie i chłopak dowiedział się, że jest: „rudym, irlandzkim wypłoszem" i „zakolczykowanym półgłówkiem". Swoje wrzaski do ich kłótni dołączyła namalowana pani Black i w holu na Grimmauld Place 12 zrobiło się bardzo głośno. Znakomicie rozwijającą się awanturę przerwał jednak Lupin. Po prostu – złapał Tonks za rękę i wciągnął ją do kuchni, gdzie czekali już inni członkowie Zakonu. Bill nie miał wyjścia i również wszedł do ponurego pomieszczenia; od śmierci Syriusza nic się tu nie zmieniło.
Dumbledore gestem nakazał im by usiedli, a następnie machnął różdżką, rzucając zaklęcie wyciszające. Spojrzał na przybyłych z ponurą miną.
– Co się stało? – nie wytrzymał Moody. – Czy oprócz napadu na Privet Drive śmierciożercy coś jeszcze...
– Tak. – Dumbledore był bardzo poważny. – Posłuchajcie...
Sprawozdanie dyrektora z nocnych i porannych wydarzeń wywołało wśród członków Zakonu Feniksa różne reakcje. Przeważnie było to przerażenie – choć niektórzy przecież uczestniczyli w akcji, dopiero teraz dowiedzieli się, co działo się naprawdę. No i dla Billa wreszcie stało się jasne, dlaczego na jego wezwanie przybyli tylko Mundungus Fletcher i Nymphadora Tonks – po prostu byli najbliżej. Dziewczyna zanim aportowała się na Privet Drive była przy domu Hermiony Granger. Tam pojawiło się dwóch „śmierciojadów", ale nie zdążyli zrobić niczego złego, gdyż Tonks i jeszcze dwoje aurorów zaalarmowanych przez Dumbledora – już na nich czekało. Fletcherowi trafiło się stanowisko przy domu Creevey'ów, gdzie również pojawiło się dwóch morderców. Ci mieli potężnego pecha – Colin i Dennis, choć gwałtownie wyrwani ze snu odgłosem wyłamywanych drzwi, poradzili sobie wspaniale, ogłuszając włamywaczy zanim ci zdołali użyć różdżek. Harry świetnie wyszkolił członków GD. Bracia Creevey dopiero po zapaleniu światła i obejrzeniu nieprzytomnych napastników zorientowali się kim oni są. Na szczęście Dung, chociaż pijany, poradził sobie z problemem. Odtransportował obu nieprzytomnych „śmierciojadów" na najbliższy posterunek aurorski, gdzie spotkał Tonks. Dziewczyna została jeszcze na chwilę w celu udzielenia wyjaśnień, a Dung szybko poleciał na pomoc Billowi.
– Twój sygnał alarmowy zastał mnie w drodze do Kwatery Głównej Aurorów. Harry szybciej dotarł do mnie do Hogwartu, niż twoje wezwanie – wyjaśnił Dumbledore Billowi. – Akurat na Privet Drive nie spodziewałem się żadnych problemów... Harry'ego kazałem pilnować bardziej ze względu na niego samego, niż z obawy, że ktoś go zaatakuje w domu. Nie rozumiem, dlaczego ochrona krwi przestała działać. To nie powinno było się stać.
– Co ze Snape'em? – spytał Moody, krzywiąc się z niechęcią. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Szalonooki nie znosi Mistrza Eliksirów.
– Nieprzytomny – odparł krótko dyrektor. – Przejdźmy do następnej sprawy. Kingsley, opowiedz o swojej przygodzie.
Auror miał ponurą minę, gdy opowiadał o pojawieniu się śmierciożerców w podziemiach ministerstwa.
– Nie mam pojęcia, co się stało. Musieli mieć świstoklik dostarczony im przez kogoś z ministerstwa, bo budynek jest chroniony nie tylko strefą antyteleportacyjną, ale po ostatnim ataku śmierciożerców, nawet kominki odcięto od sieci FIUU! A świstokliki muszą być specjalnie spreparowane. Dwóm draniom dałem radę, ale trzeci by mnie wykończył, gdyby nie ten tajemniczy, niewidzialny wybawca. I nie mam pojęcia, jakim zaklęciem zabił tego śmierciojada!
– To nie było zaklęcie – powiedział zirytowany niewiedzą przyjaciela Arthur Weasley. – Twój wybawca posłużył się bronią palną. Mugolską bronią. Przypomnij sobie, przecież całkiem niedawno o tym rozmawialiśmy! Ten śmierciojad miał w głowie kulę. Wyjąłem ją. Oczywiście dyskretnie. Nie zidentyfikowałem rodzaju broni. Trudno wnioskować na podstawie samego pocisku – zwłaszcza, że był mocno zniekształcony, ale tak na sześćdziesiąt procent to mógł być kaliber 0,38. Spróbuję poprosić o sprawdzenie mugoli, mam taką możliwość... Wiem że nic wam to nie mówi, ale mam przeczucie, że to jest ważne...
– Kingsley, nie domyślasz się, kto to był? – spytał Dumbledore.
– Nie. Nic mi nie przychodzi do głowy – westchnął ciężko Shacklebolt.
– Muszę wam o czymś powiedzieć... – profesor z uwagą rozejrzał się po twarzach obecnych. – Dwa dni po mojej ucieczce z Hogwartu przyleciał do mnie wielki kruk, obciążony woreczkiem umocowanym na grzbiecie. Woreczek był wykonany z nieprzemakalnej folii – to taki mugolski materiał chroniący przed wodą. Zdjąłem przesyłkę i obejrzałem. Nie była chroniona żadnym zaklęciem, a wewnątrz znalazłem fotografie – czarodziejskie dla odmiany. I krótki list. Napisany na mugolskiej maszynie do pisania. Accio! – dyrektor machnął różdżką i na stole pojawiła się kartka papieru oraz gruby plik zdjęć. – Obejrzyjcie sobie.
Bill wziął do ręki jedno ze zdjęć. Zmartwiał patrząc na krąg śmierciożerców i stojącego pośrodku Czarnego Lorda z doskonale widoczną twarzą. Czerwone oczy i wężowe źrenice... Z tych oczu biła tylko pogarda i czaiła się w nich ponura groźba. Nagle Voldemort spojrzał wprost na Billa. Weasley odrzucił od siebie fotografię. Podobnie zareagowali inni.
W liście było tylko kilka zdań. „Przesyłam sprawozdanie ze spotkania śmierciożerców z Voldemortem. Na odwrocie spisałem co mówili. Kopie tego listu i takie same komplety zdjęć otrzymują: Knot – Minister Magii i redakcja „Proroka Codziennego". Przesyłek będzie więcej." Bill odwrócił kartkę. Spotkanie zbrodniarzy trwało krótko, ale było owocne... Chłopak wzdrygnął się.
– Takich przesyłek otrzymałem dotąd bardzo wiele. Czasami po kilka dziennie. Nie tylko zdjęcia ze spotkań śmierciożerców. Tajemniczy informator systematycznie przesyłał mi także stosy kopii dokumentów Knota i Umbridge – te były zminiaturyzowane zaklęciem. Oraz sporo innych, z różnych oddziałów. Ale to nie wszystko. Otrzymałem również mnóstwo dokumentów z najtajniejszego archiwum ministerstwa.
– W takim razie wiemy, co ten człowiek tam robił! – mruknął Shacklebolt. – To na pewno był pana dostawca dokumentów. Ja szukałem ukrytych lochów, a on zakradł się tam aby wynieść kolejną porcję...
– Właśnie! – przerwał Kingsleyowi Arthur Weasley. – Mugolska folia na przesyłkach, mugolska broń, mugolska maszyna do pisania... To nie jest zwykły czarodziej! Musi świetnie znać świat mugoli, może nawet żyje wśród nich, może się ukrywa...
– Ale w takim razie, jakim cudem uzyskał dostęp do ministerstwa? – zapytał sceptycznie Lupin.
– Bo ministerstwo nie jest chronione przed mugolskimi sposobami włamań! – warknął Arthur – Mówiłem wiele razy, że trzeba się przed tym zabezpieczyć! Ale kto by mnie tam słuchał!
– Przecież żaden mugol się tam nie dostanie! – powiedział cicho wstrząśnięty Sturgis Podmore.
– Ale może się dostać czarodziej... – odpowiedział posępnie Dumbledore. – A jeśli jest do tego obeznany z mugolskimi wynalazkami, bez trudu ominie magiczne zabezpieczenia.
– Moim zdaniem, to ktoś z ministerstwa! – powiedział stanowczo Shacklebolt. – Z tego co tu usłyszeliśmy, wynika jasno, że swobodnie buszował po biurkach największych oficjeli z ministrem na czele i nikt go nie przyłapał. A magiczne zabezpieczenia w ministerstwie wbrew pozorom wcale nie tak łatwo ominąć. Nawet, jeśli ta osoba potrafi rzucać zaklęcia niewidzialności.
– Ale kto? – mruknął Bill.
Poczuł, że zaschło mu w gardle. Piwo kremowe stało na kredensie. Sięgnął do kieszeni po różdżkę, by przywołać sobie butelkę ożywczego napoju. Zamarł. Obok różdżki wyczuł niewielki zwitek pergaminu. Natychmiast zapomniał, że chciał się napić. Wyciągnął tajemniczy świstek, rozwinął go i dłoń mu zadrżała.
Charlie musi natychmiast wrócić do Anglii.
Pismo Percy'ego. Kreślił litery w pośpiechu, notka nie przypominała jego normalnych, schludnych zapisków, ale z całą pewnością on to napisał. Bill rzucił pergaminowy świstek na stół.
– Byłem dziś w ministerstwie ze sprawozdaniem z banku. Percy je przyjął... Chciał ze mną rozmawiać, ale się nie zgodziłem. Chyba popełniłem błąd... – przyznał niechętnie.
– Zapewne wsunął ci to do kieszeni, gdy u niego byłeś – powiedział po krótkiej chwili milczenia Arthur.
– Najprawdopodobniej – zgodził się Dumbledore. Wziął do ręki pergamin i uważnie go obejrzał – Interesujące – mruknął i podniósł głowę. – Czy ktoś z was czytał wieczorne wydanie „Proroka"? – spytał.
Kilka osób przytaknęło. Ale nikt z Weasleyów. Dyrektor wyjął gazetę z kieszeni i różdżką posłał ją Billowi.
– Czytaj na głos – poprosił.
Gdy Bill umilkł wszyscy obecni patrzyli po sobie z nieskrywanym zdumieniem.
– Kto? Na miłość boską, przecież chyba nie Knot?! – jęknęła pani Weasley.
– To niemożliwe – zastanowił się Moody. – Absolutnie wykluczone. Knot nie potrafi kontrolować smoków.
Arthur Weasley chrząknął znacząco. Wszystkie głowy odwróciły się w jego stronę.
– Dziś rano, gdy szedłem do pracy, zaczepiła mnie Penelopa Clearwater. Pociągnęła mnie za rękaw do jakiejś bramy i szeptem zażądała – bardzo zdecydowanym tonem – żebym natychmiast napisał do Charliego... Że on musi wrócić do Anglii i to jak najszybciej. I jeszcze jedno – podkreśliła stanowczo, że Charlie musi zebrać wszystkie wiadomości o rogogonach węgierskich, do jakich znajdzie dostęp. A potem się zdeportowała.
– Kto to jest Penelopa Clearwater? – spytała Tonks. Weasleyowie popatrzyli na siebie ze smutkiem.
– Była narzeczona Percy'ego. Zerwała z nim po jakiejś okropnej awanturze – wyjaśnił wreszcie niechętnie Bill.
– To skąd wiedziała, co się stało w Malfoy Manor? – zapytała Molly. – Przecież nie pracuje w Ministerstwie, ani w redakcji „PROROKA".
– Tego teraz nie zgadniemy – mruknął Arthur Weasley.
– Może się pogodzili? I Percy do nas wróci? – westchnęła z nadzieją w głosie pani Weasley.
– Zostawmy to na razie! – powiedział pospiesznie Bill, widząc że jego matce wilgotnieją oczy. Porozmawiamy o tym potem. W domu.
– Przepraszam, ale nie rozumiem – stanowczo wtrącił się Moody. – Nie gniewaj się Molly, nie pytam, żeby zrobić przykrość tobie, czy wam – spojrzał uważnie na Billa i Arthura. – Ale wydaje mi się, że sprawa wymaga paru wyjaśnień. Co ma wspólnego panna Clearwater z waszą nadzieją na to, że Percy zmądrzeje?
– Penelopa zawsze miała na Percy'ego wielki wpływ. Są ze sobą od piątej klasy – powiedziała cicho Molly. – To ona opowiedziała mi, co między nimi zaszło. Przyznała mi się, że bardzo go kocha i boi się o niego, ale w tej sprawie... No, konfliktu między profesorem i ministrem... Powiedziała, że jest po naszej stronie i że ona też wierzy w powrót SAM–WIESZ–KOGO... I zrobi wszystko, żeby przekonać Percy'ego. A teraz, po tym, co się stało, Percy już wie, że Knot nie miał racji. Może więc Penelopa się z nim pogodziła? Mam taką nadzieję... A jeśli tak, to on mógł się z nią skontaktować, jak tylko usłyszał w pracy o tych smokach.
– Myślę, mamo, że możesz mieć rację – energicznie przerwał Bill – Ale w takim razie, dlaczego Percy pomyślał o Charliem? Co go obchodzi atak smoków na Malfoy'ów?
– Obawiam się, że to tylko początek – cichy głos Lupina natychmiast przyciągnął uwagę wszystkich obecnych. Lupin niezmiernie rzadko okazywał zdenerwowanie, a teraz, widać było, że jest wręcz przerażony. – Coś się dzieje, a my nie wiemy co. Nie sądzę, żeby Voldemort kontrolował te smoki. Nawet jeśli jest wściekły na Malfoy'a, że ten dał się złapać, to Voldemortowi nie chciałoby się marnować energii na takie rzeczy.
– Nie wiemy, co się kryje za atakiem smoków na Malfoy Manor. I obawiam się, że mamy zbyt mało danych, żeby w tej chwili snuć jakieś przypuszczenia, o co tu chodzi. Napisz do Charliego – dyrektor spojrzał na Arthura. – Może istotnie być tutaj bardzo potrzebny. A teraz proponuję, byśmy wrócili do zasadniczego tematu dzisiejszego spotkania – stanowczy głos Dumbledore'a przywrócił porządek. – Musimy się poważnie zastanowić nad sytuacją. Skontrowaliśmy Voldemorta, zniszczyliśmy jego ostatni plan – ale nie możemy się łudzić, że on zaprzestanie ataków.
Dyskusja nie trwała długo. Nikt nie mógł przewidzieć, gdzie Voldemort teraz uderzy, trzeba więc było podjąć działania zapobiegawcze. Rodziny uczniów Hogwartu musiały być chronione. Dyrektor postanowił zażądać od ministerstwa podjęcia odpowiednich kroków. Mugoli należało zaopatrzyć w świstokliki i alarmowe komunikatory, żeby w razie napadu mogli szybko uciec i zawiadomić aurorów. No i nikt nie wiedział, co zrobić z rodziną Dursley'ów. Na razie byli w szpitalu św. Munga, ale co potem? Dumbledore stwierdził, że zajmie się tym osobiście.
Gdy zebranie się skończyło i członkowie Zakonu zaczęli opuszczać kuchnię, Bill zauważył, że Lupin zatrzymał dyrektora i coś mu szepnął do ucha.
– Dobrze, Remusie, porozmawiamy – powiedział cicho profesor. – Ale chodźmy do salonu...
Bill zamykając za sobą drzwi zastanawiał się, co to mogło znaczyć. Czego Lupin nie chciał powiedzieć przy wszystkich? Co prawda czasem lepiej było wiedzieć mniej, niż więcej. Zasada przekazywania minimum informacji była w działaniach konspiracyjnych podstawą i sam Dumbledore wiele ukrywał przed członkami Zakonu, ale... Nagle obudzona ciekawość Billa nie dawała mu spokoju. Reakcja Remusa na wiadomość o ataku smoków też była zastanawiająca. I chłopak uświadomił sobie coś jeszcze. Lupin wyglądał... niezwykle. Jego ubranie było nowe i w dobrym gatunku i pachniało ledwie wyczuwalnie lawendą. Na zebraniu tyle się działo, że Bill nie miał czasu wcześniej się nad tym zastanowić. Remus zawsze wyglądał jak biedak. Ale dzisiaj coś się zmieniło. Gdzie on spędził noc? Od śmierci Syriusza mieszkał na Grimmauld Place, a wczoraj go tam nie było, Moody spytał o to Lupina i Bill niechcący usłyszał, jak Szalonooki wyrzucał Remusowi, że nikomu nie dał znaku życia. „Strasznie się o ciebie martwiłem." Jak na Moody'ego, było to dość niezwykłe wyznanie. „Byłem bezpieczny." – odpowiedział mu Remus i nie chciał nic więcej na ten temat mówić. Zresztą zebranie się rozpoczęło i nie mogli już dalej rozmawiać. Gdzie Lupin był tej nocy? I o czym rozmawiał teraz z Dumbledore'em?!
Rozdział drugi
POROZUMIENIE.
Drugi lipca 1996 godzina 8.00 rano
– To niewiarygodne, że przeżył! Ale co teraz? – lamentowała Madame Pomfrey.
– Przestań, Poppy! – profesor McGonagall również nie ukrywała rozpaczy – Powiedz lepiej, co z nim?
Harry wsłuchiwał się w te głosy, rozbrzmiewające tuż obok. Leżał na czymś miękkim... Z trudem rozchylił powieki. Ambulatorium. Pielęgniarka i opiekunka Gryffindoru stały odwrócone tyłem do niego. Madame Pomfrey nachylała się nad kimś leżącym w sąsiednim łóżku.
Chłopak błyskawicznie się zerwał. Snape! Żyje?! Kobiety spojrzały na niego.
– Harry! Natychmiast się połóż! – ostro zażądała profesor McGonagall.
– Nie! – zaprotestował Harry – Co ze Sna... Z profesorem Snape'em? Będzie żył?!
– Nie wiem... – jęknęła pielęgniarka. Przerażony chłopak usiadł na łóżku.
– Zapadł w śpiączkę – powiedziała cicho profesor McGonagall, patrząc na niego ze smutkiem.
***
szósty lipca 1996 rok – późne popołudnie
– Harry, czy usłyszymy wreszcie jakieś wyjaśnienia? – Dumbledore przyglądał się chłopcu uważnie spoza półksiężycowych szkieł swoich okularów.
– Wolałbym poczekać, aż profesor Snape odzyska przytomność, bo sam nic nie rozumiem! – Harry rozejrzał się szybko, nie chcąc patrzeć w oczy dyrektora. Niestety, to mu nie pomogło. Oprócz Dumbledore'a w gabinecie znajdowały się profesor McGonagall i Hermiona i obie wpatrywały się w chłopca z taką samą mieszaniną zniecierpliwienia i niepokoju, jak dyrektor.
– Może spróbujesz opowiedzieć, co się zdarzyło tak, jak ty to widziałeś – zaproponował spokojnie Dumbledore, – a profesor Snape przedstawi swoją część tej historii, gdy się ocknie.
Harry zastanowił się.
– Spróbuję... – westchnął.
No, cóż, był im to winien, zwłaszcza Hermionie. Najadła się strachu. Dobrze, że Dumbledore zdążył. Schwytano dwudziestu sześciu śmierciożerców. Planowali masakrę rodzin mugolskich uczniów Hogwartu. „Prorok Codzienny" zamieścił obszerną relację z akcji i przez parę dni był to temat numer jeden tej gazety. Oczywiście zasługi Dumbledore'a umniejszano, jak tylko było można. No i na szczęście w „Proroku" nic nie wiedzieli o udziale jego – Harry'ego – w całej sprawie, więc chociaż tym razem o nim nie napisali.
– Przez kilka dni, a właściwie nocy, po powrocie z Hogwartu miałem wciąż koszmarne sny – zaczął Harry niepewnie – Ale ani razu nie zabolała mnie blizna. A tej nocy, gdy to wszystko się zdarzyło, nie śniło mi się nic... Nagle usłyszałem głos Snape'a, wołał mnie...
– Profesora Snape'a, Harry – przerwał Dumbledore z naciskiem.
– Hmm... Tak... Krzyczał: „Harry! Harry!" Nigdy wcześniej nie mówił mi po imieniu. To było takie... niezwykłe. W chwilę potem... patrzyłem jego oczami! Tak, jakbym siedział w jego głowie i widział to, co on. Ale to nie było tak, jak z Voldemortem. Nie byłem nim... To znaczy, nie byłem profesorem Snape'em. – poprawił się szybko chłopiec.
– Słyszałem, jak mówi do mnie w myślach! I czułem jego ból. To było potworne!
Harry przerwał relację. Miał wrażenie, że nie zdoła im powiedzieć co widział. Hermiona podała mu filiżankę herbaty. Ręce chłopca trzęsły się tak bardzo, że z trudem uniósł ją do ust i wypił kilka łyków, ale to pomogło mu się nieco opanować.
– Tam byli śmierciożercy. Chyba siedmiu... Tak, siedmiu żywych! I leżały dwa trupy... To on ich zabił! Oni go okrążyli i obrzucali klątwami. Torturowali go, chcieli żeby długo cierpiał zanim umrze! Związali go zaklęciem antyteleportacyjnym, by nie uciekł... – głos Harry'ego się załamał.
Odetchnął głęboko i po dłuższej chwili kontynuował opowieść.
– Profesor Snape potwornie cierpiał, ale był przytomny. Poprosił mnie w myślach, żebym mu pomógł zerwać sieć antyteleportacyjną. Przekazał mi, jak to zrobić. Musiałem dostać się do umysłów tych śmierciożerców, opętać ich na krótką chwilę i zdezorientować. Ja... nie wiem, jak mi się to udało! Zmusiłem ich do cofnięcia zaklęcia więżącego profesora Snape'a, a on się wtedy poderwał i przywołał swoją różdżkę. Okazało się, że leżała gdzieś w trawie. Poleciała ku niemu, chwycił ją... To wszystko działo się niesamowicie szybko! I wtedy stało się coś jeszcze...
– O Boże! – jęknęła McGonagall, najwyraźniej nie wytrzymując napięcia opowiadanej historii – Jak Severus zdołał to wytrzymać?!
– Byliśmy na jakiejś polance... Nagle zobaczyłem dwa zielone promienie, które błyskawicznie – jeden po drugim, wyleciały spoza drzew i usłyszałem łomot. Dwóch śmierciożerców stojących przed profesorem osunęło się na ziemię. On uskoczył w bok i strzelił Drętwotą w następnego, który upadł. Odwrócił się i zobaczyłem, że ci trzej, co stali za Snape'em, także byli już martwi. Leżeli na ziemi, to ich ciała walące się na trawę spowodowały ten hałas, który usłyszałem wcześniej. Ostatni próbował się deportować, ale nie zdążył. Trafiły go dwie Avady z dwóch różnych stron. A ja zobaczyłem, że wśród drzew mignęło coś białego. Tam ktoś był! Co najmniej jeszcze dwie osoby zaatakowały śmierciożerców!
Chłopak urwał. Zabrakło mu tchu.
– Hmm... – Dumbledore wpatrywał się w niego intensywnie – Ktoś przybył mu z pomocą. I ci ludzie bez skrupułów używali Avady... Myślę, że tego, którego Severus uderzył Drętwotą, też zabili.
– Tak, panie profesorze, ja też tak sądzę – szepnął Harry.
– Co było dalej? – ponagliła McGonagall.
– Profesor Snape się deportował. Chciał dotrzeć jak najbliżej zamku, ale niestety strefa antyaportacyjna wokół Hogwartu rozciąga się poza granice Zakazanego Lasu i teraz już także poza Hogsmeade. Wylądował na skraju Lasu...
– Jak się dostał w pobliże buka nad jeziorem? – spytała profesor transmutacji.
– Pojawiły się dwa jednorożce, klacz i ogier. Klacz uklękła i on wdrapał się na jej grzbiet. Jednorożce przebiegły przez las i skierowały się w stronę zamku, ale kiedy mijały to drzewo, on, to znaczy – profesor Snape – spadł. Stracił na chwilę przytomność, a potem już nie dał rady wsiąść na tę klacz z powrotem... Znów mnie zawołał i zemdlał. A ja się wtedy obudziłem w swoim łóżku na Privet Drive. Zatelefonowałem do Hermiony, zostawiłem Dursleyom kartkę, że musiałem wrócić do Hogwartu, no i...
– Resztę już wiemy – przerwał mu Dumbledore – Od panny Granger. Zatem nie pozostaje nam już nic innego do roboty, poza czekaniem, aż profesor Snape odzyska przytomność.
– A dlaczego ja byłem nieprzytomny prawie dobę?
– Bo wydaje mi się, że podzieliłeś się z profesorem Snape'em swoją mocą magiczną. Ocaliłeś mu życie, Harry. I musiałeś zregenerować siły – odpowiedział spokojnie dyrektor.
