Rozdział drugi (część trzecia c.d.)

POROZUMIENIE

***
ósmy lipca 1996 rok, poniedziałek, godzina piąta rano, Nora

Arthur Weasley krążył nerwowo po kuchni w Norze. Założył ręce na plecy. Bill widział, że ojciec zaciska dłonie, tak mocno, że aż zbielały mu paznokcie. Nagle Arthur stanął i spojrzał na swego najstarszego syna.
– Powiedz to jeszcze raz. Czy to znaczy, że Percy tam nie mieszka? – spytał przesadnie spokojnie.
– Moim zdaniem – nie! Ale korzysta czasem z tego mieszkania i za nie płaci – powiedział cicho Bill. – Tato, spróbuję się z nim porozumieć przez Kingsleya...
– Jakim cudem sowa go nie znalazła?! – wybuchnął gniewnie Arthur. – To przecież niemożliwe!
– Skoro go nie znalazła, to znaczy, że jednak możliwe – Bill usiłował nie stracić cierpliwości, niestety przychodziło mu to z coraz większym trudem. Molly i Arthur chcieli pogodzić się ze swoim marnotrawnym synem i bardzo niefortunnie poruszyli ten temat przy niedzielnym rodzinnym obiedzie. Wywołało to gwałtowną awanturę, gdyż najmłodsze pokolenie Weasleyów ostro zaprotestowało. Szczególnie cięty na brata był Ron, dowodząc, że to przecież nie oni jego, tylko Percy ich się wyrzekł, więc to on powinien ich prosić o przebaczenie, a nie odwrotnie. Rona burzliwie poparli bliźniacy i Ginny. Teoretycznie mieli rację, ale... Żadne z nich czworga nie uczestniczyło w ostatnim posiedzeniu Zakonu. Bill nawet sam przed sobą bał się sprecyzować tłukące mu się po głowie podejrzenia. Rodzice chyba mieli podobne... Ustalono, że Bill pójdzie do Percy'ego i z nim porozmawia. Arthur nie chciał podejmować prób porozumienia w ministerstwie, bo aż za dobrze wiedział, że tam ściany mają uszy i oczy.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem Bill wybrał się do brata. Percy wynajmował pokój z kuchnią i łazienką w ładnej, czynszowej kamienicy, należącej do czarownicy w średnim wieku. Była ona daleką krewną Bonesów i utrzymywała się z hodowli kotów i wynajmu mieszkań. Ku zdumieniu i skrytemu przerażeniu Billa, okazało się, że Percy'ego w mieszkaniu nie ma. Właścicielka kamienicy stwierdziła stanowczo, że „pana Weasleya" od trzech miesięcy nie widziała, bo on strasznie ciężko pracuje. A ona czasem słyszy, jak on wraca późno w nocy i wychodzi bardzo wcześnie rano. Ale teraz, od czasu jak Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać wrócił, to ani razu w domu nie nocował... Na usilne prośby Billa wzięła zapasowe klucze i wpuściła go do mieszkania Percy'ego. Wystarczyło się rozejrzeć, żeby stwierdzić, że mieszkaniec się wyprowadził. W szafie wisiały dwie pary starych, mugolskich dżinsów i podarta na plecach kurtka. Na półce leżała koszula z oderwanym rękawem. W kuchni na stole stał pęknięty fajansowy kubek, a w otwartej szafce nadtłuczony talerz. Wszystko pokrywała gruba na palec warstwa kurzu. Tylko podłoga była czysta – wyglądała na świeżo umytą, a na stole widniał jakiś prostokątny ślad po książce lub zeszycie, albo po niewielkim pudełku... Na wnikliwe pytania Billa, właścicielka wyjaśniła mu, że od początku Percy płaci czynsz nie bezpośrednio, tylko przez bank. Tłumaczył jej, że ma bardzo dużo pracy i woli taką formę regulowania należności, bo wtedy na pewno nie zapomni i będzie płacił regularnie. A bank co miesiąc ją zawiadamia, że pieniądze wpłynęły; ani razu nie było żadnych opóźnień. Pan Weasley jest wyjątkowo spokojnym i sumiennym lokatorem. Tego, co oboje ujrzeli w mieszkaniu, kobieta nie skomentowała...
Gdy Bill po powrocie do domu zdał ojcu relację, Arthur natychmiast wysłał do Percy'ego sowę z krótkim listem. Była to prośba o spotkanie. Niestety, sowa wróciła rano bez odpowiedzi, a list Arthura był nienaruszony. Bill zastanawiał się, co to wszystko, u licha, miało znaczyć? Czy sowa nie znalazła Percy'ego, czy ten po prostu nie chciał wziąć listu? A jeśli tak, to dlaczego?
Arthur zatrzymał się w swojej wędrówce po kuchni i spojrzał na zegar. Chłopak pomyślał, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Ojciec popatrzył na zegar, jak zwykle, gdy ktoś z rodziny gdzieś się zawieruszył. Ale nie znalazł na tarczy informacji o swoim synu. Gdy Percy wyprowadził się z domu, jego wskazówka zniknęła z zegara. Bardzo możliwe, że usunęli ją bliźniacy albo Ron, ale najstarszy z braci Weasley postanowił, że nie będzie dociekał co się z nią stało. Niestety, jej brak właśnie teraz dawał się odczuć bardzo dotkliwie. Zegar nie pokaże, co się dzieje z jego bratem. Któż jednak mógł przypuszczać... Bill nie sprecyzował do końca tej myśli. Od ostatniego spotkania Zakonu drążyło go uczucie niepokoju, które nasiliło się po wczorajszej nieudanej wizycie w mieszkaniu Percy'ego. Co się z nim dzieje?!
Reszta rodziny jeszcze spała, ale za chwilę będą wstawać. Poniedziałek nie był ulubionym dniem tygodnia Billa. Dzisiaj miał pracować rano, więc dopiero wieczorem będzie mógł się porozumieć z Kingsleyem.
Nie wiedział, że inicjatywa w sprawie spotkania z Percym nie będzie należeć do niego.

***
ósmy lipca 1996 rok, poniedziałek, późny wieczór, Grimmauld Place 12

Remus Lupin rozłożył na stole w kuchni plon swoich poszukiwań, zajmując ponad połowę powierzchni blatu. Były tam kopie wycinków z gazet, kilka książek, zwoje zawierające drzewa genealogiczne i kuferek zapełniony papierowymi i pergaminowymi kartami, na niektórych z nich pismo było już ledwo czytelne.
Profesor Dumbledore na ten widok uniósł wysoko brwi, wyraźnie zdziwiony.
– Popełniłem przestępstwo – poinformował go Remus z uciechą. – A nawet kilka przestępstw. Użyłem zaklęć mieszających zmysły wobec pracowników Biblioteki i Archiwum, i wypożyczyłem te książki oraz pergaminy. Uznałem, że lepiej przejrzeć to tutaj i ewentualnie skopiować, co się nam wyda konieczne. Aha, przedstawiłem się jako Johann Smith. Oczywiście zmodyfikowałem tym ludziom pamięć i kojarzą mnie jako niskiego, tęgiego bruneta.
Profesor pokiwał smętnie głową.
– Wszystko dobrze, ale tam są urządzenia rejestrujące, zwane „kamerami". Jeśli cię sfotografowały, to cały twój kamuflaż na nic się nie zdał.
Lupin przygryzł wargi.
– Wiem, co to są kamery – burknął zmieszany. – Ale o nich nie pomyślałem...
– Myślę, że nic się nie stało, jeśli tylko nie machałeś ostentacyjnie różdżką – powiedział Dumbledore, uśmiechając się z lekką ironią.
– Nie, cały czas trzymałem ją w rękawie, a zaklęcia szeptałem – Remus był nieco dotknięty insynuacjami profesora. – Nie jestem idiotą!
– Miejmy nadzieję, że nic groźnego z tego nie wyniknie, ale jutro musisz wszystko oddać! – oznajmił kategorycznie Dumbledore. – No, dobrze, bierzmy się do roboty.
– Zrobiłem notatki po wstępnym rozeznaniu. Komputer to wspaniała rzecz! Nie musiałem przekopywać się przez tony papierzysk!
– Owszem, wspaniała... Ale nie będzie za ciebie myślał i pokaże tylko to, co w jego mechanicznej pamięci umieszczono, więc jest bardzo prawdopodobne, że nie wszystkie interesujące nas dokumenty odnalazłeś – pouczył Lupina profesor nieco karcącym tonem. – Chyba, że użyłeś też zaklęcia przeszukującego? – spytał, patrząc surowo na młodego mężczyznę.
– Oczywiście, panie profesorze – Remus poczuł się lekko urażony. – Jestem czarodziejem i naprawdę o tym pamiętam! – spojrzał na dyrektora i dopiero teraz zauważył, że starszemu mężczyźnie drgają lekko wargi. Po chwili obaj serdecznie się śmiali.
– No, dobrze – westchnął w końcu Dumbledore ocierając z oczu łzy śmiechu. – Mów!
Lupin wyciągnął spod stosu papierów stukartkowy zeszyt w kratkę. Relacjonując to, czego się dowiedział, zaglądał do swoich notatek.
– Henry Goldstone, urodzony dwunastego lutego tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego pierwszego roku w Oslo z ojca Brytyjczyka i matki Norweżki. Ma brata bliźniaka imieniem Olaf. Ich ojciec – Alfred Wilburne Goldstone miał matkę Polkę – Remus wziął ze stołu jeden z pergaminowych zwojów i podał profesorowi. – Tu jest całe drzewo genealogiczne. Mieszkają w Skandynawii od piętnastego wieku, gdy niejaki Wilburne Goldstone na skutek kłótni rodzinnych o majątek wyemigrował z Anglii do Danii. Większa część rodziny pozostała w Anglii, niektórzy osiedlili się w Szkocji. Jest też sporo Goldstone'ów w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Ci wyemigrowali za ocean w osiemnastym i dziewiętnastym wieku. Wracając do męża Margherity i jego rodziny – Olaf Goldstone, brat Henry'ego, od wielu lat pracuje na stanowisku naczelnego dyrektora filii firmy „Nicole", które to stanowisko odziedziczył po swoim ojcu. Olaf i Alfred Goldstone'owie mają w firmie 50 procent udziałów. Drugą połowę mają Margherita i Henry. Henry pracuje w firmie na bliżej nieokreślonym stanowisku „doradcy do spraw sprzedaży i badań rynku" – co zdaniem autorów informacji oznacza szpiegostwo, czyli podkradanie tajemnic konkurencji. Ale... Nigdy go na niczym nie złapano. Z Margheritą ożenił się dziewiętnastego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku. Ciekawe jest to, że on właściwie nie ma żadnego wykształcenia. Egzamin maturalny, czyli coś w rodzaju naszych OWTM–ów, zdawał jako ekstern w Anglii. Oczywiście mugolski egzamin, i to za specjalną zgodą mugolskiego Ministerstwa Edukacji. Nie chodził do żadnej mugolskiej szkoły... Hmm – Remus przerwał i popatrzył z zastanowieniem na dyrektora. – Nie uważa pan, że to dziwne? Istnieje przecież coś takiego jak „obowiązek szkolny"!
– Taak... Ja też zwróciłem na to uwagę – powiedział Dumbledore z namysłem. – We wszystkich krajach europejskich prawo nakazuje posyłanie dzieci do szkoły. Oczywiście mam na myśli mugolskie prawo. Nawet jeśli są to dzieci głęboko upośledzone umysłowo – muszą się uczyć. Dla takich niedorozwiniętych osób stworzono szkoły specjalne. I zauważyłem jeszcze jedno – Henry Goldstone urodził się w Oslo, ale jego ojciec ma obywatelstwo brytyjskie. Jak to się stało? Mówiłeś, że ich przodek wyemigrował do Danii?
Lupin szybko przerzucił kilkanaście dokumentów. Wreszcie znalazł właściwy.
– Wyjaśnienie tego faktu jest bardzo interesujące. Dziadek Henry'ego Goldstone'a, niejaki Trygwe Wilburne Goldstone miał obywatelstwo norweskie, bo jakiś jego przodek kilka pokoleń wstecz ożenił się z Norweżką i zamieszkał z nią w Norwegii. Pozostali skandynawscy Goldstone'owie mieszkają w Danii, Szwecji i Islandii. Wracając do Trygwe Goldstone'a – w czasie drugiej mugolskiej wojny światowej uciekł z ojczyzny do Anglii – Remus z wahaniem spojrzał na Dumbledore'a.
– Znam doskonale mugolską historię najnowszą... – odpowiedział cicho stary człowiek na niezadane pytanie. – Zapewniam cię, że wiem aż za dobrze co się działo w Europie w latach czterdziestych, bo sam w tym brałem udział – profesor ciężko westchnął. – To nie są miłe wspomnienia. Mów dalej! – zażądał energicznie.
– Trygwe Goldstone pracował w wywiadzie. Wędrował po okupowanych przez hitlerowców krajach Europy. Mam tu sporo informacji o jego działalności szpiegowskiej, oczywiście takich, które mogły być ujawnione. Do tajnych nie znalazłem na razie dostępu. Między innymi trafił do Polski, gdzie współpracował z kobietą, Polką, która tak jak on była agentką. To długa historia... Ktoś ich zdradził, ale udało im się obojgu uciec. Dotarli do Anglii, pobrali się, i tu, w Londynie urodził się ich syn – Alfred Wilburne Goldstone. Dlatego ma brytyjskie obywatelstwo. Trygwe po wojnie wrócił do Norwegii, ale syna posyłał do angielskich szkół. Alfred kontynuował tę tradycję i swego syna Olafa też posłał do angielskiego college'u. Szkołę powszechną Olaf skończył w Norwegii. I tym bardziej jest to dziwne, że drugi syn Alfreda – czyli Henry – nie chodził do szkoły. Nie ma żadnego wyjaśnienia tego faktu. Henry Goldstone z całą pewnością nie jest upośledzony umysłowo, wręcz przeciwnie. Świadczą o tym wyniki jego egzaminu maturalnego. Wszystkie przedmioty zaliczył na najwyższe oceny. A jednak nie uczęszczał do żadnej mugolskiej szkoły, ani nie ukończył żadnych mugolskich studiów, w przeciwieństwie do swego brata, który posiada dyplomy aż dwóch wyższych mugolskich uczelni. A jedna z nich – to Oxford. Ten Henry, to dość enigmatyczna postać, moim zdaniem. Może on jest niezarejestrowanym czarodziejem? Takim jak Nicole i Margherita?
– Wydaje mi się, Remusie, że jest to nie tylko możliwe, ale nader prawdopodobne. Znalazłeś jakąś jego fotografię?
– Tak, proszę – Lupin wygrzebał ze stosu gazetowych wycinków kolorowe zdjęcie z jakiegoś mugolskiego magazynu. Przedstawiało wysokiego blondyna z obfitymi, długimi wąsami, ubranego w czarny, bardzo elegancki garnitur. Mężczyzna miał ponurą minę, mocno zaciśnięte wargi i przenikliwe, zimne spojrzenie. Lewą ręką podkręcał wąsa.
– Hmm... – mruknął Dumbledore. – Nie uważasz, że jest w nim coś znajomego?
Remus wziął do ręki zdjęcie. To była zwykła mugolska fotografia, ale Lupin miał nieprzyjemne wrażenie, że Henry Goldstone patrzy wprost na niego – wrogo i wyzywająco. Błękitne oczy przywodziły na myśl lodowce, które Remus podziwiał, gdy mając czternaście lat zwiedzał z rodzicami Skandynawię.
– Nie wygląda przyjaźnie – powiedział cicho, odkładając delikatnie zdjęcie na stół. Jednocześnie słowa dyrektora wprawiły go w niepokój. Rzeczywiście, w tym człowieku było coś bardzo znajomego. – A pan? – spytał Lupin. – Znalazł pan coś interesującego?
– No cóż, oceń sam. Nie prosiłem o pomoc „tajemniczego informatora". Kingsley Shacklebolt załatwił sprawę. Oczywiście nie mówiłem mu, o co chodzi. Henry Goldstone nie figuruje w kartotekach ministerstwa, ale było kilka czarownic i kilku czarodziejów o tym nazwisku – bardzo dawno temu. Ani jeden z tych mężczyzn nie miał na imię Henry. Niestety, informacje o nich są niepełne i niepewne. Żadnej czarodziejskiej rodziny Goldstone'ów nie było, a ostatni czarodziej noszący to nazwisko – Goldstone–O'Arec niewiadomego imienia, wywodził się z Irlandii i zmarł ponad sto dwadzieścia lat temu. Dokładnie sto dwadzieścia dwa lata temu. Przy czym Kingsley twierdzi stanowczo, że ktoś już w tym wcześniej grzebał, i jeśli jakieś informacje, czy akta o Goldstone'ach były – to je dość dokładnie wyczyszczono. O de Chevalierach nie ma najmniejszej wzmianki. Być może ich teczki – jeśli jakieś istniały – również „wyparowały". Musimy więc polegać wyłącznie na twoich zdobyczach.
– Rozumiem – Lupin skinął głową. – W takim razie proponuję, żebyśmy teraz skopiowali te księgi i dokumenty. To kroniki kilkunastu angielskich i szkockich rodów szlacheckich i arystokratycznych, w których są wzmianki o Goldstone'ach, a dokumenty to głównie akty nadania ziemi. Dwa dotyczą nadania niedziedzicznego tytułu lorda, reszta to kilkadziesiąt listów prywatnych oraz urzędowych... Sporo śmiecia, oczywiście.
– Zatem nie traćmy czasu, Remusie – powiedział energicznie Dumbledore, sięgając po kuferek z dokumentami. – Ja skopiuję to, a ty bierz się za kroniki. Aha, z tego co powiedziałeś widać, że związki de Chevalierów z Goldstone'ami są bardzo ścisłe i powiedzmy... dawne?
– Z całą pewnością, panie profesorze – odparł Lupin systematycznie kartka po kartce kopiując opasłą księgę. Powtarzalne zaklęcie replikujące szybko przenosiło tekst z kart książki na zwoje czystego pergaminu. – Życiorys Nicole de Chevalier i jej drzewo genealogiczne też zdobyłem – dodał.
– Znakomicie! – powiedział z zadowoleniem Dumbledore.

***
ósmy lipca 1996 rok, poniedziałek, późny wieczór, Nora

Kingsley Shacklebolt oraz Arthur i Bill Weasleyowie siedzieli we trzech w kuchni przy stole i pod czujnym okiem Molly w milczeniu jedli kolację. Reszta rodziny była nieobecna. Bliźniacy wrócili na Pokątną, gdzie nad sklepem mieli swoje mieszkanie, a Ginny i Ron udali się z nimi i mieli zostać u braci na noc. Charlie przysłał sowę, że we środę przybędzie z Rumunii. Pozornie nic nie zakłócało spokoju.
– Molly, proszę cię, usiądź wreszcie! – przerwał ciszę Arthur.
– Nie, Arthurze – odpowiedziała cicho jego żona. – Kingsley ma wam coś do powiedzenia i czeka, kiedy wreszcie sobie pójdę... Prawda? – spojrzała jadowicie na gościa.
– Niezupełnie, Molly – powiedział cicho auror. – Cały czas się zastanawiam, czy to, co mam do przekazania Billowi, powiedzieć również wam obojgu – dodał zmęczonym głosem. – Ale chyba jednak powinienem.
Molly i Arthur popatrzyli na siebie, zaskoczeni.
– Czy Percy... – zaczęła Molly i urwała, bo głos jej się załamał.
– Tak. Właśnie Percy... – Kingsley z zakłopotaniem potarł szczękę. – Nie wiem, co o tym myśleć.
– Jak już zacząłeś, to powiedz, o co chodzi – westchnął Bill.
– Dzisiaj rano miałem do załatwienia sprawę w wydziale księgowości, więc tam poszedłem. Mijałem rozwidlenie korytarzy, gdy wpadł na mnie Percy. Niósł kilkanaście zwojów pergaminów i oczywiście jak się zderzyliśmy to wszystkie mu wypadły na podłogę. Zebrał je jednym zaklęciem, przeprosił mnie gorąco i pobiegł dalej. Bardzo mu się spieszyło. Ale nie na tyle, żeby nie przesłać mi krótkiego komunikatu. Na jednym ze zwojów, którym machnął mi przed oczami, na chwilę zapalił się czerwony tekst. Krótki: „Masz w kieszeni niewidzialny list i dwie małe buteleczki. Czar zniknie, jak wyjdziesz z ministerstwa. Obejrzyj w domu." Skinąłem mu głową i poszedłem dalej. Zrobiłem to, co chciał. Obejrzałem. W domu – Shacklebolt wyjął z kieszeni małą paczkę i położył ją na stole. Molly i Arthur nie poruszyli się. Bill wyciągnął rękę i zatrzymał się w połowie gestu. Popatrzył niepewnie na rodziców.
– Weź to! – powiedziała Molly ostrym głosem. Chłopak przestał się wahać i sięgnął po paczkę. W pudełeczku był mały zwój pergaminu i dwie buteleczki – w woreczkach z materiału. Do każdej z nich przyczepione było zdjęcie jakiegoś mężczyzny. Bill nie znał żadnego z nich. Odłożył butelki z powrotem do pudełka i rozwinął pergamin. Percy się nie podpisał, ale nie musiał, jego charakter pisma Bill znał wystarczająco dobrze, by nie mieć wątpliwości, co do tożsamości autora tej pisaniny. Zaczął czytać na głos.
Panie Shacklebolt, każda z tych butelek zawiera eliksir wielosokowy. To dla Pana i mego brata Billa. Załączam zdjęcia mężczyzn, w których się zmienicie po wypiciu eliksiru. To nie jest zwykły eliksir wielosokowy – został sporządzony według ulepszonej receptury i po jego wypiciu należy rzucić zaklęcie, które utrwali efekt działania mikstury na dwie doby. W razie, gdyby trzeba było szybko wrócić do własnej postaci, należy użyć innego zaklęcia, znoszącego działanie eliksiru. Formuły obu zaklęć i instrukcję dołączyłem na końcu tego listu. Muszę jak najszybciej spotkać się z Billem, ale wolę, żeby miał obstawę. I uważam, że najlepiej by to Pan mu towarzyszył. Mam nadzieję, że Pan nie odmówi. Spotkanie – wtorek, dziewiąty lipca, godzina osiemnasta. Pojedziecie tam dwoma taksówkami. Różdżki trzymajcie w pogotowiu, najlepiej w rękawach, ale musicie mieć mugolskie ciuchy, i to eleganckie, bo miejsce spotkania to mugolska restauracja dobrej klasy. Zamówię dla was dwa osobne stoliki. Numer szesnaście – na nazwisko Mortimer de Cressey i stolik numer trzydzieści jeden, na nazwisko Dario Volteri. Oczywiście udawajcie, że się nie znacie. Ja będę siedział przy barze. Potem przysiądę się do Billa jako nieznajomy.
Po drugiej stronie tego pergaminu narysowałem plan pomieszczeń. Na wszelki wypadek. Nazwa i plan lokalu ujawnią się po potarciu pergaminu palcem przez Billa.
Formuła zaklęcia utrwalającego zmianę wyglądu...

Zdumiony Bill przerwał czytanie i położył list na stole. W co ten półgłówek się zaplątał?!
– Oglądałeś ten plan? – chłopak odwrócił się do Kingsleya.
– Nie. Chyba tylko ty możesz go wywołać. Tak sądzę... Ten świstek jest obłożony kilkoma zaklęciami, których nie udało mi się zidentyfikować. Jestem naprawdę ciekawy, co on tam wpakował – auror wyglądał na lekko strapionego. – Ale chyba nic groźnego...
Bill zdecydował się. Podniósł pergamin i potarł go palcem. Na czystej stronie pojawiły się różnokolorowe linie. Po chwili na karcie ujawnił się bardzo precyzyjnie narysowany plan restauracji, jej nazwa i adres w centrum Londynu. Nagle coś zabrzęczało i na pergaminie zmaterializował się spory i mocno wypchany woreczek z zielonego aksamitu. W identyczny materiał były opakowane buteleczki. Bill wziął przesyłkę do ręki. Z woreczka wypadły mugolskie monety i kilkanaście kolorowych papierków, które chłopak bez trudu zidentyfikował jako banknoty. Oraz drugi zwitek pergaminu, dwa niewielkie, sztywne prostokąty z jakiegoś dziwnego materiału i dwie dziwne, małe książeczki. Molly zachłysnęła się i omal nie spadła z krzesła. Arthur siedział nieruchomo, patrząc z niedowierzaniem na stół. Bill i Kingsley popatrzyli na siebie. Wreszcie auror niechętnie rozwinął drugi list. Przeczytał go i prychnął z niedowierzaniem.
– No, nie! – wykrzyknął.
– Czytaj... – poprosił cicho pan Weasley.
Kingsley odchrząknął i spełnił życzenie gospodarza.
Przesyłam mugolskie dokumenty na nazwiska Mortimer de Cressey i Dario Volteri, pieniądze i karty kredytowe, razem z instrukcją użycia.
Bill szybko otworzył jedną z książeczek. Był to mugolski paszport ze zdjęciem, takim samym jak na jednej z buteleczek.
Auror pokręcił głową z podziwem.
– No, no... O wszystkim pomyślał! Dalej jest ta instrukcja... Przeczytać?
– Nie! – Molly odzyskała głos – Pójdziecie na to spotkanie – oznajmiła kategorycznym tonem.
– Oczywiście, mamo – Bill wstał i spojrzał porozumiewawczo na Kingsleya. – To musimy się przygotować. Hmm... Skąd ja wezmę mugolskie ciuchy i to na dodatek eleganckie?
– Ja ci pomogę – obiecał Shacklebolt.

***
dziewiąty lipca 1996 rok, wtorek

Wysiadając z taksówki Bill czuł się niezbyt pewnie. Musiał popełnić jakąś gafę, bo brodaty kierowca w turbanie nie przyjął napiwku i wydawał się nieco urażony. „Jestem Sikhem, sir" – poinformował Billa, wydając mu resztę dokładnie, co do pensa. Weasley nie dyskutował, na wszelki wypadek przeprosił i wysiadł z samochodu. Wielki neon z nazwą restauracji bił po oczach, więc nie było problemu z odszukaniem miejsca spotkania. Zastanawiając się, co Percy'emu strzeliło do głowy, że zaproponował właśnie ten lokal w dzielnicy Notting Hill, Bill skierował się do wejścia. Wchodząc przez oszklone drzwi do środka, zobaczył w szybie odbicie podjeżdżającej następnej taksówki, z której wysiadł Kingsley. Shacklebolt wyglądał teraz na Włocha z domieszką krwi skandynawskiej, bo miał niebieskie oczy, lekko falujące czarne włosy i śniadą cerę. Oddając w szatni płaszcz, Bill spojrzał w lustro. Omal nie parsknął śmiechem ujrzawszy w nim wysokiego, opalonego szatyna o piwnych oczach, ubranego w bardzo elegancki garnitur. Kiedy przebierali się obaj w mieszkaniu Kingsleya (który nie wiadomo skąd wytrzasnął najnowszy mugolski katalog mody męskiej – i za żadne skarby nie chciał zdradzić, jak zdobył to cudo), świetnie się bawili, ale teraz Bill poczuł, że jego chwilowy dobry humor zniknął, a wrócił drążący go niepokój. Zdenerwowany, przestąpił próg sali restauracyjnej.
Natychmiast podszedł do niego mężczyzna w smokingu. Ukłonił się grzecznie.
– Czy ma pan rezerwację, sir? – spytał z intonacją będącą mieszaniną szacunku i rezerwy.
– Tak – odpowiedział sucho Bill. – Stolik numer szesnaście. Na godzinę osiemnastą. Rezerwacja na nazwisko Mortimer De Cressey.
Mężczyzna ukłonił się znacznie niżej niż poprzednio. Skinął zapraszająco dłonią.
– Proszę uprzejmie, zaprowadzę pana – jego głos brzmiał o wiele bardziej przyjaźnie, niż przy poprzednim pytaniu. Bill idąc za swym przewodnikiem dyskretnie rozglądał się po sali. Lokal był niewątpliwie wysokiej klasy. Siedziało tu już sporo osób, przeważnie pary damsko – męskie, ale nie brakowało również stolików zajętych przez kilkuosobowe grupy ludzi, najwyraźniej omawiających jakieś interesy. Przy barze brylował wysoki brunet, obwieszony dwoma panienkami – bez najmniejszych wątpliwości najwyższej jakości reprezentantkami najstarszego zawodu świata. Mężczyzna opowiadał właśnie jakąś zabawną historię, bo zarówno wczepione w niego dziewczyny, jak i pozostali siedzący przy barze goście – trzech mężczyzn i dwie kobiety oraz barmanka zaśmiewali się do rozpuku.
Ze swego miejsca Bill miał świetny widok na całą salę restauracyjną, bar i wejście. Kingsley siedział prawie dokładnie naprzeciwko niego. Percy doskonale wybrał im stoliki.
– Proszę, oto menu – wytworny kelner podał Billowi kartę potraw.
– Dziękuję – Weasley automatycznie wziął od niego elegancko oprawioną książkę i machinalnie przerzucił parę stron. Uśmiechnął się do obsługującego go mężczyzny. – Czekam na kogoś – zerknął na zegarek. – Na razie poproszę o kawę – szybko spojrzał na stronę zatytułowaną „Napoje" – Cappucino orzechowe z pianką. Z ekspresu. Przejrzę menu i coś wybiorę, a jak mój gość się zjawi, to zamówimy kolację.
– Oczywiście, proszę pana – kelner skłonił się z szacunkiem i odszedł od stolika.
Bill powrócił do obserwacji sali. Patrzył co chwila na drzwi, udając, że niecierpliwie wypatruje oczekiwanej osoby, a naprawdę zastanawiał się, który z mężczyzn przy barze to Percy. A może jeszcze nie przyszedł? Przez chwilę przyglądał się hałaśliwemu brunetowi, ale jakoś nie potrafił wyobrazić sobie, że jego (w końcu dobrze mu przecież znany!) braciszek mógłby się tak zachowywać. Pozostałych trzech mężczyzn również nie pasowało. Percy zawsze był poważny, ponury i starał się wyglądać „godnie" – cokolwiek to oznaczało. A czterej pijący przy barze mężczyźni nie byli ani ponurzy, ani poważni. Najstarszy z nich, siwy facet, na oko siedemdziesięcioletni, był wyraźnie pijany i bez ceregieli obmacywał swoją młodą towarzyszkę. Trzej pozostali byli młodzi – brunet z przyklejonymi do niego dwoma blondynkami, ostrzyżony na jeża szatyn i muskularny blondyn, ozdobiony nieco wstawioną Mulatką w kusej złotej spódniczce i białej bluzeczce odsłaniającej pępek, w którym połyskiwał kolczyk.
Spojrzał przelotnie na Kingsleya, który właśnie rozmawiał z kelnerem. Ustalili wcześniej, że Shacklebolt po prostu zje kolację, a Bill będzie udawał, że na kogoś czeka.
Wybuch głośnego śmiechu towarzystwa przy barze przyciągnął uwagę całej sali. Brunet podnosił z podłogi siwowłosego eleganta, który zsunął się ze stołka. Blondynki „pomagały" mu energicznie, a naprawdę przeszkadzały ze wszystkich sił. Mulatka kiwała się sennie, a szatyn i blondyn obserwowali całą scenę zaśmiewając się do łez. Dziewczyna przynależna do siwowłosego patrzyła na to co się dzieje z filozoficznym spokojem. Jeden z kelnerów pospieszył w stronę baru, zapewne z zamiarem interwencji, ale zanim tam dotarł, brunetowi pomimo przeszkód udało się posadzić podchmielonego mężczyznę z powrotem na stołku. Kelner i barmanka wymienili spojrzenia. Barmanka nachyliła się konfidencjonalnie do bruneta i bardzo cicho coś do niego powiedziała. Brunet potrząsnął głową i uspokajająco skinął kelnerowi ręką, niedwuznacznie sugerując, że da sobie radę. Rzeczywiście. Siwowłosy zasnął z głową opartą o blat baru, a jego dziewczyna dołączyła do samotnego do tej pory szatyna. Rzuciła co prawda tęskne spojrzenie na bruneta, ale widocznie rozsądnie uznała, że w starciu z dwoma blondynkami nie ma szans, więc zdecydowała się na dobro aktualnie dostępne...
Tłumiąc rozbawienie Bill spojrzał znów na drzwi. Gość, który właśnie wszedł do restauracji przyciągnął na chwilę uwagę Weasleya. Mężczyzna chyba nie miał rezerwacji, bo po krótkiej dyskusji z szefem kelnerów został posadzony przy niewielkim stoliku prawie na środku sali, niedaleko Billa. Chłopak poczuł dziwny chłód. Coś było nie tak... Powoli podniósł do ust filiżankę z kawą – i omal jej nie wylał. Na powierzchni płynu ukazały się drżące złote litery.
„Bill, przyciągnęliście za sobą ogon. Tego się obawiałem. Ten gość, który teraz wszedł, to śmierciożerca."
Tekst zniknął tak szybko, jak się pojawił, ale Bill już nie miał wątpliwości, że przeczucie go nie myliło. Szykują się kłopoty. Z trudem opanował drżenie dłoni. Delikatnie postawił filiżankę na spodeczku. Znów ujrzał napis na powierzchni kawy: „Kingsley już wie. Trzymaj różdżkę w pogotowiu. I uważaj. Drań cię obserwuje." Weasley spojrzał niecierpliwie na zegarek, jednocześnie przesuwając różdżkę tak, by móc ją w jednej chwili wytrząsnąć z rękawa i chwycić w dłoń. Sięgnął po menu, udając, że zastanawia się nad wyborem potraw. Jednocześnie spod oka obserwował podejrzanego mężczyznę.
Przy barze znów wybuchło małe zamieszanie. Mulatka z kolczykiem w pępku zsunęła się ze stołka i chwiejąc się na nogach próbowała utrzymać pozycję pionową, co nie bardzo jej się udawało. Jedna z blondynek – wysoka dziewczyna z prostymi długimi włosami i imponującym biustem – odkleiła się od bruneta, podeszła do Mulatki i wzięła ją pod rękę. Obie pożeglowały na zaplecze, w stronę toalet. Brunet popatrzył za nimi, a potem odwrócił się i omiótł wzrokiem salę, przez dłuższą chwilę zatrzymując spojrzenie na podejrzanym mężczyźnie. Domniemany śmierciożerca rozejrzał się, jakby stracił nagle orientację.
Na zdjęciu bardzo śmietankowego ciasta, ozdabiającego kartę deserów, którą właśnie przeglądał Bill, pojawił się kolejny tekst: „Nie ruszaj się. Sherylin i Penny go zdejmą. On zaraz pójdzie za nimi."
Istotnie, mężczyzna wstał i nieco chwiejnym krokiem ruszył za dziewczynami. Wyglądał, jakby był w transie. Prawie wszyscy goście i kelnerzy śledzili go wzrokiem. Zachowywał się dziwnie, ruszał się jak marionetka pociągana za sznurki. Bill znał te objawy aż za dobrze i poczuł się tak, jakby po kręgosłupie przemaszerowała mu armia ognistych mrówek. Nie, to niemożliwe. Czyżby Percy... użył Imperio?! Jego bezgranicznie praworządny brat???
Wyraźnie zaniepokojony Kingsley powiedział coś do kelnera, również wstał i szybko poszedł za „dziwnym" gościem.

Edytowany przez Modrzew 27.10.04 18:54:41