Oto kolejny odcinek – życzę przyjemnej lektury i proszę o wybaczenie, że jest taki krótki...

Rozdział drugi (część trzecia c.d.)
„POROZUMIENIE"

***
Kingsley Shacklebolt szybkim krokiem ruszył za wyraźnie „niedysponowanym" mężczyzną. Teksty przesyłane mu przez Percy'ego na kartach menu początkowo nieco go rozbawiły, ale pojawienie się śmierciożercy radykalnie zmieniło sytuację. Shacklebolt znał drania i gdy tylko zobaczył go w drzwiach restauracji odruchowo chwycił różdżkę. I nie zawahałby się jej użyć. Percy na szczęście najwyraźniej był przygotowany na taki rozwój wydarzeń i ostrzegł go natychmiast. No, cóż, młody Weasley nie mógł wiedzieć, że niejaki Davey Gudgeon nie jest osobą Kingsleyowi nieznaną. Auror poczuł wściekłość. Na siebie. Jak mógł nie zauważyć, że jest śledzony?! I w ogóle, jak to się stało? No, to ma nauczkę na przyszłość. Zgrzytając zębami z irytacji przyspieszył kroku. Na szczęście nie musiał na razie podejmować radykalnych działań, instrukcje Percy'ego były jasne: „Udawaj lekarza. Powiedz kelnerowi, że ten człowiek jest najprawdopodobniej odurzony narkotykami, a ty zabierzesz go do szpitala. Dziewczyny go ogłuszą. Będzie wyglądało na to, że stracił przytomność z przedawkowania."
Faktycznie. Blondynka i Mulatka miały okropnie przestraszone miny. Bezradnie stały nad nieprzytomnym Gudgeonem. Uwadze Kingsleya nie uszło jednak, że długowłosa blond – panienka w obszernym rękawie jedwabnej sukienki ukrywa różdżkę, a ciemnoskóra piękność przyciska do ust lewą dłoń, ozdobioną dość ekstrawagancką biżuterią – stalowymi pierścionkami na każdym palcu. Pierścionki były najeżone kolcami...
– Proszę się odsunąć, jestem lekarzem! – oznajmił Shacklebolt autorytatywnym tonem. Dziewczyny szybko usunęły się z drogi.
Kingsley przykląkł nad ciałem mężczyzny. Śmierciożerca żył, oddychał szybko i nierówno, na czoło wystąpił mu pot. Auror dotknął piersi Gudgeona. Serce biło miarowo, jedynym uszkodzeniem ciała był wielki guz z tyłu głowy.
– Upadł i uderzył się o tę półkę – szepnęła Mulatka wskazując na kamienną podstawkę pod kwiat wystającą ze ściany na wysokości jej bioder. Doniczka z bluszczem nie spadła na podłogę tylko dlatego, że była przymocowana do ściany stalową obejmą.
– Rozumiem – mruknął Shacklebolt. Ściągnął z nieprzytomnego mężczyzny marynarkę, zwinął ją i podłożył mu pod głowę przy okazji zręcznie usuwając z jej rękawa jego różdżkę. Blondynka przykucnęła przy nim, a Mulatka oparła się o ścianę trzęsąc się jak w febrze.
– Czy trzeba wezwać pogotowie? – zabrzmiał im nad głowami cichy męski głos. Zanim Kingsley zdołał wymyśleć jakąś sensowną odpowiedź, do akcji wkroczyła blondynka.
– Mam samochód, podjadę do tylnego wyjścia i jeśli pan chce to zawiozę go do szpitala, gdzie pan każe. Zanim przyjedzie pogotowie minie sporo czasu – spojrzała na Shacklebolta, jednocześnie mrużąc porozumiewawczo jedno oko. Sekundę później jej twarz znów miała poprzedni wyraz przestrachu pomieszanego z ciekawością i fascynacją.
– Co to za samochód? – Kingsley konsekwentnie grał swoją rolę. – Przy urazach głowy trzeba bardzo uważać, czy da się go przewieźć bez wstrząsów? – wyraził wątpliwości.
– To Citroen–van, terenowy z rozkładanymi siedzeniami. Położymy go delikatnie i przypniemy pasami... – zaproponowała dziewczyna.
– Świetnie, tak będzie najlepiej – zgodził się szybko auror podnosząc głowę. Obok niego stali dwaj mężczyźni – jeden z kelnerów i kierownik sali. Obaj mieli jednakowe miny, na ich twarzach ulga walczyła o lepsze z lękiem. Zapewne obawiali się o reputację lokalu.
– On jest tylko nieprzytomny, nic mu na razie nie zagraża. Poza tym to mi wygląda na przedawkowanie narkotyków, objawy są bardzo typowe. – Kingsley odchylił mężczyźnie powiekę i pokiwał znacząco głową. – Zawiozę go do szpitala na odtrucie – spojrzał ponaglająco na dziewczynę. – W takim razie proszę pospieszyć się z tym samochodem, a do panów mam prośbę – pomóżcie mi przenieść go na zaplecze. I trzeba to zrobić bardzo ostrożnie... Nie powinien tu leżeć na podłodze. Poproszę o kilka koców, przygotujemy prowizoryczne nosze.
– O... Oczywiście – wyjąkał kelner. We trzech bez trudu podnieśli bezwładne ciało.
– A co ze mną?! – jęknęła nagle kapryśnie Mulatka. Oderwała się od ściany i lekko chwiejąc żałośnie wyciągnęła ręce do drugiej dziewczyny. Blondynka energicznie popchnęła ją z powrotem w stronę sali, obejmując mocno za ramiona.
– Dick da ci pieniądze na taksówkę – powiedziała stanowczo, ciągnąc towarzyszkę za sobą. Kingsley i jego dwaj pomocnicy szybko przetransportowali Gudgeona do gabinetu kierownika. Złożyli swoje brzemię na kanapce obitej czerwonym aksamitem. Auror ułożył nieprzytomnego mężczyznę na boku, podkładając mu pod głowę rękę zgiętą w łokciu. Pochylił się nad nim sprawdzając mu puls. Wszystko było w porządku. Nie czekali długo – blondynka zapukała do drzwi gabinetu po paru minutach.
– Samochód ustawiłam tuż przy wyjściu dla personelu – powiedziała, bawiąc się kluczykami ze złotym breloczkiem w kształcie kruka. Shacklebolt uśmiechnął się w duchu. Kruk, no tak...
Przeniesienie „chorego narkomana" i umieszczenie go na rozłożonym tylnym siedzeniu dużego, terenowego samochodu nie sprawiło trzem silnym mężczyznom żadnego kłopotu. Kingsley szybko wyjął portfel, przypomniawszy sobie, że nie zapłacił za kolację, ale pieniędzy od niego nie przyjęto.
– To na rachunek firmy – powiedział, kłaniając się z szacunkiem, szef kelnerów. – Mam nadzieję, że jeszcze pan do nas zawita i wtedy nie zdarzy się już nic tak przykrego jak dzisiaj – dodał, czyniąc ręką nieokreślony gest. – Jesteśmy panu bardzo zobowiązani...
Auror skinął głową i wsiadł do samochodu. Blondynka ruszyła, manewrując zręcznie wśród masy innych aut.
– Rzuciłam na niego zaklęcie antyteleportacyjne – odezwała się dziewczyna nie odwracając głowy. – Sherylin walnęła go po łbie, niezbyt mocno, ale wystarczająco, żeby stracił przytomność. Niech się pan o niego nie martwi, nic mu nie będzie.
– Nie martwię się o niego. Gdzie jedziemy? – spytał spokojnie Kingsley. Dziewczyna sprawiała wrażenie profesjonalistki i auror czuł niezwykłe wręcz zaciekawienie. Percy wplątał się w coś zdumiewającego, i na dodatek zachowywał się jak rasowy, świetnie wyszkolony agent. Kim są ci ludzie z którymi związał się Weasley? Shacklebolt miał absolutną pewność, że to jemu zawdzięcza życie.
„Muszę pamiętać, by chłopakowi podziękować" – pomyślał.
– Jedziemy do jednego z naszych lokali – poinformowała go blondynka. – I niech pana nie zdziwi wystrój i towarzystwo, jakie się tam pałęta.
– Dlaczego miałbym się zdziwić? – Kingsley zmarszczył brwi.
– No cóż... – w głosie dziewczyny zabrzmiało rozbawienie. – Ten dom to jednocześnie elegancki burdel. Jak na razie nikt jeszcze nie wpadł na to, co tam naprawdę się dzieje. Na szczęście dla nas. Wynajmujemy w tej wytwornej budzie dwa piętra i pozostali mieszkańcy uważają nas za bardzo rozrywkowe towarzystwo. A my podtrzymujemy tę ich opinię ze wszystkich sił.
– Aha... – auror tylko tyle zdołał z siebie wydusić w odpowiedzi, z najwyższym wysiłkiem tłumiąc wybuch śmiechu. Od bardzo dawna nic go tak mocno nie rozśmieszyło.
Po kilkunastu minutach samochód zatrzymał się w cichej uliczce przed bramą dobrze utrzymanej kamienicy. Na parkingu stało już kilkanaście eleganckich samochodów, ale dziewczyna nie zatrzymała się tutaj, tylko podjechała pod same wrota. Nie wysiadając z auta pstryknęła małym przyciskiem przy breloczku i po chwili brama się otworzyła. Kingsley zastanawiał się czy użyła zaklęcia, czy też posłużyła się jakimś mugolskim sposobem otwierania zamków na odległość. Po krótkiej chwili doszedł do wniosku, że chyba jednak nie były to czary. Hmm... Może warto by zainteresować się bliżej techniką stosowaną przez mugoli? Percy i jego kumple najwyraźniej nie mieli żadnych zahamowań wobec takich sposobów działania.
Tymczasem dziewczyna wprowadziła wóz do wnętrza podziemnego pomieszczenia, w którym znajdowało się mnóstwo innych samochodów. Gdy wjechali do środka zapaliły się lampy. Wyglądało to jak światła w czarodziejskich instytucjach – zapalające się i gasnące, gdy ktoś przechodził. Albo jak pochodnie w Hogwarcie.
Następne zaskoczenie Kingsley przeżył po wyjściu z samochodu. Gdy do niego wsiadał, auto miało ciemnoniebieską karoserię i czarne zderzaki – teraz było w kolorze krwistoczerwonym, a zderzaki połyskiwały srebrzyście. Czary, czy kolejna mugolska sztuczka? Postanowił, że później o to spyta. Teraz trzeba było szybko zabrać nieprzytomnego śmierciojada do „lokalu", zanim ktoś ich tu spotka. Na szczęście nikt im nie przeszkodził. Na trzecie piętro wjechali windą prosto z garażu i na nikogo po drodze się nie natknęli. Na parterze i pierwszym piętrze odbywało się jakieś przyjęcie, o czym niedwuznacznie świadczyły dochodzące stamtąd odgłosy. Balangujące towarzystwo nie pchało się jednak w rejony tylnej klatki schodowej.
– Zabezpieczenia antymugolskie – wyjaśniła blondynka. – Nasz lokal jest nienanoszalny i otoczony strefą antydeportacyjną. Kominki też zablokowaliśmy, nikt się tamtędy nie dostanie. Zastosowaliśmy również zaklęcia dezorientacji, a ta winda i tylna klatka schodowa są niewidzialne dla każdego, kto nie zna hasła. Naprawdę dbamy o swoje bezpieczeństwo! – powiedziała nieco chełpliwie, ale Kingsley nie miał jej tego za złe. Postanowił jednak trochę ostudzić pewność siebie tej dziewczyny.
– Każde zabezpieczenie można złamać – powiedział sucho.
– Oczywiście, że tak! – zgodziła się z nim bez oporu. – Ale my mamy tu zabezpieczenia zarówno magiczne jak i mugolskie. Czarodziej może da sobie radę z magicznymi, ale na mugolskich się przewróci, a mugol odwrotnie. Nie sądzę, żeby Riddle i jego niewolnicy wpadli na to, że mugole i czarodzieje mogą działać wspólnie przeciwko niemu!
Shacklebolta uderzyło to co powiedziała: „Riddle i jego niewolnicy..."
– Nie boisz się wymawiać prawdziwego imienia Czarnego Lorda? – spytał.
– Po pierwsze: żaden z niego lord! Po drugie: nauczyłam się już dawno nazywać rzeczy po imieniu, a po trzecie i ostatnie: oszukiwanie samego siebie jest najprostszą drogą do klęski! – odpowiedziała hardo. – Nie znaczy to, że tego psychola lekceważę, ani też, że się go nie boję. Boję się, bo jest czego, ale wiem, że i ten parszywy drań ma swoje słabe strony!
– Jestem gotów zgodzić się z tobą – nagle zauważył, że zaczął ją tykać, ale na szczęście wyglądało na to, że ona nie ma nic przeciwko temu. – Użyłaś zwrotu: „niewolnicy Riddle'a". Dlaczego?
– Bo ta cała zgraja śmierciojadów to jego własność. On ich traktuje właśnie jak niewolników i uważam, że nimi są.
– Ciekawy pogląd... Chyba jednak masz rację.
– Na pewno mam!
Przerwali rozmowę, bo winda właśnie zatrzymała się na drugim piętrze. Śmierciożerca wciąż był nieprzytomny, ale żadne z nich się tym nie przejmowało. Położyli go w całkowicie pustym małym pokoju, na materacu leżącym na podłodze. Jedyne okno w pomieszczeniu było wąskie i zasłonięte szczelnie żaluzjami.
– Nie może stąd uciec – zaśmiała się blondynka.
– Jesteś pewna? – Kingsley co prawda nie miał co do tego żadnych wątpliwości, ale spytał tak na wszelki wypadek.
– Całkowicie! – zapewniła go gospodyni. – A teraz poczekamy na resztę towarzystwa.
Zielona herbata z ciasteczkami ryżowymi oraz rozmowa na temat mugolskich sposobów przemieszczania się w przestrzeni spowodowały, że czas spędzony w towarzystwie dowcipnej i elokwentnej panienki upływał Kingsleyowi bardzo przyjemnie. Pojawienie się najpierw Mulatki i niedługo potem Percy'ego z Billem i drugą blondynką przyjął nieomal z żalem...

***
Bill mocno się zaniepokoił, kiedy Kingsley zniknął na zapleczu. Kolejny tekst pojawiający się na karcie menu nie przyczynił się do ukojenia nerwów Weasleya, a wręcz przeciwnie.
„Już go zabrali. Zaraz się do ciebie przysiądę, daj się poderwać Alice."
Bill nie miał już wątpliwości, że to Percy występuje tu jako rozrywkowy brunet. Parę minut wcześniej blondynka i Mulatka wróciły z wyprawy do toalety. Blondynka przekazała chwiejącą się na nogach, ciemnoskórą dziewczynę w ręce jej chłopaka, którego mina zdradzała, że nie podoba mu się rozwój wydarzeń. Ale, cóż... Blondyn skrzywił się, mrugnął do barmanki i poprowadził swoją piękność z kolczykiem w pępku w kierunku wyjścia. Dziewczyna marudziła coś o jakichś ptaszkach, przyciągając uwagę chyba wszystkich gości i większości personelu. Blondynka tymczasem poszeptała z brunetem, dyskretnie wzięła od niego mały przedmiot i szybko wyślizgnęła się tuż za chłopakiem, wyprowadzającym z restauracji podchmieloną dziewczynę. Już nie wróciła. Ani ona, ani tamtych dwoje.
Bill skinął na kelnera.
– Mój gość już się chyba nie zjawi – powiedział, gdy mężczyzna w smokingu podszedł do jego stolika. – Zjem więc kolację sam.
Składając zamówienie Weasley dopiero teraz zorientował się, że restauracja serwuje w przeważającej większości francuskie potrawy, a tłem dźwiękowym dla konsumpcji są francuskie piosenki. Właśnie leciała „Plaisir d'amour" czyli „Radość kochania".
„Wyjątkowo pasuje do sytuacji" – pomyślał cynicznie chłopak. Znał francuski doskonale od dzieciństwa, a jego znajomość języka została jeszcze znacznie pogłębiona przez kontakty z Fleur. A ta piosenka była jedną z jej ulubionych...
Rozmyślania przerwał mu piskliwy dziewczęcy głos.
– To nie wypada, żeby taki wspaniały mężczyzna siedział sam! Ktoś tak długo oczekiwany nie przyszedł, może więc zgodzi się pan na moje towarzystwo?
Bill uniósł głowę i spojrzał na dziewczynę. To była ta druga blondynka od bruneta. Wyglądała jak aniołeczek, który ma ochotę troszeczkę pogrzeszyć. Słodka buzia z dołeczkami, wydęte lekko usta, niebieskie oczy i masa złocistych loczków. „Ładna" – ocenił Weasley. – „Ale nic nadzwyczajnego." Była ubrana w obcisłą bluzeczkę i falbaniastą spódniczkę. Dyskretny makijaż podkreślał „aniołkowatość" dziewczątka, ale bezmyślne i jednocześnie bezczelne spojrzenie klasyfikowało ją raczej dość jednoznacznie. Bill zawahał się, ale jego ostatnie wątpliwości rozproszył napis, który rozbłysnął na medalionie ozdabiającym szyję blondynki: „Ja jestem Alice". Weasley uśmiechnął się z lekką rezerwą i skinął głową. Dziewczyna uznała to za wystarczającą zachętę i usiadła na krześle obok Billa.
– A co na to pani towarzysz? – spytał chłopak spoglądając znacząco na bruneta, który patrzył na nich marszcząc brwi z wyraźną dezaprobatą. Weasleya zaczęła bawić cała gra. Postanowił ułatwić bratu sytuację. – Może jego też zaprosimy do stolika? – zaproponował.
– Jak będzie stroił fochy to go poślę na grzybki! – zapiszczała dziewczyna.
– Może nie będzie... – uśmiechnął się Bill i zapraszająco skinął ręką w stronę bruneta. Zaproszenie zostało przyjęte. Młody mężczyzna zsunął się ze stołka przy barze i podszedł do stolika Billa. Kelner pojawił się jak duch z trzecim krzesłem.
– Czy podać państwu menu? – spytał grzecznie, ale jego uśmiech był dziwnie poufały, jakby znał ich oboje bardzo dobrze.
– Nie, dziękuję – odpowiedział Percy. – Ja poproszę danie dzisiejszego wieczoru, a dla damy oczywiście...
– Bouillabaisse! – wykrzyknęła dziewczyna z entuzjazmem. Percy skinął głową z rozbawioną miną i uroczo uśmiechnął się do kelnera mrużąc jednocześnie lewe oko.
– Pamiętam, oczywiście, do picia to co zwykle dla państwa?
– Jak najbardziej – dziewczyna leciutko się oblizała, a jej oczy rozbłysły.
– Poprosimy jeszcze butelkę wytrawnego prowansalskiego wina, tego z winnic Madame de Lamer, rocznik '93 – dodał Percy.
– Doskonały wybór, już przynoszę – kelner odpłynął od stolika z bardzo zadowoloną miną.
Na karcie Billa znów pojawiło się kilka słów: „Mamy dość forsy, ty zapłacisz za siebie, a my za swoje zamówienie." Chłopak uśmiechnął się do brata.
– Cieszę się z zawarcia tak interesującej znajomości – zagaił gładko. – Już się obawiałem, że spędzę dzisiejszy wieczór samotnie...
– Nie dopuścimy do tego – zaświergotała dziewczyna radośnie. Gdyby nie błysk podziwu w oku Percy'ego, skierowany w jej stronę, Bill uznałby ją za pustą w środku lalkę, której oczy świecą, gdy ktoś zapali za jej głową lampę.
„Pozory mylą" – pomyślał najstarszy z braci Weasley.
Konwersacja potoczyła się w przewidywanym kierunku. Dziewczyna i Percy paplali o niczym z olbrzymią wprawą, Bill włączał się we właściwych momentach, rzadko, ale za to bez żadnych wpadek.
Percy cały czas bawił się od niechcenia ciemnymi okularami „lustrzankami". Widząc, że ściągnął uwagę Billa na ten przedmiot, szybko mu je podał.
– To z najnowszej kolekcji Versace – powiedział chełpliwie.
„Obejrzyj salę" – przeczytał Bill na jednym ze szkieł. Okulary miały nie tylko lustrzane szkła, ale również lusterka wmontowane zarówno od wewnętrznej, jak i zewnętrznej strony. Tak sprytnie rozmieszczone, że wkładając te okulary i odpowiednio nimi poruszając, można było zobaczyć to, co jest z tyłu. Bill skupił się i trochę je obrócił. Na jednym ze szkieł ujrzał w zmniejszeniu całą salę restauracyjną w jakiejś dziwnej projekcji. Mógł obejrzeć twarze wszystkich gości, a gdy przez chwilę skupiał na kimś wzrok, oglądana twarz powiększała się i widać było najdrobniejsze szczegóły. Chłopak zamarł z podziwu. Gorączkowo zastanawiał się, czy ten odjazdowy gadżet jest magiczny czy mugolski. Ale magii nie poczuł... Szybko oddał bratu jego własność.
– Są wspaniałe – powiedział z zachwytem. – Chętnie bym sobie kupił podobne. Takie same nie, bo kolor mi nie pasuje, ale oprawka w odcieniu granatu byłaby dla mnie w sam raz.
Percy popatrzył na niego z uznaniem.
– Widzę, że mamy podobny gust – stwierdził z zadowoleniem. – Może w sklepie firmowym jeszcze coś będą mieli, kupiłem je niedawno.
– Będę panu bardzo zobowiązany...
Kolacja nieuchronnie dobiegała końca. Doskonałe wino i znakomite jedzenie wprawiły Billa w dobry nastrój. Perspektywa zasadniczej rozmowy z Percym nie wydawała mu się już tak niepokojąca.
Po uregulowaniu rachunku wszyscy troje wyszli na parking. Alice zaprosiła ich „do siebie", na co obaj mężczyźni milcząco przystali. Dziewczyna poprowadziła ich do eleganckiego samochodu na samym krańcu restauracyjnego parkingu. Czarne auto z przyciemnionymi szybami dziwnie do niej nie pasowało. Bill spodziewał się raczej wytwornego szpanerskiego kabrioletu w jakimś jaskrawym kolorze, a nie limuzyny. Ale nie zrobił żadnej uwagi na ten temat. Dziewczyna usiadła za kierownicą, a oni obaj na tylnym siedzeniu. Percy sięgnął do małego pudełka z kilkunastoma przyciskami, przyczepionego do niewielkiego stoliczka zamocowanego pośrodku tylnego siedzenia. Okazało się, że jest to mugolski komunikator.
– Dick, my już jedziemy – powiedział szybko Percy. – Odstaw Wisienkę do lokalu numer osiem i pokręć się jeszcze w okolicy. Ten padlinożerca mógł mieć obstawę. Sprawdź to.
– Na razie nic na to nie wskazuje – zatrzeszczało w pudełku. – Zostawię trzech chłopaków na posterunku, a dziewczyny sprawdzą sąsiednie uliczki.
– Spytaj go, gdzie jest Chris – odezwała się Alice.
– Jest cholernie zajęty. Był napad na bank. Zaatakowana została ta mała filia Credit Lyonnais. Na szczęście ostrzeżenie od Francuza przyszło w porę. Zastrzelono jednego z napastników. Nie spodziewali się oporu...
– Śmierciojady? – warknął Percy.
– Nie. To chyba ci drudzy – zabrzmiał głos z pudełka.
– Jasne, dzięki – Percy odłożył komunikator i zacisnął wargi. Alice zaklęła ordynarnie.
– No to mamy problem – podsumowała dziewczyna.
– Nic nowego – mruknął Percy. Bill wolał się nie odzywać. Atmosfera zagęściła się. Do końca jazdy żadne z nich nie odezwało się już ani słowem.