Rozdział drugi (Część druga)

POROZUMIENIE

***

szósty lipca 1996 rok, wieczorem

Harry z napięciem wpatrywał się w twarz Mistrza Eliksirów. Od pamiętnych wydarzeń minęło już pięć dni, a Snape wciąż był nieprzytomny. Trawiony gorączką rzucał się na łóżku, czasem coś mówił w malignie, kogoś wołał, wykrzykiwał jakieś imiona.

Madame Pomfrey pozwalała Harry'emu i Hermionie jedynie na krótkie, kilkuminutowe odwiedziny.

– Po co macie przy nim siedzieć? I tak go o nic nie zapytacie! – gderała i wyganiała ich z ambulatorium.

Oboje postanowili zostać w Hogwarcie do końca wakacji, a Dumbledore nie protestował.

Harry widział cienie na twarzy Snape'a i cienkie szramy na jego głowie, doskonale wyeksponowane, bo pielęgniarka do gołej skóry ścięła mu włosy. Zaczynały już odrastać...

Chłopak z dziwnym zakłopotaniem uświadomił sobie, że jego zapiekła nienawiść do Mistrza Eliksirów ulotniła się, nawet nie zauważył kiedy. Dopiero teraz zdał sobie w pełni sprawę, jak wiele ten mężczyzna ryzykował. Przed oczami chłopca znów przewinęły się sceny oglądane oczami Snape'a i wróciło wspomnienie potwornych cierpień, jakie zafundowali mu śmierciożercy. Wspomnienia z lekcji eliksirów, gdy Snape znęcał się nad nim i innymi Gryfonami, stały się nagle dziwnie blade. Nawet drwiące i pełne nienawiści słowa, i sarkazm w głosie nauczyciela, gdy wymawiał: „Potter!" wydawały się jakby... mało znaczące? Motywacje i przyczyny postępowania profesora stały się może bardziej zrozumiałe. Był szpiegiem Dumbledore'a i musiał dbać o to, by wszyscy, których chciał przekonać o swojej lojalności dla Voldemorta widzieli, że nie sprzyja Gryfonom. O dawnej nienawiści między nim i Jamesem Potterem też było powszechnie wiadomo. „Ale ja mu nic złego nie zrobiłem!" – pomyślał Harry z rozgoryczeniem. – „Nie jestem przecież moim ojcem!"

Wiele spraw było niejasnych i drażniło jego rozbudzoną ciekawość. Zwłaszcza jedno pytanie nie dawało chłopakowi spokoju. Dlaczego Snape wezwał na pomoc właśnie jego, Harry'ego? Niestety, na to mógł mu odpowiedzieć jedynie Mistrz Eliksirów.

Wydarzenia ostatnich tygodni wróciły z całą siłą. Chłopak znów poczuł rozpacz, którą usiłował zepchnąć w głąb świadomości. Śmierć Syriusza i to, co stało się potem... Czuł wstyd i jednocześnie dręczyło go nieznośne poczucie winy. Gdyby się postarał... Przecież wszyscy mu powtarzali – Hermiona, Syriusz i Lupin – że musi opanować oklumencję!

...Harry, nic nie jest tak ważne, rozumiesz?! Nic!" – okrutnym przypomnieniem zabrzmiały mu w głowie słowa Lupina. Chłopak poczuł niemal fizyczny ból. I cóż z tego, że teraz ćwiczył zamykanie umysłu niemal bez przerwy? To nie wróci życia Syriuszowi. Wyrzuty sumienia nie dawały Harry'emu spokoju. Oskarżał Snape'a, Dumbledore'a, Knota i diabli wiedzą kogo jeszcze, a najbardziej był winien on sam! Przez te kilka dni miał aż za dużo czasu na myślenie. A od samego siebie nie da się uciec. Ani od własnych uczuć. Emocje znów dały o sobie znać.

„Ale póki żyję, to mam jakieś uczucia!" – pomyślał buntowniczo chłopak. – „Nie można niczego nie czuć!"

Można panować nad własnymi emocjami." – zimny głos Snape'a odezwał się echem wspomnienia w głowie Harry'ego. No, tak. Mistrz Eliksirów mówił mu o tym. „Zepchnij emocje w głąb umysłu. Zablokuj je." Mówić łatwo, zrobić trudno... Snape też nie potrafił zapanować nad sobą, gdy zastał Harry'ego myszkującego w jego myślodsiewni. Chłopak pomyślał ponuro, że mimo wszystko dobrze się stało. To, czego dowiedział się o swoim ojcu nie ucieszyło go, ale prawda, nawet najgorsza, lepsza jest od kłamstw. Ale... Jaka była ta prawda? Jakim człowiekiem był James Potter? „Twój ojciec był dobrym człowiekiem..." Czy rzeczywiście? Przez całe życie Harry wysłuchał tylu kłamstw, że teraz już z nieufnością traktował wszystko, co słyszał. Czy okłamywano go ze złej woli, czy z litości? Tak, niestety, najprawdopodobniej z obu tych powodów, i niczego dobrego to nie przyniosło. Paradoksalnie – jedynym człowiekiem, który zawsze mówił mu prawdę był znienawidzony Mistrz Eliksirów!

Znów spojrzał na Snape'a. Mężczyźnie zadrgały powieki. Rzęsy rzucały cień na policzki. Migotliwe światło świec trochę tonowało bladość jego twarzy. Nagle Snape otworzył oczy. Harry poderwał się i nachylił nad jego łóżkiem. Może profesor odzyskiwał przytomność?

– Lily... – wychrypiał mężczyzna. Nie, nie był do końca przytomny.

Chłopak rozejrzał się w panice. Już chciał zawołać pielęgniarkę, ale głos uwiązł mu w gardle. Twarz Snape'a wykrzywił grymas przerażenia.

– Potter – jęknął. – Zostaw mnie w spokoju!

Harry szybko się cofnął.

LILY?!" Dlaczego Snape wzywał jego matkę? Co to miało znaczyć?! I czemu Mistrz Eliksirów tak się przeraził na jego widok?

Potter! Zostaw mnie w spokoju!" A może...

„On mnie pomylił z moim ojcem!" – Harry nagle zrozumiał co się stało.„O Boże!" – pomyślał z goryczą. Po tym czego się dowiedział, zaglądając do przeklętej myślodsiewni nie dziwił się już reakcjom nauczyciela.

„Nie jestem taki jak mój ojciec! Nie! Nie chcę być TAKI!"

Co mógł zrobić, by przekonać Snape'a, że jest zupełnie inny, niż James Potter? To, że jest fizycznie podobny do ojca, wcale nie oznacza, że ma taki sam charakter...

– Wyjdź stąd, Harry – głos Madame Pomfrey przywołał chłopca do rzeczywistości.

Wyszedł szybko z ambulatorium i skierował się do gabinetu dyrektora. Czekała tam na niego Hermiona ponieważ ostatnio nie spędzała czasu prawie nigdzie indziej.

Wlokąc się korytarzem myślał o tym, co się wydarzyło w ciągu kilku ostatnich dni. „Prorok Codzienny" pełen był sensacyjnych doniesień o atakach smoków na domostwa znanych śmierciożerców. Pierwszy zdarzył się tamtej pamiętnej nocy, z trzydziestego czerwca na pierwszego lipca. Drugi i trzeci – dwa dni potem, trzeciego lipca, a następnej nocy było aż pięć napaści. Na tym na razie się skończyło. Harry wiedział, że Dumbledore, który wyraźnie się tym martwił nie miał wątpliwości, że to dopiero początek.

Nikt nie miał pojęcia, co się naprawdę dzieje. We wszystkich gazetach pełno było artykułów, których autorzy snuli hipotezy na temat przyczyn niezwykłego zachowania smoków. Oczywiście wszyscy zastanawiali się, kto stoi za tymi atakami. Ministerstwo kategorycznie odcinało się od podejrzeń, jakoby to oni mieli coś z tym wspólnego. Knot wygłosił oficjalne oświadczenie o „wszczęciu dochodzenia" w tej sprawie. Nawet doniesienia i rozważania o atakach na mugolskie rodziny uczniów Hogwartu po trzech dniach zepchnięte zostały ze stron tytułowych czasopism na dalsze i ustąpiły pierwszeństwa tej nowej sensacji. Również „Quibbler" włączył się do dyskusji o smokach. Co prawda dywagacje „żonglujących" autorów wywoływały czysty śmiech – Harry podejrzewał, że za literkami l.p.n. sygnującymi artykuł, który go okropnie rozbawił, kryje się sam pan Lovegood. Tekst napisano żargonem pretendującym do miana „naukowego" – niestety, nie da się ukryć, że był to stek bzdur. Osoba używająca podpisu l.p.n. z absolutną powagą twierdziła, że te smoki to wcale nie są prawdziwe smoki, lecz animagowie. O dziwo, Hermiona, która dotąd nie traktowała poważnie „Quibblera" przeczytała ten artykuł z wypiekami na twarzy, po czym natychmiast pobiegła do profesor McGonagall, wyraźnie podekscytowana. Harry poszedł z nią, bo też był ciekaw, co profesor transmutacji na to powie.

Zgodnie z przypuszczeniami chłopca, profesor McGonagall czytając artykuł z trudem powstrzymywała się od śmiechu. Udało jej się opanować, po czym z powagą wyjaśniła dziewczynie, że nigdy nie zdarzyło się, aby jakikolwiek czarodziej zamienił się w smoka. Legend na ten temat jest mnóstwo, ale historia to nie jest zbiór mitów, lecz faktów. A fakty są nieubłagane – żadne kroniki historyczne takiego przypadku nie odnotowały. Zdarzali się czarodzieje, którzy potrafili kontrolować smoki. W Chinach, kiedyś, mnisi z Shaolin hodowali smoki i nawet podobno potrafili na nich jeździć. Hodowlę jednak zarzucono, gdyż zdolności panowania nad smokami są wśród czarodziejów ogromnie rzadkie i wciąż brakowało adeptów. Zbyt wielu z nich ginęło. Właściwie wszyscy. Wreszcie, po prostu zabrakło chętnych. A smoki europejskie są znacznie groźniejsze i dziksze od chińskich ogniomiotów. Oczywiście i w Europie zdarzali się czarodzieje posiadający zdolności panowania nad smokami. I zapewne tutaj zachodził właśnie taki przypadek. Kim był ten ktoś – nie wiadomo. I tylko to było w tej całej sprawie rzeczą pewną!

Harry obserwując spod oka Hermionę trochę jej współczuł. Dziewczyna była bardzo rozczarowana, ale czegóż można się było spodziewać po rewelacjach z „Quibblera"? Sam nie odezwał się ani słowem, ale też czuł nieokreślony żal, że animagowie – smoki nie istnieją. W tym punkcie przerwał rozmyślania, gdyż dotarł do celu.

– Piwo kremowe! – podał hasło i chimera odsunęła się, odsłaniając wejście do gabinetu dyrektora. Hermiona siedziała w fotelu i czytała wieczorne wydanie „Proroka". Na odgłos otwieranych drzwi uniosła głowę.

– I co? – spytała cicho. – Bez zmian?

Harry tylko skinął głową. Nie opowiedział jej i Ronowi, czego się dowiedział o swoim ojcu. Nie tylko dlatego, że Snape tego zażądał. Po prostu się wstydził. Wstyd mu było za ojca. I coraz bardziej go to uwierało. Na szczęście dziewczyna nie zadawała żadnych pytań. Miała zbyt wiele własnych zmartwień. A Harry sam nie wiedział, czy chciałby z nią o tym porozmawiać i poprosić o radę, czy nie. A jeśli tak, to w jaki sposób wyjaśnić jej sprawę nie wyjawiając tego najokrutniejszego sekretu? Bo to by mu przez gardło nie przeszło... Tak się zamyślił, że nie usłyszał, co Hermiona do niego mówi.

– Harry! – dopiero jej krzyk do niego dotarł.

– Co...? Przepraszam, zamyśliłem się... – jęknął.

– Widzę – mruknęła dziewczyna, patrząc na niego podejrzliwie.

– Jak myślisz? – zagadnął szybko, chcąc uniknąć niewygodnych pytań – Co się naprawdę kryje za tymi atakami na śmierciożerców?

– Nie mam już pomysłów... Wszelkie możliwe i niemożliwe warianty rozwiązań tej zagadki w swoich domysłach chyba wyczerpałam – Hermiona pokręciła głową. – Wszystko to jest bardzo dziwne. Ale nie wierzę, żeby Knot, czy ktoś z ministerstwa miał z tym cokolwiek wspólnego.

– Też tak myślę – westchnął Harry, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. – Ale KTOŚ to robi. Naprawdę sądziłaś, że to nie smoki, tylko animagowie? – spytał, przypominając sobie nonsensy wypisywane w „Quibblerze".

– Tak naprawdę, to nie... – Hermiona westchnęła z wyraźnym żalem. – Szkoda... Powiedz mi, jak wygląda Snape? – zmieniła temat. – Pani Pomfrey mnie do niego dzisiaj nie wpuściła! Martwię się o niego...

– Ja też – przyznał Harry cicho. Wkroczyli na grząski grunt. Do tej pory unikali poruszania tego tematu. – Naprawdę nie wiem, co się stało! – wybuchnął. – Opowiedziałem wszystko jak było, ale wciąż niczego nie rozumiem!

Dziewczyna skuliła się na fotelu.

– Boję się – wykrztusiła. – Nie lubiłam Snape'a, a teraz mi go żal...

– Nienawidziłem go... – szepnął Harry. – Ale to minęło. I też mi go żal...

Popatrzyli na siebie bezradnie. Nie mogli nic zrobić. Tylko czekać.

***

Severus Snape wędrował we śnie korytarzami Hogwartu. Wiedział, że śni, ale nie miało to znaczenia. Był sam. Słyszał echo swoich kroków, szedł powoli i zaglądał do pustych klas. Pochodnie, jak zwykle, zapalały się oświetlając mu drogę i gasły, gdy je mijał. Nie zatrzymywał się. Znał Hogwart doskonale i czuł się świetnie wędrując tak samotnie, nie potykając się o uczniów, czy o Panią Norris. Nikt mu nie przeszkadzał, ani niczego od niego nie chciał. Nie zastanawiał się, dokąd idzie, i prawdę mówiąc – było mu wszystko jedno.

Korytarz nagle skończył się ślepą ścianą, na której wisiał gobelin, przedstawiający dzban z kwiatami. Mistrz Eliksirów uśmiechnął się. Mógł zawrócić, albo odsunąć gobelin i wejść do ukrytej salki. Wybrał to drugie. Mało kto wiedział o tym przytulnym maleńkim pokoiku. Stał tu zakurzony skórzany fotel i okrągły stoliczek. Przez małe, wąskie okienko można było podziwiać zachody słońca. Mężczyzna nacisnął klamkę i przekroczył próg. Nie zobaczył zachodu słońca. Na wprost drzwi stało Zwierciadło Ain Eingarp. Severus Snape zamarł. Ujrzał w lustrze siebie otoczonego przez pięć dobrze znanych mu kobiet. Brunetka, ruda i trzy blondynki patrzyły na niego ze smutkiem i tęsknotą. Czarne oczy – takie same, jak jego własne, zielone, dwie pary błękitnych, jak niebo w bezchmurny dzień i szare, jak wody Morza Północnego...

Severus Snape nie usłyszał własnego krzyku. Osunął się w czarną, lepką mgłę, która otoczyła go i pochłonęła.

***

– O Boże, Severusie! Jak mnie przestraszyłeś! – Madame Pomfrey pochylała się nad nim i ostrożnie przecierała mu twarz wilgotną chustką. Próbował się poderwać, ale pielęgniarka chwyciła go za ramiona i delikatnie acz zdecydowanie popchnęła z powrotem na łóżko.

– Nie wstawaj tak szybko, bo dostaniesz zawrotów głowy – ostrzegła go. – Zaraz zawiadomię Minerwę i Albusa, że odzyskałeś przytomność!

– Poppy... Ona nie żyje... – szepnął. – Ją też zamordował... Nie, ja nie zwariowałem – dodał szybko, widząc wyraz jej twarzy – Widziałem ją... Dołączyła do moich zmarłych...

– Uspokój się – powiedziała łagodnie pani Pomfrey. – To był tylko zły sen!

– Nie! – Snape rozpaczliwie jęknął. – Dała mi znać... Zabił ją. Nie daruję! – syknął.

Pielęgniarka nie podjęła dyskusji, bo w drzwiach ambulatorium pojawił się profesor Dumbledore, a za nim weszła Minerwa McGonagall. Oboje szybko podeszli do łóżka Snape'a.

– Severusie! – łagodny głos Dumbledore'a podziałał kojąco. – Nareszcie!

Snape oblizał spierzchnięte wargi.

– Długo byłem nieprzytomny? – spytał z niepokojem.

– Pięć dni – odpowiedziała żywo pielęgniarka zadowolona, że jej pacjent się ocknął.

– To długo... – szepnął Mistrz Eliksirów. Twarze dyrektora i profesor transmutacji zaczęły mu się rozmywać przed oczami.

– Poppy! On znowu... – szum wodospadu w uszach zagłuszył krzyk McGonagall. Spadał w przepaść. I tak mocno biło mu serce...

***

Profesor McGonagall wyszła na spacer. Gdyby uczniowie mogli ją teraz zobaczyć, niezmiernie by się zdziwili. Nauczycielka transmutacji miała potargane włosy i rozpiętą pod szyją szatę. I zapomniała założyć swą tiarę.

Nie oddaliła się zbytnio od zamku. Szła powoli w stronę chatki Hagrida. Świeże powietrze miało jej pomóc opanować zdenerwowanie, ale jakoś nie pomagało. Severus odzyskał przytomność na krótką chwilę, a potem znów zapadł w śpiączkę. Gdzieś w głębi duszy Minerwa McGonagall czuła narastającą rozpacz. I strach. Zastanawiała się nad swoim stosunkiem do Mistrza Eliksirów. Czy lubiła tego mrocznego, posępnego mężczyznę? A może tylko go tolerowała? Gdy był uczniem, wciąż miał jakieś zatargi z Gryfonami. Zawsze brała stronę swoich podopiecznych, ale czy miała rację? Severus był ponury, unikał towarzystwa, czy to jednak znaczyło, że nie mówił prawdy, gdy skarżył się na Huncwotów? Nie, nie lubiła go, gdy był uczniem... A potem? Gdy został nauczycielem w Hogwarcie? Szybko okazało się, że jest naprawdę świetnym fachowcem, i swego tytułu nie otrzymał za piękne oczy, choć jego metody wychowawcze... Hmm... Nie, to nie był czas na takie rozważania. Teraz najważniejsze jest, by wyzdrowiał!

Głośny łopot skrzydeł przyciągnął uwagę kobiety. Olbrzymi, czarny orzeł przeleciał tuż nad jej głową. Zatoczył koło, zaskrzeczał ochryple i poleciał w stronę zamku. Zaintrygowana zachowaniem ptaka obserwowała jego lot. Orzeł zbliżył się do otwartego okna ambulatorium i wleciał do środka. Profesor McGonagall zawróciła i szybko skierowała się do głównego wejścia. Nieokreślony niepokój gnał ją po schodach. Prawie bez tchu wpadła do sali szpitalnej. Madame Pomfrey pochylała się właśnie nad Snape'em. Wielki czarny ptak siedział na nocnej szafce, obok łóżka nieprzytomnego mężczyzny. Jego pióra i oczy lśniły w świetle świec.

– Poppy... – Minerwa McGonagall urwała rozpoczęte zdanie. Pielęgniarka wyprostowała się i spojrzała na nią. Na jej twarzy widać było wyraźną ulgę.

– Śpi... – szepnęła, przykładając palec do warg. – Spójrz...

Profesor McGonagall spojrzała i zamarła. Severus Snape uśmiechał się przez sen, a jego pierś unosiła się w równym, spokojnym oddechu.

***

szósty lipca 1996 rok – godzina dwudziesta trzecia trzydzieści. Grimmauld Place 12

Profesor Dumbledore zatroskanym wzrokiem patrzył na Lupina.

– Czego się dowiedziałeś? – spytał.

– Niestety, niczego, panie profesorze – westchnął ciężko Remus.

– Dlaczego? Czy Margherita odmówiła spotkania ze mną? A może nie chciała już z tobą rozmawiać?

– Nie, to nie to... Nie spotkałem się z nią. Popełniłem błąd, trzeba było pójść do niej następnego dnia rano. Fakt, że źle się czułem, ale nie aż tak, bym nie mógł się tam wybrać. Pojechałem dopiero wczoraj, a to już było za późno. Jej sąsiad, ten policjant – Chris Sheen, powiedział mi że: „Pani Goldstone wyjechała drugiego lipca do Francji, bo jej mąż miał straszny wypadek." Spytałem oczywiście, co się stało, ale niestety nie znał żadnych szczegółów.

– Może po prostu nie chciał ci ich zdradzić – wyraził przypuszczenie dyrektor.

– Mówił prawdę – stwierdził kategorycznie Lupin. – Użyłem legilimencji. On nic nie wie.

– Trzeba więc będzie poszukać informacji o „panu Goldstone" – myślał głośno Dumbledore. – Chociaż nie sądzę, żeby w ministerstwie coś wiedzieli o tym czarodzieju. Niemniej musimy to sprawdzić.

– Czemu sądzi pan, że nic o nim nie wiedzą? I skąd pańska pewność, że ten Goldstone jest czarodziejem? – zdziwił się szczerze Remus.

– Nie mam takiej pewności. Wręcz przeciwnie. To tylko przypuszczenia... Albo możesz to nazwać przeczuciem. Ale może być i tak, że jest to mugol, który nawet nie ma pojęcia, że ma żonę czarownicę. Hmm... Czy możesz coś wywnioskować z tego, co mówiła Margherita? Lub z tego, co widziałeś w tym domu i z jej zachowania? – Dumbledore zmarszczył brwi. Lupin zastanowił się nad odpowiedzią.

– Chyba nie za wiele... – westchnął ciężko, wyraźnie zakłopotany. – Margherita nie mówiła prawie wcale o swoim mężu... Że jest bardzo wysoki, ale czy to ważne? Nie pokazała mi żadnego zdjęcia, nie mam więc pojęcia jak on wygląda. Dała mi jego czarny sweter, odrobinę dla mnie za duży – czyli jej mąż ma szerokie ramiona i długie ręce. A, i jeszcze – jak dała mi jego koszulę, to powiedziała, że zmieniła jej kolor na niebieski, bo pamiętała, że to mój ulubiony, ale jaką barwę miała ta koszula wcześniej, mogę się tylko domyślać. Tylko, że to przecież zupełnie nieistotne. Obie te części garderoby są znakomitej jakości. I pachną lawendą... W czym nie ma nic dziwnego. Po prostu – ona lubi ten zapach. Sądząc po samym domu i jego wyposażeniu... no i po samochodzie – Goldstone'owie mają sporo pieniędzy. Aha! Jeszcze jedno! – przypomniał sobie Remus. – Margherita wspomniała, że ma dwoje „prawie dorosłych" dzieci! No, to już chyba wszystko...

– Uhmm... To rzeczywiście mało. Chociaż nigdy nie wiadomo, czy taki nieważny drobiazg jak kolor czyjejś koszuli nie okaże się niezwykle istotną informacją!

– Widzę, że pan nie żartuje – Remus się uśmiechnął.

– Ano, nie... – Dumbledore dotknął w zamyśleniu końca swojego wydatnego nosa. – Remusie... Czy ty masz jakieś mugolskie dokumenty?

Lupin omal nie zachłysnął się ze zdumienia, słysząc to niespodziewane pytanie.

– Mm... mam – wykrztusił, patrząc na profesora z niedowierzaniem.

– To świetnie. Paszport? – dyrektor zrobił zadowoloną minę

– Tak. Mam paszport, metrykę...

– Doskonale. Prawdziwe? Na twoje własne nazwisko? – zapytał Dumbledore z napięciem.

– Nie... – Lupin się uśmiechnął. – Nie mówiłem tego nikomu, tak na wszelki wypadek. Nawet panu...

– Bardzo słusznie! – pochwalił profesor.

Młody mężczyzna ciężko westchnął.

– To był pomysł brata mojej matki – powiedział cicho. – W czasie pierwszej wojny z Voldemortem moi rodzice zaczęli się ukrywać. Nie wiedzieli, że ja działam w Zakonie... no, nic nie wiedzieli o Zakonie! Ale czuli się zagrożeni. Rodzina ojca co prawda nigdy nie popierała Riddle'a, ale na małżeństwo moich rodziców zawsze patrzyli krzywym okiem. Nigdy w gruncie rzeczy nie pogodzili się z wyborem ojca. Uważali, że mugolka ich hańbi! Natomiast rodzina matki zaakceptowała ich małżeństwo bezwarunkowo. To oni załatwili nam fałszywe dokumenty. Rodzice mają w papierach inne nazwisko niż ja...

– Nie musisz mówić, jakie – przerwał Dumbledore. – Możesz mi zdradzić tylko swoją mugolską tożsamość.

– Wśród mugoli funkcjonuję jako John Fox–Key – Lupin prychnął rozbawiony. – Niestety, ten sąsiad Margherity zna mnie jako Moona... A to cholernie dociekliwy i inteligentny facet. Nie wiem, ale chyba trzeba coś z tym zrobić.

– Pamiętam, mówiłeś mi, że Margherita tak cię przedstawiła. Ale ona zna twoje prawdziwe imię i nazwisko. I bardzo dużo o tobie wie... Ciekawe, skąd? Remusie, ty mi czegoś nie powiedziałeś! Opowiadałeś mi o waszym spotkaniu na Riwierze i o tym, czego cię uczyła, pokazałeś mi tą różdżkę, którą ci dała... Powiedziałeś mi również o tym, że ona uważa odcinanie się od świata mugoli za błąd... Coś jednak przemilczałeś. Prawda? – przenikliwe spojrzenie Dumbledore'a sprawiło, że młody mężczyzna spuścił głowę.

– Rzeczywiście... – wymamrotał zmieszany. – Poradziła mi, żebym pogodził się z Severusem Snape'em i dała do zrozumienia, że doskonale wie, co między nami zaszło... Powiedziała, że trochę przez przypadek śledziła moje losy i widziała mnie kilka razy, ale nie mogła ze mną porozmawiać. Nie mam pojęcia, co o tym myśleć! – wybuchnął nagle Remus – Ona wiedziała nawet to, że James i Syriusz napadli na Severusa w pociągu, jak po raz pierwszy jechaliśmy do Hogwartu!

Dumbledore z ponurą miną patrzył gdzieś w przestrzeń.

– To moja wina, że czuliście się tacy... bezkarni. Powinienem był ostro i od razu zareagować na wasze wybryki – powiedział cicho. – Jak myślisz, kto powiedział o tym Marghericie?

– Chyba nie Severus? – zastanowił się Lupin – Ale przypuszczam, że on ją zna!

– Teraz nie mamy żadnej możliwości, by go o to zapytać – stwierdził sucho dyrektor. – Musimy zdać się na informacje z innych źródeł.

– A właściwie, to dlaczego spytał mnie pan o mój mugolski paszport? Czy mam pojechać do Francji, jako mugol? – spytał z niepokojem Remus.

– Być może, ale jeszcze nie teraz. Na razie załatwisz coś innego. Poszukasz informacji o rodzinie pani Margherity – oznajmił Dumbledore. – Pójdziesz do Archiwum Państwowego i do Londyńskiej Biblioteki. Na pewno znasz te mugolskie instytucje.

– W Bibliotece byłem wiele razy, ale w Archiwum nigdy – Lupin zamyślił się na chwilę. – Rozumiem, że chce pan, abym poszukał informacji o Goldstone'ach?

– Właśnie. O de Chevalierach też. Nie tylko o Goldstone'ach. I zajrzyj do książki telefonicznej. Nazwisko Goldstone nie jest bardzo popularne, ale i nie takie rzadkie. Sprawdź, ilu jest ludzi o tym nazwisku w Londynie – stwierdził profesor. – A ja spróbuję wydobyć coś z ministerstwa.

– Poprosi pan o pomoc „tajemniczego informatora"? – zapytał z zaciekawieniem Remus. Dumbledore spojrzał na niego spod oka.

– „Tajemniczy"? Hmm... No, cóż, mam pewne podejrzenia, co do tożsamości tej osoby. A ty nie? – odpowiedział pytaniem dyrektor.

– Noo... Owszem, ja też! Może jednak lepiej nie bądźmy na razie zbytnio dociekliwi.

– Słusznie, Remusie. Na razie... A wracając do naszych planów poszukiwań informacji – czy wiesz, co to jest komputer?

Słysząc to pytanie, Lupin osłupiał.

– Komputer? – szepnął – Wiem... W Bibliotece jest skomputeryzowany katalog... – powiedział niepewnie. Przypomniał sobie rozmowę z Margheritą i to, jak się skompromitował, gdy wystraszył się obrazu z rzutnika. A przecież był wcale nieźle obeznany z mugolskimi wynalazkami – w końcu miał matkę mugolkę, jego rodzice mieszkali wśród mugoli i używali wytworów niemagicznej techniki! Nie przypuszczał jednak, że profesor Dumbledore tak świetnie orientuje się w sprawach mugoli, ani, że aż tyle wie o ich życiu! Dyrektor wciąż go zaskakiwał.

– To znakomicie, więc nie muszę cię tego uczyć – Dumbledore uśmiechnął się figlarnie. – Przypuszczam, że potrafisz posługiwać się tym genialnym urządzeniem?

– Tak, oczywiście, już to robiłem... – Remus miał niepewną minę. Bibliotekę odwiedzał dość dawno temu, ale obsługa skomputeryzowanego katalogu nie była skomplikowana, no i pracownicy Biblioteki zawsze chętnie pomagali klientom, gdy ktoś miał jakieś problemy. Zdecydował, że sobie poradzi.

– Pogrzebiesz tam, ale staraj się być dyskretny – głos dyrektora wyrwał Lupina z chwilowego zamyślenia. – Przy okazji wyciągnij oczywiście wszystko, co się tylko da o Nicole de Chevalier i jej krewnych. Zajrzyj do działu czasopism, nie tylko brytyjskich, ale i zagranicznych.

– Francuskich i norweskich – powiedział Remus w nagłym przypływie intuicji. – Nicole miała fabrykę kosmetyków w Norwegii!

– Zaklęcie tłumaczące może tu nie wystarczyć... – zastanowił się Dumbledore – Najlepiej skopiuj, jak znajdziesz coś interesującego, tam na miejscu są mugolskie urządzenia kopiujące...

– Kserokopiarki – przerwał Lupin, przypominając sobie, jak wyglądają te machiny. Na szczęście z nich też korzystał.

– Właśnie. Masz tu pieniądze – profesor wręczył Remusowi spory woreczek z brzęczącą zawartością. – Chyba wiesz, że one działają po wrzuceniu monety.

Młody mężczyzna przyglądał się profesorowi z niedowierzaniem.

– Pan... Też tam bywał?! – wykrztusił.

– Nader często – w głosie dyrektora zabrzmiała wyraźna kpina. – Ja tak samo jak pani Margherita Goldstone uważam, że odcinanie się od świata mugoli jest wielkim błędem. I powiem ci w tajemnicy, Remusie, że od dawna podejrzewam pewną rzecz...

Lupin spojrzał na profesora pytającym wzrokiem.

– Myślę, że właśnie wśród mugoli żyje wielu czarodziei, ukrywających się nie przed nimi, a przed nami. A zwłaszcza przed Ministerstwem Magii...

– Interesująca teoria – westchnął Remus. – Bardzo możliwe, że pańskie przypuszczenia są prawdziwe. I wiele dziwnych i niezrozumiałych zdarzeń można by było wyjaśnić... Ale ja nie mam zamiaru być w tej sprawie przesadnie praworządny. Wcale się nie dziwię tym ludziom, że nie chcą się poddać władzy ministerstwa!

– Ja również – Dumbledore uśmiechnął się porozumiewawczo do Lupina – Więc ustalone, w poniedziałek z samego rana pójdziesz do Biblioteki. Oczywiście, nikomu na razie ani słowa. Możliwe, że uda ci się odwiedzić też Archiwum od razu po południu, niestety, wiem z doświadczenia, jak dużo czasu zajmują takie poszukiwania. A ponieważ jutro niedziela... Nie wpadłbyś do Hogwartu? Zobaczysz się z Harrym i Hermioną. I może Severus wreszcie odzyska przytomność?

– Dobrze, panie profesorze. Wpadnę... Bardzo chciałbym porozmawiać z Severusem. Naprawdę...

– Widzę, że wziąłeś sobie do serca radę pani Goldstone.

– Tak. Myślę, że miała rację...